Dziecię Żmijów

Dziecię Żmijów

Dziecię Żmijów

 

Nie wiele pamiętał sprzed Przemiany. Tylko nieokreślone obrazy o wodzie i niezmąconej ciszy, od czasu do czasu przerywanej rechotaniem żab. Urywane myśli bez prawa istnienia, czy najmniejszego sensu. Potrzeby związane z jedzeniem, ucieczką czy znalezieniem samicy nie wymagały zaangażowania jaźni. Kierowany instynktem działał niemal machinalnie, ale był szczęśliwy, jeśli mógł użyć tego pojęcia w odniesieniu do czasów, kiedy nawet go nie znał. Zaspokajał swoje potrzeby i robił wszystko żeby przetrwać, chociażby w postaci potomstwa. To były dobre dni. I wszystko wydawało mu się wówczas prostsze.

Potem poczuł Zew i nadszedł czas Przemiany. Nie miał pojęcia, jak wyglądał wcześniej. Nigdy go to interesowało. Któregoś dnia jednak usłyszał Głos, każący mu się zmienić. I posłuchał go. Zdawał sobie sprawę z tego, że dawniej nie miał tak długiej szyi. Dlaczego? Ponieważ obrazy ze wspomnień pokazywały mu świat z innej perspektywy, bardziej przyziemnej. Teraz mógł wznosić głowę ponad liście, pod którymi zwykł się chować. Lecz nie tylko to się zmieniło. Dawnej nie był w stanie spojrzeć w swoje oblicze, a teraz mógł obserwować jeszcze dwa inne łby unoszące się po bokach jego własnego. Wykrzywiały pyski w dziwnym grymasie radości spoglądając na niego. Czy i one miały takie myśli? Czyżby już nie był sam? Czy w momencie kiedy ledwie zdążył zaistnieć jako „ja”, pojawiło się „my”? Znów zatęsknił do swego poprzedniego istnienia. Jakby tego było mało, na grzbiecie wyrosły mu dziwne płetwy, ale zupełnie nie nadawały się do pływania. Potrafił sobie wyobrazić (kolejne nowe słowo), jak sprawiłyby się pod wodą, ale wciąż były zbyt duże, zbyt kanciaste, by właściwie działać. Istniały lepsze rozwiązania, a na płetwach się znał. Pamiętał je z innego życia.

Wraz ze zmianami w ciele i świadomości pojawiło się nienasycone pragnienie. Głos, który wezwał go do zmiany, nakazał mu również pić, zdobywać wodę, a on słuchał  jak zahipnotyzowany. Najpierw był malutki, więc tylko zlizywał rosę z liści i chłeptał życiodajny płyn z kałuż, ale z czasem przestało mu to wystarczać. To uczucie było niemal nie do zniesienia. Nie ważne co zrobił, ile wypił, Pragnienia nie dało się ugasić. Wkrótce przyszedł czas na stawy, jeziora, a nawet rzeki. Pił tak łapczywie, że nawet nie zwracał uwagi, czy w nieprzerwanym strumieniu wody nie zaplątała się jakaś zwierzyna. Mało go to obchodziło. Musiał zaspokoić pragnienie, musiał usłuchać Głosu. Jeśli tego nie robił, cierpiał. Więc pił jeszcze więcej, a jego zmienione ciało zdawało się rozrastać z każdym łykiem wody.

W krótkich chwilach wytchnienia, kiedy musiał znaleźć miejsce nowych, wodnych żerów, zastanawiał się jaka istota, jaka nieziemska siła sprowadziła na niego to przekleństwo. Chciał znów osunąć się w błogą nieświadomość instynktów, ale nie mógł. Nie dane mu było nawet zginąć. „Jeszcze nie teraz” podpowiadał głos. Więc wędrował poszukując coraz to nowych źródeł, za jedyny cel swego istnienia mając pochłanianie olbrzymich ilości wody.

Któregoś dnia znalazł się w miejscu zamieszkanym przez dziwne, dwunożne istoty, którym Mokosz poskąpiła futer, kłów i pazurów. Nie wiedzieć jednak czemu, bał się ich. Z początku niepokoił się, że w końcu go dostrzegą. Dlatego też z początku starał się ukrywać przed nimi, mimo że szuwary i wysokie trawy już dawno przestały go zasłaniać. Wówczas to zorientował się, że mimo swych rozmiarów, udaje mu się przemykać niezauważenie wśród ich legowisk. Zupełnie jakby go nie dostrzegały. Ba, nawet nie wyczuwały! Czasem pozwalał sobie na wypijanie ich zapasów wody, zwłaszcza jeśli Pragnienie boleśnie dawało o sobie znać. Kilka razy został nawet „nakryty” i stanął oko w oko z jednym z nich, ale jego istota pozostawała dla nich niezauważalna. Dopiero wówczas poczuł się bezkarny.

 

***

– Niech to Perun trzaśnie! Gdzież ten dzieciak znów się podział? – Znamir po raz kolejny obchodził tereny wokół grodu. Niemal żałował, że zgodził się przygarnąć znajdę pod swoją opiekę. Drogowid był już za duży, by kobiety się nim zajmowały, a inni mężczyźni mieli własne problemy. Kiedy myślał, że dzięki temu znajdzie pomoc na stare lata, wydawało mu się to dobrym pomysłem. Zapomniał tylko o jednym. Zupełnie nie znał się na wychowaniu młodych.

Zniechęcony przysiadł na brzegu jeziora. Niepokoiło go jak bardzo obniżył się poziom jego wód. Już teraz dostrzegał zbyt wiele miejsc pozwalających na niebezpiecznie bliskie podejście do grodu, a gdyby jeszcze ściął je mróz, mieliby problem z obroną. Westchnął ciężko. Będzie musiał wspomnieć o tym Naczelnikowi. Trzeba będzie przygotować się na najgorsze. Jednak najpierw musiał znaleźć Drogowida.

Z tego miejsca aż za dobrze widział drewnianą palisadę grodu i groblę prowadzącą do bramy. Wraz z zachodem słońca zostanie zamknięta, a wówczas chłopak będzie musiał spędzić noc pod gwiazdami. Dlaczego w ogóle się tym przejmował? Może gdyby przyszło mu spać poza domem, w końcu doceniłby ciepło paleniska i wygodę posłania.

Znamir niechętnie pokręcił głową. Za nim smark trafił do ich osady, wiele dni błąkał się samotnie. Sen na gołej ziemi nie był mu obcy, a sam fakt, że dzieciak przeżył dowodził jego zaradności i błogosławieństwa bogów. Albo ich przekleństwa.

Niespokojnie masował nogę. Znów zaczynała go boleć, choć dziś zrzucił to na przepracowanie. Dawno się tyle nie nachodził. Od czasu, gdy maczuga strzaskała mu ją w trakcie obrony grodu, nie nadawał się do walki. Aż dziw, że mu jej nie odjęli, choć jeszcze większym niepokojem napawało wszystkich to, że przeżył. Bogowie tak chcieli. Akceptował ich wolę, pomimo niepewności, czy chcieli go przekląć czy pobłogosławić. Nawet Żerca tego nie wiedział, a ponoć sam z nimi rozmawiał. Znamir cicho parsknął śmiechem i pogładził swoje jasne wąsy. Wbrew pozorom pasowali do siebie z Drogowidem, choć na pierwszy rzut oka różniło ich wszystko.

Mężczyzna był człowiekiem spokojnym, słusznej postury. Mimo że od dawana już nie walczył i musiał wspierać się na lasce, nie oszczędzał się i zachował wiele ze swej młodzieńczej siły. Jego jasne włosy wydawały się niemal białe, szczególnie w pełnym słońcu, a potężnych wąsisk niejeden mu zazdrościł. Znamir cenił sobie swoją samotność przez co, a może i przez swoistą niechęć do niewiast, nigdy nie założył rodziny. Jednak nie uczyniło to z niego pustelnika. Zawsze chętnie porozmawiał, pośmiał się i miodu z sąsiadami też nie odmawiał, szczególnie gdy przychodzili podziękować mu za pomoc. Nie wypadało inaczej.

Drogowid natomiast był zbyt poważny jak na swój wiek, żeby nie rzec ponury. Stronił od ludzi, akceptując jedynie obecność swojego obecnego opiekuna. Z resztą, gdzie się nie pojawił jego smoliście czarne, kręcone włosy i równie ciemne oczy wywoływały szereg szeptów. Młodemu nie było łatwo, a w gruncie rzeczy dobry był z niego chłopak. Nie marudził, nie skarżył się, nie wymigiwał się od roboty, tylko nieraz znikał na całe dnie, dodając niepokojów spokojnemu życiu Znamira. Ten zaś przywiązał się młokosa bardziej, niż chciał się przyznać.

Niespokojny szelest spłoszył kaczki do lotu. Wśród szuwarów zamajaczyła ciemna czupryna.

– Długo tam siedzisz? – spytał jak gdyby nigdy nic.

– Cały czas – odparł Drogowid. – Widziałem jak wychodziłeś z grodu. – Usiadł obok niego wpatrując się w jezioro.

– To dlaczego się nie pokazałeś? – sapnął gniewnie, przeszywając chłopaka jasnym, błękitnym spojrzeniem. – Myślisz że nie mam nic lepszego do roboty jak szukanie ciebie?

– Gdy częściej chodzisz, mniej utykasz – odparł poważnie, nie odrywając oczu od wody. – Miałem wyjść jak tylko zaczniesz zbytnio kuleć. Poza tym nigdy nie oddalam się zbytnio od grodu. Zawsze na tyle, by zdążyć wrócić przed zmierzchem. – Spuścił głowę i zerwał pobliski liść, który natychmiast zaczął drzeć w placach. – Zbytnio się boję – westchnął. – Poza tym miałem coś do zrobienia – wyszeptał.

– Ech, czasem jak ze mną rozmawiasz zastanawiam się, który z nas jest starszy. – Podniósł z ziemi płaski kamień i rzucił go w stronę jeziora tak, że ten odbił się od jego tafli jeszcze kilka razy.

Milczeli wsłuchując się w odgłosy życia wokół nich. Jakoś nigdy im to nie przeszkadzało. Nie potrzebowali wiele rozmawiać, by dobrze się rozumieć. Tak jakby nie żadne klątwy ich połączyły, czy ludzka głupota, tylko ta cisza, którą można dzielić wyłącznie z kimś, kto ją docenia.

– Wiesz, że nie możesz mi tak znikać – stwierdził Znamir po dłuższej chwili.

– Ale to co robię jest ważne… – złapał jakiś patyk i zaczął grzebać nim w ziemi.

– A co może być ważniejsze od opieki nad kaleką takim jak ja – chciał, żeby zabrzmiało to żartobliwie, ale nie bardzo mu to wyszło. Znów masował swoją nogę.

– Łapię żaby… – spuścił głowę jeszcze niżej, jakby się tego wstydził.

– Co?

– Łapię żaby i węże i zabijam je – odparł z chłodną determinacją.

Znamir pobladł ze wściekłości.

– Wszystkiego się mogłem po tobie spodziewać – zaczął gniewnie szykując się na wściekłą tyradę, ale wtedy dostrzegł smutek w oczach chłopaka. Nie było w nich dumy i tej odrobiny szaleństwa, jakimi zwykli pałać dręczyciele zwierząt. Więc zamiast przylać mu laską zapytał:

– Dlaczego?

– Żeby już nikogo nie skrzywdziły – odparł cicho jeszcze bardziej kurcząc się w sobie.

– A kogóż miałyby skrzywdzić te biedne żabki? – nie był w stanie ukryć rozbawienia.

– Nie one. Smoki.

 

***

Jego nowe istnienie było kierowane Pragnieniem. Pojawiał się wszędzie tam, gdzie jeszcze była woda, a gdy odchodził, wokół następowała susza. Rozrósł się przy tym niepomiernie i już w niczym nie przypominał tej małej istotki, potrafiącej skryć się w cieniu liści. Teraz był tak ogromny, że nic nie mogło mu zagrozić. Nawet gdyby był widoczny. Tak mu się przynajmniej wydawało, bo nikt nigdy nie stawił mu wyzwania. Nawet Mamuny, Licha i Wodniki, czy też inne istoty nocy schodziły mu z drogi. Tak, widziały go i to od zawsze, choć on dopiero niedawno nauczył się je dostrzegać, a raczej słyszeć w ich wnętrzu echo Głosu. Jakby stworzyła je ta sama moc, która i jego powołała do życia. Ale on był doskonalszy, potężniejszy od nich wszystkich.

Nieustanne pragnienie wody popychało go do dalszego działania, poszukiwania nowych źródeł, które niemal ginęły w jego olbrzymich paszczach. Nieraz słyszał jęki istnień, które pochłaniał wraz z wodą, ale one nie syciły go wcale. Nie robiło mu różnicy, czy były tam czy nie. Może jedynie złościło, że zabierają mu miejsce na cenną wodę. Poza tym nie poświęcał im większej uwagi. Kiedyś spróbował je omijać, pijąc wodę tak ostrożnie jak tylko się dało, ale wówczas pragnienie omal nie doprowadziło go do szaleństwa. A może już był szalony? W każdym razie drugi raz tego nie zrobił. Jeśli nie zdołały uciec, to była wyłącznie ich wina. Nie polował na nie. Chciał tylko ugasić pragnienie.

Aż nadszedł wschód słońca, który wszystko zmienił. Głos w jego wnętrzu nagle zamilkł, a wraz z nim przepadł sens jego istnienia. Bo jeśli nie gromadził wody, to co miał zrobić z nowo nabytym jestestwem. Nie widział innych istot mu podobnych. Czyżby był jedyny? Brak Głosu – jedynej siły zmuszającej go do życia – niemal poraził go zupełnie.

Jednak zagubienie i pustka były tylko chwilowe. Jak mógł pomyśleć, że został sam? Nagle poczuł, że doskonale wie do czego służą dziwne „płetwy” wyrastające mu z grzbietu, więc rozłożył je jak szeroko się dało. „Skrzydła” coś szeptało w jego wnętrzu. Wówczas Głos w nim odezwał się z jeszcze większą siłą niż dotychczas. „Leć” powtarzał i nie można mu było się sprzeciwić. Wówczas poczuł na sobie spojrzenia setek istot, z trwogą czmychających na widok bestii, która w końcu ujawniła swoje istnienie. Duma rozpierająca jego ciało wydobyła z jego wnętrza głos zadowolenia. Dźwięk ten, niczym pomruk nadchodzącej burzy, rozległ się po okolicy. Nie wiedział, że obudził w ten sposób siłę, która tylko na to czekała i zaalarmowana nadchodzącym niebezpieczeństwem, natychmiast ruszyła w stronę nowo objawionego smoka.

Zamachnął skrzydłami, a woda w jego wnętrzu poruszyła się niespokojnie. W końcu wzbił się w powietrze i zaczął lecieć. W przebłyskach poprzedniego istnienia, przypominał sobie swoje własne, zazdrosne spojrzenie towarzyszące ptakom, do których niepodzielnie należało niebo. Teraz, dzięki nieznanemu Stwórcy, to on był Władcą Przestworzy. I jego istnienie miało cel. Prawdziwy cel! Głos mu wyjaśnił. Wszystkimi trzema łbami spojrzał na południe. Gdzieś tam kryło się miejsce, na które miał spuścić strugi wody gromadzone przez te wszystkie miesiące.

 

***

– Smoki? – spyta z niedowierzaniem Znamir.

Chłopak raz po raz dźgał patykiem ziemie. Na jego zaciętej twarzy pojawił się smutek. Mężczyzna zrozumiał jak niewiele wiedział o swoim podopiecznym. Ten nigdy nie opowiadał o sobie, ani o tym co przeszedł, a Znamir nie pytał, sądząc że prędzej czy później dowie się wszystkiego. Z resztą brak gadatliwości było czymś, za co polubił chłopka, więc teraz nie przeszkadzał mu, nie pognębiał dalszymi pytaniami. Zdołał poznać go na tyle by wiedzieć, że gdy ten poczuje się na siłach, wszystko mu powie.

Północny wiatr przyniósł powiew chłodu. Poczerwieniałe liście porzuciły swoje stałe miejsca na gałęziach i postanowiły z nim zatańczyć ten ostatni raz, nim na dobre wylądują na ziemi. Niespokojne ptactwo poderwało się do lotu. Znamir nie był pewny, co też je spłoszyło, ale być może jakiś drapieżnik skrył się w lasku na drugim brzegu. W końcu każdy radził sobie jak umiał. Nagle zrobiło się bardzo cicho, a on wciąż, niemal nieświadomie masował prawą nogę.

– Nadchodziła burza – zaczął cicho młodzian. – Ale nie jedna z tych, które zwykle tkają Pałetnicy. – Spojrzenie miał zupełnie puste, jakby jego duch na tę chwilę opuścił ciało, by nie wspominać znów tragedii, która tak bardzo nim wstrząsnęła. – Już z dala widzieliśmy błyski, ale tak silne, że nawet najstarsi wyglądali na przestraszonych. Szeptali coś o Żmijach walczących ze smokiem. O piorunach będących ich jedyną bronią przeciwko bestii Welesa. Z resztą nie bardzo ich słuchałem. Dla niego istniały ciekawsze rzeczy do zrobienia niż siedzenie i słuchanie jak jakieś stare próchno skrzeczy o bogach i magii, choć inne dzieciaki z oczami błyszczącymi podnieceniem słuchały uważnie. Chciałem zostać wojownikiem. Uważałem, że nie potrzebuję tego, że z wszystkim poradzę sobie sam, byleby dali mi włócznie do ręki i pozwolili zrobić z niej użytek. – zamilkł wpatrując się w przestrzeń. Niebo ciemniało coraz bardziej zwiastujący rychłe nadejście nocy.

– Miałem się schować, zająć siostrą, która niespokojnie kwiliła na posłaniu, ale byłem zbyt ciekawy – kontynuował po chwili. – Wszyscy starali się jakoś chronić wioskę, mimo że nie bardzo wiedzieli przed czym. Ich starania bardziej przypominały chaotyczną bieganinę, a nie skoordynowane działanie. Starszych też nikt już nie słuchał. Jakaś dziwa panika zaczęła się wkradać w serca naszych mężczyzn, ale nie w moje. Byłem gotowy stawić czoła wszystkiemu, ale wówczas coś zauważyłem. Na chwilę przed tym za nim rozpętał się chaos. Zobaczyłem…

– Chłopcze… – zaczął Znamir, ale tak naprawdę nie wiedziała co powiedzieć. Jeszcze nie teraz. Z resztą Drogowid zdawał się go nie dostrzegać zbytnio pochłonięty swoimi wspomnieniami. Może nadszedł dla niego czas oczyszczenia, każdy czasem tego potrzebował.

– Z wielkiej, ciemnej chmury tuż nad horyzontem wyłonił się koszmarny, wężowy łeb, którego ryk brzmiał jak najgłośniejsze z burzowych gromów. Chwilę później oślepił mnie błysk i usłyszałem uderzenie pioruna. Głośne i strasznie bliskie. – Znów się zamyślił – Spudłowali. – W jego oczach pojawiły się łzy, a w głosie pojawiła się gniewna nuta. – Zamiast trafić w ten durny łeb, trafili w naszą chatę – mówił przez zaciśnięte zęby. – To nie były zwykłe pioruny. Ogień nigdy nie rozprzestrzeniał się tak szybko. – Łzy spływały po jego policzkach coraz większym strumieniem. – Gdybym został w środku, może zdołałbym ją wynieść. Ojciec próbował. Myślał, że oboje jesteśmy tam uwięzieni, ale ja stałem z boku i nie mogłem się ruszyć. Ojciec strasznie się poparzył, ale nie mógł nic zrobić, a ona płakała tak głośno… – zamilkł próbując się uspokoić. – Potem z nieba runęła ściana gradu tak gęsta, jakby faktycznie sam Weles zesłał na nas karę. Żmijowie ciskali piorunami jeden za drugim, wiatr zrywał dachy i wyrywał drzewa z korzeniami, ludzie krzyczeli… Aż nagle wszystko zgasło. W jednej chwili widziałem spanikowanych sąsiadów, a w drugiej była już tylko ciemność. I wtedy powinienem umrzeć – stwierdził z goryczą. – Kiedy się obudziłem, w wiosce nie było nikogo, choć tak naprawdę samej wioski też nie było. Ledwie ruiny, po których nie poznałbyś ludzkiej siedziby. Zostałem sam i tylko bogowie raczą wiedzieć dlaczego – skrzywił się. – Resztę o błąkaniu się i trafieniu do was już znasz.

Znamir pokiwał głową. Powoli zaczynał się domyślać, o co  tym wszystkim chodzi, co nie znaczy, że podobało mu się zachowanie chłopaka. Zupełnie jakby nie rozumiał…

– Długo zastanawiałem się nad swoim losem – przerwał mu rozmyślania. – Czego jak czego, ale czasu miałem aż nad to. Wiesz, że nawet rozmawiałem z waszym Żercą? – mężczyzna skinął na potwierdzenie – To mądry człowiek. Nie tylko bogobojny, ale mądry. Rozumie ludzi. Jego opowieści słucha się inaczej… Może gdyby u nas mieszkał ktoś taki, wszyscy wciąż by żyli – jego głos stwardniał, a łzy zaczęły wysychać. – Opowiadał, że smoki powstają na rozkaz Welesa z żaby lub węża z żółtymi zausznicami i wtedy zrozumiałem. Rozwiązanie okazało się śmiesznie proste. Walcząc z przepoczwarzoną bestią nie miałbym szans, skoro czasem i Żmijowie nie dają rady, ale mógłbym zrobić wszystko, by te nigdy więcej się nie rodziły – jego zdeterminowane słowa przerwało mocne pacnięcie w tył głowy – Ała! – spojrzał gniewnie na Znamira.

– Tępe dziecię! – zawołał mężczyzna, a widząc buntowniczy wzrok młodziaka, podniósł groźnie laskę – Uspokój się! – zagrzmiał srogo. – Nie spiorę cię na kwaśne jabłko za twą głupotę, tylko dlatego, że cierpienie zatruło ci umysł. – Podniósł palec, żeby podkreślić swe słowa. – Po pierwsze żaby tak jak my są dziećmi bogów i mają swoją rolę do spełnienia na ziemi, chociażby przez zjadanie owadów, które, gdyby nie one, dokuczałyby człowiekowi niemiłosiernie. – Uniósł kolejny palec. – Po drugie, i za to właśnie oberwałeś, trzeba było słuchać Żercy uważnie i do końca, ponieważ smoki powstają na rozkaz Welesa, ale tylko z żab czy węży, które przez pięć lat nie widziały, nie słyszały ani nie czuły człowieka. Jak myślisz, czy te, które mieszkały w naszym jeziorze miały szansę stać się smokami?

Zawstydzony Drogowid pokiwał przecząco głową. Powoli dochodził do niego ogrom błędu, który popełnił.

– A po trzecie – wsparł się obiema dłońmi na lasce – smoki też są pożyteczne. – dostrzegł zdziwienie w ciemnych oczach chłopaka. – Weles w swej mądrości każe im przenosić wodę w miejsca, w których ciężko o nią, lecz one są jak dzieci – spojrzał wymownie na młodzika – chciałyby zbyt szybko i zbyt wiele na raz, więc Żmijowie muszą ich pilnować, upuszczając z nich wodę i tępiąc, gdy zajdzie potrzeba, bo gdy smok dożyje drugiej wiosny, zamiast deszczu niesie grad i to właśnie spotkało twoją wioskę. – popatrzył uważnie na Drogowida, sprawdzając czy rozumie. – Żmijowie musieli być wyjątkowo zajadli, bo gdyby bestia dożyła trzeciej wiosny, strach pomyśleć co mogłaby ze sobą nieść. – zamyślił się. – Nie wiem czemu przeżyłeś. Nie mnie ingerować w boskie decyzje, lecz Weles na pewno nie ocalił cię po to, byś niszczył jedne z jego dzieci. Uwierz mi chłopcze, swojego przeznaczenia będziesz musiał jeszcze poszukać…– wpatrzył się niespokojnie w horyzont.

– Dlaczego ciągle masujesz nogę? – spytał Drgowid jakby chcąc odciągnąć myśli od nieprzyjemnego tematu – Mówiłeś przecież, że mało co w niej czujesz… – ale Znamir nie zwracał na niego uwagi patrząc z niepokojem na północ.

Nagle wstał, krzywiąc się niemiłosiernie.

– Na Peruna, że też wcześniej o tym nie pomyślałem! – zawołał niby do siebie. – Wstawaj! Wracamy do grodu i to już!

– Ale co się dzieje?

– Na bogów, patrzysz na to samo co ja i nie widzisz?

Drogowid zmrużył oczy, jakby miało mu to pomóc w dostrzeżeniu niewidocznego. Niebo na północy było pociemniałe od chmur, które niepokojąco zbliżały się w ich stronę.

– Idzie burza – stwierdził Znamir – a po łupaniu tego starego gnata sądząc – klepnął się w prawą nogę – jedna z tych potężnych.

Złapał chłopaka za ramię i pociągnął w stronę grodu.

 

***

Leciał. Machał skrzydłami i leciał! Dla istoty, która całe swoje życie spędziła nisko przy ziemi, było to niesamowite uczucie, upajające mocniej z każdą chwilą. Czy to naprawdę było jego życie? Jego nowe życie? Po bólu Pragnienia nie mógł uwierzyć w tę wolność, w tę szybkość i niesamowitą siłę. Był przecież olbrzymem, a unosił się w powietrzu płynniej niż szybkozwrotne jaskółki, dumniej niż majestatyczne orły. Przepełniała go radość w czystej postaci. Nawet nakaz lotu w konkretnym kierunku nie wydawał się tak uciążliwy jak ten związany z piciem wody. Wiedział, że coś nim steruje, a mimo to czuł się bardziej wolny niż dotychczas.

Wszystkie przeszłe dni, ograniczone do brudnego gruntu i zimnej wody, wydawały mu się marną imitacją prawdziwego istnienia. Dopiero teraz wykorzystywał pełnie swoich możliwości. Każde machnięcie jego skrzydeł wywoływało na ziemi wiatr targający gałęziami drzew, a miotnięcie ogonem potrafiło powalić nawet najstarsze dęby. Czuł się niezniszczalny. Czy cokolwiek mogło się z nim równać? Szczególnie teraz, gdy był przekonany, że to nieziemska siła w postaci boga wód i podziemi dała mu tę niesamowitą moc. Zmieniła go nie do poznania, prosząc w zamian tylko o jedno… Przeniesienie wody było dla niego niczym w porównaniu z możnością lotu, poczuciem potęgi i swoistą wolnością jakiej nie zaznał nigdy wcześniej.

„Weles” wraz z tą świadomością przyszło imię jego ojca. Teraz miał już pewność, że został powołany do wyższych celów. „Smok”. Tak, tym właśnie był. Jego bóg mógł być pewny, że wykona swoje zadanie z największą starannością i gorliwością jakiej nie spotkałby u innych swoich dzieci. Bogów się nie zawodzi.

Wtem jeden z jego łbów dostrzegł ognistą smugę z niesamowitą szybkością sunącą po niebie w jego stronę. Chwilę później zauważył błysk, a przez jego ciało przetoczyła się fala bólu, ale tego bardziej namacalnego. Fizycznego. W niczym nie podobnego do cierpień Pragnienia czy Samotności jakich do tej pory doznawał. Choć krótkie, odczucie to było tak intensywne, że krzyk gromu wyrwał się z jego paszczy. Spostrzegawcza głowa zwisała smętnie bez życia, a on sam nie mógł nią już poruszyć. Nie czuł jej. Zupełnie jakby nigdy nie istniała, choć pozostawiła po sobie ćmienie bólu.

Smug pojawiało się coraz więcej. Powoli dostrzegał szczegóły ich wężowych sylwetek. Ptasie głowy, sokole skrzydła i ludzkie ręce, w których dzierżyli wiązki świetlistych błyskawic. Przy każdym ruchu ich długie, płonące ogony pozostawiały na niebie ognisty ślad ich bytności. Istoty dostrzegły jego uwagę, więc zaczęły podlatywać ostrożniej, z większą rozwagą obserwując każdy jego ruch. W ich na wpoły człowieczych twarzach widział cień respektu, ale i niezłomne życzenie śmierci. Polowali na niego.

„To Żmijowie!” zrozumiał „Słudzy gromowładnego Peruna próbują mnie zatrzymać, bym nie wypełnił woli swego Pana!” Nowe poczucie głębszej świadomości powoli ogarniało jego istotę. Zupełnie jakby mądrość i doświadczenie jego ojca powoli wypełniała jego ciało. Potęga, jaką dawało celowe wykorzystywanie sowich mocy, była odurzająca. „Nie pozwolę by mi przeszkodzili. Nie teraz, gdy był tak blisko celu”. Jego dalekowzroczne oczy przesunęły się po polach i lasach, do grodu nad jeziorem, gdzie wodniki i nimfy potrzebowały nowej wody przed nastaniem mrozów. Musiał tam dotrzeć.

Kolejny błysk i ryk gromu rozdarły niebo. Sięgnął do swej wewnętrznej mocy i otoczył swe ciało kłębami ciemnych chmur, licząc, że w ten sposób utrudni Żmijom wykonanie swojego zadania. Wciąż czuł ukłucia piorunów, ale te nie robiły już na nim większego wrażenia. Nie trafiały w czułe punkty. Zrozumiał, że przede wszystkimi musi chronić dwie ocalałe głowy. Nagle odkrył, że z małych ale niezwykle licznych dziur w jego ciele, powoli traci wodę, którą tak długo gromadził. Wydał z siebie kolejny ryk wściekłości i postanowił jeszcze bardziej przyspieszyć. Jego olbrzymie skrzydła wywołały wiatr przyginający drzewa do ziemi, a ogon smagał z niezwykłą zaciętością licząc, że w ten sposób trafi choć jednego ze Żmijów. On sam musiał lawirować wśród ognistych smug, unikając ciosów jak tylko się dało. Nie mógł przecież zawieść. Nie po tym co otrzymał od swojego boga. Musi mu się udać. Po prostu musi!

 

***

Wpadli do grodu jakby goniło ich stado strzyg. Drogowid nie po raz pierwszy dziwił się Znamirowi, że ten, mimo wieku i chromej nogi, potrafił się poruszać równie szybko jak on. Co prawda później będzie to odchorowywał przez kilka dni, ale teraz nikt o tym nie myślał. Niemal czuli na plecach zimny oddech burzy. Wiatr się wzmógł, a pierwsze krople deszczu powoli ich doganiały. Kiedy wpadali do grodu, towarzyszyły im jasne błyski i nadchodzące po nich grzmoty, brzmiące jak ryk rannego zwierzęcia. Nawałnica była coraz bliżej.

– Smocza burza nadchodzi! – zawołali tuż za bramą, wywołując niepokój na twarzach strażników. Jeden z przytomniejszych, natychmiast ruszył po dowódcę. Czuł w kościach, że sprawa jest poważniejsza niż mogłoby się wydawać.

– Żercę też sprowadź – krzyknął za nim Znamir. – Ryglujcie wrota! – zwrócił się do pozostałych.

Drogowid z zaskoczeniem obserwował jak ci po chwili wahania, postanowili posłuchać kaleki. Wiedział, że jego opiekun kiedyś należał do obrońców grodu, ale nie spodziewał się, że mogło kryć się za tym coś więcej. Coś, co wywoływało aż taki posłuch wśród innych, ale widać nie poznał staruszka tak dobrze, jak mu się zdawało.

Wkrótce dołączył do nich Ostrymił – woj o wiecznie zagniewanej twarzy, przypominających jedno z oblicz Świętowida. Z płuc zgromadzonych wydało się ciche sapnięcie. Znając nieprzejednany charakter człowieka, który na ten dzień został wyznaczony do dowodzenia obroną grodu, spodziewali się problemów, na które nie mieli czasu.

Znamir aż westchnął przeciągle. Dlaczego w chwilach, kiedy trzeba działać szybko i bez wdawania się w zbędne spory, Licho zawsze przywieje kogoś z przerostem ambicji. Który będzie udowadniał, że niezależnie od sytuacji, jego racja jest najważniejsza. A niech by sobie istniał gdzieś na uboczu, sarkał pod nosem, a nie wykorzystywał władzy do rozwiązywania własnych animozji. Ostrymił był naprawdę dobrym wojownikiem, jednym z tych, którego chciało mieć się po swojej stronie podczas walki. Ale nie, kiedy dowodził tobą w czasie pokoju.

– Co się dzieje? – spytał rzeczowo i zmierzył Znamira nomen omen ostrym spojrzeniem.

– To co się zbliża, to nie jest zwykła ulewa – wydyszał. – Czuję w kościach, że to coś więcej. – Skrzywił się na wspomnienie bólu, który wciąż odczuwał

– Ten twój przetrącony kulas ci to mówi? – warknął dowódca straży uznając, że ktoś próbuje podkopać jego autorytet. Nie wierzył w przeczucia, szczęście ani inne, podobne gusła. Bogowie, jeśli istnieli, na pewno nie mieszali by się do spraw ludzi, bo i po co.

– Co ci szkodzi dodatkowo zabezpieczyć gród? – zapytał pojednawczo Znamir. Naprawdę nie chciał się z nim sprzeczać. A już na pewno nie w trakcie burzy, która niechybnie nadchodziła.

– Kaleka nie będzie mi rozkazywał! – mocniej zacisnął dłoń na włóczni, jakby szykował się do jej użycia. – Chyba będę musiał ci przypomnieć, kto tu dowodzi…

– Czasem i kaleka może mieć rację, a szczególnie ten pobłogosławiony przez bogów – to Żerca wtrącił się do dyskusji. Już dawno przyzwyczaili się do faktu, że posiadał niezwykłe wyczucie czasu. Zupełnie jakby zawczasu wiedział, gdzie i kiedy będzie potrzebny. Podszedł do nich wspierając się na kiju ozdobionym drobnymi wotami: plecionkami, kościanymi wisiorkami czy rzeźbionymi w drewnie koralikami. Jasna, długa szata zdawała mu się plątać wokół nóg, a sięgające piersi, siwe wąsy, niespokojnie stroszyć.

– Znamir ma rację – jego łysa czaszka lśniła od kropel deszczu – to nie jest zwykła burza. – Niespokojnie zapatrzył się w kłęby chmur wiszące niebezpiecznie nisko nad ziemią. Bogowie raczyli wiedzieć, co tam widział, jednak nikomu nie spodobał się wyraz jego twarzy. Nawet Ostrymił nie zamierzał poddawać pod wątpliwość słów kapłana. W gusła niby nie wierzył, ale Żerca przyprawiał go o dreszcze.

Deszcz tymczasem się wzmagał, jednak oni dalej trwali na swoich miejscach w milczeniu, oczekując na słowa kapłana.

– Palić ogniska! – Zawyrokował kapłan. – Kiedy się zacznie, wrzućcie w nie wiązki izapu. Może to go uspokoi – dodał ciszej. – Szykujcie pogrzebacze i łopaty chlebowe! – krzyknął do ludzi. – Kto nie musi, niech lepiej wszystko przeczeka w chacie – trzy razy uderzył w ziemię laską i odszedł.

Ludzie zaczęli rozchodzić się w pośpiechu. Tylko Drogowid dalej stał nieruchomo i jak w transie wpatrywał się w chmury. Wzrok miał szklisty, niewidzący, zupełnie jakby bogowie do niego szeptali. Zwrócił się twarzą w stronę burzy w niemym pragnieniu wyjścia jej na przeciw. „Dziecię Żmijów” pomyślał Znamir, z trwogą patrząc jak dłonie chłopaka pewnie łapią powietrze i splatają je w coś długiego, skrzącego i niepokojąco jasnego. Co dziwniejsze, krople deszczu zdawały się go omijać, a wokół zaczął unosić się specyficzny zapach jakiego nabiera powietrze po burzy. Wówczas mężczyzna zrozumiał, co tak naprawdę targało duszą chłopka, nawet w utajeniu przed nim samym. Dzieciak chciał włączyć się do powietrznej walki nie ze względu na zemstę, ale przez krew przodków.

„Nie pozwolę na to!” pomyślał „Jeszcze nie teraz” i uderzył chłopaka laską w zgięcie kolana. Drogowid wylądował kolanami w błocie, ale ocknął się z transu. Spojrzał ze zdziwieniem na opiekuna, gdy ten szarpnął go za ramię i pociągnął do swojej chaty.

 

***

Jakże dzielnie walczył! Żeby tylko Weles mógł go widzieć. Ogonem strącał całe zastępy żmijów, łapami wyrywał pióra z ich ognistych ogonów, porażał ich grzmotem swojego ryku. Był jedną, wielką, dziką furią! Burzą niosącą zniszczenie wrogów i zbawienie dla tych, którzy respektowali jej moc. Wody wciąż z niego ubywało, ale nadal miał jej na tyle by zasilić jezioro. Zaśmiał się szaleńczo wyciem upiornego wiatru. Teraz dostrzegał sens Pragnienia. Jego stwórca wszystko dokładnie sobie zaplanował. Nie mógł wyjść z podziwu dla jego zmyślności.

Machnął ogonem raz jeszcze, odganiając Żmijów niczym natrętne much, którymi kiedyś się żywił. Już dolatywał nad cel i miał triumfalnie pozbyć się resztek wody, gdy poczuł nagłe odpychanie. Z początku delikatne, ledwie zauważalne, ale z czasem coraz mocniejsze. Zaryczał ze zdziwienia. Był tak blisko, ale równie dobrze mógł być na początku swej drogi. Coś powstrzymywało go przed dotarciem nad jezioro. Wysunął drugi ze swoich łbów z kłębów chmur by móc się lepiej rozejrzeć, poczuć moc tego miejsca, ale wówczas jeden z pozostałych Żmijów trafił go celnie piorunem. Niebo rozdarła błyskawica i towarzyszący jej okrutny grzmot. Smok cierpiał i był wściekły. Teraz została mu już tylko jedna głowa, ale za to ta najbardziej żywotna. Najgroźniejsza.

Poświęcenie jednak się opłaciło. Źródłem opornej mocy był gród stojący nad jeziorem i ci głupi, nic nierozumiejący ludzie. Czuł, że przywołali na pomoc ogień, ale nie tylko ten żywy, który mógłby zgasić strugami niesionej przez siebie wody, ale i ten związany. Zamknięty w metalu i drewnie. Och jakże ich wówczas nienawidził. Te głupie istoty nie dostrzegały planu Welesa, myślały jedynie o sobie i o swoim bezpieczeństwie. A co z innymi stworzeniami? Jak oni mogli? Jak oni śmieli?

Już miał wyładować na nich swoją furię, pokazać czym jest gniew lekceważonego smoka, gdy nagle do jego nozdrzy dotarł ten niebiański zapach. Był jak staw o świcie i lot w pełnym słońcu. Był jak życiodajna woda, którą niósł w sobie. Błogosławiony. I nagle cały jego gniew zniknął, a jego ciało przepełniło zrozumienie. Niósł w sobie świętą wodę, pobłogosławioną przez samego Welesa. Był już tak blisko, że sama mogła trafić w wyznaczone miejsce. Jego misja była skończona. W końcu pozwolił jej wypłynąć z siebie. W miarę jak jej ubywało czuł niewysłowioną ulgę, a jego zmęczone ciało kurczyło się, coraz bardziej zbliżając do dawnych rozmiarów. Szukało wytchnienia po grozie walki. Nie był już zagrożeniem dla Żmijów. Te widząc jego słabość znów zaczęły nadlatywać, okrążać go niespokojnie, gotować pioruny do ostatecznego ciosu.

Czy to miało jeszcze jakieś znaczenie? Wykonał swoje zadanie i czuł, że spada. Powoli i nieubłaganie zbliżał się do ziemi, która go zrodziła. Z westchnieniem ulgi niemal cieszył się na to spotkanie. Jego rola wypełniła się. Żmij było coraz więcej.

Niebo przeszyła ostatnia błyskawica.

 

***

Burza powoli przechodziła. Na palenisku w chacie Znamira wesoło płonął ogień, kąpiąc wnętrze w przytulnym, czerwonym poblasku. Prosty i praktyczny, żeby nie powiedzieć wręcz surowy wystrój nikogo nie dziwił. Wszelkie meble i sprzęty ograniczono do niezbędnego minimum: drewniany stół, dwa krzesła i dwa sienniki służące za posłania. Do tego kilka naczyń, pęki ziół pod powałą i gąsiorki, niekiedy już opróżnione z miodu. Widać było brak kobiecej ręki, która wymiotłaby naniesione przez wiatr liście, uszyła makatki na gołe posłania czy wymieniła wyszczerbione misy. Mężczyznom takie drobiazgi niemal nigdy nie przeszkadzały.

Obaj siedzieli przy ogniu, dzierżąc miski gorącej potrawki z baraniny, która zdawała się rozgrzewać nie tylko ciała, ale i dusze. Znamir co jakiś czas wrzucał do ognia pęczki suchego ziela, o małych, drobnych kwiatach, niegdyś barwy niebieskiej, teraz wyblakłej, szarofioletowej. Drogowid znał je. Gdy jego matka żyła, licznie rosły przed ich chatą. W tajemnicy przed mężem nazywała je „świętym zielem”. Miały ich chronić przed złem, ale o tym wspomniała tylko synowi. Jej mąż nie lubił takiego gadania. Jednak, gdy umarła, jego ojciec, a właściwie mężczyzna, którego uważał za swojego ojca, wszystko wyrwał i spalił, jakby nie chciał by przypominały mu o tej tragedii. A może ze wściekłości, że nie potrafiły jej ocalić? Nie wiedział. Zbyt często go nie rozumiał. Nie potrafili się dogadać, nawet gdy matka żyła, a po jej śmierci… No cóż… Obaj musieli dbać o małą i to ich łączyło.

Mężczyzna i chłopiec siedzieli w ciszy, wsłuchując się w szum spokojnego deszczu. Tym razem byli pewni, że stworzyli go Pałetnicy, chcąc oczyścić ziemię po wieczornej walce. Przynieść jej odrobinę ulgi i wytchnienia. Bogowie świadkami, że nie tylko ona tego potrzebowała.

– Dlaczego mnie uderzyłeś? – spytał wciąż naburmuszony Drogowid.

– Bo jak głupi chciałeś biec prosto w burzę walczyć ze smokami – parsknął Znamir – nie wiem, co w ciebie wstąpiło – skłamał. Dobrze wiedział, co działo się z chłopakiem, a przynajmniej wielu rzeczy się domyślał.

– Nie pamiętam – zmarszczył czoło. – Czułem się jak wtedy – ciągnął cicho, pochylając się nad glinianą miską. – W jednej chwili widziałem was, a w drugiej usłyszałem grom i wszystko zgasło – sposępniał. Powoli dopadało go znużenie.

– Pewnie przez to gadanie nad stawem ci się przypomniało – siorbnął z miski. – Ci wojowie, którzy zbyt dużo walczyli też tak czasem mają. Wystarczy mała rzecz, przypomnienie i z powrotem są na polu bitwy. Wciąż walczą mimo braku przeciwników.

– Dużo wiesz – stwierdził z podziwem, ukrywając przy tym ziewnięcie.

– I ty też sporo się dowiesz, jak jeszcze ze mną pomieszkasz – patrzył uważnie na chłopaka, którego sen coraz mocniej morzył. – Może powinieneś się położyć? – sięgnął po derkę

– Masz rację – ziewną po raz kolejny – to był ciężki dzień. – Z wdzięcznością przyjął okrycie i zawinął się na sienniku.

Znamir dalej siedział przy ogniu, wpatrując się w liżące drewno płomienie. Powiadali, że istnieją ludzie potrafiący wyczytać z nich zarówno wydarzenia przeszłe jak i przyszłe. Kiedy patrzył na cienie przez nie wywołane, wydawało mu się, iż jest w tym ziarno prawdy. W jakiś niewytłumaczalny sposób układały mu się w obrazy minionego dnia. Ech bogowie, w co wy ze mną igracie? Nie jestem już aby za stary na wasze przygody?

Spojrzał na śpiącego chłopaka, który w końcu zaczął równo oddychać pochrapując z lekka. Dobrze, że miał pod ręką nieco pszczelnika i biedrzanu, by sprowadziły na młodego kojący sen. Odczekał jeszcze trochę i gdy posłyszał miarowe pochrapywanie, cicho zebrał się do wyjścia. Musiał porozmawiać z Żercą.

 

***

Dzień po burzy był tak ciepły i spokojny. Znów słyszał trel ptaków wypełniający powietrze. On zaś leżał cichutko zwinięty w ciemnościach i czuł jak wypełnia go ociężała błogość. Wypełnił zadanie, dostarczył wodę i na dodatek przeżył. Spadał tak szybko, że ostatnia błyskawica nie zdążyła go dosięgnąć. Kiedy tylko znalazł się na ziemi, ostatkiem sił zagrzebał się we wciąż błotnistej glebie, tak głęboko, jak tylko pozwoliły mu na to jego drobne łapki. Znów był mały, znów mógł kryć się pod liśćmi. Jak dobrze być niewielkich rozmiarów, szczególnie gdy ścigają cię Żmijowie. Ale jemu się udało. Przeżył i teraz szykował się do snu. Czuł się niesamowicie znużony. Nie miał siły na nic, nawet na istnienie.

Gdzieś w jego wnętrzu znów brzmiał Głos. Tym razem bez słów nakazywał mu sen, nucąc delikatną, kojącą melodię, która brzmiała jak tęsknota za nocą i tuliła lepiej niż woda. Mały smok ziewną lekko i zasnął bezpieczny. Już nic mu nie groziło. Tymczasem w jego wnętrzu powoli pojawiał się chłód – zwiastun przyszłej grozy.

 

***

– Myślałeś, że wymkniesz się bez słowa – rzucił siedzący na grobli Znamir – ładnie to tak znikać bez pożegnania? – swoim jasnym wzrokiem świdrował Drogowida na wylot.

– Wybaczcie ojczulku – zaczął wstydliwie, poprawiając węzełek na plecach – ale muszę odejść. – Smętnie zwiesił głowę – Te smoki… One nie dają mi spokoju

– I co? Dalej zamierzasz żaby bić? Wbrew naturze występować?

– Ależ nie – zaperzył się – Tu mieliście świętą rację. To był durny pomysł.

– Dobrze żeś chociaż tyle zmądrzał – podniósł się ciężko wspierając o lasce. – To co planujesz?

– Ja… – speszył się – Samiście mówili, że aby smok z żaby powstał ona nie może człowieka przez pięć lat zobaczyć, usłyszeć ani wyczuć – wyliczał.

– Mówiłem – kiwnął głową.

– Dlatego będę wędrować po świecie, żeby mnie jak najwięcej żab zobaczyło!

– I poczuło tym bardziej – Znamir wybuchł gromkim śmiechem – Toś sobie to chwacko wymyślił – uśmiechnął się szeroko. – W takim razie ruszajmy – sięgnął po ukryty w krzakach tobołek i ruszył przed siebie.

– Ale jak to? – zdziwił się chłopak – A wasza noga? – pobiegł za swoim opiekunem

– Sam mówiłeś, że im więcej chodzę ty mniej utykam – mrugnął do niego – Z resztą znużyło mnie to siedzenie w chałupie, a poza tym obiecałem nauczyć cię kilku rzeczy.

Zadowolony młodzik ruszył raźnie przodem, pogwizdując cicho. Dzień zapowiadał się naprawdę piękny. Słońce przygrzewało, powoli wymazując wszelkie ślady zeszło nocnej burzy. Ptaki ćwierkały radośnie i każde stworzenie zdawało cieszyć się z nowego dnia.

Znamir odwrócił się w stronę grodu i dostrzegł postać Żercy. Ten uniósł rękę w geście pożegnania, na co mąż odpowiedział skinieniem. Nie mógł zapomnieć o ich nocnej rozmowie.

Jakie były szanse, że naprawdę Drgowid był synem żmija? Czy zdaje sobie sprawę ze swojej mocy? Czy kiedykolwiek nauczy się z niej korzystać? Jak ją spożytkuje? Znamir musiał się tego dowiedzieć, za nim podejmie ostateczną decyzję. Ostrożnie wymacał zawiniątko za pazuchą. Na przyszłość będzie musiał znaleźć dla niego lepszą skrytkę, jednak miał nadzieję, że nigdy nie będzie musiał go użyć.

– Pospiesz się staruszku – zawołał chłopak – żaby całego świata na nas czekają! Nie możemy ich zawieść  – wołał wesoło, a Znamirowi wydawał się bardziej szczęśliwy niż kiedykolwiek wcześniej.

– Ech młodości szumna i dumna – powiedział jakby do siebie – Komu w drogę, temu czas – poprawił tobołek na plecach i ruszył raźno za swoim podopiecznym. Czuł w kościach kolejną przygodę i bardzo był z tego rad.

 

Autor: Beata Mróz
Łódź/Kielce październik 2015
Praca na I konkurs opowiadaniowy Słowiański Bestiariusz.

Podobne posty:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *