Chodź do mnie…

Chodź do mnie…

Chodź do mnie…

Nad brzegiem jeziora leżała niewielka, wydarta lasom polanka. W jej rogu przycupnął zaniedbany domek letniskowy. Po drewnianych balach wspinało się dzikie wino, by ostatecznie owinąć się wokół gontu starego dachu. Z pobielanych okien odłaziła farba, a zawiasy w drzwiach każdy ich ruch opiewały głośnym jękiem. Również i ogród, choć niewielki, pamiętał lepsze czasy. Niekoszona od lat trawa, splątana z opadłymi liśćmi i suchymi gałęziami, sama w sobie przypominała miniaturową puszczę. Niegdyś zadbane krzewy, teraz stanowiły gąszcz nie do przebycia. Ostatnim pomnikiem dawnej świetności ogrodu była pochylona nad taflą jeziora wierzba.

Pierwsza połowa sierpnia przyniosła słotę i chłód. Późną porą z okien chatki padało ciepłe światło starych lamp. Przy kominku grzała się czwórka studentów.

– Ej, pasowałoby dorzucić do ognia. – Gaba podniosła głowę znad smartfona.

– Przecież ciepło jest.

– Ale wygasa. Zaraz przyjdzie tu Olka i będzie rzęzić, że zimno.

– Dobra, pójdę. – Jęknął Kuba. – Ktoś mi pomoże?

– Na mnie nie licz. – Anka wychyliła się przez oparcie fotela.

– Ciebie nie pytam. Maciek, idziesz?

– Szczerze? Nie chce mi się.

– Dzięki. – Sarknął.

– Nie ma za co.

Klnąc pod nosem, wyszedł przed chatkę. Mimo iż niebo było chwilowo czyste, wciąż było zimno. Zasunął bluzę i, minąwszy wysłużonego passata, skierował kroki ku szczapom drewna. Ciemna tafla wody połyskiwała w świetle księżyca. Zanim jednak znalazł siekierę, nad brzegiem jeziora, wśród warkoczy wierzby, dostrzegł dziewczęcą postać. Po drobnej posturze i jasnych włosach poznał siostrę. „Przecież miała pójść spać” – pomyślał.

– Olka?! Ej, co tam robisz?! – Ruszył w jej stronę. – Przecież chora jesteś…

Dziewczyna nie poruszyła się. W świetle księżyca odbitym od wody, jej skóra zdawała się mieć delikatny, niebieskawo-zielony odcień. Cienka, biała sukienka, w którą była ubrana, nijak nie chroniła przed chłodem. W miarę, jak się do niej zbliżał, nabierał pewności, że to nie była Olka.

– Kim jesteś? Skąd się tu wzięłaś?

Podskoczyła. Spojrzała na niego, spłoszona.

– Przepraszam, nie chciałem cię wystraszyć.

– Nic nie szkodzi.

– Jak się nazywasz?

– Elena. – Wymienili uścisk dłoni.

– Kuba. Miło mi. Co tu robisz? Nie jest ci zimno?

– Nie. – Odparła beznamiętnie.

– Wybacz, ale skąd się tu wzięłaś?

– Mieszkam tu niedaleko…

– Przecież tu nikt nie mieszka. – Zmarszczył brwi.

– Nikt oprócz mnie i moich sióstr.

– Gdzie mieszkacie? – Rozejrzał się. – Oprócz tej rudery są tu tylko lasy.

– Zadajesz bardzo dużo pytań. – Uśmiechnęła się.

– Wybacz. Nie spodziewaliśmy się tu nikogo spotkać.

– Nie szkodzi. Ale pozwól, że się zrewanżuję. Lubisz zagadki?

– Zależy jakie. – Wzruszył ramionami.

– Ta ci się spodoba. Ale umówmy się – Zbliżyła się do niego. –Jak nie odpowiesz, porwę cię na wieki i będę trzymać pod kluczem.

Parsknął śmiechem.

– Dobra. Ale jak odpowiem, dasz się zaprosić na kawę.

– Kto wie? Może się zgodzę. Zobaczmy, czy odpowiesz.

Koi ból lepiej niż wszelkie zioła,

Rozsiewa ciszę wszędzie dokoła,

Najlepszym druhem jest dla niej czas,

Kiedyś przyjdzie odwiedzić i nas.

– Przecież to proste. Śmierć. Mogłaś wymyślić coś lepszego.

– Może i mogłam. A może nie chciałam. – Nuta tajemnicy w jej głosie przyprawiła go o dreszcze.

– Dobra, dobra. – Otrząsnął się. – Zgodnie z umową, pójdziesz ze mną na kawę.

– Pora trochę późna, nie sądzisz? – Spojrzała na księżyc.

– Dlatego wypijemy ją jutro. – Zerknął na zegarek. Było grubo po północy. – To znaczy dziś. Rano.

Uśmiechnęła się.

– To jak? Jesteśmy umówieni? – Odwróciła się w stronę jeziora. Spoważniała.

– Lepiej wróć już do przyjaciół. – Jej dźwięczny, a jednocześnie chrapliwy głos sprawiał, że nie był w stanie skupić się na słowach.

– Co..?

– Czekają na ciebie.

– Ale przyjdziesz tu jutro?

– Idź już. Pośpiesz się. – Coś w jej oczach sprawiło, że włosy na karku stanęły mu dęba. Posłusznie wycofał się w stronę drzwi. – Ach, – Zatrzymała go. – Nie mów im, że mnie spotkałeś. Dobrze?

– Dobrze, ale czemu?

– Ciii… Po prostu mnie posłuchaj. Dobrej nocy.

Skinął głową. Gdy doszedł do drzwi, za plecami usłyszał łagodne pluśnięcie. Spojrzał przez ramię. Elena zniknęła.

Obudził się, gdy słońce stało w zenicie. Jak przez mgłę pamiętał wydarzenia uprzedniej nocy. Podniósł się z twardego materaca i po skrzypiących schodach, zszedł na dół. W kuchni siedział Maciek.

– Która godzina?

– Stary, czemu mi nie powiedziałeś, że masz zioło? – Wypalił, przy okazji opluwając blat płatkami.

– Co? Przecież nie mam… – Stęknął, rozciągając się.

– Jasne. W nocy wróciłeś tak zjarany, że nie wiem. Nie ogarniałeś, co się dzieje dokoła. Bredziłeś coś o jakiejś lasce. I zapomniałeś przynieść drewno.

– Cholera. – Przypomniał sobie rozmowę z  Eleną. – Była tu dziś dziewczyna? Długie, jasne włosy, biała sukienka?

– Kurna, to niezły towar musiał być, skoro jeszcze cię trzyma.

– Maciek, o czym ty gadasz? Nic nie paliłem.

– Nie tłumacz się. Nie musisz. Ale mogłeś się podzielić. Albo przynajmniej przynieść to drewno. Tak to ja musiałem iść.

Kuba żachnął się i wyszedł przed dom. Po kilku dniach pluchy, w końcu wyjrzało słońce. Dziewczyny skorzystały z okazji i opalały się nad brzegiem. Podszedł do nich.

– O proszę, książę się zbudził i zaszczycił nas swą obecnością. – Anka podniosła wzrok znad książki. – Gdzie zgubiłeś swoją księżniczkę?

– I od kogo wziąłeś zioło? – Gaba podparła się na łokciu. – Kogo jak kogo, ale ciebie nie podejrzewałam o takie znajomości.

– Nic nie brałem. Odczepcie się.

– Dobra. Po prostu w życiu nie widziałam cię tak zjaranego.

– Oj dajcie mu spokój. – Olka zakasłała. – Zaszalał raz w życiu, a wy już zaczęłyście śledztwo.

– Ja się nie czepiam. Po prostu mnie zaskoczył. Tego bym się…

Kuba już ich nie słuchał. Wycofał się w stronę wierzby. Usiadł na jednym z niewielkich, przybrzeżnych głazów. Jego myśli pochłaniała Elena. Kim była? Czy była? Nie, tego drugiego był pewien. Elena istniała. Pozostało pytanie kim była. Nie. Pozostało wiele pytań. Zbyt wiele. Spojrzał przed siebie. Po drugiej stronie jeziora majaczył płomień ogniska. Serce zabiło mu szybciej. Może ona tam była? Po wodzie niósł się niewyraźny dźwięk dziewczęcych śmiechów. Wstał. Zeskoczył z kamienia. Powoli zaczął obchodzić topiel, kierując kroki w tamtą stronę.

– Stary, gdzie idziesz?

Podskoczył na dźwięk głosu Maćka.

– A… tak sobie. – Machnął ręką.

– No to musisz se darować spacer. Olka cię woła.

– Po co?

– Powiedziała że to sprawa rodzinna.

Kuba westchnął. Podążył za Maćkiem w stronę domu. Tego dnia nie miał już okazji sprawdzić drugiego brzegu.

Kolejne dni spędzili nad  brzegiem, chwytając słońce, które zdaje się na dobre zagościło na nieboskłonie. Kuba co wieczór przychodził pod wierzbę, lecz Elena się tam nie pokazała. Również i po ognisku nie było śladu. Pozostała mu jedynie nadzieja. I dwa dni do wyjazdu.

Ostatnie promienie słońca przedzierały się przez gąszcz liści i rozświetlały jezioro złocisto-czerwonymi refleksami. Kuba znów siedział pod wierzbą, z nadzieją, że przyjdzie tam również Elena.

W pewnym momencie usłyszał cichy chlupot. Zakołysały się szuwary. Kuba zerwał się z miejsca. Przycupnął na skale i pochylił się nad taflą. Z wody wychynęła Elena. Mokre włosy przylgnęły do jej nagiego ciała. Odurzony jej pięknem, nie zwrócił uwagi na zielonkawy odcień jej skóry. Przez chwilę nie mógł wydusić z siebie słowa.

– Czemu nie przyszłaś? – Szepnął.

– Nie mogłam. – Wpatrywała się w niego tymi swoimi bezdennymi, zielonymi oczami.

– Tania wymówka. – Mruknął, nie mogąc odwrócić wzroku.

– Ale prawdziwa. Nie powinieneś był tu przychodzić.

– Czemu?

– Bo może się okazać, że już nie wrócisz… – Odparła z westchnieniem.

– Nie wrócę… Czemu nie wrócę?

Nie odpowiedziała. Wciąż wpatrzony w jej oczy, wyciągnął ku niej ręce. Słońce skryło się za lasem. Na moment jego wzrok ześlizgnął się w dół po jej ciele. To, co ujrzał, zmroziło mu krew w żyłach. Pod wodą była martwa. Pomarszczona skóra płatami odłaziła od ciała. Mięśnie gniły. Przebijały się przez nie kości.

– Chodź do mnie… – Drżący szept jej głosu pozbawiał jego umysł wszelkich myśli. Zapomniał o strachu. O siostrze. O rodzinie. O Maćku, Gabie, Ance. O studiach. Była tylko ona. Ześlizgnął się w jej ramiona. Przylgnął do chłodnego ciała rusałki i dał się pociągnąć w ciemną topiel.

 

Autor: jagrom
Praca na I konkurs opowiadaniowy Słowiański Bestiariusz.

Podobne posty:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *