Browsed by
Kategoria: II konkurs opowiadaniowy

Zagubiony wśród niewyjaśnionego

Zagubiony wśród niewyjaśnionego

 

Zagubiony wśród niewyjaśnionego

Szymon Strawczyński

 

Był to zwykły letni dzień. Wydawałoby się, że taki jak wszystkie minione, ale dziś miało wydarzyć się coś innego.

Miłowit zbudził się, zjadł sowite śniadanie popił je mlekiem od swojej starej krasuli i wyszedł w pole. Zanim doszedł do miejsca które czekało na pokos, zaszedł jeszcze nad strumień, by obmyć twarz w zimnej wodzie i zabrać jej nieco do czerpaka na później.

Słońce grzało tego dnia niemiłosiernie, a pszenica tylko strzelała pod naporem starego sierpa. Mimo iż pot płynął z czoła strugami, staruszek ani myślał przerwać pracy. Nakosił chyba z 7 stogów, co było jak na starego kawalera, wynikiem zaskakującym. Wreszcie, gdy już ręce jego nie dały rady machać narzędziem, poszedł pod stojący nieopodal wielki dąb, by w jego cieniu przysiąść i odpocząć. Wypił wodę z czerpaka, która była już nagrzana słońcem ale wciąż orzeźwiająca.

Z nieba lał się coraz większy żar. Swaróg tego dnia musiał mieć niesamowicie okropny humor, gdyż rzucał promieniami słońca jak oszalały. Blask bił nawet w cieniu i oślepiał Miłowita.

 Nagle spostrzegł on że ktoś się do niego zbliża, Szata przybysza powiewała na wietrze, lecz nie widział twarzy. Bijący od niego blask nie pozwalał mu jej zobaczyć. Gdy stanął już przed nim, Miłowit zobaczył że jego twarz była zasłonięta maską, która wyglądała jak czaszka. Chyba byka, ale trudno powiedzieć.

Postać ta wyciągnęła do niego rękę i oczekiwała tego samego. Przez chwilę staruszek zastygł w bezruchu. Zza maski było słychać tylko głośny, ciężki oddech. W końcu ręka rolnika zaczęła powoli unosić się i złapała rękę przybysza.

Ten szarpnął go i przed oczami Miłowita zrobiło się ciemno.

Upadł nagle na ziemię, ale nie była ona już taka sama.  Ta była czerwona jak krew. Spojrzał przed siebie i ujrzał tę samą postać, która stała na krawędzi klifu i gestem kazała mu podejść.

Wstał powoli otrzepał się z czerwonego pyłu i podszedł.

Jego oczom ukazało się coś, czego nigdy nie spodziewał się zobaczyć. Ogromna równina sięgająca aż po horyzont, z jednej strony zielona, porośnięta drzewami i krzewami. Chodzili po niej ludzie pomalowani zieloną i niebieską farbą, było słychać ich śmiech i wesołe gaworzenie. Podziw nad tym miejscem przerwał przeraźliwy, pełen bólu krzyk. Dobiegał on z drugiej strony równiny. Odwrócił się i dostrzegł że tam wszystko było inne. Nie było pięknego widoku, a czarna ziemia pokryta jedynie ogniem. Stąpali po niej ludzie ich ciała były czarne i pokryte zakrzepłą bordową krwią. Ponad nimi latały upiory dzierżące łańcuchy. Były podobne do tego, który stał przed nim.

Miłowit wiedział już, że jest w królestwie Welesa w Nawii. Zapytał wystraszonym głosem, dlaczego mu to pokazuje, czy on już umarł. Nieznajomy jedynie pokręcił głową i zamruczał niezrozumiale. Potem odwrócił się, podszedł do niego, przyklęknął i zasłonił mu oczy ręką.

Kawaler szybko odgarnął rękę, ale przybysza już nie było. Miłowit leżał ze swym sierpem pod drzewem. Wystraszony pognał z pola, zostawiwszy sierp i czerpak.

Zamknął się w chacie, zaryglował drzwi i przesiedział tak trzy dni.

Po tym czasie wyszedł kompletnie odmieniony, sprzedał cały swój majątek, wszystko co miał. Pozostawił sobie jedynie stare ubranie, znoszony wełniany kubrak i dziurawe buty, a pieniądze oddał wszystkim biednym z okolicy. Po czym wyruszył w świat na tułaczkę w poszukiwaniu swojego miejsca.

Nowa Nadzieja

Nowa Nadzieja

NOWA NADZIEJA

Julia Gąska

Spisuje owe wspomnienia ze względu na fakt iż moja pamięci należy do tych wadliwych pomimo młodego wieku. zanim przejdę  do sedna sprawy która jest prowodyrem mej pisaniny ,pozwolisz że zawsze od początku . od zawsze interesowała mnie historia stare księgi znaleziska i tym podobne . Od najmłodszych lat szukałam i czytałam książek ,o których istnieniu,  na pewno nie  wiedzieli moi rówieśnicy ,nawet wielu wykształconych dorosłych . moje zainteresowania i sposób życia sprawił że stałam się typowym odludkiem ,który nie znalazł nigdzie zrozumienia ,prześladowań i szykan ,po których niejeden wylądował by na oddziale dla nerwowo chorych . na szczęście obdarzona ostrym charakterem , temperamentem i siłą wysportowanego młodego mężczyzny ich prześladowania nie były mnie w stanie zagiąć .nawet po najbardziej dwulicowym ,bestialskim i obrzydliwym potraktowani stałam nadal z podniesioną głową pełną dumy w oczach . efekt tego był taki że ludzie zaczęli się bać mego spojrzenia wodząc oczami po podłodze i mrucząc pod nosem ,,wilcze oczy,, .

Lata mijały a ja coraz bardziej zagłębiałam się w historie i wierzenia dawnych Słowian .odnalazłam to czego szukałam przez całe życie i starłam się  rodziwmowiercą . znając podłości ludzi za młodu niebyła dla mnie wielkim szokiem sposób traktowania mojej osoby po zmianie wyznania . o tle było lepiej że stałam się ,,nietykalna,, , ,,trędowata ,, . będąc  przyzwyczajoną do samotniczego trybu      życia ,odpowiadało mi to . choć byłam samotnikiem nie mnie jednak nie mieszkałam sama . do całkowitego odizolowania się od świata nie jest zdolna Żadna żywa istota .izolacja morze przyciągnąć istoty które nie są lub nigdy nie były żywymi . mieszkałam z rodzicami ,choć moimi najwierniejszymi i najbardziej wyrozumiałymi towarzyszami były moje trzy konie : młody i bardzo skoczny fiord –migost , stary ale bardzo złośliwy hucuł –ancyk ,i najspokojniejszy z nich czarny fryz –dalebor  ,miałam również trzy psy mieszańce przypominające owczarka belgijskiego ,ale miały dotąd krótszą sierści szersze łapy i dużo większą posturę ,z daleka wyglądały jak olbrzymie czarne wilki ,duzo większe niż przeciętne wilki ,przez co wołano na nie ,,cerber,,  ,  ,,wilcze demony,, itd. Ja je jednak nazwałam Sambor, Dobromysł ,i Zbigniewa  

Moje plany przerwał nieoczekiwany gości zwany ,,nowotworem złośliwym,, gdy mnie złapał wyrwał mi 3 lata życia . wygląd jaki przyjęłam podczas chemii najmniej mnie interesował , bardziej mnie martwiła utrata siły ,popalony przełyk od kwasu żołądkowego przez ciągłe wymioty , przeczulica skóry wyżarte rany jamy ustnej przez zmutowane pleśniawki aż w końcu całkowita utrata władzy w nogach i bul po ciągłych operacjach . Tylko że mój przeciwnik  wiedział iż wybrał sobie bardzo trudnego przeciwnika ,który walczy do końca i jeszcze dłużej . przeszłam oczekiwania wszystkich profesorów medycyny .3razy wydano na mnie wyrok ,3 razy przeciwstawiłam się śmierci, mówiono że będę 3,5roku jeździła na wózku inwalidzkim, jeździłam 1,5 . choć jeszcze nie pokonałam swojego ,,gościa,, nie miałam zamiaru bezczynnie siedzieć

Po ukończeniu szkoły postanowiłam poświęcić się tematowi słowiańszczyzny :zbieranie ksiąg ,spisywanie historii starszyzny, oglądanie miejsc kultu ,szukanie znaków, symboli  w ruinach, lasach  ,jeziorach itp.

Na wieść o tym co wyprawiam lekarze każą mi się puknąć w głowę ,a ja jak to ja jak zwykle pokazałam im figle .

Podróżowanie było całkiem przyjemne ale Doś, problematyczne gdyż podróżowałam z swymi psami  i  koniami ,(mogłam telefonu nie zabrać ,dokumenty zostawić ,pieniędzy zapomnieć ,ale ich musiałam zabrać ) . ale ja nie lubię łatwych wyzwań .

Podróże kształcą .nauczyłam się ukraińskiego , rosyjskiego i łaciny ,walczyć szablą ,strzelać z łuku i broni palnej .

Spotkałam bardzo różnych ludzi :miłośników historii, magii, cudzoziemców ,miejscowych ,ale również oburzonych chrześcijan ,którzy grozili mi piekłem[śmiać się czy płakać ?]

Z czasem nauczyła się odpowiednio rozmawiać z ludźmi ,a zwłaszcza z starszymi którzy choć wymieniali bóstwa słowiańskie i demony celebrując różne [nieraz tylko troszkę zmienione] święta pogańskie ,mniej lub bardziej świadomie ,byli bardzo z rzyci z religią katolicką .to jednak oni byli najciekawszą skarbnicą wiedzy .

Pewnego dnia zawędrowałam w rejony dolnośląskie w okolice Kłodzko , nienawidziłam gór i Goralów, może dlatego że byłam czystej krwi Kaszubką ,nie mniej jednak nie byłam tam dla przyjemności ,oscypków czy pięknych widoczków . byłam tam ze względu na legędę o księżniczce Lubuszskiej . Kiedy tak błąkałam się bez celu szukając noclegu dla mnie i zwierząt [co nie było łatwe] .

Zaczynało dochodzić południe a ja jeszcze nic nie znalazłam , zdenerwowana zaparkowałam samochód z butmanką gdzieś w polu ,wszyscy musieliśmy rozprostować nogi . kulbaczyłam Dalebora  ,a Zbigniewa przejęłam za smycz do kulbaki siodła aby kroczyła tuz obok mnie  pozostałe zwierzęta przypięłam podobnie aby szły tuz za mną i żebym miała je na oku . postanowiłam jechać w kierunku zamku księżniczki ,po mimo tego że zaczęło się chmurzyć .

Jak się łatwo można było domyślić przyciągałam uwagę .konie z bryczką to norma ale parada koni z psami  z jeźdźcem co wygląda jak by go z trumny wyciągnęli to raczej niecodzienny widok .

Na drogę wyszła jakaś staruszka w góralskim stroju ,wyglądała na starszą niż węgiel kamienny .

Nie zwróciła bym na nią uwagi gdyby z przerażeniem nie krzyknęła  w moją stronę : ,,DZIKI GON!!!,,

W tej samej chwili jakiś mężczyzna chwycił staruszkę za ramie i zaczął szarpać .

Goralski  to gwara a nie język jak kaszubski więc łatwo było zrozumieć o czym mówią i wywnioskować że ów mężczyzna był jej wnukiem i ciągną ją do domu .

Wnuk –nie wnuk ,wstyd-nie wstyd ,ale tak traktować babci nie można .nie na mojej warcie

-Zbigniewa bierz go !-wykrzyknęłam , pies od razu wiedział o kogo chodzi i co ma zrobić .

Gdy tylko odpięłam smycz pies pobiegł z impetem ,skoczył na agresora przygniótł do ziemi i tuz przed jego twarzą wyszczerzyła wyszczerzyła  swoje durze białe ząbki czekając na moją komendę .

Ja zrzedłam z konia i podbiegłam do babci

-nic pani nie jest ? w porządku wszystko  ? –spytałam staruszki jak się później okazało wcale nie takiej szalonej .

-nie ,w porządku, mogła by panienka zabrać tego ogara z mojego wyrachowanego wnuka-odpowiedziała bardzo przytomnie i z spokojem w głosie

Zagwizdałam w stronę suczki a ta podbiegła do mnie z radością w oczach .pogłaskałam psa w dowód aprobaty .

,,wnuczek,, zaczął coś sobaczyć pod nosem na co mu odpowiedziałam

-sztel  bo w pesk!…..jak ju Ce zare pieprzna w dizmar ,tej zuz wszetci  gwiazdę łuzidziś ! –zawsze kiedy się denerwowała to przeklinałam po kaszubsku

Na co babcia podskoczyła ,zakwiliła ,chwyciła mnie w ramiona i całując po policzkach mówiła prawie łkając

-młeji  dziwcze .ju jem od was.młeji  bialkłe Ceś za scyńście .

Jak się okazało babcia nazywała się Bernadetta i choć męża miała górala to z pochodzenia była Kaszubką .jej matka wraz z nią po wojnie ,jak wszyscy w tamtych czasach szukała swojego domu i znalazła go w kłodzku .

Użaliłam się babuszce nie mam tak na dobrą sprawę gdzie się podziać ,to zaraz mnie przygarnęła . okazało się że hoduje kozy więc miejsce znalazło się dla wszystkich .

Gdy jej wnuk Janek ,chciał się stawiać  to ta zagroziła mu że jak mnie nie przyjmą to ona z miejsca idzie na rynek podciąga spódnice i zatańczy kankana śpiewając ,,chop siup ,cztery baby ,osiem dup ,,

Po mnie Janka szybko wywnioskowałam że babcia nie żartuje .

Z jednej strony go rozumiałam, przecież byłam nieznajomą z drugiego końca kraju . i dola tego o mało co nie dostał ode mnie w mordę . a z drugiej strony co mi tam druga taka okazja się nie powtórzy .

Obora okazała się Doś,  doza .po wstawieniu koni i psów ,kozy miały jeszcze dużo miejsca .

Dom był typową góralską chatą z drewnianej konstrukcji ,dużym piecem i ciupagą przybitą do ściany

Zgodnie z zasadami jakie mi wpojono ,przeprosiłam za moje ówczesne zachowanie [choć uważałam że było słuszne]  i za kłopot jaki im sprawiam . Bernadetta odparła że to żaden kłopot i zaprowadziła mnie do gościnnego  pokoju i poinformowała że kolacja będzie o ósmej .

Pokoik ciasny ale własny . po usłaniu sobie lóżka i szybkiemu przewertowywaniu  do tych czasowych notatek o mitycznych ,nawierconych bronić historycznych miejscach ,zeszłam na dół do kuchni o ustalonej porze .

Atmosfera przy kolacji była napięta jak baranie jaja głównie ze względu na nienawistne spojrzenie Jana ,choć babcie cieszyła się jak  mała dziewczynka która spotkała zajączka wielkanocnego .

Po posiłku Jan poszedł pozmywać a ja miałam chwile na rozmowę z Bernadettą . w telegraficznym skrócie opowiedziałam jej swoją historie i cel podróży ,gry powiedziałam jej o nowotworze miała minę jak by się miała zaraz rozpłakać ,więc bardzo szybko zmieniłam temat .nienawidziłam jak ktoś się nade mną użalał ,daje ,,dobre  rady,, , czy zarzuca hasło ,,ja na twoim miejscu….,, choć się na nim nie znajdował . i w tym momencie weszłam na grząski grunt gdyż z zasady staruszkowie są hermetyczni i bardzo uprzedzeni .ale ona słuchała mnie z zaciekawieniem . z czego się bardzo ucieszyłam . gdy skończyłam ,Bernadetta okazała się być taką samą gadułą jak ja . opowiedziała mi o tym jak okrutna była wojna oczami dziecka którym była , jak się kombinowało podczas stanu wojennego ,dopytywała się jak to na Kaszubach się pozmieniało i trochę ponarzekała na rodzinę w tym na wnuczka mówiąc że choć bardzo dobrze się nią zajmuje to najchętniej by ją nigdzie nie wypuszczał poza posesje ,bo uważa że jest szalona .

-niby dlaczego? ,przecież poza tym że pomyliłaś mnie z dzikim gonem nie zauważyłam nic co mogło by sugerować nietrzeźwości umysłu . –odpowiedziałam jak najspokojniej mogłam –z resztą nie dziwie się ,spusz tylko na mnie i na moją ,,eskortę,,

Niska pobladła jak trup z podkrążonymi oczami dziewczyna o krótko ściętych włosach na ,,szlachcica,,  [bo tylko tyle odrosło] ,w czarnym mundurze polowym pod eskortą trzy kolorowych rumaków i trzech kundli wyglądem wyjętym jak z horroru .

Przez całą rozmowę czułam czyjś wzrok na karku .wiedziałam czyj i że z jego powodu Bernadetta zaczęła ściszać ton dalszej rozmowy .

-przejdźmy się na zewnątrz .noc jest zezika

Wychodząc obejrzałam się przez ramie i gdy zobaczyłam wnuka Bernadetty zrozumiałam że dla jej i swojego dobra musze szybko się stąd zmyć najlepiej jutro .

Minęło mało czasu .właściwie tylko ten spacer. Z gadulstwem babci nie musiałam jej ciągnąc za język tylko prosić  aby przeszła do sedna .

-czy wierzysz w to czego nie widać?

-he?

Czy wierzysz to czego nie widać ?-powtórzyła babcia a mnie na sekundę czas się zatrzymał.

-…….nie trzeba czuć żeby wiedzieć ,i nie trzeba widzieć żeby wierzyć ……-odpowiedziałam po sekundzie

Bernadetta się tylko uśmiechnęła jakby coś wiedziała lub przeczuwała.

-wzięli  to a znajdziesz to czego do tej pory szukałaś -Wręczyła mi małe zawiniątko które wyciągnęła z ukrytej kieszeni płaszcza-ukryj je dobrze i rozwiń jak będziesz pewna że jesteś sama .

Bez słowa ukryłam zawiniątko do kostki wojskowej ale w drodze powrotnej uznałam że ukryta kieszeń w mundurze na plecach będzie lepszym miejscem .

Po drodze rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym ,dodatkowo rozkoszując się pięknem Kłodzka którego wcześniej nie dostrzegałam .

Po powrocie zostawiłam torbę w przed pokoju ,założyłam białe skurzane rękawiczki do pracy i poszłam do zwierząt .

Gdy tylko weszłam do obory konie przywitały mnie radosnym rżeniem ,psy szczekaniem a kozy niezadowolonym beczeniem . po tym gdy udało mi się przedostać przez białe uparciuchy zajęłam się swoimi pupilami .

Po powrocie zobaczyłam że klapa od torby jest otwarta .mogłam się tylko domyśleć przez kogo ,ale to były tylko domysły i nie warto się było nimi przejmować ,bo nic nie zniknęło . to czego szukał miałam przy  sobie .

Po drodze do pokoju starałam się na nikogo nie natknąć .

W torbie podróżnej miałam wszyte ukrytą kieszeń pod podważonym dnem torby .wiedziałam że się przyda .

Rano pożegnałam się z Bernadettą i rzuciłam najbardziej nienawistne spojrzenie wilka jakie potrafiłam ,w stronę jej wnuka .

Ujrzałam strach w jego oczach , a ja sama poczułam wielką satysfakcje .

Gdy w wracałam do domu co chwila ukradkiem patrzyłam na zawiniątko ,korciło mnie żeby się zatrzymać i zobaczyć co w nim jest . jednak postanowiłam że zrobię to dopiero w domu .

Gdy dotarłam na miejsce ,rodzinka zrobiła ja zwykle wielką fetę rodzice dziadkowie,  ciotki, wujkowie i cała reszta bander ozy  ,żarcia jak na wesele ,wódki raz jeszcze tyle ,wujek robił za didżeja –standard . przecież nie było mnie parę miesięcy ,wiecznie w rozjazdach .

Kiedy już prawie wszyscy byli nawaleni jak meserszmity przed odlotem i tylko nie dobitki zostały na parkiecie , ja szybko czmychmęłam na górę do pokoju .

Zamknęłam drzwi na klucz , wyciągnęłam z torby tajemnicze zwinątko od Bernadetty .

Usiadłam na łóżko i je rozwinęłam w środku był skurzany gruby notes A5 , w skórzanej oprawie ,szmatka w którą był zawiązany w rzeczywistości była szara chustka z rąk boga .

Gdy otworzyłam okazało się  że w 1/3 jest wyżłobiony a w środku jest bursztyn z dziurą w środku ,wyglądał jak obwarzanek . wyciągnęłam go i przewróciłam strony ,dalej było napisane pięknym kaligraficznym pismem ;

,,nie wiem kim jesteś ale ufam że wykorzystasz ,,To,, w dobrej wierze minęło 500 lat odkąd pojawili się oni krzyżowcy ,niszczyli ,gwałcili i mordowali .byli gorsi niż zaraza . Święte drzewa wycięte miejsca kultu zbeszczeszcone i spalone .krwią zalana jest nasza ziemia . ale nadzieja nie umarła . my nadal jesteśmy . bogowie oprócz świata stworzyli też bóstwa i demony . ja jestem już za stara i za słaba aby ich szukać i błagać o pomoc ,moje dziatki pomarły więc proszę ciebie o dokończenie tego co zaczęłam…..,,

Nie mogłam oderwać wzroku musiałam czytać dalej

,,świata nigdy nie naprawisz ,ale to nie powód aby nie czynić go choć trochę lepszym .

Więzi to bursztynowe oko ,dzięki niemu zobaczysz to czego inni nie widzą .

Proszę o pomstę za nas . HWAŁA ŚWIATOWITA,,

  Nie wiedząc co o tym myśleć i co zrobić położyłam się spać .

 

Nazajutrz u ekipy kac ,ci co odpadli jako pierwsi do tej pory spali na kanapie ciotki z dzieciakami sprzątały a co trzeźwiejsze chłopy zgarynali tych mniej trzeźwych z pod stołu i albo czekali na transport dla nich albo kładli tam gdzie jeszcze było miejsce do spania .dom był durzy więc i problemu z tym nie było .

Od tańcowania złamał mi się obcas ,po podłodze walały się buty ,żakiety , w powietrzu było czuć sapach śledzika w sosie kaszubskim –jestem w domu.

Wódki i jedzenia zostało tyle że dla górala zostało by jeszcze na 3 wesela ,dla warszawiaka na 2 ,a Kaszuba ledwo co na jedną imprezę o weselu nie ma co w ogóle gadać .

Może i górale wszędzie się promują [otwierasz lodówka a tam góral] , ale to kaszubi robią naj lepsze imprezy ,nikt ani trzeźwy ani głodny czy niewytańczony jeszcze od nas nie wyszedł .

-to co ,towarzystwo wytrzeźwieje ,ja zaraz pojadę dokupić wódki i jutro poprawiny-powiedziałam do ciotek

-poczekaj dam ci pieniądze -powiedziała mama-tylko u nas w wiosce kup ,bo gdzie indziej nawet z dowodem ci nie sprzedadzą

Niestety miała racje bo choć miałam 20 wiosen za sobą i pomimo skatowania chorobą nawet z twarzą nieboszczyka miałam bardzo delikatne i dziecinne rysy twarzy do tego stopnia że sama sobie bym tyle nie dała ile mam . gdy pytam się kogoś obcego czy zgadnie ile mam lat to po przez mój głos oszacowują że gdzieś ok.16 ale gdy nie odrywając się to wyzwanie żartobliwie rzuca komuś kursi z moich kuzynów to mówią że na pewno 14.

Pojechałam konno z bryczką aby mieć gdzie załadować zakupy . kupiłam co było potrzebne i już miałam wychodzić gdy w radiu usłyszałam komunikat aby wszyscy co mieszkają na Pomorzu zabarykadowali się w domach okna zabili deskami bo zbliża się największy huragan tego roku ponoć teki sam jak 6 lat temu .

Co prawda nie musieliśmy się go obawiać z dwóch względów ;1 jesteśmy tak do nich przyzwyczajeni że sztorm to dla nas lekki wiaterek , 2 od tego sztormu 6 lat temu rodzice zrobili z domu prawdziwą fortece na wypadek ponownego incydentu .

Ale nie z tego powodu ten komunikat był dla mnie ważny , jeżeli na Kaszubach miałam coś zobaczyć przez ,,bursztynowe oko,, to tylko w taki sztorm jak ten . nic wtedy niema szans się ukryć choćby chciało ,w takie sztormy czuć moc samych bogów .A jeżeli jest się dość  głupim lub odważnym aby w takie sztormy wypływać i się przeżyje to się można poczuć jednym z nich.

Taką potęgę ma morze .

Zawiozłam zakupy do domu . poczęto odpowiednie przygotowania na jutrzejszy wieczór .

A ja po kryjomu zaczęłam przygotowywać się na przechadzkę po molo .

Nasz dom ,choć odnowiony, był stary a co za tym idzie miał dużo tajemnic i zakamarków .

Jednym z nich był ukryty tunel w piwnicy wykopany przez pradziadka podczas wojny ,po to aby uciekinierowi jenieccy mogli tedy uciec na wypadek pogromu , tunel wiódł aż na skraj lasu .

Schowałam odpowiedni ekwipunek do kufra w piwnicy ; kalosze, płaszcz przeciw deszczowy taty ,szal ,line,bagnet [jeszcze po ruskich się ostał],lampa na baterie  ,skórzaną czapke z uszami i gogle lotnicze

Po pomaganiu przy gotowaniu ,sprzątaniu i nakrywaniu do stołu ,powiedziałam że ide do babci i trochę tam posiedzę .

Trochę kręcili nosem abym wychodziła skoro ma nadejść sztorm, ale jak zwykle postawiłam na swoim .

Trząsnęłam drzwiami w przedsionku dla niepoznaki i czmychnęłam do piwnicy .

Czym prędzej się ubrałam i otworzyłam drzwi do tunelu w które były wmontowane półki na weki żeby dla zmyłki ludzie pomyśleli że to zwykła szafa na słoiki .

W tunelu już poczułam chłód jaki mnie będzie czekał na zewnątrz. ,,dobrze że pod spodnie założyłam kalesony dziadka ,,- pomyślałam  

Tunel był ogromny i ciemno w nim było jak w dupie .ale podziwiałam jego solidne wykonanie i fakt że się pradziadkowi chciało kopać pół kilometrowy tunel.

Kiedy wyszłam na zewnątrz ,po mimo ochrony przed wiatrem przez drzewa wiatr pchał mnie na boki .

Przede mną 2,5 km na piechotę .nic wielkiego dla kaszuba.

Gdy byłam prawie u celu na plaży szłam jak najniżej ziemi prawie na kolanach ,słyszałam jak syreny wyją na ostrzeżenie ,jak gałęzie się łamią i pękają pod swoim ciężarem ,fale uderzają o skały z łomotem jakby chciały w ten sposób pokazać że jakim prawem falochrony stoją im na drodze .

Każdy inny już tutaj by się zatrzymał albo zaczął by uciekać . każdy kto nie jest uparty jak kaszub .

Dalej zaczęłam się czołgać jak w okopach a i tak miałam wrażenie że zaraz urwie mi głowie ,a woda próbowała mnie zmyć.

Na środku pomostu stała lampa .wyciągnęłam linę i przywiązałam się do niej , poczym wyciągnęłam z kieszeni bursztynowe oko i rozejrzałam się dookoła .

To był on ,,morski diabeł,, , ,,Mości purtek,, , ,,szalińc,, , morski demon sławny w naszych legendach i pieśniach .

-SZLIŃC!!! PURTEK!!! –zaczęłam krzyczeć .

Nagle zerwała się wielka fala która uderzyła wprost na mnie . myślałam że się topie ale na szczęście byłam przywiązana liną .nagle fale odeszły , przestało wiać ,a morze się uspokoiło , jak na zawołanie .

Kiedy próbowałam usiąść  zobaczyłam że coś płynie w moim kierunku , wzięłam bursztyn i zobaczyłam żę to sam szalińc .

Znajdował się dwa metry ode mnie. Chciałam coś powiedzieć ale nie mogłam wyksztusić ani słowa .

A on zanurkował i zniknął mi z oczu . ususzałam grzmot i zrozumiałam że jak nie zacznę uciekać to sztorm znów mnie zmyje .

Dobiegłam do plaży w samą porę zanim się na nowo rozwiało na dobre . po drodze do domu wstąpiłam do babci żeby się w miarę wysuszyć i ograć .

Na szczęście uwierzyła mi że zmokłam po drodze do niej .

Po powrocie do domu postanowiłam szukać dalej .płanetniki ,czarty ,zmory…….

Minoł tydzień .

poszłam z Migostem i psami na spacer przez pole . nagle psy położyły uszy ,ogon zwinęły pod siebie ,a koń nastawił uszy na sztorc .

zboża zaszumiały i zaczęły padać . spojrzałam przez bursztynowe oko i zobaczyłam płonnika . nie wiedziałam kto nim jest , kto sprzedał dusze ,ale bardziej martwiło mnie zborze .

-wynocha!!! –wrzasnęłam w jego stronę licząc że go to spłoszy .

Zaczął biec w moją stronę ,koni stanął dęba , ja chwyciłam bat przy siodle i zamachnęłam się z stałej siły . bat strzelił a zborze się zakotłowało .

Nie czekając na rezultat poszłam zerwać poszłam ułamać jakąś gałąś ,zerwałam parę kłosków zboża i trawy . owinęłam zielsko wokół kija i wbiłam jak pal w ziemie przed zbożem, wsiadłam na konia i odjechałam . prababcia mawiała że to na niego pomaga. oglądając się przez ramie zobaczyłam na kilku kłosach na polu ,parę kropelek krwi .,,dostał za swoje,, powiedziałam w duchu.

Przez 3 dni obserwowałam wszystkie pola ,i nic . zniknął .

zajechałam do wioski do sklepu po tabakę i chleb . drzwi rozwarły się z hukiem.

-pół litra i słoik korniszonów-powiedział zachrypnięty nieprzyjemny głos , a fetor rynsztoka rozszedł się po sklepie . to był ,,skoczek,, .jego ksywka wzięła się z tego że lubił się bić przy byle okazji . gdy spojrzałam za siebie zobaczyłam że ma na pysku szwy ciągnące się przez cały policzek aż do nosa.

-o Jezus Maria ,od kogo tak solidnie oberwałeś w mordę, co ?-zapytała sprzedawczyni

-nie twój zasrany interes

-ej ,morze trochę grzeczniej ,chyba że chcesz poprawkę –powiedziałam najniższym i najgroźniejszym tonem głosu jaki potrafiłam z siebie wydobyć .

Skoczkowi poszerzyły się źrenice .on wiedział i ja wiedziałam że to ode mnie ta szrama .tam na polu…

Schylił głowę coś Warką niezrozumiale ,wziął  zakupy i poszedł jak przeciąg .

-jakby się jeszcze wiele rzucał następnym razem albo się zile odzywał , to proszę mu powiedzieć że ja do niego przyjdę  i nie będzie to miła wizyta –powiedziałam do sprzedawczyni wychodząc ,zamiast ,,dowidzenia,,

 

Po powrocie do domu zjadłam obiat nakarmiłam psy ,napoiłam konie i poszłam do domu .

Pamiętając jak podczas ,,wielkiej wichury,, nad pomostem trudno było mi utrzymać bursztynowe oko ,przykleiłam je do wewnętrznej części szybki w goglach lotniczych .

Nie mogłam się doczekać kiedy je wypróbuje ,to też od razu poszłam do pobliskiego lasu a potem w zagajniki . jeden z nich był moim ulubionym gdyż rosło tam ogromne Drewo otoczone dwoma kopcami pomiędzy którymi siadałam zakopując się wygodnie w ogromne konary .

Przycupnęłam sobie jak zwykle , powieki stały się ciężkie od zmęczenia . zielone  liście które pospadały z drzew pod wpływem wiatru przemieszczały się po ziemi . tylko że te liście miały małe nóżki . otworzyłam oczy szerzej ze zdumienia i przyjrzałam się dokładniej .to nie wiatr nimi poruszał , tylko do kogo należały te małe nóżki ?

Odprowadziłam wzrokiem ,niezwykły liść wzrokiem  który ukrył się za pagórkiem przy korzeniach dębu .

Wdrapałam się na górę i zobaczyłam że liście przysłaniają małą jamę wydartą u podnóża  pagórka .

-cicho….moze nie usłyszy.

-a co jak widzi ?

-co ma niby zobaczyć ?

Ktoś się tam kłócił i chyba domyślałam się kto .

Podszedłem z drugiej strony i zapukałam wy liście

–przepraszam jest kto w  domu? -zapytałam , a na mnie z pod koniuszka liści wyjrzały małe czarne oczka .-nie bójcie się mnie nie zrobię wam krzywdy .

Liści został wyrzucony jak drzwi z zawiasów i wyszły w moją strona dwa cudaczne stwory

-no ja mówiłem że to zły pomysł żeby tutaj zostać odkąd się tu ona kręci ! –wrzeszczł jeden do drugiego

-tak wszystko zwal na mnie

-przepraszam ….-małe oczka zwróciły się w moją stronę . –jestem Janka ,a wy to pewnie Julki ?

-tak ,ja jestem rabarbar a ten wrzasku to Przeczka

-cicho!

-no co ? i tak nas widzi i słyszy . powiedz no nam jak ty to robisz?

Bez słowa ściągnęłam gogle i położyłam je na ziemie . nic już nie widziałam ale słyszałam jak małe stópki idą w ich kierunku .

– ach to tak…..-powiedziały małe głosy

Założyłam gogle z powrotem .

– powiedzcie mi dlaczego tylko dzięki temu was widzę ,dlaczego się wszystkie bóstwa i demony poukrywały się przed nami .

– oj to było tak dawno że nawet najstarszy Julek tego nie pamięta –powiedział ze smutkiem w głosie porzeczka

-a morze król węży ,będzie wiedział?

-a pamiętasz ty gdzie on w ogóle jest? ,bo ja go już stulecia nie widziałem

-to morze trusia –nie dopuszczał rabarbar

-jak to trusia ?-spytałam, a te spojrzały na mnie ze zdziwieniem

-jak to ?to znalazłaś nas, a u siebie trusi nie?

-jak to ,,u siebie,, ?

No tak najciemniej jest pod latarnią . Julki wdrapały się mi na ramiona i poszły ze mną żeby trusia mnie nie zżarła

Na miejscu na szczęście nikogo w domu nie było . Julki zajrzały do małej dziury przy stajni konia .

Gdy wybiegły z niej ziemia się zatrzęsła tak że konie pouciekały w pole ,psy zaczęły wyć a ja upadłam na tyłek na ziemie .

Z pod ziemi wypełzł ogromny kilku nasto metrowy wąż . gdy wypełzł w całości był większy od stajni pod którą się ukrywał .

-trusiu to jest Janka o której ci mówiłem –przemawiał do węża rabarbar

-A więc  to ty jesteś tą ,,szukającą,, -powiedziała trusia

-tak ! czy możesz mi pomóc?

-odważnaś , i żadne zwierze od ciebie krzywdy nie zaznało jak długo cię obserwuje .dlatego powiem ci co wiem . działo się to dawno kiedy świat był jeszcze młody ,a harmonia w świecie nie zachwiana .potem pojawili się obcy z krzyżami na piersi i zaczęli niszczyć i mordować . nie byli w stanie nas zniszczyć przez swego boga ,nie mieli wiedzy ani siły .wtedy to pod wszelkimi groźbami kazali nas niszczyć naszym ludzkim braciom i siostrom .obcy nie cofali się przed niczym nie szanowali żadnych świętości ani zasad .nie mieli serca …….wtedy to bóstwa między sobą przekazywały rozkaz od Bogów aby się ukryć i czekać na dalsze rozkazy ….. ale one nie nadeszły .to wszystko co wiem .

-kto wydał ten rozkaz ?, który z Bogów zapytałam patrząc trusi prosto w oczy ?

-nie wiem . ale ten rozkaz przekazał mi wodnik

-jak go znaleźć ?

-na polach na Karwińskich Błotach grasuje Ćmok ,złap go i zabij .wrzuć jego ciało do jeziora Żarnowieckiego w czasie pełni .poproś wodnika aby się ujawnił .gdy wypłynie na powierzchnie powiedz  mu że jesteś ode mnie ,na pewno ci pomorze .

-dziękuje . -Trusia skinęła głową –no maluchy ,wam też dziękuje –powiedziałam z uśmiechem w stronę figlarnej parki –odniosę was z powrotem  pod dąb

-oszalałaś !!! …..teraz?! jak zaczyna się coś dziać !

-ani mowy nie ma !

Roześmiałam się i spojrzałam na trusie

-wszystko pięknie ale jak ja te dziurę po tobie zakopie bez buldożera zanim rodzice przyjadą to ja nie wiem ?

-O to ,to się nie martw . jak będziesz jeszcze czego kol wiek potrzebowała to wiesz gdzie mnie znaleźć –trusia zapadła się pod ziemię za ziemia sama się usypała zupełnie tak jakby w ogóle z niej nic nie wypełzło .

– no to jedziemy na safari !-wykrzykną radośnie porzeczka

 

Kiedy dotarliśmy na miejsce, poszło dość  sprawnie . usiedliśmy na gałęziach drzewa i gdy ćmok pojawił się na polu zarzuciłam sieć rybacką żeby nie odfrunął i przestrzeliłam mu głowę strzałem z łuku. Był to łuk refleksyjny więc siła z jaką wystrzelono strzałę była tak potężna że strzała zatopiła się w jego głowie niemal że po samą lotkę .nawet nie wiedział co go trafiło .

Nazajutrz miała nadejść pełnia .

Wzięłam ojca łódkę i przyczepę po zajechaniu nad samo jezioro ,wypłynęliśmy na środek jeziora .

Wyrzuciłam za burtę truchło i zaczęłam wołać

-wodniku ! przyjmij tę ofiarę i wyłoń się z odmętów jeziora !

Fale zaczęły się zmagać choć jezioro było spokojne . nagle truchło zostało wciągnięte pod wode .

Krew demona wypłynęła na powierzchnie a wodnik tuż po niej .

-trusia mnie przysyła . który z Bogów wydał wam rozkaz aby się ukryć i jak go wezwać?

Demon spojrzał na mnie swymi wyłupiastymi oczami rozdziawił zębatą szczękę w uśmiech poczym zarechotał .

-no proszę kopę lat jej imienia nie słyszałem . nie wiem który z Bogów ani jak się można z nimi zobaczyć będąc jeszcze żywym ,ale mnie przekazał go gryf . znajdziesz go na opuszczonej latarni morskiej nad górą Szwedów .

– dziękuje

Małe Julki jak zwykle nie mogły poczekać cierpliwie w mojej kieszeni i wychyliły ciekawsko główki .

Wodnik spojrzał na nie z zaciekawieniem .

-a to co ? drugie danie?

-nie to są moi towarzysze –rabarbar wytknął język w stronę stwora –ale mam jeszcze jedno pytanie .

-słucham

-gdzie jest najwięcej bóstw słowiańskich w Polsce

-tak po kolei licząc…. na Pomorzu ,potem w górach i najmniej w środkowej części

-dziękuje za informacje

-powodzenia

Wodnik znikną pod wodą .

W domu zrozumiałam że moja podróż z miejsca na miejsce od nowa się zaczyna

Nie czekając na nic od nowa się spakowałam załadowałam konie na butmanke i w drogę .

Całe szczęście że to nie był sezon bo byłby korek jak na zakopiance .

Wiedziałam jak w złym stanie jest wieża i że schody już dawno szlak trafił więc zaopatrzyłam się w ekwipunek alpinistyczny  .

Jedynie,  gdzie się wspinałam to po drzewach ,ale jak się okazało ,stary budynek a drzewo nie wiele się różniło .

Na szczycie było ogromne gniazdo w które od razu wpadłam .

W gnieździe było trochę szkła, błyskotek i szkieletów ryb .

W kocie siedziała jakaś mała kudłata kulka z szpiczastymi uszami ,dużymi żółtymi oczami ,łapkami szczurka z przeciwstawnym kciukiem i czubatym ryjkiem z małymi ząbkami

-co to za stwór?

-to licho –odpowiedziały mi Julki

Nim zdążyłam  podejść do stworka usłyszałam rozdzierający uszy ryk i zerwał się potężny wiatr .

To gryf lądował w swoim gnieździe .

Ukłoniłam się nisko i już chciałam zadać pytanie gdy gryf przemówił .

-wiem kim jesteś i czego chcesz szalińc mi o tobie mówił .,,niezwykle odważna dziewczyna ,która nie boi się nawet morskiego diabła,,.

-tak to jak –odpowiedziałam nie skromnie  

-musisz być czystej krwi Kaszubką skoro nie wzruszają ciebie sztormy i kłaniasz się gryfowi .

Uśmiechnęłam się pod nosem już miałam coś powiedzieć gdy małe licho zaczęło ocierać się o moją nogę niczym kot . wyciągnęłam z kieszeni kawałek chleba z masłem i mu je podałam .zjadł je tak szybko jakby ktoś go gonił . usiadł mi na nodze i zwinął się w kłębek jak do snu .był malutki nie większy niż puszka groszku .

-polubił cię –powiedział gryf

-przechodząc do sedna sprawy….. gdzie mam się udać dalej ?

-w Owińsku jest opuszczony szpital ,ludzie ze względu na jego tragiczną historie twierdzą że jest nawiedzony…. Tam ukrywa się bazyliszek ,on poprowadzi cię dalej .

-komu w drogę temu czas….idziemy Janka ?-zapytały Julki

-zaczekajcie zabiorę was tam

-ale ja jestem tu z końmi i psami

-widziałem twoją przyczepę ,pochwycę ją w szpony i przeniosę was wszystkich

-naprawdę?

-tak , jestem silniejszy niż ci się wydaje …. Wskakuj mi na grzbiet

Wdrapałam się na grzbiet gryfa a licho ukryło się mi pod kurtką pod pachą

Latanie było cudownie ,nie porównywalne do niczego innego .gryf był nie tylko silny ale i również szybki . jazda samochodem zajęła by kilka godzin a jemu zaledwie kilka minut

Na miejscu wręczył mi dwa swoje pióra i poinstruował mnie żebym jedno wplotła w włosy a poznam mowę wszystkich istot które w moim języku nie mówią a drugie gdy wrzucę do ognia on przyjdzie mi z pomocą . i powiedział że lustro nie będzie mi potrzebne . nie wiedziałam czemu ale postanowiłam mu zaufać . licho nie chciał się odczepić więc został ze mną .miałam w kieszeni dwa Julki czemu by nie mieć pod czapką jeszcze małe licho?

Widać było że szpital był bardzo stary .poobijane ściany ,wybite szyby ,pozbawiony tynku do gołej cegły . w środku wyglądał na prawe nie tknięty ,wszędzie walały się strzykawki opakowania po lekach ,rozbite ampułki z lekami ,łóżka szpitalne ,szafki z dokumentami .tylko wszystko było potłuczone ,porozrzucane, i zarośnięte mchem ,grzybem i winoroślą .

Znalazłam kręte schody w dół . na dole było dość jasno przez to że na pierwszym piętrze zapadł się spory kawałek podłogi.

-jest tu kto ? przychodzę od gryfa!

Sterta gruzu się zatrząsała i s gruzu wyłonił się bazyliszek .już się nie dziwiłam gryfowi dlaczego mówił że lustro nie będzie mi potrzebne .miał wydłubane oczy a na swych kurzych łapkach blizny jak po kajdanach . czasami nie wiedziałam kto jest gorszy demony czy ludzie ?

Zaczął coś syczeć ale nic nie zrozumiałam i wtedy przypomniałam sobie o piórku gryfa ,wpięłam je w włosy spinką i wszystko stawało się dla mnie zrozumiałe

-czego szukasz ja nic nie wiem ?

-Szukam kogoś kto odpowie na moje pytania

-ja nic nie wiem ,nic nie wiem

-a wiesz kto morze widzieć ?

– diabeł Boruta

-a wiesz gdzie mogę go znaleźć ?

-sama go nigdy nie znajdziesz chodziłbyś cały świat obeszła w złóż i w szerz… chroni go potężne zaklęcie

-zaprowadzisz mnie do niego ?

-dlaczego niby miałbym to zrobić.

-bo sama mam blizny i przeżyłam równie wielkie cierpienie co ty ale na przekór tym wszystkim którzy stanęli mi na drodze brnę dalej do przodu . blizny doświadczenia zostaną z nami na zawsze ale to nie powód aby uginać kark pod ich ciężarem i użalać się nad sobą

-co ty możesz o tym wiedzieć ?

-wiem więcej niż ci się wydaje

W tej samej chwili licho wypełzło mi z pod czapki pod którą się ukryło

-co to ? –zapytał zlęknięty bazyliszek

-to tylko moi towarzysze ;dwa Julki rabarbar i porzeczka ,są u mnie w kieszeni w kurtce i małe licho ,jest u mnie na głowie pod czapką  

– Julki ,licho i człowiek …. Brzmi jak początek kiepskiego kawału

-to jak zaprowadzisz nas czy nie –zapytały zniecierpliwione Julki

-dobrze przyjdziecie jutro wieczorem pod brame…..będe na was czekał i was tam zaprowadzę .

-dziękujemy

 

Wiedziałam że teraz nie mogę zabierać wszędzie ze sobą swój zwierzyniec . więc nie zależnie od tego gdzie teraz mieliśmy pojechać wiedziałam że musze dla nich znaleźć jakiegoś hotelu dla zwierząt.

Zaraz o ósmej podjechałam pod bramę szpitala .bazyliszek już czekał . był nie durzy ,miał wielkości dużego koguta  ,to też wzięłam go do przodu na siedzenie

-kierunek Gdańsk a jak dojedziemy to pokieruje cię dalej

-no nie pierdol….- teraz już nie wiedziałam czy się śmiać czy płakać

-co?

-z tamtych rejonów wracam

-jesteś ,,bosym antkiem,, , czy Kaszubem

-kaszubem

-to wiesz jak się kierować

Odpaliłam samochód i ruszyliśmy w drogę

-jak myślisz Janka .długo będziemy jeszcze kołować zanim dojdziemy do sedna sprawy .-zapytał się mnie rabarbar

-jeżeli będziemy musieli…..

Większości trasy minęła w milczeniu .Julki spały mi na kolanach ,licho na głowie a bazyliszek milczał .

Dopiero wtedy jak zrobiłam postój dla rozprostowania nóg licho zwołało że chce jeść więc dla wszystkich zrobiłam coś do jedzenia .Koniom dałam kiszonki ,psom kości ,Julki z Lichem zjedli chleb z masłem a, bazyliszek garści owsa ,ja zaś wypiłam herbatę z termosu .

Przez chwile się wahałam ale potem zapytałam się kto pozbawił go oczy i zrobił mu te wszystkie blizny . okazało się że oczy stracił w walce z innym bazyliszkiem .będąc całkowicie bezbronnym bez umiejętności zamieniania ludzi w kamień został złapany przez handlarzy i sprzedany pewnemu czarno Książnikowi ten zaś po wyrwaniu mu kilku piór wypuścił go na wolności .poszukując zacisznego miejsca gdzie będzie mógł zjadać szczury i to co ludzie wyrzucą znalazł otwarte okno do piwnicy w jakimi budynku .ukrył się tak dobrze że aż do Konica nikt go nie znalazł .potem ludzie zostali wymordowani podczas wojny i owiany legendom że ich duchy chodzą tam po dziś dzień .dzięki temu mógł tam spokojnie mieszkać .

Później ja mu opowiedziałam w skrócie swoją historie z Bernadettą ,Julkami i lichem .

Gdy dojeżdżaliśmy do gdańska bazyliszek pokierował mnie na Wrzeszczów potem do parku jaśkowa dolina i mym oczom ukazała się znana z opowieści prababki willa na diabelskim wzgórzu .

Zaparkowaliśmy przed willą ,gdy bazyliszek wyskoczył z samochodu zaczął przed drzwiami wydrapywać jakiś nieznane mi znaki .znaki zaczęły płonąć i wystrzeliły wielką smugą światła która opłynęła całe obejście .

Willa zmieniła się w jednej chwili ,z wielkiego podrapanego straszydła stała się na powrót piękną jak dyby przed tygodniem zbudowaną zachęcającą gości willą .

– Kogo tam niesie do cholery- usłyszeliśmy za drzwiami ?

– A jak myślisz kto by się do Ciebie jeszcze tłukł ?

Drzwi rozwarły się z hukiem w progu stanął Boruta odziany w szlachecki strój z szablą przy pasie kontuszowym z lamparcią skórą na plecach ostrzyżony jak szlachcic z bujnym wąsem.

-Jeżeli do mnie przychodzisz, znacz że, masz sprawę-mruknęło diablisko.

– Owszem sprawa jest pilna, przywiozłem ze sobą gości, których ta sprawa dotyczy.

– A za tym, jak nakazuje stary zwyczaj, zapraszam do środka.

W środku wisiały portrety, wykończenia ścian były malowane najwymyślniejszymi kreskami, wszystkie stoliki i meble były bogato rzeźbione a na podłodze leżały perskie dywany.

Willa miała w sonie wiele pokoi i korytarzy, jednak nas zaproszono na salony. Kiedy zasiedliśmy do stołu Bazyliszek powiedział w skrócie całą naszą historię. Boruta wysłuchał w skupieniu.

Gdy Bazyliszek skończył, Boruta zaczął mówić :

– rozumiem z czym do mnie przychodzisz, ale nim spełnię twą groźbę, proszę Cię abyś była moim gościem.

Zgodziłam się bez wahania . musiałam przyznać że była m zmęczona podróżą i nie tylko ja .

Okazało się że w willi są również słudzy wielkiego Boruty .wyglądały jak zbite czarne ludzkie cienie o białych oczach i przekrwionych ustach .kiedy zapytałam się pana willi czym one są ,odparł że to cienie porzuconych ludzkich marzeni które teraz mu służą .

Na szczęście okazało się że za willą jest ogromna stajnia gdzie zaprowadzono konie z psami na odpoczynek ,a nas do swoich pokoi .a właściwie mnie bo bazyliszek poszedł spać na zapiecek ,Julki nie ufały Borucie więc spały ze mną na poduszce obok ,licho chyba również cię go bało bo rozpłaszczył mi się na głowie ,złapał za kudły Inie chciał puścić uspokoił się dopiero wtedy gdy położyłam go u siebie na łóżku przy nogach . wszyscy zasnęli jak zaklęci.

Nazajutrz rano cień obudził nas na śniadanie .założyłam mundur Julki posadziłam na ramionach ,a licho szło mi przy nodze jak pies . gdy weszliśmy do salonu stół był nakryty srebrną zastawą a na stole mnóstwo wędlin , jajek, różnego rodzaju sery i chleb

-dzień dobry-powiedział Boruta

-dzień dobry ,smacznego

Boruta najwidoczniej był już po śniadaniu ,siedział wygodnie na największym krześle i palił fajkę.

Od razu było widać kto gdzie ma siedzieć po prawej stronie gospodarza było przygotowane krzesło dla mnie ,obok na stole 3 nakrycia przy czym obok 2-óch małe krzesełka ze szpulek na nici ,a po lewej stronie gospodarza stał wysoki taboret . nim usiadłam na swoje miejsce wpierw posadziłam na stole Julki następnie licho przy czym jemu od razu nałożyłam porcje jedzenia obawiając się gdy zacznie skakać na stole to narobi bałaganu albo co gorsza jeszcze coś stłucze .potem przyszedł bazyliszek i usiadł na taborecie. na końcu zasiadłam ja .

Posiłek nie licząc mlaskania Julków i chrupania licha przebiegł w milczeniu .po skończonym posiłku zajrzałam do koni .cienie bardzo dobrze się nimi zajęły .

po powrocie do wili zastałam Borutę na fotelu przy dużym kominku na fotelu wyglądem przypominający tron .usiadłam na krześle obok

-wiem oczym rozmyślasz

-doprawdy ?

-o Polsce szlacheckiej ,o czasach polskiej świetności

-zabawne… tylko ty się mnie nie boisz…. Nie patrzysz na mnie z trwogą i pogardą…

Na te słowa uśmiechnęłam się pod nosem , wstałam bez słowa ściągnęłam górę od munduru a bluzkę podciągnęłam tak aby odsłonić brzuch i pokazać blizny

-śmierci się nie boje a diabła miałabym się bać ?

Potem rozmowa sama popłynęła ;o Polsce szlacheckiej o dawnych i dzisiejszych czasach , o tym co nas spotkało .nawet nie zauważyłam kiedy nadszedł wieczór .

Kiedy poszłam do pokoju na łóżku leżała piękna długa krwisto czerwona suknia a przy niej kartka ,a na niej ;,, proszę włóż ją na kolacje,,

Po chwili wahania spróbowałam się w nią wcisnąć ,bo przecież  nie należałam do szczupłych panien.

Okazało się że leżała jak ulał a materiał był nawet wygodny .  Założyłam już tylko godle i zeszłam na piętro

Gdy poszłam na kolacje wszyscy już czekali .na stole świeciły długie świece a wokół nich ogromne stosy jedzenia najprzeróżniejszych dań których nazwy nawet nie znałam ,i oczywiście beczki pełne wina .

Gdy Boruta ujrzał mnie w progu ,podszedł skłonił się nisko .

-czy mogę prosić do Tanica ? –zapytał

Skinieniem głowy się zgodziłam poczym podałam mu swą dłoń . nie wiedziałam czego się spodziewać ale wszelkie wolne tańce nie były mi obce .

Gdy znaleźliśmy się na ,,parkiecie,, w tle nie wiadomo skąd usłyszałam utwór ,,diablic walc,,.

,,jakże by inaczej ,,pomyślałam .jak sama nazwa wskazuje zatańczyliśmy walca .

Prowadził mnie lekko i delikatnie ale trzymał mnie w ramionach blisko ,mocno ,silną ręką tak jak lubiłam . przy takim ,,partnerze,, nie chciało się przestać tańczyć

Jednak gdy skończyliśmy i usiedliśmy do stołu bez zbędnych ceregieli Boruta oznajmił że dalej musze się udać do czarownic na łysą górę i że ma już wszystko załatwione .

Po skończonej kolacji ,która przebiegła bardzo miło ,Boruta przyklasnął 3 razy w dłonie a z kominka wybuchł ogromny ogień niego zaś wyłoniło się ogromne diablisko w pastuszym korzuchu

-wzywałeś ?–powiedział pretęsjonalnie do Boruty

-owszem… o to panienka o której ci mówiłem .

Ukłoniłam się nisko w jego stronę

-to rokita zabierze cię do macochy a ona zabierz cię do wiedźm –oznajmił mi Boruta

-a co z psami i, końmi ?

-nie martw się ,mogą zostać u mnie tak jak i wszystkie rzeczy do czasu aż nie wrócisz.

-panienka wszystko zostawi i pozwoli za mną –burkną rokita

-czekajcie !, a my?!

– zaczekajcie na nas –krzyczały Julki a licho biegło za nimi

– co to ?-zdziwił się rokita

-jak widać wcale nie jest takie licho złe jak je malują –odparłam

Julki wspięły się mi po sukni i usiadły na bufiaste rękaw na ramionach . licho stanęło na dwóch łapkach prosząc aby je usadowić na jego stałym miejscu .

Podbiegłam do Boruty i ucałowałam w policzek

-dziękuje za wszystko.

Zaskok oczony całą tą sytuacją jedynie w odpowiedzi lekko się uśmiechnął i owiną wąs wskazującym palcem

Rokita bez słowa wziął mnie na ręce i wyniósł z posiadłości ,a Boruta i bazyliszek szli za nami .

– tylko delikatnie obchodzi się z panienką ,bo jak nie to ci nogi z dupy powyrywam –poinformował rokitę Boruta

-wiem, wiem…

Rokita gdy podskoczył to miną kilka ładnych ulic nad dachami najwyższych budynków . wystarczyły jego 4 durze skoki abyśmy się znaleźli gdzieś daleko za obrzeżami miasta

Znaleźliśmy się na jakimś wielkim polu porośniętym makami i habrami

-Jaksons este pikadil !!!-zakrzyczał rokita.

Przez chwile nic się nie działo dopiero potem z daleka  zobaczyłam jak coś biegnie w naszą stronę z niewyobrażalną prędkością .kiedy znalazło się niedaleko nas ,ostro wyhamował drąc ziemie jak koń na trze wyścigowym . to była Matocha-ogromny stwór musiał być krzyżówką kozła byka i niedźwiedzia z zębami wilka

-to ta dziewucha od Boruty ,ino pilnuj jej jak swego ogona bo nam Boruta łby poukręca i wyprawi nad kominkiem

Rokita złapał mnie wpół i posadził stworowi na karku

-trzymaj się go za rogi to nie spadniesz

Kiwnęłam głową i pomachałam mu na dowidzenia

Kiedy Matocha zerwała się do biegu myślałam że mi ręce ze stawów wyrwie .biegła tak szybko jak wiatr ,i przechodziliśmy przez ulice budynki i ludzi jak duchy .nikt nas nie widział nie czuł ani nie słyszał . nawet nie minęło parę chwil kiedy to znaleźliśmy się na szczycie góry .

Otoczyło nas koło czarownic .bez słowa zeszłam z grzbietu demona i rozejrzałam się w około .

Były tam stare i młode ,ładne i brzydkie wiedzmy . wszystkie latały na miotłach .

w końcu jedna z nich przemówiła ;

-czekaliśmy na ciebie moje dziecko… wiemy o celu twojej podróży i podziwiamy twój upór i odwagę

-już niemalże cały świat słowiańskich demonów mówi o tobie .-powiedział ktoś z tłumu

Matoha nie odstępowała mnie na krok , nawet gdy podeszłam do jednej z wiedźm

-przybywam tu po informacje który z bogów wydał rozkaz i jak mogę się z nimi skontaktować ?

-zacznijmy od tego… że ostateczną odpowiedz na wszystkie twoje pytania odpowie ci  leszy. On wie wszystko .zaprowadzimy cię do niego zanim jednak to się stanie to mamy…

Nie zdążyła dokończyć gdyż przerwał jej jakiś i huk ponad naszymi głowami podobny do wystrzelenia zapchanej róży wydechowej w samochodzie ,potem coś jak gdyby piardnięcie i w dół jak piana mucha na petardzie zaczął lecieć ku na jakiś obiekt

-z drogi śledzie ,bo królowa jedzie!!!-krzyczał  

Matocha szybko mnie zabrała na bok wiedzmy rozgoniły się po kątach ,a ,,piana mucha,, wylądowała na środku placu

-co za truchło! Na kij do sznurka od bielizny cię przerobie ! zobaczysz!

To była wiedźma .chyba najstarsza wiedźma jaką tam widziałam.

-A!!! chodź no tu ty beniko ,niech cię uściskam-podbiegła do mnie i zaczęła ściskać i obcałowywać po policzkach ,a reszta wiedźm popatrzyła po sobie –no co wy ! baby ,nie poznajecie jej

Zapadła cisza

-przecież to Marysieńka wypisz wymaluj

Wiedzmy zaczęły szeptać między sobą

-jaka ,,Marysieńka,,?

-no nie mów że Maria Świętosława to nie twoja babcia

-nie to moja prababcia

-prababcia ?…no popatrzy jak ten czas leci

-to panie się znają ?

-czy znają !? kochana my do małego razem latałyśmy na miotle ,aż do dnia jej ślubu z tym patałachem

-to znaczy ?

-to babcia ci nic o tym nie mówiła ?

-nie ,nikomu

-twoja prababcia była jedną z nas .jednak kiedy zwiąże się z człowiekiem traci swą moc i przekazuje ją w następnych pokoleniach .

-jesteś pewna że to dziecko nosi w żyłach jej krew –zapytała jakaś młoda wiedźma w lnianej brązowej sukience

-jak bum cyk cyk… zresztą sama zobacz-wtedy spojrzała na mnie a ja miałam złe przeczucie –siadaj podała mi swoją miotłę!

-ale…ja…

-siadaj! Jak cię uniesie kilka centymetrów nad ziemią gotowa do lotu znaczy że masz w sobie jej krew

Chwyciłam miotłę oburącz i usiadłam na niej okrakiem .miotła uniosła się pode mną do góry unosząc nas kawałek nad ziemią .tak się zlękłam że owinęłam się wokół miotły jak wąż ,ale nie tylko ja byłam posrana ze strach … licho całkowicie rozpłaszczyło mi się na głowie i wszystkimi 4-ema łapkami złapało mnie za włosy ,wybałuszając przy tym oczy jakby miało mu zaraz z orbit wylecieć .

Ale nie on jeden otworzył szerzej oczy ,wszystkie czarownice patrzały na nas ze zdumieniem .

-no widzisz … nie jest wcale aż tak zile co? –zapytała stara wiedźma

Oswajając się z nową sytuacją wyprostowałam się i zmniejszyłam uścisk na miotle

-jak dobrze pójdzie nauczymy się kilka zaklęci ,również to na latanie

-wiem! ,,miasto nie miasto, wieś nie wieś, a to mnie biesie nieś,, -w tej chwili pożałowałam swoich słów.

Miotła zerwała się w powietrze ni pofrunęła ze mną do góry .czarownice na szczęście szybko zaaragowały ,wzbiły się w powietrze i ściągnęły mnie na dół

Potem zaczęły zadawać mi dużo pytań o prababce ,o tym jak od początku zaczęła się moja podróż .

Dowiedziałam się że była jeszcze jedna wiedźma która wybrała śmiertelne życie a była nią … a jakże –Bernadetta . i że musiała również we mnie poznać moją prababcie podobnie jak stara wiedźma o której się dowiedziałam że jest najpotężniejszą i najstarszą wiedźmą jaka przylatuje na łysą górę ,i że ma na imię Bubulina .wiedzmy nie mogły mi uwierzyć że Boruta umie rewelacyjnie tańczyć i że licho w podróży ze mną było bardzo grzeczne .ale potem same stwierdziły że słyszały o tym że jak się do kogoś przywiążą to są raczej jak wierni towarzysze a nie jak złośliwe bestyjki ,no chyba że się je zile traktuje.

Nim zabrały mnie do lepszego nauczyły mnie latać ,władać 4-rema żywiołami ,rzucać uroki i przekleństwa ,oraz nauczyły mnie dość sporej ilości zaklęć na różne okoliczności które ich zdaniem modły mi się przydać ,a gdzie kucharek sześć…. Tam cały słownik zaklęć

Potem zaprowadziły mnie do lasu w którym miał być lepszy .po ostatnich zabawach z miotłą szło mi już całkiem nie zile ,ale wolałam zostać na dole na grzbiecie miotły .

Po znalezieniu się na miejscu drzewa się przed nami rozstępowały a przed nami pojawił się Leszy w towarzystwie wilka ,sokoła i niedźwiedzia .

-A więc to przez ciebie tyle szumu-powiedział łagodnym tonem jak gdyby żartobliwie

-szumu ?

-obudziłaś wszystkie stworzenia które jak dotąd były uśpione… całe lasy ,jeziora, i góry mówią o tobie

-co mówią ?

-odważna dziewczynka z nad morza ,szukająca odpowiedzi na temat czasów które tylko borowy pamięta…

– i dostane nie odpowiedzi od ciebie… panie Leszy… przecież jesteście tacy potężni… wystarczyło by abyście wyszli z ukrycia zaczęli walczyć o to co zostało… o siebie i o ludzi którzy zostali wam go końca wierni .

-i sprawić aby polała się krew ?

-krew za krew !

-widzę że jesteś bardzo zdeterminowana… cóż … choć pamiętam te czasy to nie mogę ci wyjaśnić dlaczego tak się stało a nie inaczej…

-dlaczego ?

Byłam już coraz bardziej poirytowana , a wiedzmy i Motoha choć patrzyli na nas w milczeniu to mieli taki wyraz twarzy jakbym się miała zraz komuś rzucić do gardła… szczerze… po dzisiejszych przygodach niewiele brakowało.

W  tym za drzewami wyłoniła się pewna postać krocząca o czterech nogach i podobna bardziej do krzaka niż do zwierzęcia

-działo się to dawno nim świat był stary … kiedy rzeczywistość  była jak senne mary…-powiedziało cudaczne stworzenie

-co o niej myślisz Dobrochoczy?

Stwór zbliżył się na niebezpiecznie krótką odległości i spojrzał mi w oczy .

-dobra dziewczyna o odważnym szczerym sercu… widzę w twej przeszłości wiele cierpień… one sprawiły że niema w tobie ani krzty strachu i litości… ale po mimo to jest również miejsce na bez interesowną dobroć …… pytasz co się stało my sami tego nie wiemy ,pewnego dnia przyszła Mokosza z Welesem i Swarogiem i kazali przekazać wszędzie gdzie tylko zdołamy rozkaz aby się ukryć i czekać na ,,odpowiedni moment,,

-czy możecie ich wezwać ?

-nie ,ale ty sama możesz się do nich dostać –powiedział Leszy

-jak?

-musisz wrócić nad morze i dostać się na port gdański tam przypłynie ,,statek widmo,, jego kapitanem i zarazem jedyną żywą istotą na pokładzie będzie Klabaternik powiedz mu że przybywasz od Leszego i wręcz mu to…

Leszy podał mi jakąś dziwną monetę .kuzyn był z zamiłowania numizmatykiem i nie widziałam w jego zbiorze takiej monety. Była duża wykuta jakby ręcznie przez kowala z wizerunkiem jaskółki na jednej stronie i z nieznanymi mi napisami zwijające się w serpętyna z drugiej

-skąd będę wiedziała gdzie płynąć ?

-będziesz wiedziała  , posłuchaj swego wewnętrznego głosu … on cię poprowadzi –powiedział Dobrochoczy

– jak dostanę się tam najszybciej ?

-my cię podwieziemy!-powiedzały wiedzmy

Na te słowa licho ze strachu owinęło mi się w okuł szyi z wybałamuszonymi oczami zrzucając Julki mi z ramion . na szczęście złapałam je w ostatniej chwili

-Janko my z tobą wszędzie… ale na litości błagam … nie chcemy powtórki z rozrywki latania –powiedział porzeczka  

-nie martwcie się nie zrobiłam bym wam tego-powiedziałam z uśmiechem –zostaniecie z Leszym i Dobrochoczym oni wezwą gryfa aby was z tąd zabrał ,kiedy będzie po wszystkim przyjdę po was do gniazda .

Spojrzałam wymownie w stronę Leszego a oni w odpowiedzi jedynie pokiwali głową twierdząco .

Postawiłam ich na ziemie i podeszłam w stronę wiedźm .jedna z nich bardzo młoda i ładna o rudych włosach i czarnych oczach podeszła w moją stronę

-weź i tę-powiedziała podając mi swoją miotłę –jest zaraza charakterna ale najszybsza ze wszystkich

-dziękuje… postaram się ją zwrócić jak najszybciej

-jest twoja

Spojrzałam na nią z niedowierzaniem

-no co … przecież musimy się trzymać razem… co nie ?-odpowiedziała na moje spojrzenie

Z radości uwiesiłam się jej na szyje i kilkadziesiąt razy powtarzałam ,,dziękuje,,

Wsiadłam na miotłę podziękowałam wszystkim za pomoc i poleciałam…

Faktycznie cholera była charakterna ,bez dwóch zdań ,ale i szybka

Dotarłam na miejsce mimo że ,,cholera ,,wiecznie płatała mi figle skręcając na boki .

Kiedy znalazłam się na porcie nie musiałam długo czekać .

Statek nadpłyną w całej swej upiornej krasie ,niczym z bajki.

Gdy przybił do brzegu ,zrzucono pomost ,a na jego brzegu staną Klabaternik .był to stary siwy karzeł o wielkich dłoniach w pirackim mundurku z Dagnetem u boku który trzymał przy pasie jak szable.

-co to ? szczur lądowy chce mi się zakraść pod pokład ?

Na to wyzwisko aż zjeżyły mi się włosy na głowie

-żaden szczyr lądowy karłowata pokrako!

-marins nie marins …i tak nie wejdziesz ,baba na morzu to zguba

Tego było już za wiele… podciągnęłam kieckę ,zrobiłam dwa durze susy w jego stronę ,gwałtownie się nachyliłam aby spojrzeć mu prosto w oczy

-słuchaj no !!! cholernie się namęczyłam żeby dotrzeć do tego miejsca… nie jedno krotnie wypływałam w morze i wybijałam facetom więcej zębów niż ty byłbyś w stanie zliczyć … jest mi do tego w tej kiecce strasznie zimno… więc przestań mi tu pieprzyć o jakiejś,, zgubie,, i marsz za ster !!! zrozumiano do cholery!!!

Klabaternik spojrzał na mnie jak gdyby po raz pierwszy mnie zobaczył, cofną się i tylko obojętnym tonem powiedział

-zapraszam na pokład

Na pokładzie była jakaś skrzynia na której usiadłam a kapitan po odbiciu od brzegu podszedł w moją stronę

-ognista dziewucha z ciebie… żebym to wiedział to bym od razu cię wpuścił … zaoszczędził bym słuch

Wpatrywałam się w niego wyniośle w milczeniu

-ty chyba w poprzednim wcieleniu byłaś Panią Bałtyku –dodał z uśmiechem

Sięgnęłam do stanika gdzie w lewej miseczce miałam schowane monetę po czym podałam mu ją

-z sąd to masz!

-pozdrowienia od Leszego…

-dlaczego nie mówiłaś od razu?

-po tym co mi na dzień dobry powiedziałeś… jestem Kaszubką a nie ,,bosym antkiem,, . a nawet jak bym nim była to zasłużyłeś na zdrowy opierdol –powiedziałam jak gdyby obojętnie

-…mówiłaś że ci zimno… na dole w kajucie jest kufer tam są jakieś lumpy , morze znajdziesz coś dla siebie ?

Bez słowa wstałam i poszłam do kajuty .i faktycznie był tam ogromny kufer pełen ubrani ale na mnie pasował jedynie kapitański mundur którego pochodzenia nie byłam w stanie zidentyfikować ;stara lniana gruba biała koszula ,granatowe spodnie , czarne oficerki i granatowy długi płaszcz . obok kufra w worku znalazłam durzy kapelusz .

Po przebraniu się poszłam do kapitana okrętu .

-jak to płynie bez sternika ?

-po przez zaklęcie

-zaraz…a dokąd płyniemy ?

-tego nawet ja nie wiem

Po rozejrzeniu się w około zrozumiałam że płyniemy w złym kierunku ,co prawda nie za bardzo wiedziałam jaki jest dobry ale na pewno nie tam gdzie płyniemy .

Bez słowa wbiegłam na nadbudówkę  do steru .

Kiedy statek zmienił gwałtownie kierunek , Klabaternik uderzył  o podłogę przez utratę równowagi

-oszalałaś kobieto !

-jeszcze nie, ale płyniemy w złym kierunku

-to gdzie płyniemy?

-jak dopłyniemy to się dowiesz

Po 3 godzinach rejsu zaskoczył nas niewielki sztorm . nie było by to nic groźnego gdyby nie fakt że przed nami był wir wodny .

-zawracaj !!! ,zawracaaaaj!!!-krzyczał

Ale ja wiedziałam że musze tam płynąć .właśnie w ten wir .nawet jeśli była by to pewna śmierć .

Ani mnie powstrzymać ani mi pomóc . miotało nim na lewo i prawo ,a ja ledwo trzymałam się steru.

Kiedy morze wygrało jedyne co pamiętam to uczucie topienia się i głęboką czerni oceanu .

Kiedy się ocknęłam zobaczyłam że leże na czarnym piasku .leżałam na nim jeszcze przez chwile zanim doszłam do siebie i się obudziłam zobaczyłam że jesteśmy pod jakąś ogromną kopułą podobną do banki mydlanej ,otoczoną przez Monterey i inne świecące paskudne ryby dawały światło dzięki któremu mogłam coś zobaczyć

-pobudka, pobudka –powiedział czyjś kobiecy głos

Kiedy się rozejrzałam zobaczyłam że na skale siedzi Mokosza

Zaczęłam szturchać Klabaternika ,bo myślałam że świruje .

-mhm…. Co kurwa… spadaj….-dostałam w odpowiedzi

Więc kopnęłam go tak mocno w żebra że aż mu się chyb żłobek przypomniał

-niech no ja cię zaraz…. –nie dokończył , zdębiał

Czyli że nie tylko ja ją widziałam .

-czy my…

-nie bójcie się żyjecie i jest już wszystko w porządku-powiedziała czułym głosem

-o wielka pani chciałabym…

-wiem wiem , usiądź wszystko ci wyjaśnimy

-my?

Ziemia się zatrzęsła ,pękła ,a z pęknięcia wyłonił się Weles

-od dawna obserwujemy twoje poczynania i jesteśmy mile zaskoczeni że dotarłaś aż tu-powiedział bezceremonialnie

-tośmy się wpakowali –warkną karzeł

-Jakim cudem my tu stoimy i nie zalewa nas woda ani ciśnienie nie miażdży ?

-nie ma dla nas rzeczy nie możliwych –odparła Mokosz

-ponoć jesteś ciekawa dlaczego wydaliśmy rozkaz ukrycia się ?

-tak

-więc wszystko ci opowiem… pewnego dnia przyszli ,,inni,, z fałszywymi bogami z ogniem ,mieczem i krwią na rękach … nawet trupa mieli na swych skrzyżowanych patykach … byli bezwzględni a jedyne czego chcieli to ziemia, bogactwo i niewolników . wiedzieliśmy że jeżeli ich przegnamy to będą następni ,następni i następni . coraz bardziej bogatsi w wiedze na nasz temat .a jak każdy wie ,,wiedza to potęga,, mogli by wytłuc wszystko co jeszcze pozostało by przy życiu… więc kazaliśmy się im ukryć aby ich uśpić i poczekać aż pamięć o tym co było ,o tym co jest prawdą a co nie zniknęła z ludzkiej pamięci…

-ale dlaczego?

-…jeżeli ludzie pozapominają ,nie będą mieli jak się bronić . przyzwyczajeni do swego sztucznego świata ,będą niczym spłoszone zwierzęta… a wtedy my powstaniemy i fałszywych bogach już nikt nie będzie nawet słyszał .,,czekać na dogodny moment zakończył  Weles

– jak długo jeszcze?

-jeszcze 50 lat-odparła Mokosza

Przez chwile patrzyłam na nich w milczeniu .

– jak to będzie wyglądało ?

-wpierw obudzimy zarazę jakiej nikt nigdy wcześniej nie widział ,potem morową dziewice i zmory . następnie nakażemy wszystkim bóstwom morskim aby wodę słodką zmienili w wodę morską … kiedy ludzie zaczną walczyć o to co zostało zaczną się nawzajem mordowali . a orszaki Honena będą nadlatywały nad ich głowami…

-ci którzy przerzyją-kontynuowała Mokosz-stworzą nowy świat wedle starego porządku w harmonii i ze światem… ale ty tego nie zobaczysz …

-dlaczego ? umrę?

Mokosz jedynie smutno pokiwała głową

-jeszcze długo przed tym –zaczął mówić Weles

-przezuty…-domyśliłam się –jak to się zacznie ?

-od nóg… a gdy dojdzie do płuc…

-wiem to będzie koniec…

-ale chciałbym abyś odrodziła się jako pani Bałtyku i przy mym boku czekała na nowy początek … przybędę po ciebie wraz z błednymi ognikami

-to zaszczyt dla mnie…

-no ja wiedziałem że tak ognista baba musi być jakimś cudakiem morza !-wtrąciła Klabaternik –dobra wy tu gadu, gadu a co z moim statkiem ?

-dostaniesz nowy

Pocieszyła go Mokosz ale zanim zdążył o co kol wiek zapytać ku naszym oczom pod wodą zaczął płynąć statek dużo ładniejszy od poprzedniego

-weź i to i podążaj za światłem kryształu-powiedziała Mokosz podając mi jakąś opasłą księgę  z drewnianą okładką na której był przygwożdżony ogromny czerwony kamień

Kiedy podniosłam wzrok powrotem na Mokosze ich już nie było. a kopuła przesuwała się w stronę statku

-co tak stoisz! Choć szybko! –krzykną karzeł w moją stronę wyrywając mnie z otępienia

Kiedy znaleźliśmy się na łodzi ta wystrzeliła jak korek na powierzchnie .leżeliśmy na pokładzie rozpłaszczeni jak naleśniki . kiedy zebraliśmy się go kupy ,to klejnot wystrzelił wiązką światła w górę i na północ .

Z dna oceanu wydobyły się kolumny które ustawiły się w rzędzie w kierunku w którym wystrzelił promień

Zerwał się potężny wiatr który poderwał żagle . pobiegłam z starym kapitanem do steru . on kierował ja nawigowałam .

Na miejscu (diabli wiedzą gdzie ) była ogromna wyspa na której nic nie rosło a na środku był ołtarz na książkę . Gdy ją umieściłam na swoje miejsce ,wystrzeliła jeszcze potężniejszym światłem z kryształu o jeszcze potężniejszej mocy w wszystkie strony świata .

Wokół wyspy z pod ziemi wyrosło jeszcze więcej kolumn w różnych kierunkach .

Na powrót ich powtórnie nie trzeba było długo czekać .

W naszą stronę zmierzały najprzeróżniejsze stwory bóstwa zjawy i bestie .

Może lądem, powietrzem . z wszystkich stron

Kiedy wszyscy znaleźli się na wyspie ,jako ostatni przybył Leszy .

Wokół słyszałam szepty ; ,,to ona?,,  , ,,to ten człowiek!,, , ,,dziwna jakaś,, , ,,niesamowite!,,

Chyba myśleli że jestem głucha ? skoro tak swobodnie komentowali moją osobę .

Leszy przywitał się ze mną i podszedł do księgi .

Czytał ją w niezrozumiałym dla nie języku .ale na szczęście przybyły również moje wiedźmy i mi wszystko tłumaczyły .

Nie było tam nic innego co mi powiedział Weles  i Mokosza .

Po skończonym czytaniu wszystkie oczy skierowały się na mnie .

Ci odważniejsi (a było ich sporo) podchodzili do mnie zadawali pytania ,gratulowali i opowiadali o  sobie .

Nie chciałabym się o tym rozpisywać ponieważ było tego bardzo dużo .

W tym tłumie znalazłam swoje licho ,które tak się spieszyło na mój widok jak by miało się zaraz popłakać .były rabarbar i porzeczka którzy zaraz znaleźli sobie miejsce w kieszeni płaszcza .

Był tam rónież Boruta z moimi końmi i psami .

Kiedy wszyscy zaczęli wracać do swoich domów ja popłynęłam z przyjaciółmi statkiem do portu a  stamtąd do domu

Odwiedza mnie Boruta z wiedźmami i uczą mnie swoich czarów .

Bazyliszek zaprzyjaźnił się z gryfem . czasem do nich zaglądam . licho aby wszyscy mogli je widzieć przybrał postać kota i siedzi u mnie na zapiecku , Julki dzień w dzień przychodzą do mnie .

Nie oczekuj że uwierzysz w te całą historie ale zanieś ją dalej aby stała się przestrogą dla jednych ,nadzieją dla drugich .

A ja cóż… siedzę i czekam na błędne ogniki…

KONIEC.

Słowianie

Słowianie

Najtrudniejszy pierwszy krok

 

Najtrudniej jest zacząć, zwłaszcza jak ma się pustkę w głowie. A ona miała niesamowita pustkę od teraz do…chwilę przed teraz. Właściwie minęło już kilka dobrych godzin, ale w bagażniku, związana z workiem na głowie, straciła rachubę czasu. Nie pamiętała nic, ocknęła się przez wyboje na drodze. Pewnie wywieźli ją gdzieś w głąb lasu lub na pole. Było ich kilku, bo słyszała różne głosy: pierwszy spokojny, drugi obojętny, trzeci nerwowy, a reszta tonęła w odgłosach włączonego radia. Starała sobie przypomnieć cokolwiek, niestety zdołała ustalić tylko, że wróciła z pracy. Co robiła przez resztę dnia pozostawało na razie zagadką.

Samochód zatrzymał się. Ktoś otworzył bagażnik i dwie pary rak podniosły ją. Nikt się nie odzywał; owiał ją lekki wiaterek i sosnowy zapach. Materiał był na tyle cienki że dostrzegła ognisko, ale była noc i nie widziała nic więcej. Niski obojętny głos kazał jej usiąść i o nic nie pytać. Przecież i tak się nie odzywam – pomyślała. Tętniło jej w głowie, miała lekkie zawroty i łzawiły jej oczy. Mimo, że było późne lato zaczynało się robić chłodno. Miała na sobie tylko wytarte dżinsy i luźny sweterek, a to było stanowczo za mało jak na niezapowiedzianą wycieczkę krajoznawczą po lasach i kniejach roztocza.

Ktoś uklękną obok niej i ściągnął jej worek. To nic osobistego – powiedział podając jej butelkę z woda. Odmówiła kręcąc powoli głową. Starała się ze wszystkich sił przypomnieć sobie skąd zna tę twarz: ze sklepiku osiedlowego ? Poczty ? A może to nowy kurier z jej pracy ? W panice zaczęła się rozglądać szukając ratunku, ale na próżno. Otaczali ją obcy ludzie, trzech mężczyzn i dwie dziewczyny, niewiele starsze od niej.

– Musimy to zrobić, a ty jesteś naszym narzędziem do celu – zaczął tłumaczyć Nerwowy. Każdy z nich wyglądał jak satanista, fan metalu albo innego rocka, jednakże pośrodku lasu przy walących się szczątkach starej leśniczówki było jej zupełnie obojętne kim są. Chciała jak najszybciej wrócić do domu.

– Co chcecie zrobić ? Dlaczego ja ? – zapytała cicho.

– Chyba los tak chciał – smutno uśmiechnął się Obojętny odchodząc.

– Dlaczego ja ?! Nie możecie wziąć kogoś innego ?! Nie zgadzam się ! Będą mnie szukać !

– Nie krzycz, tu i tak oprócz nas nikogo nie ma. Szukać ? Tu jest więcej drzew niż ludzi, naokoło same lasy, zanim cię znajdą zostaną po tobie białe kości – widać było, że Nerwowy traci cierpliwość. – Dobra zaczynajmy, bo za chwilę północ i księżyc już wyszedł zza chmur.

Rozłożyli 4 świece, jakieś gałązki i kilka innych rzeczy których nie rozpoznała. Aha, czyli to jest czarna msza tak ? Sama nie wiedziała czy się śmiać czy płakać. Do tej pory myślała, że w takie rzeczy bawi się tylko gówniarzeria, a nie niemal dorośli ludzie. Spokojny otworzył jakąś teczkę i zaczął coś recytować. Dziewczyny w milczeniu rozsypywały jakiś proszek z czarnych woreczków, który w świetle ogniska wirował i tańczył na wietrze. Chciała uciec, ale zanim się zerwała z ziemi dwóch z nich ją podniosło i wprowadziło do kręgu. Wyrywała się uporczywie, ale była to z góry przegrana walka.  Trzeba się było zapisać na to ajkido czy inne  gówno – pomyślała ze złością i łzami na policzkach. Strach tak bardzo ją sparaliżował, że nie mogła krzyczeć. A potem straciła przytomność. Znowu, przynajmniej ten punkt tego dnia jest stały – zdążyło jej przemknąć przez głowę.

Nic nie czuła. Jak otworzyła oczy był już dzień, ale coś było nie tak. Wszystko było jakieś szare,mimo że słońce było już wysoko. Leżała dokładnie tak, jak ja zostawili, ale czuła się inaczej. Najpierw myślała, że to był głupi żart śmieszków z pracy, filmik już krąży po youtube, a oni wyskoczą zza krzaków jak hieny wrzeszcząc: mamy cię !! Posiedziała chwilę próbując zebrać myśli i ogarnąć to, co się wczoraj stało. Siedząc tak i czując się jak ostatnia sierota zobaczyła z boku mężczyznę, który z uśmiechem jej się przyglądał. Ubrany był wielce niestosownie jak na wojaże po lasach. Nawet dobrze skrojona marynarka czarna czy granatowa, przez tą szarość nie mogła się zdecydować co do koloru, a do kompletu spodnie w kant. Nie pasowała tylko czerwona muszka i buty, o zgrozo też czerwone.

– Dzień dobry – powiedział nie przestając się uśmiechać.

– No nie wiem czy dobry – odparła z wahaniem. Nie wiedziała czy on też tu wczoraj był, czy raczej to ktoś kto zgubił się tu po jakiejś imprezie integracyjnej przy ognisku.

– Bardzo źle ? – jego uśmiech powoli zaczynał ją irytować.

– Czy ja wiem? Wczoraj chyba jacyś sataniści odprawiali tu czarną msze, której byłam gościem honorowym. Podobno nawet mnie zabili, wiesz coś o tym ?

– Z tego co się orientuje to na pewno nie byli sataniści. – zdecydowanie podkreślił “na pewno”.

– Powiesz coś więcej ?

– Kilka wyjaśnień należy ci się jak najbardziej. Następnie zaproponuje ci coś adekwatnego do tych pięknych okoliczności przyrody. – Mimo wszechobecnej szarzyzny słonko przygrzewało, wiaterek powiewał, ptaszki ćwierkały; tak jakby się nic kur…a nie stało.

– To co, ja siedzę i przyswajam twoje rewelacje, bo coś czuję, że jak wstanę to znowu odlecę.

– A tego byśmy nie chcieli prawda ? Chcesz wersje dłuższą czy krótszą ? – Wzruszyła ramionami. –  Dobrze więc, będzie taka jaka wyjdzie. A więc wczoraj, w tych pięknych okolicznościach przygody o których już z reszta wspomniałem, zostałaś złożona w ofierze przez tamtych uroczych panów i panie, którzy naiwnie wierzyli, że los dzięki temu się do nich uśmiechnie. – Wyrecytował jednym tchem z szerokim uśmiechem.

– Czyli jednak sataniści. A to co, cyrografy się skończyły, że trzeba było średniowiecznych metod ?

– Hahaha. No proszę, rzadko się zdarza, aby ktoś tak tryskał humorem. Nie, nie sataniści. To coś innego. Rytuał był z tych starosłowiańskich, a skierowany został do Świętowida. Takiego tam, możesz nie znać. Generalnie chodzi o to, że dzięki twojej śmierci zapewnili sobie dobrobyt i szczęście. No przynajmniej przez jakiś czas. – Uśmiechną się chytrze.

– Świętowid ? Faktycznie pierwsze słyszę. Może Światowid – ta nazwa coś mi się obiła o uszy. Uśmiechasz się jaka baba z Radomia.

– Baba ? Z Radomia ? Tej to ja z kolei nie kojarzę. On ma różne imiona i w sumie nie ma co się dziwić, że go nie znasz, w szkołach to tylko Zeusy, Marsy i inne Sokratesy. Cudze chwalicie i tak dalej. Jakby się przyłożyli do rodzimych tradycji to od razu by się weselej zrobiło. – Spojrzała na niego ze zdziwieniem.

– Odbiegasz od tematu. Mam rozumieć, że tak bez pytania o zdanie zadecydowali o moim losie. Bez uwzględnienia moich planów, marzeń i w ogóle tak mnie porwali i zabili. Więc czemu żyję ? I kim ty jesteś ?

– Planów? A jakie ty miałaś plany ? Awans w pracy, ślub, dzieci i wnuki to dla Ciebie wielkie plany ? Teraz możesz znacznie więcej łącznie z możliwością zemsty. Czy to nie lepsza alternatywa ? A co do  mnie, to możesz mi mówić Weles albo Wiesiek, też mi się podoba. I ja właśnie jestem od pilnowania takich obrzędów.

– Trochę to mnie wszystko przerasta. Jesteście czymś w rodzaju bóstw ? Gdzie w takim razie jest miejsce dla  Boga ? – Spojrzał na nią unosząc brwi. – Chyba wiesz co nieco o współczesnych religiach na topie ?

– Faktycznie możesz nas bardziej kojarzyć ze starych mitologii słowiańskich. Ależ Bóg jest. Zapewniam cię. Jest i patrzy. Musisz wiedzieć że oprócz ludzi, aniołów i demonów jest jeszcze masę innych istot, których zwykli śmiertelnicy nie widzą, a które muszą się liczyć z Jego obecnością. Dla ciebie to brednie, dawne wierzenia, stare mity, ale my istniejemy. Świat jest jak kinder niespodzianka. Czekolada jest płaszczyzną w której do tej pory egzystowałaś, a ta zabaweczka w środku jest światem w którym jestem ja i już teraz i ty.. Ale opakowanie zawiera obydwa światy. Ludzie mają wolny wybór, w który On nie może ingerować, a tamci panowie i panie swojego dokonali. Twoje życie na płaszczyźnie ludzkiej się zakończyło.

– Nie powinnam zatem trafić przed sąd ? Niebo, czyściec takie sprawy ?

– Normalnie tak się dzieje, ale rytuał był odprawiony z zadziwiająca dbałością o szczegóły, więc twoja dusza przeszła do naszej płaszczyzny. Ale pamiętaj, że tu też masz wybór i za wszystko co zrobisz odpowiesz po śmierci.

– Ale ja już chyba umarłam ? Czy nie, bo zaczyna mi się mieszać.

– Twoja śmierć była przejściem. I jeśli nie zdarzy się nic nieprzewidzianego to przeżyjesz dokładnie tyle, ile miałaś przeżyć normalnie. Tam zostawiłaś swoją ziemską powłokę wraz z jej ograniczeniami i słabościami. Niestety na razie jesteś zbyt słaba, aby pomykać sobie tylko jako dusza, więc załatwimy ci jakąś sympatyczną skorupkę. – I znowu szeroki uśmiech.

– Ok to czaje. Ale ich spotka jakąś kara ? Policja będzie mnie szukać i znajdą moje ciało i jakoś dojdą, że to oni ? Po śladach opon czy coś ? No mamy dwudziesty pierwszy wiek, tak czy nie ?

– Mamy, mamy, ale już niedługo.

– Czyli ? Będzie kryzys i wszystko kolapsnie ? A może jest szansa, żebym jednak wróciła do swojego czekoladowego świata ? Mam wrażenie, że nie pasuje tu do was.

– Ostatnio bardzo modny jest ruch bio, eko czy jak tam się to zwie. Świat się zmienia, ewoluuje, myślisz, że to odchodzenie od chemii na rzecz naturalnych produktów to tylko spisek koncernów zafiksowanych na punkcie naturalnych składników ? To spisek, ale nie ludzi tylko właśnie nas, istot które już za długi egzystują w tej szarej strefie. Oczywiście to tylko przykład, każdy z nas ma inne interesy tu wśród ludzi. Jedni z nas wycinają puszcze amazońskie, a inni sadzą je z powrotem.

– Po co ? Źle wam tu gdzie żyjecie ? Po cholerę pchacie się tam gdzie i dla ludzi powoli robi się za mało miejsca ?

– Bo wasza płaszczyzna daje więcej możliwości których wy nie potraficie wykorzystać. Taka sytuacja widzisz. Generalnie możemy sobie chodzić do kina, teatru czy na inne wystawy, ale ludzie nas nie mogą zobaczyć. Na razie. Widząc ile potencjału się u was marnuje niektórzy z nas mówią: dość.

Spojrzała na swoje dłonie i wtedy dostrzegła że ma dziurę na piersi po lewej stronie.

– Co to jest ??

–  Aaaa to, musieli je wyciąć.

– Po co ? Jako trofeum ? – Tak ją to przeraziło, że zupełnie zignorowała jego ostatnie słowa.

– Coś w tym stylu. Muszę je mieć przy sobie, aby wszystko działało jak należy.

– Jakim trzeba być człowiekiem, żeby dla odrobiny szczęścia kogoś zabić ?

– Chyba desperatem. Toczeni przez nałogi, z ogromnymi długami i ścigani przez niejedną mafię nie dostrzegli innych rozwiązań.

– Ok, abstrahując od tych desperatów, wy się pchacie się do nas, więc to znaczy, że jest jakieś przejście od was do nas. Więc może ja też bym mogła wrócić ? I zapomnieć ? – Podjęła próbę negocjacji mając nadzieję, że coś ugra.

– Niestety nie masz takiej energii, jesteś zbyt młodą duszyczką po tej stronie.

– Czym ty się w ogóle Wiesiek zajmujesz ? Pilnujesz żeby las się nie zajął od ogniska ? Czy zbierasz puszki po piwie ? – Jak na tak poważny obrzęd było ich na około stanowczo za dużo. Pewnie promocja w markecie na tanie sikacze była.

– Hahaha. Ja jestem też uosobieniem szczęścia i dobrobytu. Takim rogiem obfitości – to na pewno kojarzysz z mitów greckich.

– Cooo ? Myślałam że szczęście to coś nieuchwytnego, unikalnego i indywidualnego dla każdego z nas. A nie gość, który gada jakieś bajki w lesie.

– Haha, zdziwiona ? Rozczarowana ? A to psikus. Ale uważaj, bo to ode mnie zależy jak skończysz.

– Więc to nie koniec ? A to ciekawe. – Odparła z przekora. – Więc jak to jest, że my o was nie wiemy? Skąd się wzięliście ? Jak sobie egzystujecie ?

– Mechanizm jest bardzo prosty. Jak czegoś baaardzo chcesz to to dostaniesz. Ludzka wiara powołała nas do życia. Peruna, Światowida, Marzannę i tych wszystkich pomniejszych, których nie znasz.

– I ciebie.

– I mnie. Im więcej ludzi w nas wierzyło, tym większa siłę mieliśmy. Ale obecnie coraz więcej osób nie wierzy w nic, powszechna liberalizacja cieszy tylko nielicznych. Ale my w tym właśnie widzimy naszą szansę na ponowne odrodzenie.

– Czekaj, ale przecież w Grecji wierzyli kiedyś w Zeusa, a w tam na północy w Thora ? Więc jak to jest ?

– Ziemia jest podzielona na kontynenty i państwa, podobnie jak ta płaszczyzna. Odpowiedniki tych granic, podobnie jest tutaj. Nie oddają one jednak tego, co widziałaś na mapie w szkole, odnoszą się raczej do tych granic przed wiekami. Z resztą, to trochę bardziej skomplikowane. W każdym razie na terenach dawnego Imperium Rzymskiego odnajdziesz odpowiedniki Posejdona, Ateny i innych Kronosów, a tam na mroźnej północy Lokiego, Odyna i Walkirie. Ale tu są tereny słowiańskie, więc i bóstwa są odpowiednio inne.

– I co ? Tak po prostu wejdziecie do naszego świata mówiąc: to my, starzy bogowie, zróbcie nam miejsce ? To nie wypali. Mówi ci to średnio rozgarnięta duszyczka.

– Ależ my wiemy, że to było dobre jakiś czas temu. Teraz musimy iść w zgodzie z panującymi trendami i uwspółcześnić nasz wizerunek. Dlatego właśnie wkraczamy powoli we współczesny rynek każdego rodzaju. Maczaliśmy palce niemal w każdym kryzysie w twoim świecie. Takie z nas sprytne bestie.

– To straszne. Mam nadzieję jednak, że nie dostanę angażu w tej tragedii, którą gotujecie dla mojego świata ? – Ciągle myślała, że to jakiś zły sen i za chwilę się obudzi.

– Spokojnie dziecino, masz rolę w tej sztuce i to nawet sporą. No, ale musimy się zbierać, wstawaj. – Spojrzał na nią z zadumą. – W ogóle ogarniemy cię jakoś. Nie możesz tak wyglądać.  

– A kto mnie widzi ?

– Ja. I to wystarczy.  

Otrzepala się ze szczeciny. – Jako uosobienie szczęścia też powinieneś inaczej wyglądać. – Powiedziała ze złością.

– Kochana, mamy dwudziesty pierwszy wiek i mój image też idzie z duchem czasu. Poza tym w tej branży nie mogę wyglądać jak podrzędny atyścina tylko jak człowiek sukcesu, czym poniekąd jestem. – Podrapał się do brodzie mierząc ją wzrokiem.

– Taaa. Wszystko się zgadza oprócz słowa człowiek. A muszka w ogóle nie masuje do twojej marynarki. Już nie wspominając o tych butkach. – Pokręciła głową z niedowierzaniem. – Człowiek sukcesu nie musi zakładać nawet krawata, bo i tak ma na wszystko wyjebane. A to co widzę wygląda nieco sztucznie.

–  No chodźmy już. Czas nagli. – Puścił jej uwagi mimo uszy, chociaż trochę go uraziły. Uważał, że ma swój niepowtarzalny, zajebiście czarownicujący styl.

– Jak chodźmy ? A co z ciałem ? – Wskazała na swoje zwłoki, które jednak leżały dalej na ziemi. Tak mnie zostawimy tu ?

– No przecież tobie to już bez różnicy po tej stronie, no nie ? Z resztą zaraz będzie burza i coś czuję, że ktoś za nich ten burdel posprząta. – Dodał z uśmiechem.

Wokół walały się jakieś skrawki materiałów, kawałki podartych kartek i puste puszki po piwie. Oby Perun na czas wszystko posprzątał, bo tylko policji nam tu brakuje, pomyślał.

– No przeraża mnie twoja obojętność dla, jakby nie było, mojego ciała z którym się zżyłam.. – Patrzyła na siebie z ogromnym żalem. Dopiero tego zaczęło do niej dochodzić co się stało, co się skończyło i poczuła strach przed tym co będzie. Przed tym czego nie rozumie i o czym do tej pory nie miała pojęcia. Wyczuwając jej myśli położył jej delikatnie rękę na ramieniu.

– Nie będzie tak źle. Jak zamykają się drzwi to ktoś inny otwiera okno. Ty masz otwarte takie ogromne, tarasowe, zadbałem o to.

– Haha tak, bo przez zwykłe moje ego by się nie zmieściło. Czemu ty się cały czas uśmiechasz ?

– Bo wesoły chłopak ze mnie. – Jego oczy były niemal czarne, błyszczały. Czuła, że za nimi jest ktoś inny, a to co widzi, to tylko przyjemna powłoka, żeby jej do reszty nie wystraszyć. Nawet jego twarz była przeciętna i nie warta zapamiętania. W tym momencie usłyszeli dzikiego gołębia. Czyli wszystko zgodnie z planem, uśmiechnął się pod nosem.

– Idziemy, to już ostatni dzwonek. To tylko ciało, które ograniczało to, co może twoja dusza. Nie ma co płakać. Winda czeka.

Za nimi faktycznie stała winda. Może nie metalowa czy szklana, ale drewniana w dziwne ornamenty, podobne całkiem do niczego co do tej pory znała.

– Całkiem nowoczesna opcja jak na istoty z przed wieków.

– Podoba się ?

– Jak się ten dzień skończy to Ci wtedy odpowiem. – Czuła, że nie ma wyjścia i albo pójdzie z nim albo to będzie jej koniec. Najtrudniejszy pierwszy krok.

– Oj obawiam się, że ten dzień tak szybko się nie skończy. –  Oczywiście się uśmiechną.

 

Autor: Renata Smaga

Ofiara dla Bogów

Ofiara dla Bogów

Poranek był mglisty i wilgotny. Jedne krople rosy osadzały się na trawie, podczas gdy inne spadając trącały liśćmi drzew. Złudzenie wyglądało tak, jakby tylko w samym lesie rozpadał się deszcz. Mgła zanikała odsłaniając pokaźnych rozmiarów gospodarstwo położone w środku zielonej polany. Gospodarstwo posiadało zagrodę dla bydła oraz drugą mniejszą dla świń. Nieopodal piętrowej chaty stał kurnik z wysokim podestem. Nieco dalej ktoś postawił zajazd dla koni z trzema boksami. Wszystko osłaniał las, zza którego wierzchołków drzew powoli i leniwie wstawało słońce. Zapowiadał się pogodny dzień.

Kogut już dawno zrobił swoje. Teraz stał dumnie niczym paw obserwując z ciekawością swoje kochanki, które z wielką determinacją starały się wygrzebać z ziemi małe co nie co. Rozbawiały go. Wiedział bowiem dobrze, że lada moment człowiek uraczy go pyszną karmą. Kogut mógł iść o zakład z każdą kurą, że prędzej sam zniesie jajo niż nadejdzie dzień w którym człowiek nie sypnie ziarnem. Dlatego cierpliwie czekał nie mając zamiaru ujmować swojej godności grzebiąc w ziemi z podległymi.

Człowiekiem z ziarnem był chłop Maciej. Właśnie skończył śniadać. Zawsze kończył przed wszystkimi. W tym czasie jego żona Hela zachęcała dzieci do skonsumowania ciepłej owsianki na mleku. Czteroletnia Zuzia i pięcioletni Tomcio nie aprobowali na propozycję. Chowali pucki w zaciśniętych piąstkach na znak protestu. Chłop Maciej wstał od stołu obrzucając pociechy surowym spojrzeniem. Jego wygląd na pierwszy rzut oka nie wzbudzał strachu. Obfity wąs przysłaniający górną wargę wyglądał dość komicznie na jeszcze młodej twarzy mężczyzny. Nie mniej jednak na dzieciach to poskutkowało i pierwsze wiosła zostały zanurzone w zupie. Pewnym krokiem ruszył do spiżarni. Sięgnął po worek z paszą dla drobiu gdy nagle usłyszał poruszenie na podwórzu. Prychnęły konie, coś zaskrzypiało. Bez wątpienia, do chaty zbliżał się powóz. Maciej wyjrzał przez okno.

– Kogo licho niesie? – Hela zaglądał zza barczystych ramion męża.

– Nie wiem, ale lepiej idź szybko na górę. Wiesz co robić – poinstruował małżonkę i ruszył w stronę wyjścia.

– Aha i na Peruna, zawieś go!

***

Rufus Eckhard bacznie obserwował zabudowania gospodarstwa z swojego powozu. Słońce w pełnej okazałości wyłoniło się znad ściany lasu.

– To będzie ładny dzień – myśl ta sprawiła mu radość. W końcu czekało go jeszcze dziś dużo pracy. Nastał czas Wielkiego Katechumenatu i ktoś musiał pobrudzić sobie ręce. Padło na niego.

– Pamiętajcie, że macie zachować spokój – zwrócił się do dwóch towarzyszących mu strażników.

– Nie życzę sobie kolejnego fiaska. Reagujecie tylko na mój znak. Zrozumiano?!

– Tak jest Panie Eckhard! – odpowiedzieli zgodnie.

Eckhard zeskoczył z powozu. Wyprostował kręgosłup po nurzącej podróży i poprawił odzienie. Był w średnim wieku ale sprawnością i krzepkością mógł równać się z niejednym młodzieniaszkiem. Promienie słoneczne odbiły się od wielkiego srebrnego krzyża zawieszonego na jego szyi. Refleks oślepił młodego mężczyznę wychodzącego z chaty.

– Witajcie gospodarzu! Wyście są Maciej, syn Bogumysława z Łękowa? – zapytał urzędowym tonem Rufus.

Mężczyzna zasłonił dłonią oczy przed rażącym blaskiem.

– A któż zapytuje? W jakiej sprawie? – w jego głosie zabrakło pewności siebie. Od przybysza wręcz emanowało majestatem. Maćko miał złe przeczucia.

Dostojnik postąpił dynamicznie kroku. Stał twarzą w twarz z chłopem.

– Nazywam się Rufus Eckhard. Tytułowany jako Misjonarz Jego Eminencji Świętego Inkulturatora. – przed oczami Maćka zawisnął pergamin z estetycznie zdobionym pismem i wielką czerwoną pieczęcią. Maćko nie miał pojęcia co jest na nim napisane, ale rzecz wyglądała na cholernie poważną. – Oto dokument, który potwierdza moją tożsamość oraz status w hierarchii Kościoła. Jednocześnie upoważnia mnie do bez skrępowanej działalności misyjnej Kościoła zwanej Wielkim Katechuentem. – syn Bogumysława z Łękowa coraz bardziej kurczył się w sobie. Słowa Misjonarza zahuczały mu w głowie.

– Oznacza to, że na mocy Kościoła mam prawo skontrolować czy należycie przygotowaliście się do przyjęcia wiary w Boga Jedynego… – urwał, a ciszę przerywało jedynie gdakanie zniecierpliwionych posiłku kur.

– Pa… Macieju, czy mogę się tak do was zwracać? – chłop pokiwał głową na znak zgody.

– Więc Macieju zapewne znacie szczegóły mojej profesji i oszczędzicie mi dalszego monologu. – tym razem Rufus nie czekał na odpowiedź.

– Zapewniam Cię, że jeżeli nie natrafimy na żadne NIEPRAWIDŁOWOŚCI, lada moment pożegnamy się życząc sobie nawzajem Bożej opaczności.

Na poważnym obliczu kleryka zagościł nagle serdeczny uśmiech. Uśmiech, który powodował u Maćka dreszcz i uczucie chłodu w okolicach karku.

– Oczywiście. Zapraszam mości Panowie do środka. – Maćko wskazał drzwi do chaty najbardziej wyszukanym gestem na jaki było go stać. Poczuł, że jego druga dłoń mocno ściskała worek z ziarnem.

Dzieci przerwały kontemplacje nad niechcianą potrawą. Poderwały głowy z nadzieją na to, że przybycie niezapowiedzianych gości zwolni je z konsumpcyjnego przymusu. Zuzi od razu nie spodobał Pan, z wielkim krzyżem na torsie. Miał ładne blond włosy i to wszystko. Szponiasty nos oraz ostre rysy twarzy sprawiały wrażenie jakby był jakimś drapieżnym ptakiem. Uśmiechał się, ale oczy patrzyły złowrogo. Znacznie straszniej niż wzrok tatka kiedy się gniewał. Hela stała w kącie izby z rękoma złożonymi przed sobą.

– Moja małżonka Hela. – kobieta ugięła lekko kolanko.

– Dzieci idźcie pobawić się na dworze. – rozkazała po czym uprzątnęła stół dla gości. Dzieciom nie trzeba było dwa razy powtarzać. Nie spłoszyła ich nawet  obecność dwóch strażników, którzy posłusznie stali przy wejściu.

Rufus Eckhard rozsiadł się wygodnie na krześle wskazując jednocześnie pozostałe wolne miejsca. Cała trójka spoczęła.

– Moi drodzy. Zgodnie z narzuconą mi procedurą muszę zadać wam pytanie. Czy żyjecie zgodnie z wiarą chrześcijańską w Boga Jedynego i syna jego Jezusa Chrystusa, którą to z papieskim błogosławieństwem ustanowił ex-władca tych ziem, książę zwany Mieszkiem?

– Oczywiście Panie! – Hela wystrzeliła jak porażona piorunem.

– My teraz są przykładni sześcijanie. Modlimy się do Pana Naszego Jedynego. Dzieci paciorki składać uczymy. Zgodnie z dekielogiem żyjemy. Według świętych zasad Kościoła. O, a tam na świadectwo naszej wiary znak krzysza wieszamy. – Hela palcem pokazała nad główne drzwi. Maćko przytakiwał wystąpieniu żony. Gdy skończyła poczuł jak w jego gardzieli rośnie coś co nie pozwala mu wypowiedzieć nawet jednego słowa. Sługa kościoła wstał i ruszył w stronę drzwi.

– Mogę? – zapytał wskazując na duchowy symbol.

– Oczywiście – Maciej zwalczył krtaniową ciasnotę.

Echkard ściągnął drewniany krzyż wykonany z ciemno brązowego drzewa. Przejechał po przedmiocie dłonią. Był gładki, starannie wykończony. Odwiesił na miejsce i gwałtownie odwrócił się do swoich rozmówców.

– Za prawdę powiadam wam! – Maciej i Hela drgnęli.

– Widzę, że wiara wasza jest czysta i prawdziwa. – dodał spokojniejszym tonem a przeraźliwy uśmiech znów zagościł na jego licu. Szepnął coś krótko do jednego z strażników po czym ten szybko wyszedł z chałupy.

– Rad jestem widzieć, że z pokorą przyjęliście Jezusa Chrystusa do swoich serc. – mówiąc skierował się z powrotem na siedzisko.

– Widzicie. Nie każdy jest gotowy do takiego poświęcenia. Ludzie często nas okłamują. Pod przykrywką wiernego chrześcijanina ukrywają swoje pogańskie dusze. O, tak. – potwierdził jak gdyby czuł niedowierzanie w jego słowa.

– Oddają cześć nieistniejącym bożkom, odprawiają potajemne rytuały, paktują z wyimaginowanymi demonami… Ale coś wam powiem. To nie jest ich wina. – dodał a głos jego brzmiał zatroskanie.

– Głównym sprawcą ich grzechu jest… – ściszył i pochylił głowę w stronę słuchaczy.

– Szatan.

– BACH! – opasłe tomiszcze wylądowało z hukiem na stole.

Rufus zdzielił podwładnego srogim spojrzeniem. Ten wyraźnie zadowolony z wywołania efektu dramaturgii szybko się ukorzył i wycofał na miejsce. Misjonarz odchrząknął po czym zaczął przewracać stronnice księgi.

– Kontynuujmy przesłuchanie  – ton urzędnika zadźwięczał ponownie.

– Jak wynika z raportów skarbników kościelnych, w ciągu paru miesięcy wasz majątek w znacznym stopniu uległ zmianie. – zatrzymał się na stronie pełnej rubryczek i tabeli. – Według wycen wzrósł o, zobaczmy… – palcem wskazał na jedną z tabelek – dwadzieścia dziewięć procent.

– Oczywiście podniesiemy wam dziesięcinę ale jestem bardzo ciekaw w jaki sposób udało wam się uzyskać taki przychód w tak krótkim czasie?

Chłop Maciej zaczął gnieść i wykręcać worek wciąż trzymany w dłoniach.

– No bo tyram za dwóch ostatnio. Urobiony jestem straszliwie. Po za tym ziemia dobrze rodzi. Okazałe płody wyrzuca. Bydło się pasie a zielsko rośnie jakby codziennie podlewane. Los nam sprzyja… Zapewne to boże błogosławieństwo na nas spadło – dodał szybko, widząc nieusatysfakcjonowanego z odpowiedzi gościa.

– Ciężka praca zbliża nas do Boga Jedynego. Tak mówią nauki Kościoła – nieśmiało spuentował.

Rufus Eckhard kiwał twierdząco głową w zamyśleniu.

– W istocie. Tak mówią. Cóż w takim razie pozostaje nam ostatnia rzecz. Musimy dokonać rutynowych oględzin waszej posiadłości. Zaczniemy od góry.

– Panie kochaniutki! Tam na strychu dziadunio spoczywa. Chorowity. Umierać mu zaraz przyjdzie. Spokoju tylko prosił by mu zapewnić. Nie męczyć go wizytami ciągłymi. – Helena ponownie dała znać o swoim impulsywnym usposobieniu.  

– Umierający starzec? – nuta troski zabrzmiała w głosie sługi kościoła.

– W takim razie należy go pobłogosławić w tej najtrudniejszej z wędrówek – dodał wstając od stołu.

– On chorowity. Zarazić czymś może…

– Prowadzić! – uciął szybko wciąż niedającą za wygraną Helę.

Małżeństwo nie miało odwagi dalej protestować. Na strych wiodła solidnie wykonana drabina. Maćko pokierował przybyłych. Miał wrażenie, że zaraz spadnie z szczebli. Nogi odmawiały posłuszeństwa i uginały się jakby ktoś wyjął z nich kości. Poddasze było wysokie. Duża przestrzeń posłużyła za magazyn dla zapasów żywności i przeróżnej graciarni. Przez wąskie okienka wpadały promienie słońca. Na końcu pomieszczenia stała prowizoryczna ścianka działowa z drewnianymi drzwiami, które były lekko uchylone.

– Dziadku? Masz gości. – zapowiedział Maciej niepewnie pokonując próg izdebki.

Rufus Echkard nie czekał na zaproszenie. Śmiało wtargnął do sypialni dziadka z łatwością odpychając na bok postawnego chłopa. Pokoik został wyposażony w parę rozklekotanych mebli. Jednym z nich było sporych rozmiarów łóżko usadowione w kącie. Spoczywał na nim ów dziadek. Starzec wyglądał jakby został właśnie zbudzony z najstraszniejszego z koszmaru. Głęboko zapadnięte policzki podkreślały i tak mocno wytrzeszczone oczy rozmiarów niemowlęcych piąstek. Patrzyły z przerażeniem spod bujnej szczeciny a kudłate brwi przesłaniały niemal całe czoło. Pierzynę zaciągnięta pod samą szyje obejmowały kościste paluchy.

– Nuuu – zabrzmiało z zaokrąglonych ust starca.

– Spokojnie – odpowiedział Rufus nie do końca odgadując intencje owego dźwięku.

– Przychodzę w pokojowych zamiarach – kontynuował przechadzając się po klitce z rękoma założonymi na lędźwiach. Obserwowały go okrągłe jak monety oczy.

– Panie miłościwy. On tak już od dawna mamrocze. Języka w gębie zapomniał. Tylko muczy jak cielę. Choroba i wiek posunięty…  – chłopka pośpieszyła z wytłumaczeniem.

– Cisza! – Rufus Echkard zaprotestował. Jego prawa noga zastygła w bezruchu na jednej z desek podłogowych. Skórzany ciżemek udekorowany złotą klamrą poszurał po parkiecie. Deska była ewidentnie poluzowana. Mężczyzna uklęknął na kolano.

– Nuuu! – staruszek włożył tym razem więcej siły w muczenie.

– Co my tu mamy? – Rufus nie zwracał uwagi na jęczącego starca. Wyciągnął niewielki sztylet, którym podważył obluzowaną część podłoża. Z tajemniczej skrytki wydobył wykonany z drewna posążek. Figurka przedstawiała humanoidalną postać z czterema twarzami. – Proszę, proszę…

– Panie litościwy. Dziaduni niedomoga umysł przyćmiła. On nie wiedział, że nie można. Darujcie mu. Zaraz gasnąć będzie bidula. Darujcie. – Hela stanęła w obronie dziadka. Żuchwa Macieja zatrzęsła się jak osika. Dwóch zbrojnych stanęło w gotowości z dłońmi zaciśniętymi na jelcach mieczy.

Misjonarz odstawił delikatnie posążek na próchniejącą komodę. – Oczywiście – zabłysnął demoniczny uśmiech.

– Przecież to stary człowiek ogłupiały demencją. – wysłannik Kościoła powoli zbliżał się do łóżka. Krok miał sprężysty niczym dziki kot gotowy do skoku na ofiarę.

– Czyż nasz Bóg Jedyny nie jest miłosierny? – powoli usiadł na progu leżanki.

– Nuuu… – zabrzmiało ponownie, a oczy wbrew prawą anatomii ludzkiej rozszerzyły się jeszcze bardziej.   

– Czyż nie to jest w nim najcudowniejszą cechą, której tak często brakuje nam – ludziom. – dłoń Eckharda gładko wylądowała na pierzynie w miejscu gdzie leżały nogi dziadka.

– Umiejętność wybaczania. – po tych słowach mężczyzna szarpnął raptownie ręką. Kołdra pofrunęła w powietrzu odsłaniając dziadunia w pełnej okazałości. Zamiast nóg na łóżku spoczywały dwa skręcone w rulon koce imitujące kształt kończyn. Staruszek, a konkretnie jego tułów i nogi, były nienaturalnie małe, niczym jak u kilkuletniego dziecka. W połączeniu z okrągłą owłosioną łepetyną ogół postaci prezentował się dość karykaturalnie.

– Brać go! – rozkaz uderzył jak grzmot z jasnego nieba.

– Nuuu! Nuuieee! Niee! Maciusiu, Helenko, nie pozwólcie im mnie zabrać! – dziadunio wykrzyczał ludzkim głosem. Na więcej nie pozwolił mu ogłuszający cios zadany głownią miecza. Gospodarze stali w osłupieniu sparaliżowani strachem. Jedyną reakcją był pisk Heli, gdy ten którego zwali dziaduniem stracił przytomność od uderzenia.

– Zawiodłem się na was – w słowach misjonarza próżno było szukać iskierki nadziei na szczęśliwe zakończenie całej sytuacji.

– W całej chałupie syf, podczas gdy krzyż, który zresztą sami mi wskazaliście był czysty jak łza. Zdradziliście się już na wejściu. „Praca zbliża nas do Boga Jedynego” tak? Ten tutaj z pewnością pomógł wam w pomnożeniu kapitału podczas gdy wy oddawaliście się beztroskiej labie. Mam rację?

Kiedy Rufus Eckhard rzucał oskarżeniami w ofiary, strażnicy zapakowali poczwarę do wielkiego lnianego wora po czym ruszyli w stronę wyjścia.

Zapewne nurtuje was teraz pytanie – co z nami będzie?

– Otóż są dwie możliwości. Pierwsza brzmi następująco. Zabierzecie dzieci. Opuścicie to miejsce i na zawsze zapomnicie o tym domowiku oraz o waszych pogańskich bogach. Wyrzekniecie się tej wiary. Zostaniecie posłannikami Słowa Bożego a resztę swoich dni spędzicie w służbie Kościoła.

– Druga opcja, cóż… Umrzecie. Tu i teraz. Zostaniecie przy swojej żałosnej i słabej wierze a w zamian doznacie ognia piekielnego za życia.  – Małżonkowie popatrzyli na siebie. Poczuli ulgę. Cała trwoga odeszła. Liczyło się tylko to, że byli razem.

– Bóg Jedyny obdarzył człowieka wolną wolą. Czyniąc to na jego podobieństwo ja daje wam wybór.

– Więc jak będzie?

***

Zuzia patrzyła z rozhuśtanego powozu na wielki pożar. Patrzyła przez  zapłakane oczy. Nad jej domem unosiły się kłęby dymu, które zdążyły przysłonić blask słońca. Obserwowała jak zwierzęta uciekał w panice przed czerwonym kurem.

Kogut gnał jak oszalały przed siebie w stronę lasu. Miał dziwne wrażenie, że tym razem przegrał by zakład z kurami.
Autor: Bartosz Zawistowski

Nowy Księżyc

Nowy Księżyc

Nowy Księżyc

 

Ojciec od dziecka mi powtarzał iż jestem synem Swaroga. Przez wiele lat nie rozumiałem o co mu chodziło. Nie wiedziałem, co też mają dla mnie oznaczać te słowa, bo że znaczyły coś dla niego to było nazbyt pewne. Z oszczędnych w szczegóły opowieści ojca wiedziałem jedynie, że Swaróg ma syna – Swarożyca, Księżyca. Jako dziecko nie rozumiałem i nie chciałem zrozumieć (teraz to wiem) jak miałbym być synem Słońca, skoro przecież posiadam już swojego, człowieczego tatę? No i Bogowie przecież nie istnieją.

Przez wiele lat żyłem w nieświadomości. Wiele niespokojnych lat spędziłem w betonowym mieście. Lata wyrzeczeń, dni witanych jeszcze przed świtem, tych nocy samotnych w klitkach wynajmowanych na wypizdowie wielkiego miasta, bo nie było mnie stać na coś porządniejszego i bliższego centrum.

Mimo betonów lubiłem swoje miasto. Te knajpy z piwem za 5zł i słonymi paluszkami po 7zł za paczkę. Knajpy, w których częściej przesiadywało się w rezerwatach dla palaczy – mgła pozwalała mi ukryć twarz oraz niebieskie, stalowe oczy przed spojrzeniami twarzy otumanionych przez szubienicą Czarnego Demona. Wypady na koncerty z garstką znajomych, która przy mnie jeszcze się ostała. Nocne seanse nad Odrą z butelkami taniego wina. Wreszcie włóczenie się bez celu po zaułkach i głównych traktat miasta, częściej nocą aniżeli dniem. W sumie, można by rzec, że nocny tryb życia upodabniał mnie do mego „przyrodniego brata” Swarożyca. Ale co z tego?

Mój ojciec był poetą. Doprawdy, gorzej trafić nie mogłem. On przede wszystkim był literatem i tak spostrzegał życie – jako materiał na wiersz. Mało co go więcej interesowało. Choć jednej sprawie poświęcił się całym swoim sercem i duszą – szerzeniem wiedzy na temat słowiańszczyzny i odkłamywaniu historii, rzeczywistości. Wszystko przez matkę. Biedna, gdyby wiedziała co z tego ziarna wyrośnie, prędzej by dała uciąć sobie warkocze oraz wydarłaby z rąk Rodzanic swą nić i ją przerwała. Ojciec tak się poświęcił swojej nowej misji, że nie spostrzegł jak dosięgnął go zimny pocałunek seryjnego samobójcy. Niestety, spędziłem z ojcem zaledwie 6 lat, ale zawsze powtarzał w bezksiężycowe noce, że moje miejsce jest właśnie tam, na górze, że jestem potrzebny niebiosom by rozświetlać raz w miesiącu nocne niebo, kiedy to Swarożyc znika w ciemnościach Nyji, by dawać innym nadzieję i otuchę. Powtarzał, że jestem synem Swaroga, nie jego. I to jemu powinienem oddawać synowską cześć. Na moje nieszczęście, matka również niewiele dłużej żyła. Smutek po stracie męża był tak wielki, że marniała z każdym dniem, schła, jak piękny kwiat wsadzony do wazonu pozbawionego życiodajnej wody. I ona wierzyła w moje boskie przeznaczenie.

Dla dziecka to wszystko było „porebrane”, jak zwykłem mawiać. Nie rozumiałem tego co się wokół mnie działo.

I nie chciałem rozumieć.

Lata mijały. Chowałem się sam. Niby dziadkowie sprawowali nade mną pieczę, lecz byli zbyt zniedołężniali na skutek ślepej wiary w lekarzy i ich „naukowe” metody. Toteż znów szybko zostałem osierocony. Jednak byłem już na tyle dorosły by móc rozpocząć samodzielne życie.

Parałem się różnych prac. Wszystko byle przetrwać. Nie miałem celu w życiu – wegetowałem. Czułem się jakby ktoś założył mi betonowe buty i kazał mi zapierdalać, bo inaczej miska ryżu przypadnie wszystkożernym psom. Pierdolone realia neokolonialnego państwa.

Dobra zmiana nie przyszła. Tych, co chcieli coś zrobić, wybiła Szarańcza. Efekt zastraszenia był tak ogromny, że wszelki opór został zdławiony. Pradziadowie potrafili walczyć o wolność, nie bali się śmierci. A nas udupili. Udupili. Jak w takiej sytuacji patrzeć innym w oczy? Gdzie ta duma i fantazja ułańska? Generacja upadku. Nic dziwnego, że większość moich rozrywek służyła odizolowaniu się od rzeczywistości – alkohol, seks, papierosy…

Piłem co było na stanie, co kto miał. Byle było tanie i dawało w czerep. Ojciec nigdy by mnie nie zrozumiał, on wolałby się napić porządnego, craftowego piwa niż żłopać sikacze. Jemu przynajmniej starczało jedno-dwa piwa, a nie, jak mi, sześć. Seksu nigdy sobie nie żałowałem. Lubiłem przygodne stosunki z pierwszą lepszą, tak samo spragnionej chwili miłości jak ja, dziewczyną. Miejsce się nie liczyło – mógł być czyjś pokój, klatka schodowa, park, toaleta w knajpie – wszystko jedno, byle zaspokoić swoje pragnienia. Nigdy więcej nie spotykałem tych dziewczyn, co sobie chwalę. Po co wiedzieć o sobie więcej, wracać myślami do przeszłych chwil i wspólnie je wspominać, wychodzić ponad podstawowe instynkty natury? Takie pytania zadaje się w spokojnych i nudnych czasach, a nie teraz – w czasie pogardy, zniewolenia, beznadziei, zapomnienia i… jeszcze większej nudy. I wreszcie papierosy – lepsze od trawy, bo nie zamulają; lepsze od alkoholu, bo nie ma po nich kaca; lepsze od seksu, bo nie muszę szukać jej na Ruskiej czy na Pasażu. Papierosy to w sumie też wina ojca. A dokładniej jednej z piosenek, która wryła mi się w głowę za dzieciaka. Teledysk oglądałem tysiące razy i wyobrażałem sobie jakie to świetne musi być uczucie palić i wdychać dym mentolowych papierosów. Papierosów – depresyjnych fajek, spleenu rodzących i w nim utrzymujących. Idealne fajki na te czasy!

Ojciec, ojciec, ojciec… Jak się tak zastanowię to wszystko co złe to ojciec. To jego wina, że mnie spłodził. Jego wina, że zostawił mnie samego i zabił swoją śmiercią matkę. Jego wina, że naznaczył mnie do „wielkich rzeczy” ofiarowując Bogu Słońca, Swarogowi. Jego wina, że nie nauczył mnie niczego co mogłoby mi się przydać w dorosłym życiu. Przez niego wegetuję pijąc, paląc i pierdoląc się z byle szesnastką. Gdybym chociaż był artystą, tak jak on, i mógł to wszystko w jakiś twórczy sposób wykorzystywać, przerabiać i nie czuć wreszcie tej kompletnej pustki istnienia. Jedyne co mam po ojcu to imię Wilkomir oraz wisior z symbolem kołowrotu.

Przez długie lata nie interesowałem się znaczeniem swego imienia oraz otrzymanego amuletu. Były, bo były i pozwalałem im istnieć, wegetować, tak jak i sobie. Nie raz miałem problemy z powodu swojego imienia – ludzie nie akceptowali inności. A to była najinniejsza inność z jaką się zwykle spotykali w swoim nędznym, małym, udupionym życiu. Wszędobylskie Dżesiki i Brajany nie powodowały takiej konsternacji u starych jak moje rzadkie, słowiańskie imię. Póki żyli rodzice, nikt nie miał z tym problemu. Jednak po ich śmierci wszystko się zmieniło. Ludziska ciągle pytali co to imię oznacza, czemu nadano mi takie imię, co ja takiego zrobiłem rodzicom, że mnie tak postanowili skrzywdzić. Ignorowałem ich, wzruszałem ramionami. Szkoda mi było czasu na te zaściankowe umysły, które i tak nic by nie zrozumiały z moich słów. Gdyby potrafili to nie daliby się udupić systemowi.

Wisiorek od urodzenia miałem zawsze na sobie. Na każdym starym zdjęciu dumnie eksponowałem go ku uciesze ojca i matki. Cieszyło to ich, więc to robiłem. Lubiłem, gdy uśmiech gościł na ich twarzach. Często pytałem się ojca co też oznacza ten dziwny znaczek wypalony na brzozowym drewnie i czemu akurat na takim, a nie na przykład na dębowym czy kasztanowym, bo te drzewa, jak każde dziecko, bardzo lubiłem. Ojciec twierdził, że jestem jeszcze za mały by się tego dowiedzieć i zrozumieć. Poza informacją o brzozowym drzewie i symbolu Słońca – Boga Swaroga, nic więcej od niego nie wyciągnąłem. Twierdził, że odpowiedni czas nastąpi w dniu postrzyżyn. Niestety, nie dożył tego dnia. Tak jak i matka, więc nie było komu powiedzieć mi czegoś więcej o tym wisiorku. A przynajmniej nie znałem takiej osoby. Ba, myślałem, że ta wiedza poszła do grobu wraz z rodzicami i nikt, ani nic nie będzie mi w stanie pomóc.

Nie szukałem, nie interesowałem się, wegetowałem znajdując zapomnienie w nałogach. Nie obchodziła mnie przeszłość, miałem gdzieś słowiańskość. Twierdziłem, że to ułomność. Otaczające mnie społeczeństwo oraz ja sam nie dawały mi cienia wątpliwości. Zaś piewców „Wielkiej Słowiańszczyzny” uważałem za wariatów i oszołomów. Zresztą, Szarańcza likwidowała tych co za głośno szczekali. Zamykałem się na wszelką wiedzę, która by mogła choć trochę zarysować mój misternie wybudowany i okopany bunkier, moją klatkę, w której siedzieć było mi wygodnie i bezpiecznie. Skoro było mi tak dobrze w mym więzieniu to czemu pozwoliłem na rozszczelnienie tych krat? Choć teraz wiem, że i bez tego Piorun by we mnie trafił… Na Bogów nie ma mocnych.

Wiecie co do tego doprowadziło? W sumie to kto, ale sposób w jaki to się dokonało – nic tylko dziękować za takie, a nie inne moje zwyczaje i rozrywki…

Było grubo po północy. Księżyc w nowiu. Latarnie powygaszane. Miasto było stać na całonocne oświetlanie ulic, jednak jakiś minister-szarańczak, nakazał wygaszać latarnie w miastach stołecznych. Oczywiście oficjalnym powodem były względy ekologiczne – mniejsze zużycie prądu to czystsze środowisko. Kto dzisiaj wierzy w oficjalne zapewnienia rządów?

Byłem już na lekkim rauszu i włóczyłem się bez celu po ciemnych uliczkach, licząc kroki do następnej zmiany w pracy. (Aż się dziwiłem, czemu mnie jeszcze nie wyjebali na zbity pysk – zawsze zaspany i wczorajszy, nie nadający się do roboty). W pewnej chwili usłyszałem jakby miauknięcie, które przeszło w ostrzegawczy syk, a następnie w prych walczącego kota. Co dziwne, był to jedyny odgłos jaki dochodził z tej uliczki. Przeczucie mówiło mi bym uciekał. Wręcz krzyczało bym brał nogi za pas i zatrzymał się dopiero pięć mostów dalej. Z drugiej strony, musiałem tam wejść. Musiałem wejść w tę ciemną uliczkę i sprawdzić co z tym kotem się dzieje. Wbrew zdrowemu rozsądkowi, przekroczyłem granicę między mdłym światłem latarni oraz gęstym jak ropa mrokiem. Wtedy, na własne życzenie wysadziłem swój mentalny bunkier.

Dwóch facetów w czarnych kombinezonach próbowało pochwycić kota. Dla przypadkowej osoby wyglądało to na zwykłą akcję odławiania bezpańskich zwierząt. Tylko czemu robili to w środku nocy? W dodatku w całkowitych ciemnościach, bez użycia choćby jednej latarki. Wtedy zdałem sobie sprawę, że ci kolesie to Szarańcza, a ja znalazłem się w ciemnej dupie. Na moje fatalne szczęście jeszcze mnie nie zauważyli, więc miałem szansę uciec, ale ten kot… Coś mnie ciągnęło do tej małej bestii, szczerzącej kły, wymachującej pazurami w stronę napastników oraz wykonującej kocie akrobacje w jednym celu – by przeżyć. No i zrobiłem największe głupstwo w swoim życiu – skoczyłem na Szarańczę z pięściami.

Szans nie miałem żadnych. Ja, zwykły robol na taśmie vs dwóch wyszkolonych siepaczy systemu. Wynik mógł być tylko jeden – moja śmierć. A chciałem tylko uratować biednego, małego i bezbronnego kotka… Nim moja pięść zdążyła sięgnąć twarzy jednego z nich, zostałem już obezwładniony oraz oślepiony bólem promieniującym z nerek. Chwilę później straciłem przytomność.

 

Pierwsze, co zarejestrowała moja świadomość, był śpiew ptaków. Cudem było jednak to, że nie umarłem. Prawe podbrzusze jeszcze pobolewało, świetnie czułem swoje  nerki. Pieprzona Szarańcza. Tylko jak to możliwe, że wciąż jeszcze żyłem?

Byłem w lesie. Leżałem na łóżku polowym pod gołym niebem, a obok mnie stała całkiem niezła blondyneczka. Uśmiechnąłem się do niej lustrując ją od ładnych stópek po blond główkę z niebieskimi jak szafiry oczętami. Krasna dziewczynka. Tak bardzo byłem zajęty pożeraniem jej wzrokiem, że nie spostrzegłem w czas zmierzającej ku mej twarzy otwartej dłoni.

To był dobry początek znajomości.

Na imię miała Leda. Opowiedziała mi w jaki sposób się tu znalazłem. I stawiam swoją skórę przeciw żołędziom, że się już domyślacie jak. Tak, ta filigranowa dziewczyna uratowała mnie! Już wcześniej widziała tych dwóch z Szarańczy. Wtedy napatoczyłem się ja z moim bohaterskim zamiarem uratowania „małego” kotka. Gdy mnie chwycili, zeskoczyła z rosnącego samotnie drzewa, chwyciła za leżący na ziemi kij jo i bez trudu ukatrupiła napastników. Szybka akcja. Całe szczęście, że byłem nieprzytomny, bo widok rozwalonej czaszki jeszcze doprowadziłby mnie do wymiotów.

Nie dość, że zabójczo ładna, to jeszcze silna jak tur – samodzielnie przeniosła mnie do swego lasu. Gdzie się rodzą takie dziewczyny? Te, z którymi miałem do czynienia prędzej padłyby na zawał niż by mnie podniosły, a co dopiero przebyć taką odległość!

No wszystko fajnie, ale co się stało z kotem? Gdy o tym pomyślałem, jak na zawołanie, przy mej zwisającej z łóżka ręce, pojawił się kot. To co wziąłem za bezbronne i małe kocię okazało się być wielkim (jak na kota) bydlęciem.  To był żbik. I to czystej krwi, według Ledy. Na jakiej zasadzie to twierdziła – nie wiem. A ich obecność w mieście tamtej nocy nie była przypadkowa.

Podobno dawni Bogowie obdarzyli ją wizją. W wizji tej ujrzała boginię Ładę, która nakazała jej udać się do miasta w celu odnalezienia wybrańca. Wybrańca, który miał rozpalić nowy ogień w ludzkich serca oraz spalić kajdany wiążące ich ręce oraz umysły. Tożsamość „Neo z Matrixa” nie została jej ukazana. Lecz Bogini obiecała jej, że pokieruje ją w poszukiwaniach i wskaże „Spopielacza Szarańczy”.

Dajecie wiarę? Tym wybrańcem, tym boskim ogniem do pieczenia owadów miałem być ja! Ten co to przez praktycznie całe życie szedł tak jakby żadnych Bogów nie było, upijając i pieprząc się z byle dziewką. Po prostu wzór do naśladowania! Brawo, o Bogowie!, brawo! Gratuluję Wam wyboru. Takie wielkie zero jak ja nie mogło być nadzieją ludzkości, nadzieją Słowian. Po prostu nie!

Moimi „wątpliwościami”, co do wyboru Bogów, oczywiście podzieliłem się z Ledą. Wtedy po raz kolejny poczułem jej dłoń na swej twarzy. Cholerna, przywalić potrafiła. Krzyknęła, że nie po to ryzykowała swoim i Żmija życiem (tak nazwała swego „kotka”) podczas nocnych eskapad do miasta, by jakiś dzieciak kwestionował wolę Bogów. A jeśli to nie ja jestem wybrańcem, to dlaczego Bogini wskazała tej nocy właśnie na mnie oraz dlaczego noszę na szyi swarożycę – symbol Swaroga, Boga ognia, Boga Słońca? Próbowałem jej delikatnie wytłumaczyć, że Bogowie może się pomylili, że musieli się pomylić przy wskazaniu. A wisiorek z kołowrotem? To musiał być czysty przypadek, bo przecież wiele osób takie nosi, no nie?

Moje słowa trafiły na ścianę. Nic do niej nie dochodziło. Ba! Nawet Żmij się nastroszył na mnie i ostrzegawczo prychał, łypiąc oczami na niebo.

Już chciałem grzecznie podziękować za pomoc z Szarańczą, zapewnienie noclegu oraz opieki ostatniej nocy, kiedy to z nieba, w sam środek polanki, walnął piorun. Czyste niebo – jasny błękit bez najmniejszej chmurki i wielka tarcza południowego Słońca. Skąd, do licha, ten piorun?! Po krótkiej chwili, gdy minął szok, przypomniałem sobie, że w Kalifornii często zdarzają się takie pioruny bez burzy. To musiał być przypadek. Tak, absolutnie przypadek! Bez zwątpienia. Mogłem wracać do siebie, do pracy…

Kot ponownie prychnął i walnęło kolejnym piorunem! No tego to już za wiele! Jak ja mam to sobie racjonalnie wytłumaczyć? Pioruny podobno nie uderzają dwa razy w to samo miejsce, podobno… Co tu się dzieje?

– To znak od Bogów!

– Jakich Bogów? Bogowie nie istnieją. Nie ma ich! Gdyby istnieli to by do tego wszystkiego nie dopuścili.

– Podejrzewałam, że wypaliło i wyżarło ci mózg w tym mieście, ale nie sądziłam, że to rzeczywiście prawda. Bogowie nie istnieją… Kto ci takich głupot naopowiadał?

– Nie słyszałaś co mówiłem? Gdyby istnieli to by nie doprowadzili Ziemi na skraj zagłady. Nie pozwoliliby Ziemia stała się więzieniem. Nie pozwoliliby…

– Dość! Czy ty nie rozumiesz, że przyjście na te ziemie Czarnego Demona doprowadziło do osłabienia mocy starych Bogów? Nie mówiąc już o ich wyrzuceniu w Cień. Co może zrobić Bóg, o którym nikt nie pamięta?!

– No, zrobiłby jakiś cud i pokazałby ludziom swą moc. – bąknąłem.

– Ta, a ci by pomyśleli, że to Czarny Demon się rozgniewał lub zsyła na nich łaskę…! Włącz wreszcie myślenie! Czy ty nie widzisz co Czarni zrobili z dawnymi wierzeniami? W jaki perfidny sposób zmienili stare obyczaje nadając im nowe imiona? Czy ty tego nie widzisz?

– Skąd mogłem o tym wiedzieć?!

– Masz znak Swaroga na szyi!   

– I co z tego? Ojciec mi go wręczył jak byłem mały.

– I nic ci nie wytłumaczył?

– Nie, nie zdążył.

– Przykro mi.

– Teraz ci przykro, a przed chwilą darłaś się na mnie jakbym ci przynajmniej rodziców  obraził.

– Dziwisz się? Ja tu ryzykuję życiem swoim i Żmija by znaleźć wybrańca, a znajduję jakiegoś sierotę, który nie wie nic! Kompletnie nic!

– Moja wina, że ci Bogowie zgłupieli wybierając mnie?

W tej chwili najwyraźniej przegiąłem, bo wnet niebo pokryło się czarnymi chmurami, zerwał się porywisty wiatr, zaś rój lelków kozodojów pokrył okoliczne drzewa.

– Bogowie się rozgniewali – szepnęła Leda – przeproś ich. Przeproś!

– Ale jak ja mam ich przeprosić?

– Nie wiem. Ja nigdy nie doprowadziłabym ich do takiej furii. Zrób coś, szybko!

– O Wielcy Bogowie! – zacząłem swoją przemowę błagalną do Bogów, drąc się na cały głos by przekrzyczeć szalejącą od kilku chwil burzę. – Błagam Was o przebaczenie, gdyż nie wiedziałem co mówiłem, znajdując się w słusznym… – piorun uderzył w ziemię nieopodal mnie – znajdując się w… eee… zaślepieniu własnego umysłu. Przepraszam Was i już się więcej na mnie nie gniewajcie. Po prostu nie jestem tym za kogo mnie uważacie…

– Idiota! – Ledwo Leda krzyknęła, jak w ziemię walnął kolejny piorun.

– … eee, to jest, wybraliście dobrze, ale ja się nie nadaję. Sami widzicie! – krzyknąłem z wyczuwalną rozpaczą w głosie. – Leda jest lepsza! No sami popatrzcie! Ładna, uratowała mi życie, ma swojego chowańca…

– Co mam?!

– … na pewno jest lepszym wyborem ode mnie! – kolejne uderzenie pioruna już mnie nie zdziwiło, za to uderzenie było niebezpiecznie blisko moich stóp – No dobra, dobra. Będę już tym Waszym wybrańcem. Niech Wam będzie…

Niebo momentalnie się rozpogodziło. Starzy Bogowie dopięli swego, a ja stałem się ich „wybrańcem”. W tym wszystkim zapomniałem tylko się dowiedzieć co ja takiego mam zrobić, jaką to misję Bogowie mi zlecili. Przyszłość rysowała się dla mnie dość niepewnie, a ja nie miałem przy sobie swoich mentolowych. Sądząc po wyglądzie (i charakterku) Ledy, ona raczej nie paliła. Ech… wpadłem jak śliwka w kompot.

– Ładną przemowę zaserwowałeś Bogom. Następnym razem nie musisz być aż taki patetyczny. To równe babki i chłopy.

– Ty się nie boisz tak o nich mówić?

– A czemu bym miała? Przecież już ci powiedziałam, że są w porządku. O ile nie stajesz na drodze im planom. Ale na to taka głupia, jak ty, nie jestem.

 

Wiele dni spędziłem z Ledą na uzupełnianiu mych braków – w wiedzy, jak i w sprawności fizycznej (wiarę już miałem). Twierdziła, że idiota i kaleka nie jest godzien reprezentować Bogów wśród innych ludzi, a co dopiero walczyć z Szarańczą Czarnego Demona. To, że mnie wybrali nie świadczyło wcale o tym, że jestem z miejsca gotowy by wypełnić swoje przeznaczenie jakie mi przypisali. Ale z Bogami (i z Ledą) się nie dyskutuje.

 

Jest noc. Księżyc w nowiu. Jestem w środku lasu, w samym mateczniku. Po mej skórze ścieka krew z zadanych przed kilkoma minutami ran. Nóż ze żbiczych pazurów spoczywa przede mną, nabierając mocy przed ostatnim rytem, który mnie czeka.

Jest noc. Księżyc w nowiu. Moje ciało pokrywają prastare runy – runy nocy, Runy Nyji. Moje rany na skórze powoli się zasklepiają. Krew wsiąka w ziemię. Chwytam za osełkę z lelkowych piór i ostrzę, po raz ostatni tej nocy, żbiczy nóż.

Jest noc. Księżyc w nowiu. Na wysokości serca rysuję znak Słońca – źródło światła dla świata, który mam ocalić.

Jestem Wilkomir, syn Swaroga, brat Swarożyca. Nowy Księżyc. Jestem wybrańcem Bogów. Przyszedłem spalić Szarańczę Czarnego Demona. Przyszedłem uwolnić Starych Bogów. Przyszedłem uwolnić swój lud.

 

Patryk „Fantom” Królczyk

Perunowy Gród

Perunowy Gród

Perunowy Gród

,,Oj, chmielu, chmielu, ty bujne ziele,

Nie będzie bez cię żadne wesele…”

 

Panna stała boso na owczej skórze. Na skroniach miała kwiecisty wianek. Włosy kładły się jej na plecach, aż do pasa. Była wyraźnie onieśmielona. Błękitne oczy miała spuszczone. Na przeciw niej stał mężczyzna. Był młody, ale ona na pewno była młodsza. Patrzył na nią i uśmiechał się łagodnie. Wzrok miał rozmarzony. Oboje byli uroczyście ubrani. Dziewczyna miała długą, lnianą suknię. On miał pięknie haftowaną koszulę. W okół nich stali ludzie w kręgu, również odświętnie ubrani. Byli wojowie z tarczami i toporami w dłoniach. Były krasnolice panny. Byli mężni wojownicy i prości chłopi. Każdy stał oczekując nadejścia żerców. Przyszli. Odziani byli w białe szaty z czerwonymi zdobieniami. Jeden z nich, znacznie wyższy, miał długą brodę i czarne włosy opadające na łopatki. Drugi, niższy, uniósł ręce. Wojowie uderzali rytmicznie toporami w tarcze. Żercy wzięli kadzidła. Dym miał przyjemny zapach jałowca. Szli po okręgu wytyczonym przez ludzi. Huk uderzeń niósł się po dolinie. Panny śpiewały.

 

,,Oj, chmielu, oj, niebożę,

To na dół, to ku górze,

Chmielu niebożę!”

 

Żercy zamknęli krąg. Panny zakończyły pieśń. Wojowie uderzyli jak najmocniej w tarcze i zastygli w bezruchu. Do panny młodej podeszły dwie kobiety- druhna i mężatka. Do pana młodego podszedł jego druh i świadek. Wyższy żerca uniósł ręce. Drugi rozpalił ogień ofiarny przed nim. Żerca w dłoniach trzymał dzban miodu i chleb, wciąż pachnący.

-Chodźcie bliżej młodzi!- rzekł łagodnym głosem.

Para młoda zbliżyła się do ognia.

-Zamknięto święty krąg!- krzyknął do tłumu.- A kto śmie go przeciąć niechaj wie, że nieszczęścia będą go trapić po kres jego dni na ziemi- rozejrzał się. Nikt nawet nie drgnął.- Zebraliśmy się w tym dniu, aby przypieczętować związek tych dwojga. Sambora, syna Dalebora i  Tomiły. Są już po Wieczorze Kawalerskim i Rozplecinach. Rodziciele wyrazili zgodę. Niechaj rozpocznie się Swadźba!

 

,,Ażebyś chmielu, na te tyczki nie lazł,
nie robiłbyś ty z panienek niewiast…”

 

Żerca podał młodym miód i chleb.

-Jako zwyczaj prastary nakazuje złóżcie ofiarę Swargowi- spojrzał na Sambora- i Ładzie- przeniósł wzrok na Tomiłę.

Ulali miód do świętego ognia, a następnie wrzucili bochenek chleba.

-Przyzywam na świadków Swaroga, boskiego kowala! Ładę, boginię ładu i przeznaczenia, które złączyło tych dwoje! Peruna, Pana na naszym grodzie i niechaj pobłogosławi tym młodym niebo! I przede wszystkim wzywam Roda! Żeby młodym się darzyło i by płodzili zdrowe dziatki!

Grzmot rozdarł ciszę. Żerca pobladł. Wśród tłumu słychać było szmery. Młodzi rozglądali się nerwowo.

-Trzykrotnie: ,,Sława Perunowi”!- krzyknął drugi żerca.

-Sława! Sława! Sława!- ryczał tłum.

Pierwszy żerca odzyskał normalne kolory na twarzy, ale nadal wzrok nerwowo odbiegał mu w stronę nieba.

 

,,Oj, chmielu, oj, niebożę,

To na dół, to ku górze,

Chmielu niebożę!”   

 

Żercy wzięli zdobioną krajkę. Obwiązali nią solidnie połączone dłonie młodych.

-Czy z własnej woli bierzesz Tomiło Sambora za męża?- zapytał patrząc jej głęboko w oczy.

-Z woli własnej mu serce i ciało oddaję- powiedziała spokojnie.

-Czy z własnej woli bierzesz Samborze Tomiłę za żonę swą?- tym razem żerca wpatrywał się w oczy mężczyzny.

-Ze swej własnej woli biorę ją za żonę- odpowiedział uśmiechając się.

Żercy szarpnęli mocno za ich dłonie. Krajka trzymała się mocno. Następnie podeszli mężatka, druhna i świadek. Również szarpnęli za dłonie. Krajka i tym razem nie puściła. Żerca ponownie stanął przed świętym ogniem.

-Ludzie i bogowie świadkami, że ani żercy, ani świadkowie nie byli w stanie rozerwać więzi między tymi dwojga.

Żerca zwracał się do tłumu. Tym czasem młodzi przysięgali sobie miłość i wierność. Następnie obeszli trzy razy święty ogień. Zgodnie z kierunkiem słońca toczącego się po niebie. Drugi żerca sięgnął po dwa dzbany. W jednym był miód pitny, a w drugim mleko. Przelano napoje do obrzędowych rogów. Pierwszy żerca wziął je w dłonie i uniósł.

-Niechaj teraz młodzi uleją miodu bogom! A następnie napoją się nim. Aby służyło to ich małżeństwu i płodności. I niechaj uleją mleka. A następnie i nim się napoją. Aby dało im siłę.  

 

,,Ale ty, chmielu, na tyczki włazisz,

Niejedną panienkę wianeczka zbawisz…”

 

Podał róg z miodem młodej parze. Ulali część do ogniska, a następnie wypili. Wpierw Tomiła, a następnie Sambor. Potem żerca podał im róg z mlekiem. Ulali trochę do ogniska i ponownie wypili. Tym razem najpierw Sambor, a potem Tomiła. Drugi żerca zabrał rogi. Rozwiązano młodym dłonie.

-Niechaj przemówią świadkowie! Oni znają młodych lepiej niż każdy z nas! Niech powiedzą, czy zgadzają się na zawarcie małżeństwa!

Wystąpił świadek pana młodego. Był to wysoki mężczyzna o krótkich brązowych włosach. W jego piwnych oczach zatańczył blask świętego ognia. Uśmiechnął się szczerze do Sambora i Tomiły.

-Znam Sambora od wielu lat- mówił.- Był mi druhem w niejednej wyprawie. Często powtarzał mi jak bardzo kocha Tomiłę- mrugnął do swojego przyjaciela.- Znam go na tyle dobrze, że widzę w nim miłość, którą obdarza swoją ukochaną. Tak, więc niech im się szczęści i darzy. I niechaj stworzą kolejne pokolenie równie wspaniałych ludzi. Sława!

-Sława!- krzyknął tłum.

Wystąpiła druhna. Dziewczyna, prawdopodobnie, w wieku panny młodej. Miała upleciony długi warkocz, a na skroniach kwiecisty wianek. Uśmiechnęła się do młodych ukazują białe ząbki.

-Ja i Tomiła byłyśmy przyjaciółkami od dzieciństwa. Wiemy o sobie wszystko. Jesteśmy jak siostry. Od razu wiedziałam kiedy się zakochała. Wspierałam ją jak mogłam. Życzę Tomile i Samborowi aby wiodło im się jak najlepiej. Niech wam się darzy!

-Sława!

Wystąpiła mężatka. Kobieta miała włosy zakryte. Była starsza od państwa młodych, ale jeszcze nie była stara.

-Znam tych dwoje bardzo dobrze. Kiedy po raz pierwszy dostrzegłam jak mają się ku sobie ucieszyłam się. Teraz spotykamy się na ich Swadźbie. Przed nimi długa droga. Niekoniecznie łatwa, ale pełna zakrętów i zasadzek. Ale wierzę, że uczucie jakie jest między nimi pomoże im wytrwać wszystko. Życzę wam szczęścia!

-Sława!

 

,,Oj, chmielu, oj, niebożę,

To na dół, to ku górze,

Chmielu niebożę!”   

 

-Nikt nie wystąpił przeciw związkowi tych dwojga. Niechaj pan młody ściągnie ze skroni panny wianek.

Sambor podszedł do ukochanej. Delikatnie zdjął wianek, muskając opuszkami palców jej skronie. Wrzucił go do świętego ognia.

-Niecha panna i mężatka dokonają postrzyżyn.

Kobiety podeszły do Tomiły. Wzięły w garść trochę jej włosów i ucięły. Następnie wrzuciły je do świętego ognia.

-Wymieńcie się obrączkami.

Świadek podszedł do młodych. Podał im obrączki. Sambor delikatnie nałożył ją na palec Tomiły. Dziewczyna postąpiła tak samo.

-Zawarty został związek małżeński między Tomiłą, a Samoborem!- krzyknął żerca do tłumu, a następnie zwrócił się młodych.- Stańcie naprzeciw siebie nad świętym ogniem.

Postąpili jak kazał. Drugi żerca przyniósł kołacz. Podał im. Młodzi rozerwali go. Tomiła trzymała w rękach większy kawałek. Wśród tłumu słychać było szczególnie męskie chichoty.

-Tak, więc dokonało się! Stara wróżba mówi, że to panna młoda, która większy kawałek kołacza urwała, będzie związkowi temu przewodzić!

Chichoty stały się głośniejsze. Druhna i mężatka płakały przytulone do siebie. Świadek uśmiechał się szczerze. Państwo młodzi wpatrywali się w siebie z czułością.

-Tomiło. Samborze- przemówił żerca.- Życzę wam wspaniałej przyszłości i wszelkiej pomyślności na nowej drodze życia! Sława wam!

-Sława!

Tłum zaczął rzucać na młodych ziarno. Rzucano także pieniądze. Pan młody przytulił do siebie pannę młodą, jednocześnie chroniąc ją przed uderzeniami twardych monet. Pocałował ją delikatnie w usta.

-Niechaj rozpocznie się wesele!- krzyknął. Tłum wiwatował.

Rozpoczęły się zabawy do białego rana.

 

Grajkowie grali skoczne utwory. Goście tańczyli weseli. Wino, piwo i gorzałka lały się strumieniami. Państwo młodzi przyjmowali życzenia.

Zbliżał się czas oczepin. Panna zasiadła w środku kręgu tańczących dam. Tańczyła druhna i przyjaciółki Tomiły. Pan młody stał oparty o ścianę izby. Mężatka podeszła do dziewczyny. Dała jej w ręce wianek. Panny w tanecznym kręgu śpiewały weselną pieśń. Tomiła rzuciła wianek. Wpadł prosto w dłonie młodej dziewuszki. Dziewczyna miała niezwykłe niebieskie oczy. Długie, jasne włosy związane w warkocz. Druh pana młodego roześmiał się na cały głos. Dziewczyna spuściła nieśmiało oczy i wybiegła z izby. Mężczyzna zamilkł i patrzył za nią. Po izbie rozeszły się szmery i chichoty. Mężatka nałożyła na głowę panny młodej czepiec.

-Najlepszego…- szepnęła.

W tym momencie Tomiła odrzuciła stan panieński. Stała się mężatką. Sambor podbiegł do dziewczyny. Uniósł ją i pocałował. Rozległy się śmiechy i okrzyki. Grajkowie ponownie zaczęli grać. Wszyscy tańczyli. Nie było tylko druha pana młodego, jasnowłosej dziewczyny, a para młoda zniknęła.

 

Wietrzyk delikatnie głaskał taflę jeziora. Wschodzące słońce tworzyło różową łunę nad lasem, który rósł na przeciwnym brzegu. Jasnowłosa dziewczyna przechadzała się wzdłuż jeziora. Beznamiętnie patrzyła w dal. Na skroniach miała wianek, który złapała na oczepinach. Mężczyzna dostrzegł ją, ale bał się podejść. Doszedł do brzegu i wpatrywał się w wschód słońca.

-Sambor i Tomiła ułożą sobie życie- powiedział.

Dziewczyna zatrzymała się. Spojrzała na niego zdziwiona. Skinęła głową. Mężczyzna w końcu nie wytrzymał.

-Czemu uciekłaś?

Dziewczyna podeszła do niego. Spojrzała mu prosto w oczy. Westchnął cicho. Utonął w jej niebieskim spojrzeniu.

-Wiesz, że wyszłabym za Ciebie. Ale ja wiem, że ty nie chcesz tego.

-Co ty mówisz? Ja chcę tego z całego serca.

-Nie! Ty szukasz bohaterskiej śmierci. Ile razy jeszcze będę się o Ciebie martwić, bo ty ruszasz na jakąś bitwę.

Mężczyzna nie potrafił nic powiedzieć. Zaskakiwała go mądrość dziewczyny, która liczyła sobie tylko siedemnaście wiosen. On miał trzydzieści dwa lata. Popełnił w życiu niejedno głupstwo. Ruszał, wraz z Samborem, na liczne bitwy. Czasem wracał zwycięski, czasem z połamanymi kośćmi i licznymi ranami. Zawsze w przekonaniu, że kto przeżył ten wygrał. Sambor opamiętał się kiedy związał się z Tomiłą. On natomiast nie potrafił.

-Obiecasz mi, że nie ruszysz już na bitwę?- zapytała ostro.

-Wiesz… Wiesz, ze nie mogę- jąkał się.

-Ja nie mogę wyjść za kogoś kto bezsensownie się naraża. Z kim miałabym ślub, a po chwili musiałabym nosić żałobę. Ja chcę być cały czas z Tobą. Chcę się kochać i rodzić dzieci! A jak Cię zabiją to co zrobię? Twoja dusza trafi do Wyraju, ale moja tu zostanie i będzie cierpieć.

-Ale…

-Książę już wypowiedział wojnę. Pewnie zaraz zabierzesz miecz i zbroję i ruszysz w bój. A ja tu zostanę. Bez pewności czy wrócisz. Wojska księcia są wielokrotnie większe. Nie dacie rady ich pokonać- emocje całkiem ją ogarnęły. Rozpłakała się. Z głowy zsunął się jej wianek.

Mężczyzna podszedł i przycisnął ją do swojej piersi. Delikatnie głaskał ją po włosach.  

-Wrócę do Ciebie Małomira- wyszeptał.

-Zostań ze mną.

-Nie mogę. Nie teraz.

 

Patrzył na nich z oddali. Z jego spojrzenia nic nie można było wyczytać. Jego siwy wierzchowiec stał spokojnie. Poklepał go po szyi i poderwał do galopu. Grzywa ogiera rozwiała się. Wkrótce cała postać konia zniknęła. On stanął na ziemi. Bezchmurne niebo rozdarła błyskawica. Czekał. Mężczyzna szedł wolnym krokiem. Patrzył pod nogi, wyraźnie zamyślony. On chrząknął głośno. Mężczyzna gwałtownie uniósł głowę. W jego oczach widać było strach. Padł na kolana.

-Sława Ci!- powiedział głośno, ale głos mu drżał.

On stanął nad nim. Wskazał ręką żeby wstał. Usłuchał.

-Cenię sobie Twe oddanie Brosławie- rzekł. Jego głos był jak grzmot. Donośny i mocny.- Ale nie każdy jest równie oddany jak ty i Twoi przyjaciele. Z zachodu nadchodzą ludzie, którzy ja bestie chcą rozszarpać nasze dziedzictwo- wyraźnie był zdenerwowany.

-Jakże to?

-Musisz wyruszyć w głąb lasów. Tam znajdziesz broń, którą ich pokonasz. Nie, nie sam- dodał widząc spojrzenie Brosława.- Pomogą Ci przyjaciele.

-Czegóż mamy bronić?

-Swej wiary. Kiedy zdobędziesz broń wszyscy będą gotowi. Będą czekać w grodzie.

-Którym?

-Moim. Bywaj Brosławie. Wkrótce się zobaczymy.

Gdzieś daleko piorun uderzył w ziemię. Huk rozniósł się po lesie.

-Bywaj Perunie.

 

Brosław długo żegnał się z Małomirą. Dziewczyna nie chciała aby on szedł.

-Na cóż Ci walka o wiarę, kiedy zginiesz- mówiła płacząc.

-Perun tak kazał.

Pogładził jej włosy i ruszył w lasy.

 

Szedł powoli. Czuł, że Perun czuwa nad nim. Miał misję i musiał ją wykonać. W sakwie przy pasie miał zioła lecznicze. W pochwie niewielki nóż. Przez siebie przewieszony miał łuk i kołczan pełen strzał. W szumie lasu zdawało słyszeć się słowa ,,powodzenia”. Co jakiś czas między drzewami przemykały łanie. Po gałęziach skakały wiewiórki. W gniazdach ptaki cicho śpiewały.

Usłyszał coś. Niepokoił go każdy szelest i szum, ale to było coś innego. To był śpiew. Śpiew kobiety. Wplatał się w szum drzew, ćwierkot ptaków i chlupotanie wody dobiegające gdzieś z oddali. Wszystko to sprawiło, że zapomniał o całym świecie. Ruszył w kierunku, z którego dobiegał śpiew. Biegł coraz dalej na zachód…

W środku lasu było jezioro. Woda cichutko chlupotała o brzeg. W jeziorze kąpała się panna. To ona tak pięknie śpiewała. Odwróciła się jego stronę.

-Podejdź do mnie wędrowcze- powiedziała pieszczącym uszy głosem.

Już był gotowy wejść do wody, ale w porę się opamiętał.

-Wybacz pani, ale ja mam swą ukochaną- odparł grzecznie.

-To czemu nie jesteś przy niej?

-Muszę wykonać ważną misję.

-Cóż może być ważniejsze od miłości?- spytała zaciekawiona.

-Nic. Muszę wykonać tę misję ze względu właśnie na miłość.

-Będzie bolało?

-Z pewnością.

-To jaki to ma sens? Za co to?

-Za miłość. Wiarę w to co jest i nadzieję na to co będzie.

-A co będzie?

-Przyszłość.

-A jak nie wykonasz misji?

-To dla nas już nie będzie nic.

-Nas?

-Owszem. Należymy do tego samego świata.

-A jaki to świat?

-Piękny.

Panna spojrzała na niego bystrymi oczami. Zanurzyła się w głębinie. Po chwili wyszła na brzeg. W dłoni trzymała miecz ze zdobioną rękojeścią.

-To dla Ciebie mężny woju. Zawalcz o nasz piękny świat.

Podała mu broń. Wziął ją ręce i długo przyglądał się ostrzu.

-Dziękuję Ci Pani Jeziora- uśmiechnął się.

-Idź!

 

Perun czekał. Brosław nie wiedział gdzie jest jego gród. Jakaś tajemnicza siła kazała mu tam iść. Stanął przed bogiem i uniósł miecz. Oczy Peruna błysnęły.

-Dosiądź konia!- rozkazał.

Brosław wsiadł na swoją gniadą klacz. Stanął tuż przy Perunie. Za nimi stali jego przyjaciele i towarzysze broni. Był nawet Sambor.

-Sambor?- zdziwił się.

-Perun potrafi być  przekonywający- odpowiedział mężczyzna z uśmiechem. Brosław nie był pewien, ale chyba bóg też się się uśmiechnął, ale momentalnie spoważniał.

-Nadchodzą. Przygotować się!

Zapadła grobowa cisza. Z oddali słychać było uderzenia stali o tarcze. Nadchodziła wielka armia. Na jej czele jechał książę. Perun uniósł w górę swój topór. Nagle z nieba spadły pioruny i uderzyły w armię. Był to pogrom.

-Ruszamy w bój!- krzyknął Perun i poderwał swego ogiera do galopu.

Brosław popędził swoją klacz. Za nimi ruszyła część ludzi. Pozostali zostali w grodzie. Dwie armie zderzyły się. Perun sprawnym zamachem topora pokonał dwóch napastników. Brosław widział jak pod ciosami toporów, mieczy i włóczni padają i wrogowie i swojacy. Szybko zaczęło ubywać ludzi i w jednej i drugiej armii. Konie, które straciły jeźdźców, uciekały w panice. Pioruny przestały bić z nieba. Walka była coraz zacieklejsza. Kilku wrogów przebiło się przez armię i ruszyło na gród. Na szczęście i tam wojowie zdołali odeprzeć atak. Brosław zatrzymał się tuż przed wysokim mężczyzną na potężnym wierzchowcu. Był to książę. Brosław zaatakował. Ciął swoim mieczem, darem od Pani Jeziora. Książę uchylił się, ale jego koń spanikował. Zrzucił swojego jeźdźca i pogalopował w dal. Brosław zeskoczył z klaczy i stanął nad nim przykładając mu ostrze do szyi.

-Przyznaj, że przegrałeś! Poddaj się!

-Nigdy!- krzyknął książę.

Perun podjechał do nich. Szybkim ciosem topora uciął życie księcia.

-Oni się nigdy nie poddadzą Brosławie- powiedział poważnie.

Mężczyzna spuścił głowę.

-Ale wygraliśmy.

Miał rację. Armia wroga została pokonana. Wygrali bitwę o Perunowy Gród.

 

Mały Dalibor słuchał uważnie z zaciekawieniem. Brosław dorzucił drwa do ogniska.

-Wujku! I tak się ta historia skończyła?- zapytał mały z niecierpliwości podskakujący na pniaku drzewa.

-Nie chłopcze. Ta historia nigdy się nie kończy.

-Ale Perun powiedział, że oni się nie poddadzą. A to oznacza, że wrócą.

-Kiedyś wrócą na pewno Daliborze- odpowiedział Sambor.

-Ale kiedy tato?

-Za jakiś czas- powiedziała Tomiła.

-Ale jak długo?- mały był coraz bardziej niecierpliwy.

-Nie wiadomo- powiedziała spokojnie Małomira.- Ale będziemy gotowi.

Brosław uśmiechnął się do niej czule.

-Bo my zawsze będziemy gotowi, żeby bronić swojej wiary- dokończyła Małomira. Spojrzała z miłością na swojego malutkiego synka. Nazwali go Brahan, tak przykazał im Perun.

-A czemu mamy bronić swojej wiary?- zapytał Dalibor.

-Żeby pamiętać kim jesteśmy…

 

Autor: Alicja Jamróz

Pani Niczyja.

Pani Niczyja.

PANI NICZYJA.

 

Dajcie mi Bogi siły tyle, bym to dziecko oddać mogła światu. Dajcie mi Bogi tyle wytrwałości, bym się nie poddała. Dajcie mi Bogi, jeszcze kilka chwil życia. Dajcie mi Bogi kawałek odwagi, żebym nie bała się śmierci.

Powtarzała gorączkowo, czując jak piekące łzy spływają po jej policzku. Już nie wiedziała, czy to szept, czy już błagalnie żałosny krzyk. Oczy, chociaż patrzyły, już dawno przestały widzieć. Usta, choć poruszały się bezustannie, już dawno przestały mówić. Ciało, choć bezustannie skręcane bólem, juz dawno przestało się ruszać. Nie ma już powietrza, nie ma już nadziei, nie ma już świata. Był tylko ból. Przeogromny, wżerający się pod skórę, palący od wewnątrz. W jej głowie rozgrywała się nieustająca walka pomiędzy chaosem, a błogą kapitulacją. To był tak słodki smak, jak słodka jest woda dla spragnionego gardła. Myśl o poddaniu się była tak kusząca, tak wabiąca, tak zmysłowa…
Na jej twarzy zagościł błogi uśmiech, uścisk zelżał, a chaos w głowie ucichł. Nie trwało, to jednak długo i jej ciałem szarpnął tak ogromny ból, że zgięła się w pół, choć była pewna, że nie ma na to siły. Czoło oblał jej zimny pot, a skóra zapłonęła takim żarem, iż była pewna, że to żywy ogień ją trawi.

Dajcie mi Bogi siły tyle, bym to dziecko oddać mogła światu. Dajcie mi Bogi tyle wytrwałości, bym się nie poddała. Dajcie mi Bogi, jeszcze kilka chwil życia. Dajcie mi Bogi kawałek odwagi, żebym nie bała się śmierci

Na zewnątrz, jakby nikt nie słyszał jej cierpienia. Mijało kolejne popołudnie, dzień chylił się ku końcowi. Panowała piękna, letnia cisza. Chmury płonęły złotem, a słońce leniwie przykrywało się horyzontem. Cicho. Zbyt cicho. Zapachniało burzą. Ludzie, w pośpiechu zbierali pracę z dworza i poczęli chować się w chatach. Zamknięto szczelnie drzwi i czekano na pierwszy grzmot.
On pojawił się znikąd. Wydawało się, że jeszcze przed chwilą, nie było na niebie ani jednej chmury, która zwiastowałaby tak rychłe przyjście burzy. Grzmotnęło raz drugi, i trzeci. Za czwartym razem przyszedł wiatr, a za nim piąty huk i szósty, który smagnął po świecie deszczem. Bydło zawyło żałośnie, drzewa zaszeleściły, jakby ogromnie przejęte.

Ona wciąż cierpiała. Przed oczami majaczyły jej postaci matki i siostry. Nie widziała ich dokładnie, mogła się tylko domyślać. Czuła, że panuje wokoło nerwowa atmosfera. Postaci poruszały się szybko, dyskutowały między sobą głośno, ale ona nie potrafiła powiedzieć o czym. Nagle całe jej ciało, znowu zgięło się w pół, ale tym razem, to zupełnie inny ból. Rozdzierający od środka, palący i szczypiący. Nie był jej obcy, znała już to uczucie. Wiedziała, że teraz musi być silna. Ostatkiem sił pomodliła się znów do bogów. Dajcie mi siłę, odwagę, przyjmijcie to dziecko na świat. Weźcie je i niech jemu się darzy, i niech ono przyniesie na świat dobro. Dajcie jemu siłę i odwagę, jeśli mi jej poskąpicie.

– Krwawi – powiedziała jedna z postaci i podeszła bliżej, kładąc jej na czole dłoń – Rozpalona, jak węgle.
– Przynieś więcej wody – rozkazał ochrypły, ale łagodny kobiecy głos – To nie potrwa już długo.

Te ostatnie słowa jej matki nie brzmiały o dziwo, jak wyrok, ale troskliwe zapewnienie. A zatem nie potrwa już ten bół długo, zaraz to wszystko się skończy…  Znowu ogromnie nią szarpnęło. Na jedną chwilę zmysły wróciły na swoje miejsce i usłyszała i wichurę, i deszcz smagający o drewniane drzwi, i grzmoty burzy, i podniecone głosy matki i siostry. Ktoś kazał jej dać radę. To nie była proźba, to był rozkaz. Nie mogła się jemu sprzeciwić, nie teraz. Nie mogła się poddać, musiała dać radę. Nagle na dworzu rozległ się huk, jakby ryk rozwścieczonego potwora. I ona wrzasnęła, wyrzucając z siebie całą złość i niemoc. To musi się skończyć teraz! Niech już się skończy, bogowie, niech już będzie koniec! Grzmoty zaczęły uderzać coraz częściej, ale już nie tak głośne, choć nadal przerażały swoimi hukami. Jej jakby dodawały siły. Im glośniejszy huk, tym ona mocniej pragnęła, by dać życie dziecku.

– Widzę. Szybko, podaj wodę! – usłyszała głos matki, która musiała przekrzykiwać szum deszczu – Dajcie Bogi, żeby chłopiec.

Jej wydawało się to obojętne. Choć chciała urodzić chłopca, żeby pomagał, jak jej już nie będzie. Ale nie prosiła o to bogów, bo pragnęła tylko, by było zdrowe i nie liche.

Szarpnęło nią poraz trzeci, burza huknęła potężnie, a gdzieś z oddali usłyszała cichutki płacz dziecka. I już nic innego się nie liczyło. I nawet burza nie śmiała przerwać tej pięknej, delikatnej, dziecięcej melodyjki.

– Dziewczynka – powiedziała jej siostra – Śliczna, mała dziewczynka.

Ostatkiem sił uśmiechnęła się i wyciągnęła rękę przed siebie, by przywitać to małe stworzenie. Dłoń, jednak opadła bez siły, a ból znowu wrócił, witając ją, jak starego przyjaciela.

– Nawojka – powiedziała, sama dziwiąc się, że znalazła na to siłę – Nawojka, niech nosi to imię.
Łzy poleciały po jej uśmiechniętym licu i zamknęła oczy, dziękując za wszystko bogom. Dzieciątko przestało płakać, zagaworzyło jedynie smutno i witając świat, pożegnało swoją matkę.   

 

Siedemnaście lat później

 

– Nawoja! – krzyknęła ciotka, chwytając ją za nadgarstek i prawie unosząc w powietrze, potrząsnęła nią gwałtownie – Znowu mam szyć te Twoje łachy?! Zapomnij, teraz w takich będziesz chodzić. Może to cię czegoś nauczy, łachudro.

Nawoja wyrwała się z uścisku ciotki i podniosła się z ziemi. Przywykła do tego, że często popychano ją i w efekcie czego suknie były w ciągłym zszywaniu. Nie było na to rady, choćby płakała i błagała, by wszyscy dali jej spokój. Zawsze znalazł się ktoś, komu coś w niej nie pasowało. A to zbyt rude dziewcze, a to zbyt złe spojrzenie, a to zbyt pechowa dusza. Od dziecka tłamszono ją i sprawiano, że czuła się niechciana. Co krok ciotka, a nawet brat i czasami siostry przypominały jej, że zabiła im matkę.

– Gdybyś się tylko nie urodziła… – słyszała to ciągle, powtarzane, jak przekleństwo, albo jakieś porzekadło, przekazywane z pokolenia na pokolenie.

Mówiono o niej różne rzeczy; wiedźma, demon, podmienione dziecko. Nikt bowiem nie potrafił wytrzymać długo jej spojrzenia – od razu olewały człowieka jakieś dziwne poty i trzeba było wzrok odwrócić. Nie odzywano się do niej i starano się nie wchodzić jej w drogę. Jak była mniejsza, często jej płacz zwiastował burzę, albo wichurę. Mówiono, że od pamiętnej burzy, która przywiała demona, co to podmienił ją w kołysce, źle się dzieje. Wtedy źle się działo, i teraz póki ona się tu pałęta, źle będzie się działo! – powtarzała to nawet jej babka. Wciąż wspomina tylko, jaka to walka pomiędzy bogami była, że tak się zeźlili i zesłali tą burzę na boguwinnych ludzi. Grzmoty huczały, jak samo licho, i nawet drzewo trafiły i ogień zapaliły. W samym środku lasu, uderzenie pioruna spaliło kilka drzew, a w chwilę później ogień nagle ustał. Nikt oczywiście nie mówi o tym, że ktoś musiał ten ogień ugasić nierozsądnie – bogi bowiem mogły się przez to zeźlić. O tym się nie mówi, ale pamięta się tylko rudowłosą dziewczynę, co burzę sama potrafi przywołać. Zapewniano ją bowiem, że gdyby tylko się nie urodziła, całej rodzinie, ba! Całej wiosce, żyło by się lepiej. Od siedemnastu lat bowiem, plony nie dopisywały, zimy były surowe, a lata trwały suche i upalne. Siedemnaście lat głód i bieda we wsioce panowały wielkie. I strach. Strach przed rdzawą grzywą, co to pech na ludzi sprowadza.

Nastał w końcu ostatni wieczór lata. Gwiazdy zaczynały się skrzyć lekko na niebie, księżyc z wysoka obserwował ludzi. Nawoja czuła w duszy, że mimo spokoju, jaki panował, coś świdruje jej umysł. Intuicja podpowiadała jej, że coś zaraz się wydarzy. Nie czekała długo. Do jej domu zapukał ktoś tak silnie, że zatrzęsła się podłoga. Kilku mężczyzn wdarło się do środka i pochwyciło jej ramiona, wywlekając siłą z chałupy. Rzucili ją na ziemię i oskarżyli o konszachty z demonami. Zrzucono na nią winę złego powodzenia i wypędzono ogniem do lasu. Wśród oskarżających widziała także swoją rodzinę; nie protestowali, nie przepraszali. Stali w milczeniu, obserwując, jak świat Nawoi kruszy się i rozsypuje na tysiące kawałków. Ostatnie spojrzenie, pełne nienawiści ze strony ciotki i brata, i wiedziała już, że nie ma tu dla niej miejsca. Nie ma nikogo, kto mógłby jej pomóc.
Skryła się w lesie, tam gdzie jej było najlepiej. I tym razem towarzyszyła jej jedynie burza. Głośna i zimna, zakrywająca całe niebo swoimi czarnym płaszczem.
Nawoja poraz pierwszy w życiu, poczuła się bezpiecznie. Była w końcu z dala od wytykających palcami ludzi, nienawistnych spojrzeń i pękniętego na wskroś serca.

Nieopodal spalonego lasu, znajdowało się porzucone gospodarstwo. Nadtrawiona przez płomień chałupa, ledwo się trzymała. W dachu, dziury były tak ogromne, że można było przez nie wchodzić do środka, a deski w drziach skrzypiały od podmuchu wiatru. Było to jednak lepsze dla Nawoi, niżeli to, co ją spotykało we wiosce. Tutaj miała spokój. Nie słyszała już, że jest przeklęta i pechowa. Odwiedzali ją czasem ludzie, których złapała jakaś choroba, a że we wiosce Nawoja znała się na ziołach najlepiej, ufali jej, choć bali się i odwiedziny skrywali przed innymi w tajemnicy. Nawoja, choć niechętnie, zbierała dla nich zioła i starała się pomóc, tylko po to, by później mieć do siebie żal, za to, że jej poświęcenie jest zbyt wielkie dla kogoś, kto wcześniej wbijał jej nóż prosto w serce. Nie była z siebie dumna, ale dobro w jej sercu jeszcze się tliło.

                          

 

                                                     *      *      *

 

Lata mijały. W całej tej samotności odwiedzała ją często siostra. Nawoja niechętnie z nią rozmawiała, wciąż zła i urażona. Spotkania te były róniez owiane wielką tajemnicą. Nikt przecież nie mógł widywać się z przeklętą dziewczyną. Siostra opowiadała jej, co dzieje się we wiosce, zapewniając, że plony wciąż nie rodzą i na domiar złego ciotka zachorowała okropnie. Nawoja przyjęła tą wiadomość, z podobną sobie, zawiścią. „Bardzo jej tak dobrze”, powiedziała w myślach, ale siostrze dała kilka ziół, by dodać ciotce trochę ukojenia. W kilka dni później siostra powróciła i oznajmiła, że ciotka odeszła w wielkich bólach. Kiedy Nawoja spytała się, czy brała zioła tak, jak jej poleciła, siostra odpowiedziała z pewnym wahaniem, że ciotka dowiedziała się, skąd zioła pochodzą i odmówiła stanowczo, kląc i na wszystkie bogi przeklinając rdzawą, diabelską dziewczynę.

– Po coś dziewcze głupie mówiła, żeś ode mnie wracasz?! – zakrzyknęła Nawoja i zamaszyście odepchnęła od siebie siostrę. Smutek, żal i złość zagościły w sercu dziewczyny i wypędziła siostrę w tej złości, rozbudzając tym samym niebiosa, które zaczęły ryczeć okropnie i rzucać piorunami na wszystkie strony.

Po tym zdarzeniu siostra Nawoi długo się nie pokazywała przy jej chacie, aż do pewnego zimnego, jesiennego dnia. Nawoja przywitała się z nią chłodno i poczęła wysłuchiwać skarg i zażaleń siostry.

– Wróć do nas, siostrzyczko – zajękała – Wróćże i pomóż nam, ciotka umarła, biede klepiemy, bogi nas opuściły! Zima zabija mi dzieci, męża zabiera mi ciemność, nikogo już u nas nie ma do pomocy. Brakuje nam wszystkiego. Ciebie nam brakuje!

Nawoja słysząc to zaśmiała się okropnie.

– Teraz mnie potrzebujecie? A gdzie byliście wcześniej, kiedy z wioski mnie wypędzali? Gdzie były wtedy wasze dłonie, wasze oczy, wasze serca?! Gdzie byliście, kiedy ciągnięto mnie po ziemi, i kazano uciekać na bosych stopach, w zimnym wieczorze do czarnego lasu?! Gdzie była wasza miłośc wtedy?

– Siostro, przecież wiesz, że ja nic nie mogłam zrobić! Ale teraz pomogę ci, jeszcze nie jest za późno. Wyjedziemy stąd, zamieszkamy wśród innych ludzi, znajdziemy ci męża, będziesz miała rodzinę!

Nawoja poczuła gorące łzy spływające jej po policzku. Oczy płonęły nienawiścią, a jej włosy wydawały się jeszcze bardziej ogniste, niż zazwyczaj. Wskazała na siostrę palcem i ryknęła:
– WYNOŚ SIĘ! Nikt nie będzie za mnie decydował, nikomu się nie podporządkuję. NIKT nie będzie mi dyktował, jak mam żyć. Żadna rodzina, żaden mężczyzna, żaden pan. Nie ukorzę się przed bogami, ani tym bardziej przed ludźmi, skorom zapomniana przez jednych i tych drugich! WYNOŚ SIĘ!

Kiedy siostra w przerażeniu otwarła drzwi chałupy, na dworze rozległ się huk, a niebo błysnęło jadowicie, jakby chciało odpędzic nieproszonych. Rozpętał się istny chaos. Deszcz, i wiatr przybyły gwałtownie. Gromy z nieba sypały się, jak tysiące małych igieł. Niebo toczyło wojnę, najkrwawszą, jaką kiedykolwiek widziano.

Burza trwała cały dzień i całą noc. Pozrywała strzechę, obaliła drzewa, pioruny podpalały pola i niszczyły zagrody. Nawoja siedziała w tej burzy na dworze. Płakała obficie, mieszając łzy z deszczem. Była zła, opuszczona, wykorzystana. Nie będę się kłaniać przed żadnym stworzeniem. Nikt nie będzie sprawował nade mną władzy. Żaden bóg, który o mnie zapomniał i żaden człowiek, który chodzi po ziemi. W goryczy tych słów odnajdywała siłę i burza uspokajała się, za każdym wypowiedzianym słowem przysięgi. Przed nikim nie schylę głowy, przed nikim nie padnę na kolana.

Wtem cisza ogromna nastała nad światem. Cisza tak kłująca, aż sama Nawoja przestraszyła się tej bezdennej nicości. Deszcz przestał padać, wiatr przestał hulać. Nie było już burzy, ani złości w sercu rudowłosej. Nagle gdzieś z otchłani słychać było tęten kopyt. Coraz głośniejszy i głośniejszy, ale nie było nigdzie jeźdźca. Nawoja przerażona dźwignęła się z ziemi i poczuła, jakby coś chciało wedrzeć się do jej umysłu gwałtem i przemocą. Nie umiała się temu oprzeć, choć walczyła potężnie. Padła na kolana, wycieńczona tym nieznanym uczuciem. Zamrugała parę razy, chcąc pozbyć się z głowy końskiego tupania, gdy nagle oto przed nią jawiła się postać mężczyzny. Choć w samym jego wyglądzie nie było nic nieludzkiego, to wrażenie, jakie wywierał było tak potężne, że Nawoja poczęła mrużyć oczy i zasłaniać je rękoma.

Postać siedziała na wielkim, tęgim koniu. Złocista broda sięgała prawie pasa, do którego był przymocowany iskrzący się srebrem topór. Mężczyzna spoglądał na nią z szyderczym uśmiechem. Nawoja widząc to, znalazła siłę, by podnieść się z kolan i spojrzeć prosto w oczy przybyszowi. On dobył uprzęży końskiej i pociągnął ją do siebie. Koń stanął dęba i zarżał, a niebo pokryły znowu burzowe chmury. Nawoja nie potrafiła napatrzeć się na ten obrazek. Był przerażający, ale piękny zarazem. Czuła strach, ale nie potrafiła się przerazić. Nie wiedziała nawet kiedy, podeszła bliżej i stała teraz na przeciw owego mężczyzny.

– A zatem nikt nie pomoże cię posiąść. – zagrzmiał tubalnie – I przed nikim nie padniesz na kolana.

Jego głos przywodził na myśl odgłosy grzmotów z oddali, odbijających się po horyzoncie świdrującym echem. Nawoja uniosła wysoko brodę i słuchała w milczeniu przybysza.

– Jam jest Perun, pan i władca burz. A kimże ty jesteś, pani, przed którą korzy się grzmot i piorun? Zwabiony tu jestem twym ogromem.

Nawoja nagle poczuła przypływ dziwnej energii. Zrozumiała nagle, czym tak naprawdę jest jej siła. Przeraziła się samą tą myślą i niepewnie odezwała się do boga:

– Nie wiem, pocoś tu przybył. Nikomu nie skradłam mocy, nie chciałam jej, ani nie pożądałam.

Bóg zaśmiał się serdecznie, a śmiech jego odbił się echem od lasu.

– Nie jestem tu, by cię sądzić. Jestem tu, by coś ci zaproponować. – zaczął – Uklęknij przede mną, a sprawię, iż dopełni się zemsta, której tak pragniesz.

– Zemsta? – szepnęła, bardziej do siebie i poczuła, jak jej sercem zawładnęła żądza, której wcześniej nie znała.

– Za wszystkie zło, jakie cię pani spotkało, i za wszelkie smutki i za wszystkie serca boleści i duszy cierpienie. Za wszystko, co tylko sprawiło, żeś płaczem się unosiła. Twoja moc jest wielka i może być większa, jeśli tylko ukłonisz się przede mną i powiesz, żeś jest pode mną, a ja nad tobą stanę i ukłon twój przyjmę.

Teraz zamiast żądzy zemsty w jej sercu pojawiła się złość.

Niczyja będę. Nikt nade mną władzy nie posiądzie. Nikt nie będzie nade mną, a ja pod nim nie będę! – zakrzyknęła, a niebo przeszył błysk potowrny, rzucając po świecie deszczem. – Choćbym miała umrzeć, i w boleściach płonąć, niczyjam!

Jej głos był coraz głośniejszy, a burza przybierała wciąż na sile. Jej bose stopy same zaczęły prowadzić ją bliżej Peruna. On, widząc żar w jej oczach i płomienne, rozwichrzone włosy, popadł w tak wielkie zdziwienie, że zapragnął ją dla siebie. Zsunął się z konia i stąpnął na ziemie. W tej jednej chwili niebo rozpołowił ogromny grzmot.

– Niczyja będziesz. Bądź ze mną, a ja z tobą będę. Będziesz moja, ale i jam twój będę – powiedział, a jego oczy zabłysnęły żądzą, jakiej nikt nigdy nie uraczył.

Rudowłosa wyciągnęła do niego dłoń i rzekła spokojnie:

– Będziesz moim, i ja twoją będę, ale nie ukłonię się nikomu i ty się nikomu kłaniać nie będziesz.

W tej jednej chwili w ziemie pomiędzy nimi uderzył piorun, zostawiajac za sobą czarny ślad. W dogasającym, niskim ogniu iskrzył się piękny kamień. Oboje, w tej samej chwili sięgnęli do niego, klękając przed sobą. Perun pochwycił kamień pierwszy i wręczył go dziewczynie, mówiąc:

– Teraz stało się tak, jak chciałaś. Jam jest twój i ty jesteś moja. Jesteśmy niczyi i przed nikim nie będziemy się kłaniać. Jako pan burzy, daję ci tą o to strzałę i nadaję imię: Perperuna. Jesteś moja, a jam jest twój.

Nawoja – Perperuna przyjęła podarunek i za prośbą boga wsiadła na konia. Popędzili przez las. Deszcz nie dotykał ich twarzy, ani wiatr nie smagał im ubrań, choć wszystko wokoło świstało i dmuchało. Przelecieli przez jej dawną wioskę, zostawiając za sobą wielki płomień, który trawił wszystkie smutki i złości. Płonęły plony, domy, zagrody, dachy, drzewa. Nic nie było w stanie ugasić boskiego ognia, nawet deszcz, który lał się z nieba i bił, jakby ze zlością, w ziemie.

Perperuna, razem z Perunem ulecieli wysoko w niebiosa i zakryli się chmurami. Nie było już smutku, ani zemsty. Nie było wygnania, ani samotności. Teraz ona była jego, a on był jej. I razem byli ponad wszystkimi.    

 

Autor: Katarzyna Anna Grabowska

Wojownik Welesa

Wojownik Welesa

Wojownik Welesa

 

Rozdział I

Pomiędzy dwoma jeziorami stała osada, w przepięknej krainie. Okalały ją lasy, a jej mieszkańcom, żyło się dostatnie.  Pomagali sobie, a także cześć wojów z wioski dbała o bezpieczeństwo na szlaku handlowym, który ciągnął się nieopodal wioski. Często do wioski, zajeżdżali strudzeni podróżnic, kupcy, a także wojowie. Mieszkańcy Ithlu byli szanowani przez inne plemiona żyjące w okolicy, lecz rysą na tym wzorowym obrazie stała się zmiana wiary, czego reszta plemion nie pochwalała.

O poranku wszyscy mieszkańcy Ithlu wstali jak zwykle do swoich codziennych zajęć, a wyznaczenie wojowie ruszyli, strzec szlaku handlowego. Nad osadą pięknie świeciło słońce odbijając się w tafli pobliskich jezior. Dzieci bawiły się gwarnie przed chatami, ganiając się ze szczerymi uśmiechami. Strażnik na wale zauważył rycerza na koniu, w pełnym bojowym rynsztunku zbliżającego się do wioski. Zauważył z daleka, że rycerzowi coś doskwiera trzymał się on mocno lewego boku i praktycznie ledwo siedzi na koniu. Mieszkańcy Ithlu nie obawiali się przyjezdnych, lecz rycerze mieli obowiązek informować kapitana o każdym zbrojnym zmierzającym do wioski. Kapitan zgodnie ze ustaleniami na taki wypadek, zebrał pozostałą w wiosce dziesiątkę wojów i czekali na wjazd rycerza. Wojska Ithlu nie były potężnie uzbrojone, ochraniały ich proste skurzane ochraniacze, a ich miecze i topory nie były najlepszej jakości. Rycerz przejechał przez bramę i zatrzymał się przed kapitanem, który jednocześnie był władcą osady. Spojrzał on na przybysza. Wyglądał on młodo, lecz było widać, że stoczył wiele bitew i pokonał wielu wrogów. Był on okryty płaszczem, kapitan zauważył zbroję dobrej jakości, a także miecz przy pasie, którego rękojeść przypominała żmiję. Połączyły się ich spojrzenia i w tym momencie dowódca wojsk poczuł strach bijący od przybysza, zignorował, lecz w tym momencie przemówił przybysz.

-Mam rozumieć, że jesteś kapitanem tej drużyny, skoro stoisz na jej czele?

-Tak dokładnie. Witaj przybyszu w Ithel. Jestem dowódcą wojsk, a także władcą tej osady. Nasze drzwi są szeroko otwarte dla gości. Widzę, że coś Ci doskwiera, także temu zaradzimy. – Uśmiechnął się kapitan, lecz nie wiedział, że już niedługo Ithel zostanie jedynie wspominane w pieśniach bardów. – Jedyny warunek dotyczy twojego uzbrojenia musisz je nam oddać na czas przebywania tutaj. Tym razem na zarośniętej twarzy jeźdźca pojawił się uśmiech. Kapitan znów poczuł to uczucie strachu, które przeszyło go wcześniej.

-Przybyłem tu z jedną misją. Zdradziliście swoją religię, układacie się z tymi spod znaku krzyżyka. Weles nie wybacza takiej zdrady.

Kapitan pojął od razu co się wydarzy, krzyknął do mieszkańców wioski.

– Uciekajcie jak najszybciej!

Lecz oni jak również rycerze, którzy ruszyli na przybysza nie mogli wykonać więcej ruchów, zamarli w miejscu, a ich ciała stały się jakby figury lodowe. Jeździec bez pospiechu zsiadł z wierzchowca wyciągnął swój miecz. Ciął nim bez większego wysiłku odcinając głowy rycerzy. Cała reszta wioski stała unieruchomiona zaklęciem. Radgon podszedł do kapitana, zauważył pot spływający z jego czoła.

-Zeszczałeś się! Czułeś ten strach, gdy przybyłem? O tak, na pewno go czułeś, a teraz stoisz tu i wiesz, że Ty i twój lud jesteście martwi. Każdy zdrajca tak będzie kończył, nie będzie litości.

Kapitan modlił się, zamknął oczy i już nic nie zrobił, świadomość umarła. Jego głowa przeleciała dalej niż innych.

Rycerz zmierzał by wrócić na szlak, za jego plecami płonęła osada. Przy pomocy ognia i mocy jaką dostał od Welesa, odesłał je do Nawii, gdzie już sam Weles zajmie się zdrajcami. Radgost wiedział co robić, to był pierwszy cel misji. Zostawił znak, aby inni zdrajcy się bali. Zaś jego główny cel postawiony mu poprzez Welesa był o wiele trudniejszy do wykonania.

 

Paweł Niedziałkowski

Syn Burzy

Syn Burzy

SYN BURZY

Patryk Miąskowski



I. NOCNY SĄD

 

  Noc była ciemna, z resztą Grom wszystko widział w czarnych barwach. Wydawać się to może paradoksalne, bo swoje imię zawdzięcza burzy,  rozjaśniającej niebo w czasie jego narodzin. Mężczyzna siedział zamyślony na skale i dłubał nożem w patyku, nie mogąc uwierzyć, że od owej nocy, pełnej grzmotów i błysków, dokładnie dziś mija trzydzieści siedem lat. Nie był to dla niego powód do radości. Dorosły człowiek, a wciąż nie ułożył sobie życia. Nie ma domu, rodziny, żony, dzieci, nawet pies, którego przygarnął, zdechł po kilku dniach wspólnej tułaczki. Przetarł zmęczoną twarz, poprawił fryzurę i lekko pociągnął się za brodę.

– Wszystkiego Najlepszego Grom! – powiedział sam do siebie, po czym wszedł do niedużego, nieszczelnego szałasu.

  Długo nie mógł zasnąć. Bezsenność była jego niechcianą kochanką. Codziennie zarzucała mu na szyję swoje ramiona, troszcząc się aby o niej nie zapomniał. Pieściła go swoją obecnością każdej nocy. Tym razem zasnął po dwóch godzinach wbijania oczu w gwiazdy przez szparę w liściach. Gdy w końcu ciężar powiek wygrał z namiętną bezsennością, cienka wiązka światła zaczęła zbliżać się od strony małego gaju nieopodal.

– Synia, jesteś pewna? – powiedział ktoś dziecięcym głosem, z wyczuwalnym tonem strachu.

– Tak! Posłuchaj, to musi być on.

– Ale…

– Nie ma żadnego ale. Zenku, nie musisz iść ze mną jak nie chcesz.

– A jak to nie on?

– Sam słyszałeś, życzył sobie wszystkiego najlepszego, znaczy, że ma urodziny. To na pewno on. On jest kimś wielkim! – Synia zamyśliła się moment i posmutniała. – Tylko o tym nie wie.

– Więc co zamierzasz zrobić?

– Poczekamy – odparła patrząc w duże oczy bożątka.

  Zenek chciał zapytać na co mają czekać, lecz Synia położyła mu na ustach palec, dając znać, że ma być cicho i pozwolić mężczyźnie spać.Głębia nocy zmusiła do snu także ich oboje. Tak więc cała trójka spała na łonie natury, z dala od miejskiego gwaru i szumu. Zdawać by się mogło, że cała polana zamarła w bezruchu. Było to tylko złudzenie. Śladami bożątka i driady kroczył ktoś jeszcze.

 

  Zakapturzona postać zignorowała leżących przed szałasem. Amulet zwisający z szyi obcego mocno wibrował i podskakiwał, jakby wskazywał na Groma. Tajemnicza postać wyciągnęła z torby metalowe słupki, powbijała je w pobliżu szałasu, po czym zaczęła toczyć krąg, szepcząc coś w tylko sobie znanym języku. Po kilku frazach niby pieśni krąg zaczął iskrzyć, a między słupkami zaczęła przepływać nieznana nikomu, żarząca się wściekle krwistą czerwienią energia. Obcy odprawiał jakiś rytuał. Starał się to zrobić szybko i po cichu. Po głosie rozpoznać można było, iż przybysz jest mężczyzną. Znak wyryty w ziemi świecił coraz jaśniej i błyskał łuną świateł niczym stos płonący pod czarownicą. Światło obudziło Groma.

– Co do cholery!? – warknął wściekle i wytoczył się z szałasu. Jego oczom ukazał się mężczyzna w kapturzę odprawiający jakieś modły. – Kim jesteś!?

– Jam jest Reges. Brat Bojana. Uniżony sługa i łowca za sprawą Wielkiego Pana, Króla Świata po Świecie, Najmroczniejszego…

– Walesa – dokończył półszeptem Grom – Czego chcesz?

– Przybyłem po Ciebie. Trzydzieści siedem lat Cię szukam i znalazłem. Trzydzieści siedem lat i ani dnia dłużej. – odpowiedział Reges z obrzydłym uśmiechem na twarzy, po czym wrócił do odprawiania rytuału.

  Znak na ziemi świecił coraz jaśniej. Gdyby ktoś spojrzał na całą sytuację z góry dostrzegłby szałas znajdujący się w centrum znaku Walesa. Grom chciał wyjść z kręgu lecz jego ciało zamarło w bezruchu. Nie mógł nawet drgnąć. Od szyi po stopy jakby skamieniał. Mógł tylko bezwładnie patrzeć i cicho szeptać, bo paraliż pochłaniał już nawet gardło. Nieznajomy nucił już w zrozumiałym języku:

Mroczny Królu, grobów Panie

Zniewól duszę dziś bękarta

Pochłoń ciało, niech przepadnie

Jako odmęt Twego świata

Już nie stanie Ci na drodze

Przejmiesz Panie wyższe trony

Pokaż błagam swoje moce

O najwyższy, uwielbiony.

  Nieznajomy ściągnął kaptur. Nie miał włosów, za to jego czaszkę pokrywały runy. Amulet zdobił wizerunek żmii. Oczy Regesa wyglądały na zaszyte mgłą, lecz uśmiech na twarzy sugerował, że nie jest on ślepcem.  Wyciągnął zwisający u pasa miecz i zbliżył się do Groma. Przyłożył zimną stal do znieruchomiałej już twarzy mężczyzny.

– Szukałem Cię tak długo, a dziś nareszcie zabiję. Mój Pan zostanie dzięki mnie władcą nad władców! – wrzeszczał rozradowany. – Zobacz, czyż to nie idealna noc na śmierć?

– Ty sukin… – gardło Groma zastygło.

  Krzyki Regesa obudziły Zenka i Synię, którzy czym prędzej uciekli zauważeni tylko przez znieruchomiałe oczy ofiary. Biegli co sił w stronę gaju. Zenek co rusz potykał się i przewracał, zostawiając odbicia swojej twarzy w błocie. Płomieniste wstęgi roztaczające się przy szałasie widoczne były z daleka. Synia płakała i szepcząc pod nosem imiona bogów modliła się o pomoc.

  Noc była późna. Księżyc wyłonił się zza dużej chmury i świecił niezwykle jasno. Z oddali powietrze przeszył bolesny krzyk, a obudzone ptaki z olbrzymim hukiem wzniosły się nad ziemię.

 

  1. A MOŻE BY TAK?

 

  Dzielnica portowa Swarogrodu była jedną z najbardziej zadbanych. Uliczki nie dość, że szerokie, to jeszcze czyste i przystrojone. Nie dziwiło to nikogo, gdyż od strony morza przybywało wielu zagranicznych gości, w tym bogatych kupców i właścicieli ziemskich. Cała długość głównej uliczki dzielnicy obstawiona była straganami pełnymi towarów z całego świata. Szlachetne kamienie, delikatne materiały, obrazy, owoce i warzywa, których nazw nie potrafił wymówić co drugi mieszkaniec Swarogrodu. Dzielnica dzieliła się na dwie części – targową, gdzie znajdowały się różnorakie sklepy i pokoje do wynajmu; oraz rozrywkową, gdzie znajdowała się arena i wielu usługodawców.

  Mieszkańcy portu uchodzili za najbogatszą warstwę społeczną miasta. Nawet wysokie czynsze nie zmieniały faktu, że złoto w tej dzielnicy sypało się przez całą dobę. Handel z zagranicznymi kupcami zapewniał towary, które dalej od morza sprzedawać można było znacznie drożej. To samo tyczyło się towarów z południa – były nieznane przybyłym, dlatego też droższe.

  Arena znajdowała się na końcu długiej uliczki. Duża, kamienna, solidnie zbudowana, o murach tak grubych, że nawet bies nie byłby w stanie się przez nie przebić. Kamienie na kręgu zewnętrznym przyozdobiono rycinami, a nad wejściem powieszono żeliwny herb miasta – kołowrót na białym materiale, symbolizującym maszt. W środku znajdowało się kilkaset kamiennych ławek dla widowni, sektor dla władz miasta, oraz mnóstwo sal wewnątrz murów. Służyły one walczącym do przygotowania się przed walką, więzienia zwierząt, a także jako magazyn broni.

  Krew przelewano tu każdego wieczora. Walki śmiałków z dziką zwierzyną i stworami z odległych krain przyciągały tłumy. Nawet kobiety i dzieci odwiedzały arenę gdy odbywały się, jak twierdził organizator, mało brutalne starcia. Po nich robiono chwilę przerwy, aby Ci o słabych nerwach mogli spokojnie opuścić arenę. Koniec przerwy oznaczał rozpoczęcie się prawdziwych potyczek, często zwieńczonych sprzątaniem z placu ciał, bądź tego co z nich zostało.

 

  Plan walk wywieszano w całym mieście. Nawet na tablicy ogłoszeń przed katedrą było specjalne miejsce na tę rozpiskę.

– Waleczny Cieszygor z Borbonu zmierzy się z morskim diabłem, Morvenem z Indisbergu; Nieustraszony Niemir z Ormy spróbuje zgładzić najprawdziwszego arachnomorfa; Lesław „Szpon Boży” podejmie się przetrwania sam na sam z watahą Wilków z lasów Morrikańskich; wybierasz się na coś? – zapytała młoda dziewczyna, o dużych, hipnotyzujących oczach i brązowych włosach, spływających jej bezwładnie na ramiona.

– Krew, krew i pajęczyna, krew i fruwające kończyny. Tak to widzę – odpowiedziała jej towarzyszka, nieco tęższa, starsza i mniej urodziwa – Nie wiem co wszyscy w tym widzą.

– To jest rozrywka Gosławo, światowa! Arena pana Hommona jest sławna w całym świecie. Można wiele zobaczyć…

– Ta, chyba krwi! – wtrąciła oschle.

– No to też. Ale są tam różne zagraniczne stwory, o na przykład dwa dni temu przywieźli na tym wielkim statku żywego alghula! A jeszcze prędzej dwóch śmiałków próbowało bez broni pokonać białego niedźwiedzia. Nie rozumiem dlaczego Ci się to nie podoba.

– Po prostu nie lubię krwi… i nigdzie z Tobą nie idę.

– Twoja strata – powiedziała dziewczyna, zaśmiała się i ruszyła główną uliczką dzielnicy portowej.

  Stragany pełne kolorowych strojów przyciągały jej wzrok, jakby ruchem na wietrze prosiły by podeszła i przejechała po nich ręką. Obszerne suknie w stonowanych barwach, jaskrawe koszule z dużymi mankietami w innym kolorze, zwiewne kapelusze przetykane piórami i cienkie rękawiczki sięgające aż do łokci – wszystko to miała na wyciągnięcie ręki. Problem w tym, że jako kelnerka w karczmie nie zarabiała tak dużo, by sobie na to pozwolić. Tak więc każdego dnia cieszyła jedynie oczy, powtarzając sobie, że los się jeszcze odmieni. Dalsze kramy wypchane były po brzegi pieczywem o nietypowym kształcie i nieznanymi owocami, z którymi styczność miała tylko w pracy. Czerwone, podłużne papryczki szczególnie zapadły jej w pamięci, gdy kucharz zamiast zwykłej papryki dodał je do gulaszu. Śmiechu miała co niemiara, lecz kucharz następnego dnia zawisnął publicznie. Zupa trafiła do Dariusa von Blak, koronnego skarbnika państwa Nidrlandii, co uznane zostało za zamach na urzędnika państwowego.

  Karczma „Lunala” cieszyła się duża popularnością, co wśród notorycznie otwieranych lokali było nie lada wyzwaniem. Kucharze wymieniali się przepisami, przyprawami i nowatorskimi narzędziami, tak aby dopasować dania do indywidualnych potrzeb gości. Kelnerzy z kolei mieli za zadanie przestrzegać prostego regulaminu. Ciepłe zanieść. Brudne umyć. Do pustego dolać. Rozlane sprzątnąć. Praca mało ryzykowna, a pozwalająca poznać inne kultury od tradycji, przez religię, po politykę, gdyż to były główne tematy rozmów przy zimnym piwie.

  Dziewczyna lubiła swoją pracę. Każdego dnia mogła spodziewać się kogoś nowego, kto opowie ciekawą historię, o tym jak wygląda jego kraina. Raz podstarzały leśniczy opowiadał jak trafił w lesie na grupę bobołaków. Myśląc, że to zwykłe bobry, próbował je odgonić, więc rzucił w jednego z nich kamieniem. Jakież musiało być jego zdziwienie, kiedy domniemane bobry w odpowiedzi zaczęły rzucać kamieniami w niego. Wspominał to z wyczuwalnym sentymentem, skarżąc się, że świat schodzi na psy i nawet bobołaków już nie ma.

  Młoda kobieta stanęła przed drzwiami na zaplecze karczmy, gdy ktoś za jej plecami zawołał:

– Spóźnienie!

– Co? Ale… – dziewczyna odwróciła się energicznie, na murku siedział chłopak z torbą jabłek. – Głupi Ty! Już myślałam, że to pan Suliwuj.

– Oj spokojnie, to tylko ja – zaśmiał się chłopak żonglując owocami.

– Właśnie widzę. Co Cię do mnie sprowadza? To co ostatnio?

– No właśnie…

– Dobra, ale tylko jedną noc – przerwała mu dziewczyna – Ostatnio właściciel krzyczał na mnie przez tydzień, że to nie jest schronisko dla obcych i że nic w tym mieście nie ma za darmo. Zrozum Wit, mi to naprawdę nie przeszkadza, że raz na jakiś czas potrzebujesz noclegu, ale mógłbyś znaleźć jakąś lepiej płatną pracę.

– Dziękuję! – krzyknął rozradowany. – Tyle że ja lubię swoją pracę. Roznoszenie nie jest takie złe. Dziś wystarczy roznieść tę torbę jabłek, rozwiesić ogłoszenia na jutro i to wszystko.

– Ech… Gadał dziad do obrazu… – odpowiedziała z grymasem na twarzy.

– Jaki dziad?

– Nie ważne. Mniejsza. Nie o to chodzi. Powiedz lepiej co jutro będzie się dziać na arenie.

– Dla takiej ślicznotki jak Ty proponuję starcie Rzepichy, córki starej Kucynowej, z rusałką złapaną wczoraj na bagnach. Ponoć zabiła narzeczonego Rzepichy i ta chce się zemścić.

– Może być ciekawie…

– A no na pewno będzie – wtrącił Wit – Rusałka od wczoraj uwięziona w lochach, to i agresją pałać będzie jak każda kobieta. – Dziewczyna zmierzyła go wzrokiem.

– Mam ja Ci zaraz agresję pokazać?

– Dobra, dobra, już mnie nie ma. Dziękuję Ci bardzo, nawet nie zauważysz, że spędzę u Ciebie noc.

– Liczę na to! – odrzekła dziewczyna, ale Wit był już zajęty wręczaniem jabłek przechodniom. Założyła fartuch i wkroczyła na zaplecze pewnym krokiem, gotowa do działania.

 

  Salka dla pracowników była niewielka, ciemna i dziwnie w niej pachniało. Jak twierdził pan Suliwuj, właściciel karczmy, gdyby pracownicy nie popalali tam fajki to i zapach byłby inny. Mógłby mieć rację gdyby nie fakt, że żadnego z pracowników nie było stać na dobrą fajkę, a tym bardziej na zaopatrywanie się w tytoń. Dziewczyna zostawiła płaszcz w salce i przeszła do kuchni. Po przekroczeniu progu nozdrza wypełniały się bukietem wyraźnych zapachów.

– Pieczona gęś w pomarańczach raz. Zupa z kraba, bez cynamonu raz. To zamówienie dla pana Romualda, więc ma być na już. – powiedział spokojnym głosem mężczyzna w dublecie, noszącym liczne oznaki użytkowania. – A teraz niech ktoś idzie na salę bo trzeba sprzątnąć miski ze stolików pod oknem.

– Ja pójdę – odezwała się dziewczyna, łapiąc za deskę.

– Tylko ostrożnie. Wczoraj jakiś gamoń potłukł dwa kufle a nowe dopiero zamówiłem.

– Spokojnie Rosławie, będę ostrożna.

– A tylko spróbuj mi nie… – zaczął odpowiadać, ale dziewczyna już wyszła z kuchni.

  W sali było bardzo tłoczno. Ludzie w najróżniejszych strojach, rozmawiali w wielu językach, co sprzyjało powstawaniu gwaru. Wysocy, dobrze zbudowani mężczyźni w futrzanych strojach i hełmach z rogami jak zwykle rozmawiali najgłośniej. Ich grube głosy sprawiały, że inni goście aby się słyszeć również musieli głośno rozmawiać. Duży rozmiar sali przy takim natłoku ludzi wydawał się nie mieć znaczenia. Dziewczyna przez kilka minut przeciskała się na drugi koniec sali, po to tylko aby zebrać pozostawione naczynia i wrócić na kuchnię. Tak mijały jej dni. Lubiła swoją pracę zupełnie jak Wit. Doceniała kontakt z ludźmi, a Ci bardzo chętnie jej o sobie opowiadali.

  Tego dnia, poza Nordami, salę wypełniali główni tutejsi urzędnicy, najemcy, kilku wojaków, zagraniczne, pięknie ubrane kobiety i siedzący w rogu człowiek w kapturze. Dziewczyna nigdy nie mogła oprzeć się pokusie sprzątania stolików w pobliżu modnie ubranych kobiet. Dawało jej to styczność z drogimi ciuchami, a przy okazji zawsze o uszy obiła jej się jakaś plotka.

– Podobno licho leśne zabiło tę starą babkę, co koło lasu zioło zrywała. – opowiadała jedna z dam. – Gdzie no ja teraz dostanę takich ziół jak od niej?

– E tam babka! Ludzie gadają że znowu dziwożona dzieci porywa – przekrzyczała ją inna.

– Co się, pardon, powyrabiało w na tych terenach przez ostatnie lata to głowa mała. – wtrąciła trzecia strasznie kalecząc tutejszy język. – U nas mężczyźni są bardziej bojowi to i stworów się pozbyli.

– Już tak nie przesadzaj, Ellen. Zanim wypłynęłyśmy chłopi znowu bunt podnieśli, bo w lesie coś straszy i ludzi rozrywa.

– Chłopi mają wybujałą fantazję! Bajdurzą i tyle!

– Jakby im fikcja w głowie była to by wiersze pisali.

– A nie piszą? Pewnie że piszą. Jeden nawet się próbował wierszem naszej Jacqen oświadczyć.

– Oj panie, spokój. – odezwała się dotąd milcząca kobieta. – Niech i nawet tomy poezji wydają, ale co racja to racja, nie ma kto stworów wyplenić, to i się tego coraz więcej panoszy.

  Dziewczyna zabrała drobne talerzyki deserowe panien. Prawie pełne talerzyki, bo przecież „należy dbać o figurę” jak to co rusz któraś powtarzała. Przewijała się przez salę niezliczoną ilość razy, to z naczyniami, to z indyczą piersią faszerowaną cukinią i pieczarkami, to z półsłodkim winem „Lova Nitorii” sprzed stu lat. Nie czuła zmęczenia, ale doskwierał jej głód, a raczej apetyt na te wszystkie pyszność. Sama zjadła tylko kromkę wczorajszego chleba posmarowanego rybną pastą. Zbliżał się wieczór a w karczmie przybywało ludzi, nie zmieniała się tylko obstawa jednego stolika – tego, przy którym siedział tajemniczy osobnik w kapturze, od rana pijący tylko miód. Zaciekawiło to dziewczynę, więc pod pretekstem pomocy koleżance obsłużyła prawie pusty słoik.

– Skąd jegomość przybywa? – zapytała pewnie.

– Z daleka. – odpowiedział spokojnym, ale chłodnym głosem mężczyzna.

– A można wiedzieć z jak daleka? – pytała dalej, widząc że trafił się jej trudny rozmówca.

– Yona, daj spokój.

– Ale… – dziewczyna zdębiała – skąd zna pan moje imię? – zapytała z trudem składając litery w słowa.

– Bo przyszedłem tu po Ciebie.

– Ja… Jak to? Za… Zabić? – dziewczyna zaczęła się jąkać ze strachu i już miała chęć uciekać.

– Nie, skądże? Oszalałaś? Jesteś mi potrzebna. Nadal strzelasz jak dawniej?

– Skąd pan wie, że strzelam z łuku?

– Ech, no i weź tu się z babą dogadaj. – rzucił z ironią mężczyzna.

– Strzelam. – odpowiedziała po chwili milczenia, najwyraźniej układała sobie wszystko w głowie. – Ale nie mam czym.

– Tym się nie martw Yona, a teraz idź się spakuj i jutro z samego rana ruszamy.

– Jak to? Nawet nie wiem kim pan jest! – zbulwersowała się, uderzając pięścią w stół z taką siłą, że podskoczył nawet dzbanek wypełniony miodem.

– Uspokój się. Wszystkiego dowiesz się jutro. Klnę się na Światowida, że możesz przyczynić się w słusznej sprawie. No… Pora na mnie. Do jutra.

  Po tych słowach mężczyzna wstał, poprawił kaptur wciąż nie odsłaniając twarzy i wyszedł. Yona rzuciła się za nim do drzwi, lecz nieznajomy jakby rozpłynął się w powietrzu. Nie było go widać ani na ulicy, ani nawet na rogu budynku. Młoda kobieta nie wiedziała co robić, po za tym właśnie kończyła się jej zmiana i mogła wracać do domu. Tak też zrobiła. Zabrała płaszcz z salki, w której zawsze po pracy odór wydawał się tym gorszy im piękniejsze zapachy unosiły się na kuchni. Na zewnątrz głęboko odetchnęła po czym ruszyła w kierunku mieszkania.

  Miasto nocą wyglądało jeszcze piękniej niż za dnia, szczególnie w pobliżu portu. Lampy uliczne rozświetlały całą uliczkę, nadając jej wyjątkowy i niepowtarzalny klimat. Najwięcej świateł skupiało się w pobliżu areny. Właśnie musiała odbywać się walka Niemira z wielkim pająkiem, gdyż z daleka słychać było niesamowity doping publiczności. Logicznym było, że arachnomorfowi publika nie udzieliłaby wsparcia. Dziewczyna nie myślała jednak o atrakcjach. Skręciła w lewo, przeszła przez rynek, po czym skierowała się do najciemniejszego miejsca w całym mieście – podmurza. Tu mieszkała. Na całym terenie znajdowało się nie więcej niż pięć lamp. Panował półmrok. Po cichu wsunęła się do budynku, w którym wynajmowała mieszkanie. Wita jeszcze nie było, więc nie czekając na nic zaczęła pakować swoje ubrania. Spacer do domu dał jej czas na przemyślenia całej sprawy. Lubiła to miasto, lecz jednocześnie dusiła się w nim. Całe jej życie było pracą i pokazami na arenie. Nic po za tym. Jeśli ten ktoś mógł dać jej szansę na nowo ułożyć sobie życie, to czemu by nie spróbować?

  Wit przyszedł bardzo późno. Najwyraźniej po drodze do mieszkania Yony wpadł z znajomymi do karczmy. Zachowywał się cicho i najpewniej nie obudziłby dziewczyny gdyby ta spała. Gdy usiadł na łóżku, ta postanowiła z nim porozmawiać.

– Wit… – szepnęła przeciągle.

– Co się stało? Przecież byłem cicho. – zaczął tłumaczyć się chłopak.

– Nie o to chodzi. Dostałam dziś dziwną propozycję i…

– Nie wiesz czy skorzystać? – dokończył za nią, ona zaś potwierdziła kiwając głową. – To coś poważnego?

– Tak. I to bardzo.

– Może to nie moja sprawa, ale moim zdaniem powinnaś skorzystać. – odpowiedział Wit i objął ramieniem dziewczynę.

– Dziękuję! – szepnęła – Przez jakiś czas możesz tu mieszkać, ja wyjeżdżam. O nic nie pytaj, połóż się już.

  Chłopak usłuchał, położył się a promile krążące we krwi sprawiły, że zasnął szybciej niż spodziewała się tego Yona. Ucieszyło ją to, gdyż mogła w spokoju zebrać resztę rzeczy. Postanowiła nie spać do rana, gdyż zawsze po krótkim śnie wstaje jeszcze bardziej zmęczona, co w przypadku strzelca może okazać się zgubne.

 

Nim słońce wzniosło się ponad horyzont zakapturzona postać zapukała do drzwi mieszkania Yony. Nieznajomy zapytał przez drzwi:

– Gotowa?

– Tak – surowo, lecz z zauważalną nutą strachu odpowiedziała dziewczyna.

– Zaczekam na dole.

  Po chwili szli już najciemniejszymi ścieżkami, kryjąc się w mroku. Nieznajomy chciał pozostać niezauważony, więc dziewczyna słuchała jego poleceń. Miasto wydawało się zastygnąć we śnie. Nawet koty, które całymi dniami śpią by w nocy polować, tym razem drzemały na parapetach budynków. Po za tą dwójka nie spał już tylko stary robotnik, gaszący lampy uliczne.

– Spałaś?

– Nie. – Yona odpowiadała prosto, szybko i z pewną dozą wrogości.

– To dobrze. Zawsze po krótkim śnie gorzej strzelasz. – Dziewczyna już chciała mu przerwać kiedy ten ją uciszył. – Spokojnie, niedługo wszystko stanie się jasne.

  Dalej szli w milczeniu. Podmurze ciągnęło się aż do zachodniej bramy, gdzie po cichu prześlizgnęli się obok zamroczonego snem strażnika. Za mostem skręcili w kierunku lasu. Dziewczynie nie podobało się to, lecz zdecydowała się milczeć. Wśród mroku drzew dopadła ich gęsta mgła. Od razu przypomniało jej się co wczoraj słyszała o starej zielarce i leśnym lichu. Mglak – pomyślała. Dopiero teraz zaczęła żałować, że nie wzięła z sobą żadnej broni. Idą do lasu, a ona nie jest w stanie obronić się nawet przed rannym wilkiem.

  W oddali ujrzała światło, coś jakby małe ognisko widoczne zza leśnej gęstwiny. Błędny ognik? Nie, one przecież nie istnieją – prowadziła wewnętrzną dyskusję. – Czyżby ktoś tam czekał? Czyli ktoś formuje drużynę? Ale w jakim celu? Zamach stanu? Książę Sławomir nie jest szczególnie lubiany, ale żeby zabić własnego władcę?

– Już dochodzimy, więc mogę się ujawnić. – Mężczyzna przystanął i chwycił kaptur, wciąż nie odwracając się do dziewczyny. Zrzucił materiał zakrywający twarz. – Oj Yona, Yona. Wszystkiego bym się po Tobie spodziewał, ale nie że zapomnisz własnego wuja.

  Dziewczyna zaniemówiła. Oto stał przed nią sam wujek Dragota. Ten sam, który nauczył ją sztuki przetrwania. Ten sam, dzięki któremu nauczyła się strzelać z łuku. Ten sam, który przepadł bez wieści pozostawiając po sobie tylko toporek z krótkim listem „Perun prosi, jestem jego dłużnikiem”.

– No wiem… Kilka lat mnie nie było, ale chyba aż tak się nie zmieniłem? – mężczyzna uśmiechnął się.

  Był wysoki, zarośnięty i dobrze zbudowany. Takiego go pamiętała. Nawet blizna, zdobiąca mu policzek od czasu samotnej walki z bagiennikami, nic się nie zmieniła. Pogodziła się z tym, że przepadł i nie żyje. Tymczasem on stał przed nią tak samo jak przed kilkoma laty. Nie mogła uwierzyć, że go nie rozpoznała. Zamiłowanie do miodu, kaptur, wiedział, że strzela i nie śpi dla lepszej koncentracji – teraz wszystko stało się tak oczywiste. Bez słowa rzuciła mu się na szyję i zaczęła go ściskać.

– Takiej reakcji się nie spodziewałem – szeptał. – Bałem się, że będziesz zła za moje zniknięcie. Zostawiłem Cię wtedy młodą i samą w tym mieście.

– Nie Twoja wina. Gdyby nie Ty od śmierci rodziców nie miałabym nikogo – mówiła wciskając głowę w jego klatkę piersiową.

– Przepraszam – powiedział z wyraźnym smutkiem w głosie. – Musiałem odejść. Miałem dług do spłacenia. Nadal mam, ale bez Ciebie sobie nie poradzę.

– To nie ważne. Pomogę. – Dziewczyna przestała obawiać się tego co będzie potem, nawet gęsta mgła będąca często zwiastunem mglaka przestała jej przeszkadzać. Wiedziała, że przy wuju nic jej nie grozi.

– No dobra. Chodź, przedstawię Ci resztę a potem ruszamy w drogę. Później opowiem Ci co i jak.

 

  Zza drzew im oczom ukazał się mały powóz, a przy nim dwie osoby – kobieta i mężczyzna. Przedstawicielka płci pięknej była schludnie ubrana, w ciemną, długą suknię. Blond włosy spięte w kitkę odsłaniały uroczą twarz o delikatnych rysach. Już z daleka dostrzec można było jej szeroki uśmiech chwytający za serce.

– Oj to nie moja wina, samo spadło – tłumaczyła się właśnie mężczyźnie obok.

– Tak samo jak poprzednie dwa? – Mężczyzna wydawał się wyraźnie spięty. Był niski, szczupły a jego ręce w całości pokrywały jakieś dziwne znaki. Yona nie mogła oderwać od nich oczu. – To runy – powiedział dostrzegając spojrzenie dziewczyny.

– Co się znowu stało Ostrobodzie? – zapytał Dragota.

– Oj nic się nie stało. Ostrobod jak zwykle marudzi – wtrąciła z wyraźnie mniej szczerym uśmiechem kobieta.

– Tym razem ta guła potłukła flakon z śluzem oszluzga…

– Konfident!

– Wiedźma. Akysz Mira, akysz.

– Ech, uspokoicie się chociaż na chwilę? Chcę wam kogoś przedstawić. To Yona, moja bratanica. – Popatrzył jej w oczy tak głęboko jak dawniej, gdy żyli razem w chatce nieopodal miasta.

– A po co nam ona? – zapytał mężczyzna pokryty runami.

– Żeby miała na Ciebie oko – zaśmiała się kobieta.

– A może ma pilnować żebyś nic więcej nie zepsuła? Albo pomagać Ci w chodzeniu po schodach? Bo chyba masz z tym problemy…

– Kretyn! – kobieta obraziła się i postanowiła wrócić do sprzątania.

– Yona będzie…

– Będę waszą łuczniczką – dokończyła za wuja. – Ty walczysz na noże, wujek jest mistrzem miecza, pani zapewne zna się na czarach. Więc brakuje już tylko strzelca. Mnie. – Poczuła dumę z rozszyfrowania nowo poznanych ludzi.

– Bystra jest, na pewno się przyda. A teraz trzeba ruszać – wyraził się niski mężczyzna, poprawił kołnierz i zasiadł za sterami furmanki.

  Dragota, Mira i Yona usiedli z tyłu między bagażami. Bryczka od środka przypominała mały magazyn w którym jest dokładnie wszystko, czego potrzebuje łowca. Siatka przeplatana srebrem, długie piki, zakończone ozdobnym a zarazem zabójczym ostrzem, flakony z jadem różnych stworów. Oczywistym stało się dla dziewczyny, że wujek wraz z tą dwójką podróżował od bardzo długiego czasu.

  Chciała zapytać dlaczego podróżują tylko w trójkę, skoro potrzebny im strzelec. Wtedy w oczy rzuciła jej się wisząca na ściance kusza, z nieczytelnie wyrytym imieniem na ramieniu. Zrezygnowała z zadawania pytań. Stracili kusznika, teraz potrzebują jej w jego miejsce. Rozumiała, że nie jest to wycieczka krajoznawcza i że czeka ją trudny okres w życiu.

 

III. ZA PERUNA!

 

  Dzień był dość chłodny, słońce wciąż kryło się za grubą warstwą chmur, a mgła wydawała się coraz gęstsza. Yona pomimo nieprzespanej nocy czuła się wypoczęta i pełna energii. Nadal nie mogła wybaczyć sobie, że nie poznała wuja po tak wielu latach wspólnego prowadzenia domu. Jej rodzice zostali zabici w trakcie chłopskiego buntu, gdy była jeszcze mała. Nie pamiętała ich, a jedyną bliską osobą jaką miała był brat ojca, Dragota – buntownik z wyboru, oddający się temu co kocha, czyli walce. Po śmierci brata opiekował się mała Yoną, wyruszając w podróże dopiero gdy ta umiała zająć się sobą przez jakiś czas.

  Wszystko skończyło się gdy zniknął pozostawiając po sobie ten drobny liścik. Co gromowładny Perun miał wspólnego ze zniknięciem wuja? To jedno pytanie nurtowało ją przez długi czas, teraz postanowiła w końcu się tego dowiedzieć.

– Wujku? – zapytała przeciągle.

– Tak?

– Mogę zadać Ci jedno pytanie?

– Oczywiście, że tak. Zastanawiałem się właśnie czemu jeszcze tego nie zrobiłaś.

– Perun. Napisałeś, że jesteś jego dłużnikiem. Jak mam to rozumieć?

– To ona nic nie wie!? Rozpowiadasz tę historię w każdej karczmie a jej nie powiedziałeś!? Jej!?  Czy Ty masz w ogóle serce człowieku!? – uniosła się Mira. – Jak można zostawić młodą kobietę samą w obcym mieście bez jakichkolwiek wyjaśnień!?

– Znaczy się ja… – Dragota próbował coś powiedzieć ale wrogie spojrzenie czarodziejki jasno komunikowało, że będzie dla niego lepiej jeśli w tym momencie zamilknie.

  Tak też się stało. Brodaty wujek zajął się polerowaniem długiego miecza, z herbem rodzinnym na rękojeści. Wizerunek niedźwiedzia był tak samo wyraźny jak wtedy, gdy przed kilkoma laty, ostrze miecza brodziło w wnętrznościach lokalnych rzezimieszków.

  Mira przysiadła się do dziewczyny. Położyła jej głowę na ramieniu i zaczęła opowiadać.

– Jak wiesz Twój wujek w życiu zawsze stawiał na wojaczkę. Rozumiesz? To nie tylko walka ale i podróże. A w podróży czasem bywa tak, że trzeba spać tam gdzie się da. No to Twój wuja rozpalił ognisko, upiekł zająca, najadł się i postanowił położyć, więc wspiął się na drzewo i zasnął. Wszystko ładnie, pięknie, no typowy wojak… tylko ten „wojak” nie ugasił ognia. Czy to coś złego?

– Wydaje mi się, że nie… – odpowiedziała niepewnie Yona.

– A teraz dwa drobne fakty. – Mira zmierzyła wzrokiem Dragotę. – Była jesień, a on rozpalił ognisko nie gdzie indziej tylko w lesie.

– I Perun uratował Cię z pożaru wujku? – zapytała.

– Niech on już się lepiej nie odzywa – Mira przerwała mu próbę odpowiedzi. – Iskry tańczyły nad ogniskiem tak długo aż im się znudziło… i przeniosły się na pobliskie krzewy i runo. Wiesz co to borowy? Leszy?

– Tak…

– No to Twój kochany wujek rozdrażnił leszego z Frodowego Gaju, jednego z największych lasów na tych ziemiach. Ugasił on ogień po czym bezlitośnie zrzucił Dragotę z drzewa. To cud, że nie zmiażdżył mu kości. Wściekły Leszy za wszelką cenę chciał zabić Twojego wuja więc walczyli bardzo długo. Las to nie najlepsze miejsce do starcia z takim przeciwnikiem. Rósł, kurczył się, a Twój wuj po prostu nie był w stanie go pokonać. Jak go znam to pewnie opróżnił ze dwie butelki przed snem. – Po raz kolejny wrogo spojrzała na mężczyznę, który zdawał się zatrzymać w czasie, oczy nieruchomo wbijał w dal, nie zauważając nawet że mgła opadła już prawie całkowicie.

– Co było dalej?

– Twój wujek klęknął i zaczął się modlić…

– Perunie, gromów Panie. Ja, wojownik w imię Twoje, klnę się na życie. Pomóż mi a będę do usług Twoich, z mieczem swoim i charyzmą! – łamiącym się głosem powiedział Dragota.

  Nastała chwila niezręcznej ciszy, którą przerwał Ostrobod.

– Dojeżdżamy! – krzyczał.

– Co było dalej? – zapytała kompletnie ignorując kierowcę.

– Perun. Zabił leszego jednym piorunem. A ja czekałem na polecenia aż do tego dnia, gdy Cię opuściłem. Dokończę później. – Otworzył drzwiczki i wyszedł na zewnątrz.

 

Dojechali do jakiegoś leśnego obozu. Pomiędzy szałasami krążyło wielu ludzi. Wysokich i niskich, ładnych i brzydkich, masywnych i szczupłych, kobiet i mężczyzn, uzbrojonych i w skromnych szatach. Obóz tętnił życiem.

– Perun z Tobą Olgierdzie! – krzyknął Dragota w kierunku grupy zbrojnych mężczyzn stojących najbliżej bryczki.

– I z Tobą przyjacielu! – odpowiedział wojak z rzadkimi, długimi, czarnymi włosami, przypominającymi Yonie włosy kelnerki, od której nauczyła się zasad pracy w karczmie. – Gdzieżeś Ty był? O masz, a co to za panienka? Wolna? Bo cholernie apetyczna. Całuję po rączkach.

  Młoda kobieta zaczerwieniła się. Kilku chłopaków z zbrojnej drużyny zaczęło się jej przyglądać.

– Gdzie się lampicie kutasiarze? Do szeregu i już was nie widzę! Słyszeli? Bo lancą wszystkich zaraz tu do kurwy nędzy poprzestawiam!

  Olgierd okazał się być bardzo nerwowy i agresywny.

– Dobra, widzimy się później bo Ci pizdojebcy zachowują się jak banda rozwydrzonych bachorów. Adieu! – powiedział jednym dechem i popędził za młodzieżą.

– To był Olgierd. Mój kamrat. Zyskuje przy dłuższym poznaniu…

– Najlepiej kilkuletnim – wtrąciła Mira, której najwidoczniej wrócił dobry humor.

– Jest w tym trochę racji – zaśmiał się dotąd poważny wujek. – Idźcie się uzbroić. A właśnie! Yona, łap.

  Mężczyzna rzucił dziewczynie podłużne pudełko.

– To chyba Twój.

  W pudełku znalazła łuk, który sprzedała w dwa lata po zniknięciu opiekuna. Nawet nie próbowała domyślić się jak wuj odzyskał rodową broń.

  Dragota oddalił się w kierunku centrum obozu. Znajdował się tam wysoki namiot w złote i czerwone paski. Najpewniej było to miejscowe centrum dowodzenia. Yona usłuchała wuja – razem z Mirą i Ostrobodem zaczęła zakładać przygotowany przez czarodziejkę sprzęt.

 

  Dopiero teraz czuła że żyje. Od lat nie miała na sobie nic więcej niż swój płaszcz, fartuch i kilka sukienek. Teraz ubrana w skórzane spodnie, nagolenniki, naramienniki, solidną koszulę i kamizelkę napinała cięciwę łuku sprawdzając czy wystarczająco mocno ją naciągnęła. Gdy wrócił wujek udała się z nim na strzelnicę aby sprawdzić czy nie wyszła z wprawy. Pierwsza strzała trafiła w sam środek tarczy. Druga strzała trafiła w pierwszą. Precyzja z jaką oddawała strzały była zasługa Dragony. To on przez wiele lat uczył ją jak trafić do celu, po kilku latach uczennica przerosła mistrza.

– Teraz dokończysz? – zapytała niepewnie.

– Niech będzie. Zapewne chcesz wiedzieć czego oczekiwał Perun?

– Tak.

– Wiesz do czego skłonność mają bogowie? Hmm? Tak, dobrze myślisz. Bogowie mają skłonność do ludzi. Kilkanaście lat przed twoimi narodzinami Perun miał skłonność do ludzkiej kobiety. Z tej skłonności narodził się syn, o którym dowiedział się dopiero po śmierci kochanki. Nie przejmował się tym, ale uświadomił sobie, że moce ciemności mogą posłużyć się jego dzieckiem aby odebrać mu tron. Poprosił więc mnie i wielu innych aby odnaleźć tego, dziś już dojrzałego, mężczyznę, gdyż na pewno drzemie w nim boski pierwiastek. Problem jest taki, że szukamy tego człowieka od wielu lat, a jedyne co znaleźliśmy to złych ludzi, którzy również go szukają. Rozumiesz?

– Myślę, że tak. Szukamy zaginionego syna najważniejszego Boga, który najpewniej nawet nie wie kim jest i jaka moc w nim drzemie?

– Można tak to ująć. Cholera. Z tej perspektywy to zabawnie wygląda – uśmiechnął się.

– Ale dlaczego ja?

– Widziałaś kuszę? Nazywał się Rohan, przybył z daleka. Zabił go mężczyzna, o twarzy pokrytej runami, gdy tylko Rohan po pijaku przyznał się do poszukiwań zaginionego dziecka. Potrzebuję kogoś równie dobrego, ale nie mającego problemu z alkoholem. Potrzebuję Ciebie. – przytulił młodą dziewczynę. – Podźwigniesz ten ciężar?

– A czy dzik sra w lesie? – krzyknął im nad uchem Olgierd. – Kobitka jak marzenie, lej po kielichu i za Peruna!

– Ty to masz cholera wyczucie. Właśnie mówiłem jej, że potrzebuję kogoś nie pijącego. -Dragota popatrzył na mężczyznę kątem oka.

– Aj tam, pieprzysz trzy po trzy to i się nie dziw, że nie wiem kiedy poważnie gadasz. Ja tam sobie golnę! – Olgierd opróżnił swoje szkło, po czym opróżnił również szkło przygotowane dla Yony i Dragoty. – No co? Przecież wiesz, że po tym lepiej macham kijkiem.

– Kijkiem to Ty se możesz machać jak chcesz, ale za chwilę będziesz machać mieczem.

– Oj tam, oj tam. Nie będę sobie skrzydeł podcinać jak Jarka kot, co świeczkę pożarł i po ciemku siedział.

  Wszyscy w pobliżu buchnęli śmiechem. Rozluźnienie atmosfery przed bitwą było konieczne. Podczas pracy w karczmie miała przyjemność rozmawiać z generałem Edwardem, przybyłym z wysp. Mężczyzna był już wiekowy, ale po oczach poznać można było, że przeżył więcej niż przeciętny człowiek. Opowiadał jej bardzo długo o wojnie i w głębi serca czuła wielki wstyd za poprzednie myśli – po wyglądzie uważała go za biedaka, który chciał najeść się do syta i uciec. Nie widziałaby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że za takie jedzenie to właśnie jej odciągano kolejny monety z wypłaty. Generał zdradzał drobnej kelnerce różne taktyki wojenne, których nie rozumiała, ale doskonale zapamiętała, że przed bitwą dobrze jest mieć dobry humor i żartować. Bo jeśli ktoś zginie lepiej pamiętać go jako kogoś z uśmiechem na twarzy.

 

– Dobra, słuchajcie wszyscy! – Dragota wspiął się na stół i przemówił do zebranych. – Syn Peruna podobno był widziany w pobliskiej wsi. Wyznawcy Walesa rozbili niedaleko obóz. To najlepszy moment żeby uderzyć. Zaoszczędzi nam to potem kłopotów w trakcie poszukiwań. Postarajcie się a może uda się to wreszcie zakończyć. No więc… Za Peruna!

– Za Peruna! – krzyknęli chórem wszyscy zebrani, tak aż Mirze szumiało w uszach przez jeszcze kilka minut.

  Ruszyli na wschód. Słońce powoli wchodziło już w fazę zachodzenia, więc mogli uzyskać przewagę płynącą z oślepienia wroga. Wszechobecny szczęk żelaza napawał Yonę energią do działania. Kroczyła obok wujka, który nieudolnie maskował śmiechem świadomość z zagrożenia. Szedł na czele niczym dowódca regularnej armii, tymczasem za nim podążała liczna gromada wojaków, mniej lub bardziej doświadczonych w boju. Było to ich słabością ale i siłą – każdy z nich był inny, walczył inaczej, miał inne zdolności. Dzięki temu wróg, traktujący ich standardowo, będzie niemiło zaskoczony, kiedy po uniknięciu miecza oberwie w głowę niechybnie rzuconym toporkiem, z wygrawerowanym piorunem, przeciw któremu wystąpił.

  Dochodzili do obozowiska wyznawców Walesa. Dym unoszący się znad drzew pozwolił im określić gdzie dokładnie powinni zmierzać. Dragota odciągnął Yonę na bok.

– Trzymaj się w bezpiecznej odległości od bitwy. W razie co uciekaj.

– Ale…

– Nie ma żadnego ale. Żadnego powoływania się na honor czy bogów. Ja raz poprosiłem boga o pomoc, przez to musiałem CIę opuścić. Rozumiesz? – ton jakim mówił był śmiertelnie poważny, więc dziewczyną nie podejmowała dyskusji. – Uważaj na siebie!

 

  Po tych słowach pobiegł na przód i razem z towarzyszami popędzili wprost na obóz wroga. Szczęk stali uderzającej o stal przybrał mniej przyjazny dźwięk. Krzyki wywołujące popłoch zaczęły mieszać się z krzykami bólu. Las zdawał się żyć. Z lotu ptaka wyglądać to musiało na wielkie mrowisko, w którym robotnica zabiła królową, a mrówki wystąpiły przeciwko sobie. Yona nie zastanawiając się wyciągnęła pierwszą strzałę z kołczanu i posłała ją wprost ku mężczyźnie nacierającemu na jej wujka. Strzała zatrzymała się w jego czole, powalając wielkie cielsko na plecy. Kolejny pocisk przebił na wylot bok chudego rycerza, którego zbroja przez krótki czas nie zakrywała ciała. Zachód słońca powoli zamieniał się w półmrok.

  Ktoś zabił rycerza pędzącego z pochodnią. Yona wykorzystała to aby podpalić strzałę. Wymierzyła wysoko,wzięła olbrzymi wdech, naciągnęła cięciwę – Pora na przedstawienie – pomyślała, po czym wypuściła strzałę w górę. Gdyby ktoś przyjrzał jej się w tej chwili, najpewniej posądziliby ją o sabotaż. Nic bardziej mylnego. Podpalona strzała trafiła w namiot, dokładnie w ten, w który miała trafić. Ten do którego wróg wchodził z pustymi rękoma a wychodził w pełnym uzbrojeniu. Przewaga liczebna przeciwników została dzięki temu momentalnie wyrównana, gdyż część wyznawców Walesa uciekła w popłochu.

  Dziewczyna schowała się za drzewem i zaczęła szukać wzrokiem wuja. Dostrzegła go głęboko w obozie wroga. Wyglądał niczym rycerz popadający w obłęd, szukający krwawego mordu, na wszystkim co się do niego zbliży. Miecz z niedźwiedzią głową na klindze stał się postrachem dla innowierców. Każdy cios kończył się odpadającą kończyną lub truchłem zwalającym się na ziemię w zwolnionym tempie, jakby sam zabity nie zdawał sobie sprawy z tego, że nie żyje i chciał iść dalej. Chaos na polu bitwy był tak wielki, że młoda kobieta straciła orientację w terenie. Działo się tam dosłownie wszystko. Przez moment wydawało jej się nawet, że wśród walczących pojawiła się żywa strzyga rozrywająca żywych i trupy w morderczym szale.

– Yona! – Krzyknęła Mira, która wspierała towarzyszy magią uzdrawiania. W tym momencie jednak biegł wprost na nią rozpędzony niczym dzik mężczyzna z toporem w ręku.

  Dziewczyna wycelowała kilka metrów przed niego, poczekała i gdy ten znalazł się zaledwie parę kroków od Miry puściła cięciwę. Strzała przeszyła twarz napastnika, w obrzydliwy sposób ściągając z niej skórę.

  Gdy ostatni promień słońca schował się za drzewami całkowita ciemność spowiła las. Walczący wciąż przemieszczali się, co sprawiło, że Yona zgubiła się. Próbowała iść za głosem bitwy, lecz za sprawą echa głos ten nadciągał ze wszystkich stron. Chciała spojrzeć na gwiazdy, ale rozłożyste korony drzew skutecznie jej to uniemożliwiały.

  Coś poruszyło się za krzakami. Przekonana, że to jeden z wrogów skradała się do miejsca w którym go usłyszała. Zamiast człowieka trafiła na jamę, przykrytą starymi deskami. Miała w głowie tylko jedną myśl – Dezerter z wojska wroga!

– Za Peruna! – krzyknęła, odrzuciła deski i wbiegła do dziury. Podpaloną strzałą próbowała oświetlać sobie stromą drogę. Gdy ta zgasła potknęła się, potoczyła w dół i straciła przytomność.

 

 

  1. BOSKA NATURA

 

Obudził ją gorący powiew rozbijający się regularnie na jej twarzy. Przez chwilę nie otwierała oczu. Wyprowadzony z równowagi zmysł zapachu dopiero teraz pozwolił zauważyć, że uderzające o nią powietrze ma dziwny, nieprzyjemny zapach. Coś skapnęło jej na szyję. Otworzyła oczy.

  Dwoje dużych, żółtych ślepi wbijało się w nią, z wyczuwalną wrogością. Znała ten typ oczu. Nasłuchała się o nich jako kelnerka, opowiadał jej o nich wuj, nawet w szkołach ostrzegają przed tym spojrzeniem. Nie miała odwagi by zacząć krzyczeć. Jeden fałszywy ruch i mogłaby skończyć z rozszarpanym gardłem. Znieruchomiała. Czarna, wilcza morda zawarczała. Yona z trudem, ale za to bardzo głośno, przełknęła ślinę. Stwór cofnął się o krok odsłaniając część jaskini, w której się znajdowali.

  Kilka świec zapewniło wystarczająco dużo światła, aby bystre oko Yony dostrzegło gdzie się znajdują. Ona leżała na półce skalnej. W łóżku na prawo leżał ktoś z wyraźnym paraliżem. Na stoliku za bestią stała jakaś aparatura otoczona różnobarwnymi flakonami. Zdaniem dziewczyny był to destylator, służący do pędzenia bimbru. Na ścianie wisiało coś w rodzaju drzewa genealogicznego.

– Kim jesteś? – zapytał potwór.

– Na… Nazywam si… się Yona – dziewczyna strasznie się jąkała.

– Wrrr… Nie patrz się tak! Zaraz przejdzie. – mówiąc to olbrzymi wilk zaczął zmieniać formę. – Argh!

  Ostre kły przybrały normalny kształt. Szpiczaste uszy zaokrągliły się, nos pobladł, a futro pokrywające ciało zanikło. W krótkim momencie bestia o wilczej twarzy przekształciła się w przystojnego, ogolonego mężczyznę, o atletycznej sylwetce.

– Tak lepiej – odpowiedział podając rękę dziewczynie. – Jestem Derwan. Derwan Tradyjski, z tych Tradyjskich. – Wskazał na obraz przywiązany na wyskoków skalnych.

– Dlaczego mnie nie…

– Nie zagryzłem? Litości! To, że jestem wilkołakiem, nie oznacza od razu, że zabijam wszystko co się rusza. Nie wiem kim jesteś, ale wyglądasz na porządną osobę, dlatego powiem Ci jak wyglądają sprawy. Jestem bękartem Chorsa. Pomyślisz sobie, że to zaszczyt, ale nie! Dzieci Chorsa pochodzące z nieprawego łoża zostają dotknięte likantropią. Rozumiesz? W takie noce jak w tym tygodniu, kiedy księżyc ku uciesze ludzi rozświetla niebo w całej swej okazałości, ja borykam się z zmiennokształtnością. No cóż… nie każdy ma ojca boskiego pochodzenia.

  Dziewczyna spojrzała na sparaliżowanego człowieka leżącego w rogu sali.

– No ten – wskazał na mężczyznę – z tego co wiem to chyba akurat ma. Ale jak widzisz też najlepiej na tym nie wyszedł. Dwa dni temu jakiś łysy czarodziej chciał go zabić. Zagryzłem dziada, ale ten tu dalej się nie rusza. Próbuję go jakoś rozruszać, ale moje eliksiry nie mają takiej mocy. Dobra, Twoja kolej. Opowiadaj jak się tu znalazłaś i co do jasnej cholery dzieje się tam na górze? Ja zaparzę ziół.

  Yona opowiedziała Derwanowi o swoim życiu ze szczególnym uwzględnieniem ostatnich dwóch dób. Przyznała się nawet, że wbiegła tu z chęcią zabicia dezertera. Wilkołakowi nie podobało się to dopóki dziewczyna nie powiedziała w jakim celu odbyła się walka na górze. Wtedy połączyli fakty.

– To on! – krzyknęli niemal równocześnie.

– Myślisz, że słyszy o czym gawędzimy?

– Nie wiem. Przytargałem go tu, bo najpewniej rozszarpały by go wilki. – Zaśmiał się. – Z mojej strony brzmi to dość paradoksalnie.

– Dwa dni bez jedzenia. Przecież on umrze! – kobieta podniosła głos.

– Spokojnie… Moje eliksiry powinny załatwić sprawę głodu. Wystarczy że oddycha – wyjaśnił wilkołak.

– Co teraz?

– Nie wiem, ale wiedząc jak ważny i poszukiwany jest zastanawiam się czy dobrze zrobiłem przynosząc go do mojej samotni. – Derwan wyraźnie zmarkotniał. – Znów posądzą mnie o wszystkie trupy znalezione w lesie.

– Nie martw się o jaskinię. Gdybym nie usłyszała, że tu wchodzisz w życiu nie domyśliłabym się że jest tu tak głębokie przejście. A właśnie, czego szukałeś na górze?

– Czego szukałem? No proszę Cię! Zobacz jaka ta krypta jest wielka. Biegnące oddziały wywołują taką wibrację, że wszystkie fiolki drżały jakby zaraz przez ścianę miał przebić się jakiś ogromny robal. Musiałem to sprawdzić.

Yonę dopiero teraz dopadło zmęczenie. Było znacznie silniejsze niż myśl o tym co stało się na górze. Nie obchodziło ją czy wujek, Mira, Olgierd i Ostrobod żyją. Wiedziała tylko, że to ona znalazła syna Peruna. Przeprosiła Derwana i wróciła na półkę skalną, nie przejmując się chłodem.

  Spałaby najpewniej do południa gdyby przystojny wilkołak nie potłukł flakonu z czerwoną cieczą.

– Nosz kurwa! – wrzasnął.

  Yona energicznie podniosła się nie wiedząc co się dzieje.

– Przepraszam. Stłukłem badanie mojej krwi. Wiesz, badam likantropię. Wciąż liczę na to, że genetyka pozwoli ją jakoś zahamować. – tłumacząc energicznie wycierał płyn, ratując zalane papiery.

– Nie jesteś typowym wilkołakiem.

– Dziękuję… Chyba. – Mężczyzna uśmiechnął się do dziewczyny.

– Ratujesz zamiast zabijać, to bardzo zaskakujące.

– Heh, całe życie poświęciłem nauce i ucieczce przed ludźmi. Nigdy nie chciałem ich mordować. – Zamyślił się.  Szkoda że to nie działa w dwie strony.

  W lepszym świetle pokazał dziewczynie blizny na barku. Opowiedział o tym jak za młodu wymknął się wieczorem by popatrzeć na gwiazdy. Pech chciał, że na niebie poza gwiazdami był też księżyc. Chłopak przemienił się, a ludzie widząc to gonili go aż do lasu. Tej nocy prawie padł z wycieńczenia, a rana zadana widłami goiła się przez długie tygodnie.

  Yona postanowiła opuścić wilczą jamę.

– Przyprowadzę tu kogoś. Nie skrzywdzi Cię, to czarodziejka. Pomoże odczarować syna Peruna – powiedziała wychodząc. – Mam nadzieję że jeszcze żyje. – dodała dopiero gdy wydostała się na zewnątrz.

  Las pełen był porozrzucanych broni, fragmentów uzbrojenia i ciał. Na polu bitwy nie było widać żywego ducha. Poszukała mchu, aby określić w którą stronę powinna iść. Ruszyła na zachód, wiedząc, że tam znajdował się obóz wuja. Po drodze minęła z niepokojem wiele zwłok. Patrzyła tylko czy któreś z ciał nie należy do Dragoty.

  Ciosem w serce było dla niej trafienie na truchło Ostrobody. W jego klatce piersiowej tkwiły dwa bełty i dwa sztylety. Po obu stronach leżały ciała z nożami wbitymi w czaszki. Yona wyobraziła sobie zaistniałą sytuację. Nożownik czując, że umrze od ran zadanych przez kusznika, rzucił się na dwóch wojaków na raz. Nie zdążyli się osłonić, za to oboje wbili Ostrobodzie sztylety w klatkę. Yona zaśpiewała najkrótszą pieśń pogrzebową jaką znała.

Idźże na boskie pastwiska

I bogom swym wierność dochowaj

Perunie, władco pioruna

Zmarłego od trosk tam uchowaj

Zasłoniła mężczyźnie oczy i ruszyła dalej.

  Z obozu wyznawców Walesa został tylko popiół. Wysoka temperatura stopiła większość małej zbrojowni. Na ziemi leżało coraz mniej ciał. Zbliżała się do celu. Gdy była już blisko, po cichu zakradła się za powóz, którym przyjechali.

– Ja pier…

– Zamknij się Olgierd! Bluzganie nie pomoże. – Mira w swoisty sposób powstrzymała mężczyznę przed dokończeniem.

– Szukałem. No nie ma jej! Nie wiem, uciekła czy ki czort?

– Znam Yonę – odezwał się Dragota. – Nawet pomimo, że kazałem jej uciec w razie przegranej, jestem przekonany, że nie zostawiłaby nas na polu bitwy.

– Diabli nadali to wszystko! Młoda zniknęła a ten boży bękart się nie znalazł. – Olgierd był bardzo zdenerwowany, więc dziewczyna postanowiła się ujawnić.

– O mnie mówicie?

– Yona! – Dragota rzucił się na nią i zaczął ściskać jak wtedy gdy miała zaledwie kilkanaście lat. – Bałem się że znowu Cię stracę.

  Chwilę stali w milczeniu wciskając się w siebie. Olgierd uświadomił sobie przy tym, że młoda kobieta jest dla towarzysza ważniejsza niż jakakolwiek inna kobieta. Traktował ją jak córkę, pomimo tego, że dla niej musiał przez wiele lat się ograniczać.

– Mira, pogadamy na osobności? Damskie sprawy. – Yona puściła do kobiety oczko.

– Jasne! Słyszeliście Panowie? Do widzenia. – czarodziejka wygoniła mężczyzn. Gdy tylko sobie poszła zbliżyła się do dziewczyny, a ta wyszeptała jej o co chodzi.

  Chwilę później obie kobiety były już w drodze do jaskini Derwena. Ostrożnie zeszły na dół gdzie wilkołak parzył już dla nich zioła. Mira nawet nie zwróciła na niego uwagi. Od razu przystąpiła do sparaliżowanego i zaczęła go oglądać.

– Kto mu to zrobił?

– Jakiś mag. Nie wiem. Nie znam się. Ja tu tylko sprzątam. Mówił coś, że przybywa od Walesa i takie tam, a ten stał w środku kręgu jak pal.

– Zaraz, zaraz. W jakim kręgu?

– W okrągłym – odpowiedział z ironią Derwen. Wystarczyło jednak krótkie spojrzenie Miry, żeby poszerzył swój opis o detale. – W środku znajdowało się siedem metalowych słupków wbitych w ziemię…

– Jak wbitych? W jakim układzie? – przerwała mu kobieta.

– Jakaś nieznana energia wytyczyła z nich trójkąt i klamrę.

  Mira zaczęła grzebać w swojej torbie. Denerwowała się przy tym bardzo, czego dowodem były krągłe, czerwone wypieki na twarzy. Była przekonana, że to czego szuka musi tam być. Nie pomyliła się. Rozłożyła małe, papierowe zawiniątko. W środku znajdował się wisiorek z jakimś znakiem.

– Szybko! Rozstaw słupki na wzór tych kropek.

  Czarodziejka wraz z Yoną zaniosły sparaliżowanego do powstałego kręgu. Gdy wilkołak dokończył wbijanie magicznych akcesoriów na ziemi zaczął rysować się znak Peruna. Nieopisana energia wytoczyła szlak na podłożu jego jaskini.

– A teraz się odsuńcie. Nie wiemy jak zareaguje. – zaczęła odprawiać rytuał podobny do tego, który dwa dni wcześniej zastosował mnich z runami na twarzy.

Perunie, gromowładny nieba panie

Zejrzyj na moje wołanie

Zażegnaj ludzkie męczarnie

Co zsyła podziemi pan nieustannie

Syn tu Twój, nazwany bękartem

W kręgu Twym stoi i czeka bezwładnie

Ześlijże proszę, odrobinę łaski

Bo jego życie jest kluczem do waśni

  Grom poruszył oczyma. Chwilę później mimikę twarzy i sprawność kręgu szyjnego. Nadal nie był w stanie mówić, lecz odzyskiwał kontrolę nad kolejnymi partiami ciała. Nadal nie opuszczał kręgu. Czarodziejka podała mu koc, szepcząc nadal jakieś modły. Trzydziesto-siedmiolatek okrył się i przysiadł. Doskonale rozumiał, że musi odczekać w kręgu do końca rytuału, gdyż w innym wypadku paraliż powróci. Wraz z końcem modlitwy struny głosowe mężczyzny odzyskały zdolność do wydawania dźwięków.

– Jak się czujesz? – spytała Mira.

– Dobrze. Czy ja dobrze rozumiem? Jestem synem boga? Synem Peruna? – pytał zszokowany.

– Perperuna raczej nie jest z tego faktu zadowolona. – wtrącił Derwen.

– Tak, jesteś boskim bękartem. Naprawdę o tym nie wiedziałeś? – zapytała łuczniczka.

– Moja matka, zwana Chmurką, umarła gdy miałem zaledwie kilka lat.

– Skąd ja to znam… – Yona wypowiedziała to zdanie jakby do siebie, patrząc w przestrzeń.

– Od tego czasu żyję w podróży – dokończył. – Jestem Grom.

– Perun powinien się wstydzić. – bąknęła Mira, po czym wzięła się za sprzątnie kręgu.

  Wszyscy zasiedli przy stole a młody mężczyzna zaparzył ziół, na których punkcie zauważalnie miał bzika. I talent. To co dawał do picia za każdym razem miało inny smak lecz równie dobrze smakowało. Gdyby ktoś zajrzał wtedy do jaskini wewnątrz zobaczyłby Wilkołaka, bękarta Peruna, młodą kelnerkę z łukiem i uroczą czarodziejkę siedzących przy jednym stole. Obstawa nie tyle nietypowa co niesamowita. Naradzali się co zrobić dalej i jak pomóc Gromowi w skontaktowaniu się z ojcem.

 


  1. SCHODY DO NIEBA

 


  Dragota nie mógł usiedzieć w miejscu. Widział jak Yona prowadzi Mirę do lasu i nie dawało mu to spokoju. Rozumiał, że kobiety niechętnie rozmawiają o damskich sprawach w obecności mężczyzn, ale jego bratanica nigdy się tak nie zachowywała. Owszem, nie miał z nią kontaktu od kilku lat, ale nie powinno to nic zmienić. Nie wytrzymał i pobiegł za nimi. Minął już pole bitwy, a kobiet nadal nie widział. Jakież było jego zdziwienie, gdy zobaczył je wychodzące z leśnej jamy w towarzystwie dwóch mężczyzn.

– Wujku! – krzyknęła dziewczyna.

– No pięknie… – pomyślał wilkołak. Dbał o niewykrywalność jaskini, a w przeciągu jednego dnia dowiedziały się o niej już cztery osoby.

– Nie widziałeś tej jaskini. Prawda? – Powiedziała z narzucającym odpowiedź tonem, nakierowując wzrok wuja na młodego mężczyznę.

– Hmm… Jaką jaskinię? – zapytał ironicznie rozradowany z odnalezienia kobiet. – A panowie kim są?

– Derwen Tradyjski, waszmość pozwoli, że przedstawię tegoż pana…

– Potrafię mówić – rzucił mężczyzna. – Jestem Grom. A pan?

– Dragota, wojownik w służbie Peruna.

– Chyba się dogadamy – rzucił obcesowo bękart.

  W drodze do obozu ustalili, że lepiej nie mówić ocalałym kim są przybyli mężczyźni. Ktoś mógłby podszywać się za wyznawcę Peruna, czekając na odpowiedni moment by uderzyć. Najmniejsze zagrożenie powstaje wtedy, gdy wszyscy milczą. To również jedna z zasad, którą wpoił Yonie generał Edward. Starość chyba jednak z nim wygrała, gdyż od przeszło roku nie pojawił się w karczmie.

– Wiecie co? Ja może lepiej wrócę do jaskini. Nie chcę, by ktoś potem mnie śledził.

– Rób jak uważasz! – odparł Dragota.

– Z naszej strony nikt nic się nie dowie – zapewniła Derwena młoda kobieta, po czym rzuciła mu się na szyję.

– Miło było Cię poznać łuczniczko. Gdybyś kiedyś zabłądziła w tym lesie to krzycz głośno. Na pewno usłyszę. – przytulił ją i czym prędzej zawrócił do swojego małego świata, którym było laboratorium w jaskini.

  W obozie panowała dobra atmosfera. Po wygranej bitwie ocalali dzielili łupy wojenne. Zwłoki z lasu zebrano i zakopano w wspólnym grobie. Zajęli się tym najsilniejsi nerwowo, gdyż nie każdy chciał oglądać wnętrzności rozsmarowane na kilka metrów przy użyciu stalowego obucha. Kobiety szykowały posiłek, w czasie gdy mężczyźni naprawiali uszkodzone pancerze. Pomimo strat w ludziach obóz nadal był zatłoczony i pełen życia. Ludzie żyjący z wojaczki przyzwyczajeni są do śmierci. Tym razem walczyli w imię boga, innym razem przyjdzie im walczyć ku uciesze innych, nie mogą mieć żalu do życia, za to że tracą bliskich. Olgierd dobrze to rozumiał. Stracił w życiu niezliczoną ilość kamratów. W tym własnego syna, tylko dlatego, że ten nie usłuchał jego rozkazów. Stąd też wziął się w nim agresywny styl nauki młodzików rygoru. Widząc Dragotę ucieszył się.

– Gdzieżeś polaz łajzo? – krzyczał już z daleka. – Nawet kobitkom spokoju dać nie możesz? Masz! Baby rosołu nagotowały, to żryj bo po co ma się marnować! Dla Ciebie bez pietruchy, wiem, że nie lubisz!

– Przyjemniaczek – szepnął Mirze do ucha Grom.

– A ten co za jeden? – Olgierd skierował pytanie do syna Peruna. – Chybam Cię tu wcześniej nie widział.

– Spokojnie druhu, to jeden z naszych. Poprzestawiało Ci się w głowie po bitwie czy jak? – W głębi duszy Dragota walczył z sobą, gdyż brzydził się kłamstwem. A zwłaszcza kłamstwem wobec wieloletniego przyjaciela.

  W ciszy zjedli przygotowany posiłek. Tylko Olgierd co rusz rzucał dowcipami rozbawiając pozostałych. Robił przy tym dużo hałasu, parskał i rozlewał, lecz nikt nie miał mu tego za złe. Stracił tej nocy sporo ludzi, więc wszyscy przymrużali oko, wiedząc, że jakoś musi odreagować. Po obiedzie wszyscy wzięli się za pakowanie swoich rzeczy na powozy. Szczęk żelaza znów przybrał przyjemny wydźwięk. Tylko mała grupa osób zamiast przebrać się i wrócić do domu zebrałą się szybko i ruszyła dalej bez pożegnania. Dragota wiedział, że wojacy nie lubią długich pożegnań, w ogóle nie lubią pożegnań.

  Brodaty wuj powoził, reszta zaś siedziała w bryczce, obserwując czy nikt ich nie śledzi. Kierowali się na południe. Wśród Gór Błyskawicznych znajdowała się stara świątynia oddana Perunowi. Dragota dawniej zmuszony był spędzić tam kilka nocy, gdyż śnieżna lawina odcięła mu drogę. Powodem obsunięcia się śniegu był nikt inny tylko stary chmurnik. Mężczyzna był jedyną osobą w całych górach, więc ten postanowił uprzykrzyć mu życie jak na demona przystało.   Czekała ich długa podróż. Co kilka dni przystawali w przydrożnych karczmach, uzupełniali zapasy, wymieniali konie i czym prędzej ruszali dalej.

  Wiedzieli, że Wales po znalezieniu bękarta Gromowładnego nie odpuści i poruszy całe podziemie aby go wytropić. Była to dla niego szansa na przejęcie tronu Peruna. Mógłby zostać Panem Świata i Zaświata, Królem Nieba i Ziemi, Władcą Żywych i Zmarłych. Nie w smak było mu, że Perun mógł przelać część swojej mocy na kogoś ziemskiego pochodzenia, co uczyniłoby go silniejszym. Walesowi czarownicy okazali się nieskuteczni w poszukiwaniu jedynego zagrożenia, które groziło mu ze strony Peruna – Groma. Uwolnił z piekielnych czeluści wiele demonów, po to tylko, by chaos na świecie odciągnął boga piorunów od poszukiwań syna.

  W ciągu kilku tygodni pokonali większość trasy. U podnóża gór zmuszeni byli zostawić wóz i konie. Jak to powiedziałby Olgierd „Gra warta świeczki. Do diabła! Całego świecznika i stołu!”, tak więc dalej ruszyli pieszo.

– Konie przywiążemy do drzewa na długim sznurze. Jeśli nam się poszczęści nikt ich nie ukradnie. Jeśli weźmiemy je wyżej to na pewno zdechną. – tłumaczył Yonie wujek.

– Rozumiem doskonale.

– No to w drogę, jesteśmy już blisko.

  Szli w górę wąską, skalną ścieżką. Na noc szukali wnęk w skałach, rozpalali ogień i trzymali się blisko aby nie zamarznąć. Wysokie ciśnienie źle wpływało na Mirę. Uśmiech, który towarzyszył jej odkąd Yona ujrzała ją po raz pierwszy, teraz przeminął. Góry nie były odpowiednim miejscem dla czarodziejek. Powszechnie wiadomo, że czerpią one moc z natury. W Górach Błyskawicznych nic tylko skały i śnieg. Na pewnej wysokości dołączył do tego wiatr. O ile dla niej było to chwilową ulgą, to dla pozostałych oznaczało nic więcej, tylko jeszcze większy ziąb. Zmęczeni, niewyspani, głodni i przemarznięci kroczyli wśród skał.

  Przełomowym momentem podróży było dostrzeżenie murów świątyni w oddali.

– Widzicie? – Krzyknęła Yona.

– Brrr… Zimno – marudził najskromniej ubrany Grom.

– Widzimy, widzimy! – odezwał się Dragota. – Już niedaleko. Powinniśmy dojść tam jutro przed południem.

– O ile do rana nie zamarzniemy.

– Ciesz się, że nie trafiliśmy na chmurnika.

– Może skierowałby na nas jakiś ciepły powiew i…

– I roztop – zakończył rozmowę brodacz.

  Tak jak przewidywał Dragota, dotarli do bramy świątyni nim słońce zaczęło górować na niebie. Snieżne stoki, z tej perspektywy wyglądały piękniej niż wyobrażała to sobie dziewczyna. Skalne szczyty pokryte lodem, tworzyły olbrzymi kocioł. Zbliżające się od strony południa, ciemne chmury przyniosły nie tylko ochłodzenie, ale również nasilający się opad. Lodowe kryształki pomimo hipnotyzującego piękna miały niestety nieprzyjemną właściwość – były nienaturalnie zimne. Zbliżała się burza. Dragota wraz z Gromem wyważyli boczne drzwi do kaplicy. Drużyna wkroczyła do środka.

 

  1. BURZE, GROMY I PIORUNY

 

  Wewnątrz panowała grobowa cisza. Wszystko spowiła ciemność, więc czym prędzej opuścili boczną kapliczkę. Główna sala była przeciwieństwem tego co mogli „oglądać” przez ostatnie kilkadziesiąt sekund. Piękna, jasna, rozświetlona kolorowymi witrażami. Co prawda zaniedbana i pełna pajęczyn, ale jej monumentalność przemawiała w doraźny sposób. Gigantyczne malowidła na ścianach przedstrawiające Peruna i Perperunę wprowadzały w zachwyt. Bóg poskramiający Żmija toporem, namalowany nad ołtarzem mierzył kilkanaście metrów. Dzieła były doskonale zachowane.

  Świątynia w całości wykonana została z kamienia. Ławki dla wiernych, ołtarz, przegrody, dosłownie wszystko wykonane zostało z jasnej skały. Cudem wydawał się jeden fakt – temperatura. W górskiej twierdzy od lat nikt nie mieszkał, a mimo wszystko wewnątrz murów dało się czuć ciepłe powietrze. Mira jednym ruchem ręki rozpaliła wszystkie świece w budynku. Klimat jaki tym osiągnęła powaliłby na kolana innowierców. Twarz Peruna patrząca z obrazu sprawiała wrażenie, jakby miała zaraz ożyć. Grom zastygł w bezruchu.

– Wszystko w porządku? – zapytała Yona.

– Tak… Po prostu… Nie wiem co mam powiedzieć. To niby mój ojciec, lecz czemu mnie zostawił?

– Ech… Bogowie tacy już są. Widziałeś Derwena. Też jest boskim bękartem.

– Rozumiem – odpowiedział w głębokim zamyśleniu.

– Ciesz się, że nie jesteś w połowie wilkiem – zażartował Dragota.

– Nie śmieszne! – Mira ugasiła jego chęć do śmieszkowania. – Lepiej poszukaj potrzebnych ksiąg.

  Grom przysiadł na skalnej ławie i zaczął rozmyślać. O tym jak ciężkie miał życie. Ile razy próbował je jakoś unormować. I dlaczego moc się w nim nie objawiła. Popadł w zadumę tak głęboką, że zdawał się spać. Towarzysze zdecydowali się poczekać aż wstanie. Tymczasem burza przybierała na sile. Nieznośny huk wybudził bękarta. Piorun musiał uderzyć tuż obok świątyni.

– Już pora! – zawołał resztę.

  Przystąpili do rytuału podobnego do tego z jaskini. Znak Peruna wytyczony na ziemi, tym razem jednak usypany z drobnych kamieni na wprost ołtarza, znajdującego się tuż za strzelistym łukiem. Mira przystąpiła do modlitwy.

Świętość Twoja, Światło Nasze

Burza Pańska, Błyski Wasze

Wzywam na rozmowę Władco

Serce Świata, Niebios Zbawco

Niechaj zstąpi łaska Twoja

Wiernych krąg do Ciebie woła

Przybądź Wielki! Gromowładny

Twarzą w twarz porozmawiajmy

  Łuk przed ołtarzem zaczął iskrzyć i dymić. Błyski raziły po oczach wszystkich zebranych. Coś huknęło z siłą, jakby piorun uderzył już nie obok a w samą świątynię. Oślepieni przez chwilę dochodzili do siebie. Gdy wzrok Yony wrócił do normy dostrzegła ona przed ołtarzem nową postać. Wysokiego, sędziwego mężczyznę o gęstym, siwym zaroście. Dobrze zbudowanego i w bogato zdobionej szacie. Na skroniach opierała mu się złota korona wysadzana błyszczącymi kamieniami. Peleryna sprawiała wrażenie, że wyglądał niczym niebiański generał. W ręku dzierżył wielki, srebrzysty topór. Wyglądał niemal identycznie jak postać z malowideł.

– Kto mnie wezwał? – grubym, donośnym głosem spytał obecnych

– Ojcze… – jęknął Grom.

– Co!? Kto śmie nazywać mnie ojcem!? – Gromowładny uniósł głos.

– Ja! Twój syn! – w kłosie bękarta dokonała się przemiana. Mówił powoli i stanowczo, robiąc długie przerwy na oddech. – Rad jestem Cię widzieć. Pierwszy raz oko w oko jak sądzę.

– Kimżeś jest!? – Dłoń Peruna zacisnęła się na toporze.

– Już mówiłem. Twoim synem. Bękartem. Podobno mnie szukasz.

– Co!? To Ty? – Bóg ochłonął. – No tak… Te oczy, w których zaklęta jest burza.

– Co to ma znaczyć?

– Jak to? Nie odkryłeś swojej mocy? Jesteś zdolny do wywoływania burz, kiedy tylko zehcesz.

– Ale… Jak? – zszokowany mężczyzna nie mógł uwierzyć.

– Wystarczy chcieć… – starzec wyciągnął ku niemu dłoń. – Chodź. Wales na pewno już Cię wytropił.

– Dlaczego jestem taki ważny? Przecież wychodzi na to, że umiem tylko wywoływać burze. Jakie to ma znaczenie?

– Walesowi zależy tylko na Twojej krwii. Jeśli przeleje ją w odpowiednich okolicznościach zyska nieograniczoną potęgę. Wraz z Światowidem, Chorsem i Swarogiem nie będziemy w stanie go wtedy powstrzymać. Udzielił się w Tobie mój boski pierwiastek. Zasiądź ze mną na tronie, a nic nie będzie Ci grozić.

– Ja… – mężczyzna zawahał się. Spojrzał na towarzyszy. Dragota patrzył na Peruna z niedowierzaniem, Yona wtulała się w wuja, Mira zaś zachowując zdrowe zmysły uśmiechnęła się do Groma.

– Idź. Tam jest Twoje miejsce.- powiedziała z pożegnalną nutką w głosie.

  Grom odwrócił się do ojca i podał mu rękę. Łuk ponownie zaczął żarzyć się i błyskać. Huk towarzyszył temu tak jak poprzednio. Yona rozejrzała się po sali. Perun i Grom zniknęli. Zniknął również krąg usypany z kamieni. Długo pozostali w ciszy. Do rozmowy o tym co zaszło wrócili dopiero podczas schodzenia z góry. Dragota spłacił swój dług wobec władcy piorunów, więc mógł wrócić do życia z bratanicą. Dziewczyna żartowała, że nie wie czy dom jeszcze stoi, gdyż zostawiła Wita samego, a ma on dużą skłonność do wyprawiania hucznych zabaw.

  Yona dożyła późnej starości, nigdy więcej nie słysząc o niejakim Gromie. Myślała o nim jednak podczas każdej burzy, która nadciągała nad miasto. Doskonale wiedziała, że nie jest to dzieło przypadku. Znała przecież Syna Burzy.

 

…KONIEC?

Ziemia umarłych

Ziemia umarłych

„Ziemia umarłych”

Ireneusz M. Faber

 

1

Zaczęło padać i Hańczuk, który cały czas przewodził naszej grupie i nadawał tempo marszu, zarządził przerwę.

– Za tą skałą jest grota, w której zatrzymamy się na noc – powiedział. – Tam przeczekamy burzę.

To było trzeciego dnia poszukiwań i byliśmy wystarczająco zmęczeni, żeby zrzucić swoje graty gdziekolwiek, paść na ziemię i zasnąć. Młodszy z Ulryków, Janek, wyglądał jak żywy trup – twarz pozbawiona kolorów a cała postać przygięta do ziemi jak gałęzie drzew, ciężkie od deszczowych kropel. Byliśmy bandą lunatyków zagubioną w leśnych ostępach i tylko Hańczuk sprawiał wrażenie, jakby cała dotychczasowa marszruta była dla niego niczym więcej, jak poobiednim spacerkiem.

Grota nie była duża, ale wystarczająco szeroka żeby pomieścić całą naszą piątkę. Marzyłem o klepisku, kawałku szmaty do przykrycia się i długim śnie. Jeszcze nie wiedziałem, że tego wieczoru nie zmrużę oka ani przez chwilę.

Na szybko zorganizowaliśmy drewno i po chwili siedzieliśmy przy ognisku. Wyjęliśmy placki kukurydziane, suszoną wołowinę w cienkich plastrach a w blaszankach ustawiliśmy wodę. Wsypaliśmy po garści sosnowych igieł i czekaliśmy, aż się zagotuje. Paliliśmy, zmęczeni i jakby nieobecni, gapiliśmy się w iskry wzbijające się w górę i roztrzaskujące o wapienny strop. Było leniwie, ciepło i przytulnie (w tej chwili zapomniałem, po co łazimy po tych górach i zdzieramy stopy do krwawego. Zagubieni studenci interesowali mnie tak samo, jak zjedzona kolacja sprzed tygodnia). Hańczuk usadowił się przy wejściu, najbliżej ogniska, przykrywając swoje wychudzone ciało jakimś dziurawym pledem wygrzebanym z dna plecaka. Ulrykowie położyli się na końcu groty, Bończa po prawej, a ja w środku. Na ścianach i suficie tańczyły cienie i gdyby nie gryzący dym kłębiący się dookoła, pomyślałbym, że leżę w swoim łóżku. Od niechcenia powiedziałem w stronę Hańczuka:

– Witek, opowiedz dzieciakom jakąś bajkę na dobranoc.

Ulrykowie spiorunowali mnie wzrokiem. Już dawno przestali być brzdącami (starszemu, Łukaszowi, rzucił się nawet nieregularny wąs pod nosem); Janek miał czternaście, a Łukasz piętnaście lat a ich dzieciństwo skończyło się wtedy, kiedy zaczęli stawiać samodzielnie pierwsze kroki. Ich pełen wyrzutów wzrok rozbawił mnie, dlatego dodałem ugodowo:

– Opowiedz nam coś na dobranoc. Jakąś bajkę.

– Znam pewną historię, ale to się wydarzyło naprawdę.

– Kiedy?

– Dawno, zaraz po wojnie.

– Czy to kolejna z tych opowiastek, którymi się straszy wyrostki na dobranoc, panie Hańczuk? – spytał Bończa. – Bo jak tak, to daruj sobie pan, nikt tu nie ma smarków pod nosem, nas nie jest łatwo wystraszyć.

Hańczuk się chyba uśmiechnął lub tylko skrzywił, podciągnął na łokciach i usiadł, wziął kubek z herbatą i powiedział:

– Wystraszyć można i pacholę, i stare pudło, dzieciaku. Tyle, że ja nie uprawiam bajania, nie sprzedaję fantazji. Szkoda na to czasu.

Chciałem zaprotestować, powiedzieć, że mity, bajki i legendy są nam tak samo potrzebne, jak suche fakty i gazetowe wiadomości, ale nie miałem siły się sprzeczać. Zagadnąłem:

– No ale to znasz jakąś historię, czy tylko będziesz podniecał naszą ciekawość, jak jakaś bajarka-amatorka?

– Znam.

– No to opowiadaj, albo idziemy spać.

I zaczął mówić. Jego słowa splatały się z trzaskiem palonego drzewa, szumem wiatru i werblem kropel rozbijających się o nasze schronienie. W tej chwili mózg był projektorem, wyświetlającym bardzo realistyczny film. Przysięgam, że gdybym wyciągnął rękę przed siebie, byłbym w stanie dotknąć postacie, które opisywał Hańczuk. Chora jazda!  

 

2

Ciężarówki były stare, pomalowane zgniłozieloną farbą, z dziurawymi brezentami osłaniającymi paki i było ich pięć. Wjechały do wioski od strony szosy, dwie przecięły ją nierówną drogą i zatrzymały się na jej końcu, jedna zaparkowała w środku a dwie zatarasowały wjazd, stając w poprzek drogi. Z brudnych od piachu pak wyskoczyli żołnierze i mierząc z karabinów w drewniane chaty otoczyli wieś. Nikt im nie wyszedł na powitanie, wioska przypominała wymarłą. Tylko dymów z kominów nie dało się już ukryć.

– Wyłazić! – wrzasnął sierżant. – Wyciągnąć to ścierwo z nor i ustawić przede mną!

Teraz kaprale wrzasnęli na szeregowych i zaczął się kocioł. Nie było czasu na kurtuazję, nikt nie pukał, otwierano drzwi kopniakiem i wyrzucano wieśniaków na zewnątrz. Tam, przerzucani z rąk do rak, niczym worki z ziemniakami przy rekwizycji, lądujący w błocie, uderzani i owrzaskiwani z każdej strony, meldowali się przed obliczem sierżanta, który zmęczony staniem usiadł w szoferce i palił papierosa. Trzydzieści dwie osoby. Tyle liczyła osada.

– Wszyscy?

– Tak jest, obywatelu sierżancie! – kapral Florek miał taką nadzieję.

Tłusta twarz sierżanta, przypominająca pysk wściekłego buldoga, złagodniała, zszedł po stopniach na trawę i stanął przed zbitą gromadką wieśniaków. Uśmiechnął się i zapytał:

– Czy to już wszyscy?

Nikt nic nie odpowiedział. Ludzie nie patrzyli mu w oczy. Sierżant poprawił pas i zapytał ponownie, grożąc:

– Pytam, czy to już komplet?… Daję wam minutę na zastanowienie, następnie sam sprawdzę i jeżeli znajdę jakąś zgubę, zastrzelę a chałupę puszczę z dymem!

Znowu milczenie. Ludzie w tej wsi byli albo tak przerażeni, albo tak głupi, że nie zrozumieli słów sierżanta.

– Dobra. Florek i was trzech, za mną! Kapralu, pilnujcie ich, a wy chodźcie.

Sierżant Zaremba, chociaż miał potężnego kaca i czuł się sennym, należał do ludzi bardzo skrupulatnych. Rozkazy traktował tak, jak powinno się traktować rozkazy – z natychmiastowym skutkiem i bezwzględnie. Wraz z kapralem Florkiem i trzema żołnierzami zaczęli sprawdzać chałupy i zabudowania gospodarcze, powoli, metodycznie, metr po metrze, nie zapominając zajrzeć do wygódek i ich dołów. Jakieś dwa kwadranse później ciszę przerwał czyjś krzyk i płacz. Wydawało się, że wieśniacy drgnęli, jakby przez ich gromadę przeszedł prąd, ale wciąż nikt nie podniósł wzroku i nie otworzył ust.

Dziewczynka miała nie więcej jak dziesięć lat. Była niemożliwie brudna i jeszcze bardziej przerażona; twarz miała całą w błocie, z kącika ust spływała krew wymieszana ze śliną; jej włosy przypominały ptasie gniazdo; sukienka, czy raczej to co z niej zostało, była mokra, postrzępiona i rozerwana, ukazująca blade, chude nogi z poobdzieranymi do krwi kolanami; oczy suche od łez, niebieskie i wielkie od strachu. W pewnym momencie wygięła się, uwalniając z chwytu trzymającego ją za nadgarstek żołnierza i ugryzła go w dłoń. Ten syknął i stuknął dziewczynę otwartą dłonią w tył głowy. Zatoczyła się, ale nie upadła, wtedy kapral Florek wymierzył jej solidnego kopniaka wprost w podbrzusze. Dziewczyna zgięła się w pół, kucnęła i zwymiotowała. Sierżant Zaremba podszedł do niej, chwycił ją za włosy i poderwał do góry. Wisiała parę centymetrów nad ziemią, krzycząc, płacząc i wierzgając. Zaremba ryknął:

– Czyja?!

Wciąż cisza. Żadnego spojrzenia.

Puścił ją, upadła w kałuże, zwinęła się kłębek i cicho pojękiwała. Sierżant wyjął pistolet z kabury, przystawił do jej głowy i zapytał:

– Czyja?

Zmowa milczenia? Strach?

Zaremba odbezpieczył broń i naciągnął zamek.

– Czyja?

Tylko szum wiatru w koronach drzew i brzęczenie much. Zaremba ścignął język spustu.

– Czyja? – pusty trzask iglicy.

Spojrzał na broń, jakby pierwszy raz widział ją na oczy. Uśmiechnął się, chwilę grzebał przy pasku z ładownicą i wyjął magazynek. Lśniąca skorupa naboju świadczyła o tym, że magazynek jest pełny. Załadował go do pistoletu, przeładował, przyłożył lufę do głowy dziecka i spytał ponownie:

– Czyja?

– Sierota…

Ludzie poderwali głowy, jakby zamiast słowa padł huk wystrzału.

– Czyli niczyja – Zaremba strzelił.

 

3    

Najsolidniejszą z chat, zrobioną z grubych bali sosnowych impregnowanych żywicą, z dziurami pozapychanymi mchem i trawami, zaadaptowano na sztab. Meble, oprócz drewnianego stołu i kilku taboretów, wyrzucono na podwórko i spalono. Pod wieczór, z tego samego kierunku co o świcie, dojechało pięć wojskowych ciężarówek i dwa niemieckie Horchy ozdobione czerwonymi i białoczerwonymi flagami. Zaparkowały pod chałupą i wysiedli z niej oficerowie: major Łabuda i kapitan Zylberowicz z Ludowego Wojska Polskiego oraz czerwonoarmista, pułkownik Sorokin. Wśród polskich żołnierzy zapanował popłoch, nawet sierżant Zaremba stracił swój wigor i pewność siebie. W obecności NKWD nikt, nigdy i nigdzie nie mógł czuć się bezpiecznie.

Na stole postawiono naftowe lampy, baniak z mocno słodzoną kawą i rozłożono mapy. Zaremba rozkazał rozpalić w piecu i chciał się ulotnić do szoferki, gdzie było może mniej przytulnie, za to bezpieczniej, ale kapitan Zylberowicz nie dał mu wyjść:

– Raportujcie sierżancie jeszcze raz.

Zaremba streścił sytuację od zajęcia wioski do czasu przyjazdu oficerów. Pominął milczeniem rozstrzelanie „wroga ludu”, uważając, że jego gorliwość w obecnej sytuacji nie byłaby odpowiednio doceniona, a poza tym sądził, że władza ludowa ma poważniejsze problemy na głowie, niż dziesięcioletnie dywersantki. Zakończył swój raport tym, po co ścignięto całą kompanię:

– Miejscowi mówią o nim „Niewierny”, ponoć dlatego, że nie boi się ani naszych, ani samego Boga. Jego dewiza to: „Kto się diabła nie boi, ten nie potrzebuje Boga”.

– Tak? – czerwonoarmista mówił językiem, który Zaremba znał słabo, ale którego bał się bardziej od karabinowej lufy. – To kogo on się boi, towarzysze?

Odpowiedział major Łabuda, mową zza wschodniej granicy:

Nikogo. To odszczepieniec, zwykły bandyta który postradał rozum. Ponoć w 1940 Niemcy zbombardowali jego miasto i wtedy stracił prawie całą familię: rodziców, rodzeństwo, swoją żonę i dwójkę małych dzieci. Bomba rozerwała ich na strzępy. Osiem trupów. I zwariował.

No to rozumiem, że nienawidzi Niemców, ale czemu nas też?

Jego starszy brat został rozstrzelany jako kolaborant w sierpniu 1945 roku.

I tylko dlatego? – pułkownik był autentycznie zdziwiony. – Toż to drobiazg.

Czerwonoarmiści zgwałcili jego siostrę. Zrobili z niej lalkę do zabawy, towarzyszu pułkowniku.

No i co? Nie ją jedną. Przecież to nie zbrodnia spółkować z kobietą, nawet tak oporną, jak wasze polskie primadonny.

– Ona nie była primadonną, tylko córką nauczycieli.

Tak? Za ten sam fakt powinno się ją rozstrzelać, nie uważacie towarzyszu majorze?

Uważam.

No to skąd w nim ta zawziętość?

Kapitan Zylberowicz wtrącił się, mówiąc po polsku:

– Dla niego swastyka i gwiazda czerwona to to samo. Zresztą tak samo mówi o krzyżu!

Major Łabuda i pułkownik Sorokin spojrzeli na kapitana wyraźnie zaskoczeni. Łabuda stwierdził:

On przestał myśleć, zaczął generalizować, pułkowniku. Dla niego wszystko stało się kolorem czarnym, jest w ciągłej żałobie. On nie ma po co ani dla kogo żyć. To, co robi, jest samobójstwem rozciągniętym w czasie. Dlatego nie ustąpi, zginie, ale nie ustąpi.

Uparta swołocz.

– Niebezpieczna.

 

4

Wit Zalewski (pseudonim „Diabeł” vel „Niewierny”) miał 22 lata, gdy padła Warszawa; 23 gdy bomba zmiotła jego rodzinny dom z powierzchni ziemi; 24 gdy został postrzelony w trakcie leśnej potyczki i 25 gdy został aresztowany, pobity do nieprzytomności i wrzucony do więziennej celi.

Więzienie było Polskie, chociaż obstawiane przez Rosjan i Ukraińców. W więziennej celi, pełnej ludzi zmaltretowanych i pewnych swojej śmierci,  poznał księdza, Polaka, który powtarzał:

– Módl się, bo tylko w Bogu jest nadzieja. Tylko on nas może uratować.

Następnego dnia wyprowadzono księdza na dziedziniec i utopiono w wiadrze z odchodami. Wieczorem, ukraiński strażnik Fedir Oksetij, poczęstował Wita papierosem i powiedział czystą polszczyzną:

– Żegnaj się, Witia. Rozwalą cię za trzy dni.

Wit nie czuł nic. Był obojętny, bardziej spokojny, niż otępiały. Trzy dni i koniec męki. Trzy dni i wieczny spokój. Drugiego dnia był wolny.

To wydarzyło się w nocy. Stał w piwnicznym lochu, oświetlanym czterdziestowatową żarówką, brodząc po kolana w zimnej wodzie. Co pewien czas przesłuchujący go oficer nabierał do wiadra wody i powoli wylewał na głowę Zalewskiego, mówiąc:

– Gadaj, albo cię utopię.

Gdyby się wywrócił, zemdlał czy tylko przykucnął, już by nie żył; oficer wcisnąłby jego głowę pod wodę a on nie miałby sił się wyrwać. Oficer w mundurze khaki, z czerwonymi epoletami i czerwoną, małą gwiazdką na czapce ponownie napełnił wiadro i stanął za Zalewskim. Ten spiął się cały, czekając na kolejną falę zimna oblewającą jego ciało. Wtedy huknęło.

I drugi raz. I trzeci. Usłyszeli odgłosy strzelaniny.

Wit walnął oficera w podbródek. Ten rąbnął o kamienną ścianę i spłynął wzdłuż niej. „Diabeł” wziął wiadro, napełnił je wodą i roztrzaskał na fryzurze nieprzytomnego. Splunął na kawałki kości i mózgu wypływające z pękniętej czaszki. Warknął:

– Jeszcze Polska nie zginęła, póki wy giniecie. – Z kieszonki na piersi czerwonoarmisty wyjął paczkę papierosów i zapalniczkę, odpalił jednego, usiadł na biurku i czekał.

Wybuchło bardzo blisko. W wizjerze pojawiło się czyjeś oko, drzwi otworzyły się z impetem i do środka wpadło dwóch młodych ludzi, ubranych na czarno, mierząc w niego z karabinów. Na ramionach mieli białoczerwone opaski.

– Swój. – Powiedział spokojnie.

Schwycili go pod ramiona i wywlekli na zewnątrz. Wtedy stracił przytomność.

 

5

– Z leśnymi też nie było mu po drodze – major Łabuda ścignął łyk kawy zaprawionej wódką z glinianego kubka i ciągnął dalej. – Nie chciał wykonywać niczyich rozkazów. Uważał, że Londyn zdradził. Że Armia Krajowa zdradziła. Że Polska zginie, jeżeli nie przeciwstawi się zbrojnie Armii Czerwonej. Że to kolejny rozbiór Polski i nie ma mowy o żadnych układach.

Desperat.

– Fanatyk własnej idei, towarzyszu pułkowniku… Ci, co go oswobodzili, bandyci z NSZ-u, przepędzili Zalewskiego, bo się go bali. Paru poszło za nim, później przyłączyli się inni. Tak powstała jego grupa. Mówią na siebie „Niepokorni” lub „Niepodlegli”. Miejscowi nazywają ich „Diabłami”. Boją się ich wszyscy…

Kapitan Zylberowicz otworzył skórzaną aktówkę, wyjął arkusz papieru zapisany maszynową czcionką i podał go majorowi Łabudzie. Ten zaczął czytać:

– Październik 1943 roku: grupa Zalewskiego sieje wrogą propagandę w okolicznych wioskach. W Maciejówce wychłostali sołtysa za współpracę z Batalionem Chłopskim. Luty 1944: w Rudnej zastrzelili przewodniczącego KPP, Szlome Szachtara wraz z jego żoną i pięcioletnią córką. W czerwcu napadli na konwój wojskowy, raniąc sześciu czerwonoarmistów. Stracili wtedy ośmiu swoich… W październiku zaatakowali oddział AL kapitana „Sprawiedliwego”; zabili trzech żołnierzy, dowódcę straszliwie okaleczyli (na przykład ucięli mu uszy) i porzucili na pewną śmierć w górach. W listopadzie, z okazji faszystowskiego święta, wzniecili pożar w magazynie z wojskową bielizną. Zabili strażnika, drugiego ranili. W noc sylwestrową uderzyli na koszary w Rudnej. Zginęli tylko ludzie Zalewskiego. W lutym 1945 wysadzili most na Białej, sabotując tym dostawy dla walczącej Armii Radzieckiej. W marcu…  

Wystarczy, towarzysz! – Pułkownik Sorokin był wyraźnie znudzony. – Przyjechaliśmy wypalić tę zarazę, a nie się nią zachwycać. Chcę jego łeb na tym stole – palcem zastukał w blat. – Daję wam pięć dni. Nie zawiedziecie mnie, towarzysze?

– Nie zawiedziemy!

Wykonać rozkazy.

– Tak jest! – Wrzasnęli major Łabuda, kapitan Zylberowicz i sierżant Zaremba. Trzasnęli obcasami i wybiegli na zewnątrz.

– No i dobrze – pułkownik Sorokin nalał wódki do kubka i usiadł na taborecie. – Szkoda tak pięknego kraju… Ale trzeba zrobić porządek z tą zarazą. – Uśmiechnął się do swojego odbicia w szybie okna i opróżnił kubek.

 

6

Sierżant Zaremba stał przy jedynym ceglanym budynku we wsi, dużej oborze dla świń i wsłuchiwał się w jęki bitych i odgłosy uderzeń. Drewniany „bykowiec”, taki sam, jakich używali SS-mani w obozach koncentracyjnych, pracował z iście maszynową dokładnością – podejrzanego, czyli chłopa albo chłopkę wprowadzano do obory, rozbierano do naga, sznurkiem do snopków krępowano ręce i nogi, do pętli na nadgarstkach przyczepiano solidną linę przewieszoną przez belkę stropu i podciągano delikwenta (lub delikwentkę) do góry. Wtedy szeregowy Wątroba, chłop wielki jak dąb i durny jak baran, chwytał „bykowca” oburącz i walił dyndającego nieszczęśnika w siedzenie. Trzask i jęk bólu. Drugie uderzenie i zaraz po nim trzecie, tak że bity nie zdążył nawet drgnąć. Dopiero po takim przywitaniu włączał się porucznik Zacharski z Wywiadu Batalionu i zadawał pytania zgodnie z ankietą przesłuchania.

– Nie chcą nic śpiewać. – plutonowy Polewka stanął obok Zarembskiego i wcisnął papierosa między wargi. – Daj, Wojtuś, ognia – poprosił.

Zaremba podał mu pudełko zapałek.

– Nic nie wiedzą, czy nie chcą nic mówić?

– Wydaje mi się, że nie wiedzą nic. To ciemna swołocz, poza swoim poletkiem nie wiedzą, że istnieje inny świat. Oczywiście porucznik Zacharski może ich przycisnąć i wówczas okaże się, że Zalewskiego trzymają u siebie pod siennikiem, ale jaka z tego wartość wywiadowcza dla nas, kolego?

– Coś muszą wiedzieć, kurwa mać, przecież ten Zalewski nie jest duchem! Coś musi żreć, gdzieś się ubierać, mieć gdzie spać zimą, do cholery!

–  O duchach mówią chętnie, o nim nic.

Usłyszeli rechot a po chwili zobaczyli jego przyczynę – dwóch żołdaków ciągnęło za sobą młodą kobietę z powrozem założonym na szyję. Z tyłu, za kobietą, szedł kapral trzymający wyrywającego się podrostka na ramieniu i co chwilę kopał upadającą, zmuszając do szybszego kroku. Podbiegała, wywracała się i szarpnięta za powróz robiła kolejny podbieg. Kapral Łuczak, który trzymał wydzierającego się smarkacza, zobaczył sierżantów Zarembę (który był jego dowódca w plutonie) i Polewkę, podbiegł do nich i zameldował:

– Znaleźliśmy ją, jak łaziła po lesie. Kolaborantka, obywatelu sierżancie!

Teraz ciekawość Zaremby jakby wzięła górą nad zmęczeniem, dał rozkaz Łuczakowi („Zamknij tego smarkacza albo go zastrzel, ale ma przestać się drzeć!!!”) a sam wszedł do obory. Porucznik Zacharski siedział przy niedużym stoliku i coś notował w swoich papierach. Podniósł wzrok na Zarembę („Co jest, do cholery?!”), wtedy ten powiedział:

– Prowadzą ci zgrabną świnię, Lucjan.

Porucznik Zacharski spojrzał na zawieszonego na sznurze chłopa i rzucił od niechcenia do Wątroby:

– Zdejmijcie ścierwo, zaprowadźcie do swoich i rozwalcie mu łeb. I każcie im się jeszcze raz zastanowić, czy dalej chcą być tak uparci.

Kobietę wciągnięto do pomieszczenia i rzucono na stertę siana pod ceglaną ścianą. Zerwała się, ale wtedy jeden z trzech żołnierzy, którzy byli tutaj do krępowania przesłuchiwanych, strzelił ją w twarz pięścią. Krew bryznęła na podłogę a kobieta runęła w stóg siana. Żołdacy spojrzeli na porucznika Zacharskiego.

– Co jest, do cholery?! – wrzasnął. – Rozbierać swołocz i wieszać. Wątroba, wiesz co masz robić.

Gdy zaczęli ją rozbierać, ocknęła się i rzuciła z pazurami na najbliższego żołdaka. Paznokcie wbiły się w skórę policzków głęboko, wyrywając z gardła zaatakowanego zwierzęcy ryk. Spomiędzy zaciśniętych palców potoczyły się bruzdy tłustej, prawie czarnej krwi.

Wątroba chwycił ją za włosy i wyszarpał na środek pomieszczenia. Uderzył tylko raz, w pierś. Omdlałą skrępowano i podciągnięto na belce.

– A z nim co, obywatelu poruczniku? – kapral Łuczak stał w drzwiach trzymając w rękach milczącego ze strachu brzdąca. – Mam go kropnąć?

– Sam się kropnij, idioto! Dawaj go tutaj.

– Tak jest – Łuczak postawił dzieciaka przed porucznikiem i wybiegł na zewnątrz.

– Będziesz grzeczny?

Dzieciak pokiwał głową.

– To dobrze. To bardzo dobrze. Jak ci na imię?

– Nie mów nic! – Głos kobiety zabrzmiał jak syknięcie żmii.

– O, a więc nasza aktoreczka postanowiła się jednak zjawić na scenie. – Uśmiech Zacharskiego odsłonił jego żółte zęby. – No to zaczynamy spektakl… Wątroba!

Huknęło. Drugi raz. Za trzecim Wątroba chybił, bo zamiast huku w pomieszczeniu rozległ się mokry plask.

– Imię?

Cisza a po niej trzask „bykowca”.

– Imię?

Ta sama sytuacja. I tak kilka razy. W końcu Wątroba nie wytrzymał, kazał spuścić ją na ziemię, chwycił za szyję i zaczął obkładać otwartą dłonią. Bił z całej siły, dysząc przy tym ciężko, z oczami zakrwawionymi od wysiłku i wściekłości. Był gotowy zabić.

– Wystarczy! Wątroba, kurwa mać, bo każę was zastrzelić!

Szeregowy zwolnił uścisk, kopnął ją i poszedł w kąt skręcić machorkowego papierosa.

– Jesteś bardziej głupia niż uparta. – Zacharski staną nad nią i czubkiem swojego wypolerowanego buta zgarnął włosy z jej skroni. Ukazała mu się sinobrązowa, poprzecinana i krwawiąca skóra twarzy. Ciężko było w niej rozpoznać człowieka – wyglądała jak jakieś wyjątkowo parszywe zwierzę i porucznik Zacharski poczuł, jak wzbiera się w nim obrzydzenie. Splunął w tą krwawą miazgę i powiedział:

– Zobaczymy, jak będziesz śpiewała, gdy w obroty weźmiemy smarkacza.

Wtedy uniosła powieki. Patrzyła prosto w oczy porucznika, wzrokiem zimnym, pełnym nieskrywanej nienawiści. Spękanymi wargami powiedziała:

– Już wszyscy nie żyjecie. Należycie do niego.

Chwila ciszy i Zacharski eksplodował śmiechem. Dołączyli do niego Zaremba, Wątroba i trzech żołdaków. Zacharski tak się śmiał, że musiał usiąść przy stole, inaczej bał się, że wyląduje w świńskich i ludzkich odchodach.

– Dooooobre! – ryczał ze śmiechu. – Wyyyyyyborne! Nie żyjemy! Uuuu!…

Nagle spoważniał, wyprostował się w krześle i spojrzał w jej kierunku.

– To wy, wy wszyscy jesteście trupami, a ty pierwszym z nich. Ale zanim z tobą skończę, poczujesz, czym jest piekło i zapragniesz umrzeć, ale ja ci na to nie pozwolę. Zdechniesz, kiedy ja będę tego chciał, rozumiesz? Rozumiesz?!

Ceglane mury powtórzyły echem jego ostatnie słowo. Spojrzał na dziecko stojące grzecznie przy stole i powiedział cicho, prawie szeptem:

– Wątroba, bierz smarkacza na huśtawkę. Tylko go nie przetrąć od razu.

 

7

Pluton II sierżanta Zaremby siedział przed szopą, którą zaadaptowano na stołówkę. Wstawiono do niej dwie kuchnie polowe i wydano obiadokolację: gotowane ziemniaki, kapustę i kawałek tłustego, nieznanego pochodzenia mięsa, do tego pajdę chleba z plastrem żółtego, cuchnącego sera i kawę zbożową do oporu. Siedzieli na ziemi i jedli. Niektórzy odłożyli menażki, skręcili papierosy i palili. Szeregowy Oleś oparł się o deski szopy, naciągnął czapkę na oczy i po chwili zaczął cicho chrapać. Ta ostatnia noc lipca był wystarczająco ciepła, żeby spędzić ją na dworze. Zresztą, dla szeregowych żołnierzy wybór był prosty – paka albo gleba. Innej opcji nie było.

Trzech szwei z tego samego plutonu siedziało trochę dalej, grzejąc się przy niedużym ognisku i opiekając chleb nad ogniem. Dwóch braci, Marcel i Jakub Madej oraz starszy szeregowy Zygmunt Waluś. Mówili szeptem, bojąc się, żeby nikt nie podsłuchaj ich rozmowy.

– To jakieś szaleństwo, Zygmunt. Wszyscy powariowali.

– Spokojnie, Marcel, wykonujmy tylko rozkazy a wszystko będzie w porządku. Jeszcze parę dni i znajdziemy się w jednostce, wyśpimy i zapomnimy o wszystkim.

– Jak? Jak mam o tym zapomnieć?

– Nie wiem, ale będziemy musieli się postarać.

Cała trójka miała po osiemnaście lat i była to ich pierwsza akcja pacyfikacyjna. Czuli strach, taki paraliżujący i wywołujący ból brzucha, ale nic nie potrafili z nim zrobić. Została im tylko rozmowa, która nie koiła nerwów. Wręcz odwrotnie.

– Ta chłopka, której Wątroba zakatował dzieciaka, to nie była żadna kolaborantka ani faszystka, Zygmunt. To zwykła zielarka, może stuknięta, ale żadne dla nas zagrożenie. Wieśniacy gadali, że mieszka w lesie i czasami schodzi do wioski, leczyć ludzi i bydło, czasami pomagać przy porodzie.

– Dola.

– Co?

– Nie co, tylko kto. To Dola albo Rodzanica. Opiekunka ogniska domowego i kobiet rodzących.

– Anioł stróż? – zapytał Jakub.

– Coś takiego. To dobra majka, czyli dusza opiekuńcza. Tak przed Chrystusem nazywano duchy domowe.

– Ale ona nie była duchem! Krwawiła tak jak my i umarła tak jak my umrzemy, Zygmunt!

– Ciiiszej… – Jakub trącił Marcela w ramię i ten ściszył głos.

– A dzieciak, kim był dzieciak? Diabłem, że go Wątroba musiał zabić? Ludzie ze wsi gadali, że mąż tej zielarki zginął w trakcie wojny, a ona poszła w las ze strachu, woląc głodować, ale nie spotykać ludzi na swojej drodze. I miała rację, bo gdy wychyliła się ze swojej dziupli, trafiła w łapy Zacharskiego i jego bydlaków! I po niej!

– Ciiiszej…

– Wątroba powiedział, że gdy skończył „oprawiać smarkacza” wiedźma rzuciła na nas klątwę! Ponoć powiedziała, że oddychamy, ale już jesteśmy martwi. Że zajmie się nami…

„Diabeł”? Zalewski? Marcel, on nie ma z nami szans, nawet jakby był samym diabłem. Na wschodzie postawili IV Kompanię Wartowniczą majora Kaszuby, na południu są chłopaki kapitana Ostoi a na północy II Kompania Wsparcia i jeden pluton zmechanizowanych. Jeżeli namierzymy Zalewskiego, major Łabuda spuści ze smyczy wszystkie siły i zrównamy te góry na płask, żaden z grupy „Niewiernego” nie wyjdzie z tego cało. Przecież nie będziemy z nimi walczyć, musimy ich tylko znaleźć.

– A jeżeli to oni znajdą nas? – Zapytał Jakub.

– Wtedy rzygniemy w ich stronę ogniem i będzie po akcji. Ich jest może piętnaście osób, nas ponad setka. Oni mają Mosiny, my pepesze. Ich filipinki są pewnie niesprawne albo zaczną wybuchać im w rękach… Chłopaki, oni nie mają z nami żadnych szans!

– A jeżeli ta wiedźma nie kłamała i rzeczywiście nie Zalewskiego należy się bać, ale czegoś o wiele groźniejszego? Jeżeli naprawdę nas przeklęła?

– Jakub. – Zygmunt podszedł do Madeja i kucnął przed nim. – To są pogańskie wierzenia, bajki dla ciemnego ludu. Zmów kilka razy „Ojcze nasz”, pomódl się do Matki Boskiej i jej zaufaj, a wszystko skończy się pomyślnie.

Starszy szeregowy Zygmunt Waluś nie mógł mylić się bardziej. Ale o tym nie wiedział, dlatego mógł zasnąć, chociaż był to sen nerwowy i krótki.

 

8

Akcji nadano kryptonim „Przewietrzenie”. W raporcie major Łabuda wpisał datę rozpoczęcia działań na  godzinę 5 rano, 1 sierpnia 1946 roku. Podoficerom wydano mapy sztabowe, kaprale sprawdzili wyposażenie szeregowych, kucharze porozdawali suchary i wyprowadzono wojsko ze wsi.

Były to ostatnie chwile, kiedy widziano pluton sierżanta Zaremby. Gdy trzy dni później wszystkie pododdziały zjawiły się we wsi Maciejówka, gdzie zarządzono punkt zborny, pluton się nie pojawił. Odczekano dobę, a gdy wciąż nie było ich widać zawrócono wojsko i wzmocnioną siłą przeczesano szlak wyznaczony dla Zaremby. Gdzieś w połowie drogi, przy skale zaznaczonej na mapie jako Góra Głupców, trafiono na liczne ślady krwi i karabinowe oraz pistoletowe łuski. Nigdzie jednak nie było ciał.

Góra wśród miejscowych nosiła nazwę Krainy Umarłych.

 

9

Kapral Florek odczytywał nazwiska, po każdym słysząc upragnione: „Jestem!”:

– Szeregowy Antczak… Szeregowy Czop… Szeregowy Flis…  Szeregowy Gracz… Szeregowy Gruza… Szeregowy Iwan… Szeregowy Madej… I drugi Madej… Szeregowy Oleś… Szeregowy Waluś… Kapral Zając Obywatelu sierżancie, melduję drużyny gotowe do akcji. Stan dwunastu, wszyscy obecni.

Podobną scenę powtórzyli starszy kapral Zawisza i kapral Łuczak. Łącznie pluton II sierżanta Zaremby liczył (wraz z nim) dwudziestu pięciu żołnierzy.  

Sierżant Zaremba nie miał zamiaru strzępić języka na jakieś wzniosłe mowy, rozkazał jedynie: „Macie im dopierdolić” i kazał zarządzić wymarsz. Szedł środkiem, z drużyną pierwszą i drugą, ustawiając na flankach drużyny trzecią i czwartą. Środkiem szło trzynastu żołnierzy (każda z dwóch drużyn składała się z dowódcy, jego zastępcy i czterech żołdaków) zaś po bokach dwie drużyny po sześciu żołnierzy. Po paru krokach weszli w las.

Zaremba szedł na końcu, zamykając pochód. Zawołał kaprala Zająca do siebie i powiedział:

– Olek, ty znasz góry, pójdziesz przodem.

– Obywatelu sierżancie, przecież góra górze nie podobna. Ja nie znam terenu.

– Kurwa mać, Zając, do cholery, pochodzicie z Zakopanego, nie? Jesteście, kurwa, góralem! Góry macie we krwi. Przodem!

– Ale…

– Jeszcze słowo a palnę wam w łeb, kapralu. Nie żartuję.

Szli wydeptaną ścieżką, okalaną krzakami paproci, wspinającą się ostro pod górę, by po paru metrach droga się wyrównała i łagodnie zaczęła schodzić wzdłuż zbocza. Wokoło mieli bór jodłowy, który raczył ich zapachami żywic, na które nie zwracali uwagi. Co pewien czas na ścieżce wyrastał głaz lub korzeń drzewa, które obchodzili, natrafili też na strumień, przy którym zarządzono krótką przerwę.

Dzień był ciepły, do godziny ósmej znad mchów i nielicznych traw unosiła się mgiełka, która ustąpiła miejsca przebijającym się przez korony drzew promieniom słońca. Igły pod ich podeszwami tłumiły kroki, szło się spokojnie, bez gwałtownych podejść czy nieprzewidzianych przez sztabowe mapy urwisk.

Napięcie, które towarzyszyło im od momentu wejścia w bór ustąpiło miejsca znużeniu, w końcu zmęczeniu, gdy przez kilka godzin szli w monotonnym krajobrazie, wytężając do granic możliwości wszystkie zmysły. Około godziny siedemnastej sierżant Zaremba zarządził koniec marszu i rozbicie obozowiska.

Kaprale wystawili warty, zrzucili swoje plecaki i położyli się na miękkiej ziemi. Reszta wojska poszła za ich przykładem. Chwilę później wydawało się, że żołnierze śpią – słychać było tylko świsty wydychanego powietrza a od czasu do czasu pacnięcie ręką, gdy ktoś odganiał natrętnego komara. Byłoby sielsko, gdyby nie tak strasznie.

Pozostała jeszcze godzina do zmierzchu, gdy usłyszeli trzask łamanych gałęzi. Zerwali się gwałtownie, każdy łapiąc swój karabin i rzucili  do drzew, kładąc na ziemi możliwie najbardziej płasko. Kolejny trzask dobiegł ich z północnego wschodu, trochę poniżej szlaku, którym szli. Dźwięk był odległy ale wyraźny. Wydawało się, że idą na wprost nich.

– Zając, dawaj Czopa i Iwana i idźcie sprawdzić, co tam lezie.

Kapral Zając spojrzał na Zarembę z wyrzutem, ale nic nie powiedział, kiwnął tylko na szeregowych Iwana i Czopa, coś powiedział, pchnął przed siebie i zaczęli schodzić w kierunku dobiegających trzasków. Wszyscy śledzili ich wzrokiem, spodziewając się eksplozji i karabinowych serii. Tylko Oleś i Zygmunt Waluś wydawali się zupełnie obojętni – Oleś leżał z brodą podpartą na ramionach, jakby podglądał parę kochanków, zaś Waluś odczołgał się od drzewa i ruszył w przeciwnym kierunku, niczym dezerter.

– Dokąd?! – Zaremba był czerwony na pysku i nerwowo łapał powietrzę. – Rozwalę…

– Obywatelu Sierżancie… – Waluś przykucnął nad sierżantem i zaczął szeptać do niego. – Jeżeli to rzeczywiście są bandyci, to nie sądzę, żeby szykowali atak od tamtej strony. Za bardzo hałasują.

– Weź Madei i filujcie z drugiej strony. Jak mi spieprzycie, to was dopadnę i powywieszam za jajca, zrozumiano?

Waluś nic nie odpowiedział, krótkimi skokami dopadł Madei i odczołgując się (żaden z nich nie chciał wyżej poderwać tyłka) zajęli pozycje po drugiej stronie obozowiska.

– Barany…

Ktoś krzyczał z dołu. To był głos Iwana.

– Barany, obywatelu sierżancie! Idą na was barany!

Dwadzieścia metrów na prawo od miejsca w którym leżał szeregowy Gruza, krzaki dzikiego bzu zaczęły się trząść i po chwili wyszło zza nich stado muflonów. Najpierw samiec, z potężnymi rogami zawiniętymi do tyłu, o białym pysku, z czarną plamą pomiędzy oczami. Sierść miał rudo-brązową, z białą łatą na grzbiecie okalaną czarnym pasem. Jego spiczaste, wąskie uszy, poruszały się energicznie, ale zwierzę nie wydawało się wystraszone. Popatrzył na leżącego Gruzę i ruszył przed siebie. Wtedy zza głazów i krzaków pojawiła się reszta stada, samice, jagnięta, kilka podrostków. Przeszły koło rozpłaszczonych na ziemi żołnierzy, jakby byli typowym element leśnego runa, zupełnie obojętne na ludzki fetor. Kapral Florek chwycił karabin i skierował lufę w stronę przywódcy stada. Poczuł skurcz w żołądku, jakby jelita doznały nagłego parcia. W jednej sekundzie włosy stanęły mu dęba a ciepła rosa potu spłynęła po czole szczypiąc w oczy. Muflon stał dziesięć kroków od niego i patrzył na Florka ludzkim wzrokiem.   

– Strzel, a od razu sam sobie palnij w łeb… – usłyszał za sobą szept Zaremby.

Zwierzę stało w miejscu, lustrując facjatę Florka, leniwie przeżuwając liść jaworu. Patrzyli sobie w oczy i kapral Florek mógłby przysiąc na wszystkie świętości, że był to ludzki wzrok, nie spojrzenie głupiego bydlęcia. W przeciwieństwie do pozostałych zwierząt, źrenice nie były poprzeczne, tylko zwyczajnie okrągłe. Żuł liść, tak jak się żuje tytoń i patrzył na Florka z pogardą. Stał tak przez chwilę i w końcu ruszył dalej przewodząc za sobą wełnianej procesji.

– Barany, sierżancie, to były barany. – Szeregowy Iwan, który zdążył się już wdrapać na zbocze, wydawał się ubawiony całą sytuacją.

– Stulcie pysk, szeregowy! – uciszył go Florek. – Może jeszcze wystrzelicie petardę, żeby wszyscy w okolicy wiedzieli, gdzie nas szukać?!

– Ale…

– Zamknąć się, ale już!

Pół godziny później zmieniono warty i gdy zmęczony Antczak podszedł do swojego plecaka, naskoczył na niego Florek:

– Dlaczego, szeregowy, nie ostrzegliście, że idą na nas barany?!

– Sam jesteś baran. To były muflony.

– Macie nas ostrzegać przed każdym niebezpieczeństwem! – Czerwona twarz Florka znalazła się tuż przy buzi Antczaka, aż drobinki śliny opluły jego twarz. Antczak odsunął się o krok, wytarł usta rękawem munduru i spytał:

– A co ci groziło, Florek, że się tak obsrywasz?

Florek chciał uderzyć Antczaka, ale się bał. Antczak był wyższy i zdecydowanie cięższy. To nie była dziesięciolatka, którą można było bezkarnie kopnąć.

– Jak wyjdziemy z tego lasu cali, Antczak, to masz na kompanii przejebane!

– Ty z niego na pewno nie wyjdziesz.

Florek spojrzał okrągłymi oczami na Zarembę ale ten tylko wzruszył ramionami, łyżką wygrzebał kawałek mielonki z puszki, przełknął, beknął i zwalił się na ziemię odwracając grubym zadem do kaprala.

Antczak stał na szeroko rozstawionych nogach, czekając na kolejną falę wściekłości Florka, ale się nie doczekał.

– Ściemnia się – powiedział któryś z żołnierzy. – Za chwilę będzie tu ciemno jak w grobie.

Chwilę później ktoś wyłączył światło. Wylano wiadro smoły i zapanowała głucha noc.

 

10

Noc była spokojna, wypełniona jedynie brzęczeniem owadów i odgłosami przemykających gryzoni. O czwartej rano odebrano sygnał od plutonu łączności (przemieszczał się 500 metrów na północ, równolegle do plutonu II Zaremby), zdjęto warty i ruszono w dalszą drogę. Przodem, na rozpoznaniu, szła dwójka szeregowych (taka sama dwójka zabezpieczała tyły), reszta żołnierzy leniwym krokiem przesuwała się dalej. Była mgła, ale wystarczająco rzadka, żeby nie budzić niepokojów.

Mijali coraz więcej porozrzucanych głazów; niewiele wyższe od człowieka i wielkie jak kamienice. Szli wątłą ścieżką, której nie było na mapach, klucząc między drzewami i krzakami jeżyn. Wciąż byli czujni.

Około godziny dziewiątej minęli szeroki, płytki strumień i weszli między skalne bloki. Teraz wapienne bryły były gigantyczne, pełne ostrych krawędzi i mokre od mgły, która niczym wilgotna gaza lepiła się do wszystkich i wszystkiego. Było zimno, mokro i zupełnie cicho. Żadnych owadów, ptaków czy uciekających spod nóg ryjówek.

Przeszli obok spalonego kikuta sosny i weszli na niewielką polanę. Na jej środku znajdował się duży okrąg zrobiony z nierównych otoczaków,  porośniętych z jednej strony mchem i na wpół zapadniętych w miękkiej ziemi. Stanęli nad nim i gapili na ubitą ziemię, niczym w oko studni.

– Palenisko.

– Widzimy, szeregowy, że to, kurwa, nie stodoła! – Zarembę bolał grzbiet i był w podłym humorze.

– Nie używane od lat – szeregowy Waluś wziął w dłoń garść czarnej ziemi i przesypał ją przez palce. – Deszcze zmyły sadzę z kamieni

Kapral Florek popatrzył na kompas i wskazał ręką kierunek.

– Czyli wciąż pod górę.

W linii prostej nie było możliwości iść. Drogę tarasował skalny głaz o płaskich bokach. Bez specjalistycznego sprzętu i odpowiednich umiejętności nie było możliwości sforsowania przeszkody.

W skale była szczelina, wystarczająco szeroka, żeby w nią wejść.

– Idealne miejsce na zasadzkę.

– Obejście zajmie nam pół dnia. Tędy powinno być szybciej…

– Gdzie się spieszysz, Łukaszu? Do grobu?

Nad wejściem dyndała pajęczyna, ze smacznie obżartym owadem w środku. Korytarz był nieregularny, często wąski, ale miejscami rozpychający się tak, że dwóch ludzi mogło spokojnie iść obok siebie. Droga wciąż wspinała się w kierunku szczytu. Gdy zadarli głowy, nie zobaczyli nieba – szczelina albo zwężała się ku górze, albo szła pod kątem. Od czasu do czasu wiał lekki, ciepły wiatr, o nieprzyjemnym zapachu gnijącej ziemi. Po dziesięciu minutach marszu droga skręciła gwałtownie w lewo i rozwidliła się. Skręcili w prawo – sprawiała wrażenie, jakby schodziła w dół. Po kilku krokach znowu się rozwidliła i ponownie skręcili w prawo. Po krótkim marszu korytarz się skończył.

Wyszli na małe poletko okalane skalnymi ścianami. To, co zobaczyli, spowodowało, że stanęli jak wryci.

Plac był nieduży, niewiele większy od hangaru, w jakim parkowano ciężarówkę. Miał około sześciu metrów szerokości i ośmiu długości; w rogach stały masywne, równo ciosane donice, zakończone płaskim żłobieniem każda. Ale nie to spowodowało, że ich oczy zrobiły się okrągłe a usta rozdziawiły z wrażenia – tym był ogromny, wykuty w skale  symbol: równoramienny krzyż, zakończony z każdej strony czymś, co przypominało grabie lub koguci grzebień. Pomiędzy każdym ramieniem znajdował się okrąg wielkości sporej tacy – całość miała około ośmiu metrów długości i szerokości. Ryt był stary – krawędzie żłobień były niewyraźne, zatarte przez deszcze i bijące o ścianę wiatry.

Pod symbolem znajdowała się mała, drewniana platforma, mocno skorodowana przez przyrodę. Z jej prawej krawędzi wychodziły schody, wciskające się w skalny ustęp powyżej. Platforma i schody wyglądały jak zapomniane molo, które za chwilę wchłonie morze. Zaremba wskazał ręką na schody i rzucił do Florka:

– Sprawdzić!

Kapral wybrał trójkę żołnierzy, wciąż odrętwiałych z zaskoczenia i ruszyli w stronę platformy. Pierwszy wszedł szeregowy Oleś (był najmniejszy i najchudszy), zrobił parę kroków, podskoczył i dał znak, że wytrzyma. Tak samo sprawdził schody (okazało się, że wzdłuż nich puszczony jest pordzewiały ale solidny łańcuch, przytwierdzany do ściany klinami) i zaczęli powoli się wspinać.

W tym czasie pozostali rozeszli się po placu. Szybko przekonali się, że to górskie „patio” ma więcej symboli niż tylko gigant na skale – wszędzie wyryto znaki, niezrozumiałych kształtów i porządków, jedne składające się z samych linii, inne pozaokrąglane, duże i małe. Przy jednym Gruza wrzasnął falsetem:

– Panie sierżancie!

– Obywatelu, kurwa twoja mać!… Co jest, Gruza, zobaczyliście ducha?! – Stanął obok szeregowego i poczuł, jak uginają się pod nim nogi.

Przed nimi wyryta była swastyka rozmiarów dorosłego człowieka.

 

11

Brakowało kilku stopni, a i te, które nie zbutwiały i nie rozpadły się na drzazgi, wyginały się groźnie, trzeszcząc pod ich ciężarem, ale uparcie parli w górę. Od wyjścia ze szczeliny mieli znowu niebo nad głowami, ale teraz chcieli wejść na ten cholerny szczyt i zobaczyć, dokąd doszli. To dodawało im sił, chociaż nie rozpraszało niepokoju, który zamieszkał w ich sercach odkąd zobaczyli skalny krzyż. Wysiłek jednak nie pozwał myśleć o niczym innym, tylko o tym, że każda góra ma swój szczyt i ta nie może być wyjątkiem!

Piętnaście metrów wyżej drabina się kończyła i weszli w kolejną szczelinę. Była na tyle wąska, że bali się utknąć, ale jakoś udało im się przejść. I wtedy wyszli na szczyt.

W jednej chwili znaleźli się w kabinie samolotu – byli ponad morzem mgły rozciągającym się po okolicy. Gdzieniegdzie, niczym pale falochronów, kiwały się czubki sosen, a tak tylko rozlane mleko płynące tłustym nurtem w stronę zachodu słońca. Nad głowami mieli chmury i poniżej  też, byli jakby zawieszeni pomiędzy nimi – Flis pomyślał, że są latarnikami na jakiejś zapomnianej przez Boga wyspie i że przyszło im czekać na sztorm, który niechybnie zmiecie ich w morskie fale, ku zatraceniu. Byli na szczycie. I nie byli sami.

Przy krawędzi szczytu stał muflon o ludzkich źrenicach. Patrzył na nich obojętnie, skubiąc kępki pożółkłej trawy. Jego sierść poruszała się nieznacznie w rytm podmuchów wiatru. Spojrzał na każdego z nich i ruszył w kierunku linii szczytu. Po chwili znikł im z widoku.

Zapalili po papierosie. Chwilę siedzieli sapiąc ze zmęczenia i osłupiali patrzyli na okrywającą się mrokiem okolicę.

– Kapralu, tam musi być jakieś zejście. Tam gdzie poszedł ten zwierz.

– Musimy wracać, zaczyna się ściemniać. Antczak, rzuć no tam okiem i zaraz wracaj, będziemy złazić.

Wziął tylko karabin i poszedł za muflonem. Serce podskoczyło mu do gardła a strach usadził go na ziemię. Siedział nad urwiskiem znikającym gdzieś daleko w dole. „On tędy nie mógł zejść – pomyślał. – Zabiłby się. Nie mógł…”.

 

12

– To nie jest to, o czym sierżant myśli. – Szeregowy Waluś stanął obok Zaremby. Miał w ręku suchara i wyglądał jak turysta zwiedzający muzealną komnatę. Zastukał sucharem w swastykę i powiedział – To nie ma nic wspólnego z nazistami. Jest o wiele starsze od nich.

Wzrok Zaremby był znakiem zapytania, dlatego Waluś mówił dalej:

– To jest znak słońca… symbol używany na tych ziemiach przed ich chrystianizacją… Zresztą nie tylko u nas, Hindusi też mają swastykę. I są jej różne warianty – prawoskrętne, lewo, równoramienne i okrągłe… Do wyboru do koloru, obywatelu sierżancie… Ta tutaj, patrząc po stopniu jej zwapnienia, musiała powstać bardzo dawno temu. Myślę, że duchów Thule-Gesellschaft nie musimy się obawiać…

– A kogo? – Głos Zaremby przypominał warczenie psa.

– Duchów wojów, naszych przodków. A mówiąc dokładnie, nawii, pogańskich dusz.

– Skąd to wiesz? – Zaremba odwrócił w jego stronę czerwoną gębę. – Skąd, szczeniaku, taka mądrość w tobie?!

– Może z tego, że mam maturę, a może dlatego, że używałem książek nie tylko do podcierania, czy palenia nimi w piecu.

Ugryzł suchara, popatrzył na swastykę, zasalutował ogryzkiem do orzełka bez korony i poszedł w stronę platformy. W połowie drogi zatrzymał się i powiedział do Zaremby:

– Sierżant może w Boga nie wierzyć i go nie szanować, to sierżanta wybór. Ale tutaj, na tej ziemi sprawa jest dużo poważniejsza, bo nie mamy do czynienia z jednym, a wieloma bogami. Tutaj rządzi wiara pogan.

Zaremba czuł na przemian ciepło i zimno, i to nie ze strachu. Wiedział, że za chwilę eksploduje. Ruszył w stronę Walusia. Chwycił go za klapy munduru i podniósł do góry:

– Coś ty gnoju powiedział?! – syknął. – Od tych książkowych mądrości we łbie ci się popierdoliło! Mnie, gnoju jeden, mnie chcesz straszyć?! – Pchnął go z całej siły o skałę i ryknął – Z takimi jak ty…! Do was się, kurwy, powinno strzelać! – Mówiąc to zaczął się szarpać z kaburą pistoletu. Wtedy doskoczył do niego kapral Zając, krzycząc:

– Obywatelu sierżancie, nie teraz! Nie teraz! Zastrzeli obywatel gnoja i będziemy mieli jeden karabin mniej! Później się sierżant z nim policzy!…

Zaremba stał na szeroko rozstawionych nogach, dysząc jak po sprincie. Bańki piany wyskoczyły mu na wargach, cały wyglądał jak rozpędzona lokomotywa pozbawiona maszynisty.

– Szaleństwo … – Młodszy Madej szepnął do brata. – Szaleństwo… Pozabijamy się sami.

Wciąż nie spuszczając Walusia z oczu, Zaremba wychrypiał:

– Uważaj, szeregowy, uważaj… Miej oczy wkoło głowy.

 

13

Drużyny III i IV zostały przed skalną szczeliną, oczekując na sygnał od sierżanta Zaremby. Czekali cały dzień, aż zrobiło się szaro a po chwili zupełnie ciemno. Mgła zgęstniała. Nie palili ogniska, nie wystawili wart, czekali i marzli.

– Pewnie się zgubili… – powiedział kapral Zawisza nie wiadomo do kogo.

– Albo Zaremba zaklinował dupą przejście i nijak zawrócić a tam skalne osypisko… – Dodał szeregowy Siejka.

Zarechotali.

– Lub są martwi – Zawisza bał się tej myśli, ale musiał ją wyartykułować.

– Wy jesteście martwi! – Ten głos nie należał do  żadnego z nich. Drgnęli i w tym momencie ścianę mgły rozerwała seria błysków i huk karabinów. Siejka zdążył tylko krzyknąć „Nie!” i padł trafiony w serce.

„Niepokorni” stali nad ciałami zabitych patrząc na ściekającą krew. Zalewski wyjął pistolet i strzelił dla pewności każdemu w łeb.

– Zabrać ścierwa i wrzucić do jaskini.

– A ślady krwi? Została krew, panie poruczniku.

– To dar dla Welesa.

 

14

– Z góry nic nam nie grozi – kapral Florek meldował sierżantowi. – Dookoła urwiska, orzeł by nie podleciał. Myślę, że powinniśmy tutaj zostać. W tych skalnych wykrotach jeden dobrze uzbrojony człowiek może powstrzymać armię, a robi się ciemno i…

– Kurwa, żołnierzu! Wy nie jesteście od myślenia… Wystawcie warty. Zostajemy.

W koło siebie mieli skalne blokowisko, pod nogami równy, pozbawiony kamieni grunt i niebo nad głowami. Sama myśl, że mieliby po ciemku leźć oślizgłą, ciemną szparą napawała ich obrzydzeniem i strachem. Dlatego gdy kapral Florek rozkazał rozbić obóz, poczuli ulgę.

Przy szczelinach wystawiono trzech wartowników, pozostałym rozkazano spać. Położyli się jeden przy drugim, ciasno, żeby nie tracić ciepła. Kapral Zając usiadł na jednej z donic, gestem ręki przywołał Florka i poczęstował go papierosem. Palili, patrząc na zasypiających żołnierzy.

– W tym świetle wyglądają jak trupy.

Talerz księżyca świecił pełną mocą wypełniając legowisko zimnym światłem. Było jasno, tak, że można było spokojnie czytać lub przyszywać guziki. I robiło się coraz jaśniej!

 

15

Pierwszy światło zobaczył Gruza, warujący przy zachodniej szczelinie. Najpierw wydawało mu się, że zmęczenie płata figle i ma muszki przed oczami, ale po chwili był pewny, że ktoś idzie korytarzem i przyświeca drogę.

Zaraz po nim, takie samo światło zobaczył Czop.

I Flis.

– Ktoś idzie…

W tym momencie donice, rozstawione w rogach placu, ożyły i błysnęły bladofioletowym  światłem. To był kolor, jakby ktoś odkręcił kurki z gazem i podstawił pod nie zapaloną zapałkę. Gruza wrzasnął:

– Atakują nas!

Zerwali się jak stado spłoszonych wróbli. Przez moment panował chaos a po chwili trwoga ścisnęła ich za gardła – ściana, na której wyryty był wielki znak zaczęła się trząść i skrzyć, jakby w jej wnętrzu drzemał olbrzymi transformator budzący się do życia. Cztery okręgi na widlastym krzyżu zaczęły świecić intensywnym światłem, po chwili w żłobieniach symbolu też błysnęło i cały znak stanął w ogniu. Żołnierze wrzeszczeli, przepychali się jeden przez drugiego, a tymczasem ogień stawał się coraz jaśniejszy, niczym podpalona magnezja. Tyle, że ten ogień nie dawał ciepła – oślepiał, wydawało się, że zaraz wypali wzrok, ale nie dawał ciepła. Skała nie płonęła, ona się otwierała.

Światła w korytarzach były już bardzo blisko. Migotały, niczym żagwie, tyle że nie świeciły na żółto, a tym samym, zimnym kolorem palonego gazu. Pierwszy nie wytrzymał Madej i walnął w trzewia góry. Dołączyli się inni, tylko iskry latały z odbijających się od skalnych ścian pocisków. Walili aż do wyczerpania magazynków, przeładowywali i znowu cisnęli na spust.

To, co szło na nich, to nie byli ludzie. Owszem, wyglądali jak ludzie – można było rozpoznać sylwetkę, dostrzec zarysy głów, rąk czy nóg, ale to nie byli ludzie! To były widma, podobne do ludzi ezoteryczne zwidy, niczym ruszane wiatrem płomienie. Bił od nich chłód lodowej góry, byli żywymi cieniami, zupełnie niewzruszone na walącą w nie kanonadę. Zbliżały się powoli, tak, że można było ujrzeć ich upiornie blade, pozbawione życia twarze. Przez płomienie karabinowych luf widzieli te zbliżające się postacie, jakby ubrane w ludowe stroje, czasami z tarczą i złamanym mieczem w kościstych dłoniach; złachmanione, o przeraźliwie chudych ciałach, na których dźwigali postrzępione kolczugi, dziurawe hełmy, napierśniki pełne szpar, przez które wystrzeliwały snopy światła; kobiety w białych koszulach, teraz wyglądających na zdeptane prześcieradła; o warkoczach postrzępionych jak sparciałe rzemienie; brzdące, prawie nagie, o zapadniętych, gruźliczych piersiach… Każdym korytarzem szła na nich horda umarłych, majki tych, które zabrał już czas.

Karabiny cichły, jeden po drugim. Przerażeni żołnierze odsuwali się od korytarzy, zbijając ciasno w gromadę. Tylko Zaremba nie zwracał na to uwagi – stał jak urzeczony i gapił się okrągłymi oczami na otwierający się portal nad platformą. Wtedy ujrzał w ognistym kręgu twarz. Twarz giganta.

Żołnierze stali na środku klepiska otoczeni widmową armią. Donice, magiczne znaki na ścianach i ołtarz nad platformą, wszystko biło zimnym światłem. Przez chwilę zatrzymał się czas…

Huk, który wystrzelił ze skały skosił wszystkich żywych. Podnosili się oszołomieni i zdezorientowani, w tym czasie dusze umarłych uklękły i spuściły głowy. Platforma, jeszcze chwilę temu zbutwiała i trawiona przez wilgoć i robactwo, nabrała solidnych kształtów i zszedł na nią człowiek-bóstwo. Postać olbrzymia jak niedźwiedź, o płonących żywym ogniem ślepiach, trzymająca w dłoni drewnianą laskę zakończoną olbrzymią czaszką.

– Weles… – szepnął Waluś. – Bóg umarłych…

Olbrzym stanął na platformie. Zaremba, którego jakimś cudem nie wywrócił podmuch, stał naprzeciwko niego. Sierżant nie należał do ułomków, a przy olbrzymie wyglądał jak kot-dachowiec przy tygrysie. Wzrok Zaremby wyrażał jedno – zwierzęcą wściekłość, furię człowieka ogarniętego przez szał. Nie bał się lub już postradał zmysły. Uniósł pistolet i strzelił.

Raz. Drugi. Strzelał coraz szybciej. Sześć strzałów i zmienił magazynek. Pruł w czerep bóstwa. Suchy trzask pustej komory. Wtedy olbrzym chyba się uśmiechnął i otworzył usta – to, co wyleciało z jego ust, nie było jednak śmiechem. Był to dźwięk, jakby miriady owadów wleciało do rury betonowej rury i nie chciały z niej wylecieć. Zaremba padł martwy.

Wtedy z pomiędzy umarłych wysunęły się postacie. Były tak samo blade, jednak świeciły jakby żywszym światłem i otoczyły krąg żołnierzy. Każda ze zjaw trzymała w ręku krótki oszczep, którego ostrze błyszczało w blasku księżyca. Dało się słyszeć szmer ich szat. Na chwilę przed żywymi stanęli ożywieni sprzed wieków.

Wtedy ich bóg skinął czerepem. I wojowie uderzyli swoimi ostrzami…

 

16

Stali w kolumnie, Florek i Zając po bokach, sierżant Zaremba, tak jak powinien, przed szeregiem. Czuli zalewający ich spokój, nie czuli za to deszczu, który zaczął dudnić o zdeptane klepisko, ani zimna. Myśli mieli czyste, pozbawione moralnych rozterek. Nic już nie miało znaczenia.

Z drewnianych schodów, które odzyskały swą minioną świetność, zszedł starzec o łysej głowie i oczach zakrytych bielmem, wspierający się długą, drewnianą tyczką. Schodził powoli, za nim szli żołnierze drużyn kaprala Zawiszy i Łuczaka – w swoich brudnych, dziurawych mundurach, o oczach bez życia, z zaschniętymi kroplami krwi spływającymi z otworów, wypełnionych fioletowym światłem. Zeszli na platformę i stanęli przed Welesem.

Strzec o ślepym wzroku zajął miejsce obok giganta.

– Przelaliście krew na świętej ziemi. Splugawiliście dom umarłych swoją obecnością. Dlatego przyszedł na was kres…

Jego głos był miarowy, spokojny, bez uniesień, przypominający jakąś starą legendę opowiadaną przez szum dębowych liści, kępy traw i spływające strumienie. Była to mowa żywego do umarłych, ostatnie słowa pożegnania, jakie usłyszeli, nim ognisty płomień w skale nie zajął całej ściany i lalki tych sprzed wieków, i tych z dnia dzisiejszego nie znikły w jego czeluściach.

Pluton sierżanta Zaremby, niczym doskonale wymusztrowany oddział, ruszył równym krokiem, wchodząc przez platformę do portalu. Za nimi maszerowali ich towarzysze z pozostałych drużyn. Chwilę później plac starożytnej świątyni stał pusty od dusz i tylko deszcz grał pożegnalny marsz, bębniąc o skalne ściany.

Starzec o białych oczach uniósł głowę, jakby patrzył ponad skalną krawędź. Na jej szczycie, zupełnie niewidoczni, skąpani w mroku nocy i strugach deszczu stal ludzie „Niewiernego”. On stał trochę z boku, patrząc wprost w ślepia człowieka stojącego na platformie. Chwilę później nie było już starca, nie było ani żywych, ani umarłych.

– Byliśmy bydłem prowadzonym na rzeź – mruknął Zalewski, odwrócił się i odszedł.

 

17

– Zalewasz! Bzdury opowiadasz. – Powiedziałem do Hańczuka, gdy skończył mówić. Ogień już zgasł, na zewnątrz budził się dzień, a my siedzieliśmy i gapiliśmy się na żółtą twarz Hańczuka.

Nic mi wtedy nie powiedział, uśmiechnął się tylko do nas i kazał zbierać manele. Parę godzin później byliśmy na miejscu. Wykąpałem się, zrobiłem kolację i siedząc nad talerzem jajecznicy i puszką piwa gapiłem się w telewizor.

Przyszedł Hańczuk z butelką wódki i wiadomością:

– Smarkacze znaleźli się wczoraj wieczorem, w Nowym Miasteczku. Są cali i zdrowi. Trochę przemarznięci, ale nic im nie będzie.

Studenci, których szukaliśmy, odnaleźli po nocy jakąś wieś i miejscowi odstawili ich do szpitala.

– Witek, skąd ci taka bajka przyszła do głowy?

– Mówiłem już, nie opowiadam głupot. Za stary ze mnie facet na bajania.

– To skąd to wiesz?

– Brat mojego staruszka służył w oddziale „Niewiernego”.

Zapadła cisza. Odpaliłem papierosa i spytałem:

– A ta góra, pod którą spaliśmy… Czy to była Góra Umarłych?

– Nie.

– Więc…

– Nawet gdybym wiedział, gdzie się ona znajduje, nie powiedziałbym ci o tym… Zapomnij, „Zyga”, żeby szukać tego miejsca. Te dusze nie należą do naszego świata, daj im spokój.

– Nie zamierzałem…

– Wiem. Zapomnij o tym.

 

KONIEC.