Kaprys Welesa

Kaprys Welesa

Kaprys Welesa

 – Wy ścierwo! – Wydarł się mężczyzna, kiedy dwójka innych chłopaków obaliła go na kolana. – Nie boję się śmierci! – Plwociny opadły na jego skołtunioną, szarą brodę i równo ścięty pniak drzewa, stojący przed nim, kiedy się darł. Jeden chłopak przycisnął jego twarz do pieńka, a twarz poczerwieniała mu jeszcze bardziej. – Dałem Bogom pokaz siły za życia! Wy jesteście mali! A mnie przyjmą z otwartymi ramionami! Mnie! Nie Was! – Wbrew swoim słowom, szarpał się i nie chciał usadowić spokojnie głowy na pniu. Splunął na jednego z dwóch chłopaków i rozwarł usta w szerokim uśmiechu. Chłopak zareagował błyskawicznie i zamiast kolejnych okrzyków, z ust skazańca popłynęła krew, a w jej strumieniu znalazły się dwa zęby.
    Ogłuszony skazaniec umilkł na chwilę i pozwolił odgarnąć sobie włosy z karku. Długie, tłuste, posklejane pasma siwych włosów opadły mu na twarz. Skazaniec splunął na nie własną krwią, a one przykleiły mu się do ust i policzka.
    Całą sytuację obserwowała większość mieszkańców wsi. Nie wykluczając dzieci, które przeszły już rytuał postrzyżyn. Stali w kręgu, a co niektórzy trzymali pochodnie. Za ich plecami wznosił się niewielki stos, na którym miał spłonąć skazaniec.
    Oprócz dwóch chłopaków, którzy pilnowali skazańca, i kata najbliżej tego wszystkiego stał Żerca.  Obleczony w długą, lnianą tunikę, obszytą czarnym szlakiem bogatej symboliki.  
Żerca wykorzystał chwilę ciszy, kiedy skazaniec był ogłuszony i pluł krwią, żeby samemu coś powiedzieć.
    – W twych czynach za grosz było siły. – Powiedział spokojnie, wbijając wzrok w ziemię – Nie wahałeś się zabijać kobiet i dzieci, a większość mężczyzn, których zabiłeś, zobaczyło ostrze twego miecze dopiero, kiedy wyszło im z piersi. Bądź przeklęty na wieki. Jako święty pośrednik zaręczam ci, że żaden z Bogów nie wstawi się za tobą, a Bramy zaświatów pozostaną dla ciebie zamknięte.  
    Żerca skinął głową, na kata. Ten opuścił ciężki, obosieczny topór, który trzymał nad głową i jednym czystym cięciem, oddzielił głowę od reszty ciała. Krew rozlała się po równej powierzchni pnia i zaczęła spływać do ziemi, w bruzdach szorstkiej kory. Koziołkująca głowa umoczyła się we własnej krwi i zatrzymała na kopcu kreta. Luźna ziemia przykleiła się do mokrego czoła. Spomiędzy pasem włosów wyglądały złowrogo martwe oczy, jedno z nich pokryte było bielmem. Kat wzdrygnął się. Przez chwilę był przekonany, że martwe oczy zwróciły się w jego stronę.
    Dwójka chłopaków, którzy trzymali skazańca zaniosła jego zwłoki na niewielki stos. Ułożyli jego głowę na swoim miejscu, a kiedy się oddalili na stos poleciało kilkanaście pochodni. Niedługo całość się rozpaliła, a zwłoki wymieszały się z drzewem i słomą, w jednej kupce popiołu, rozdmuchiwanej przez wiatr.

    Drzwi do zaświatów i owszem zostały zamknięte dla potępieńca. Weles jednak nie mógł nie wykorzystać grzesznej duszy. Uczynił z niej, więc jedną ze swoich sług, Zmorę. Demon nie pamiętał swojego ludzkiego życia. Podobnie jak nie odczuwał ludzkich emocji. Żywił się ludzkim strachem i śmiercią. A jego łaknienie, było niezaspokojone.

kołowrót

    – Jesteś cały mokry! – Poskarżyła się dziewczyna, kiedy chłopak wziął ją pod ramie.
    – Zależało mi na twoim wianku. – Tłumaczył się chłopak. – A widziałem, że Medard jest zdeterminowany. Wolałem nie ryzykować, że to on go wyłowi.
    – Będzie ci później zimno.  
    – Wątpię. – Na twarzy chłopaka pojawił się szelmowski uśmieszek. – Przecież zaraz zrzucę, te mokre ubrania.
    – Milaaaan! – Powiedziała przeciągle dziewczyna i przewróciła oczami.
    – Co!? – Oburzył się chłopak, chociaż uśmiech nie znikał z jego twarzy. – Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że masz zamiar szukać kwiatu paproci?
    Usta dziewczyny rozciągnęły się w delikatnym uśmiechu.
    – Nie, ale mogłeś trochę poudawać.
    – Mogłem. – Przyznał chłopak, jednocześnie odgarniając ciemne, mokre pasmo włosów, które przykleiło mu się do twarzy. – Ale wole jak najszybciej zdjąć z ciebie tą sukienkę. – Chłopak objął dziewczynę w talii i przyciągnął do siebie. Lniana sukienka przesiąkła wilgocią od mokrych ubrań Milana. – W końcu to najkrótsza noc w roku, a ja chce się tobą nacieszyć, jak najdłużej. – Wplótł swoje palce w jej jasne blond włosy i pochylił się, żeby móc ją pocałować. Dziewczyna odchyliła głowę do tyłu, posmakowała ust Milana. Wymienili krótki, delikatny, subtelny pocałunek. Spojrzeli sobie w oczy. Uśmiechali się oboje.
    Dziewczyna nagle odepchnęła chłopaka i wymknęła się z jego objęć.
    – Jeśli nie chce ci się szukać kwiatu, to będziesz musiał szukać mnie. – Ruszyła lekkim biegiem miedzy drzewa. – Odwróć się i policz do dziesięciu!
    Chłopak na wpół roześmiany, na wpół zirytowany, spełnił polecenie dziewczyny, odwrócił się i odliczył do dziesięciu.
    Znalezienie dziewczyny zajęło mu zdecydowanie mniej czasu, niż musiałby poświęcić na szukanie kwiatu paproci. Kiedy jednak zobaczył ją nad jeziorem, w którym odbijał się blask księżyca, był przekonany, że żaden kwiat paproci nie dałby mu tyle szczęścia, co ta dziewczyna.
    Świerszcze hałasowały gdzieś w trzcinie, a wiatr, dobiegający od strony jeziora, wprawiał w ruch liście drzew, które szumiały kojąco.
    Milan przykląkł obok dziewczyny i ponownie ją pocałował. Tym razem pocałunek nie był delikatny i subtelny, był pełen głodu, był obfity, namiętny i długi. Jego dłonie mierzwiły jej ułożone dotąd włosy i wprawiały je w nieład. Jego dotyk wprawiał w nieład jej uporządkowane dotąd myśli, które stawały się niepoprawne i fascynujące. Jego dłonie rozsznurowywały jej suknię. Jego dotyk odbierał jej oddech.

    Zmora wtulała się w pień drzewa, tak jak dwoje ludzi w siebie nawzajem. Demon przyglądał się ludziom, jak oddają się cielesnym uciechom. Wyczuwał, że czerpią z tego przyjemność. Nie wiedział jednak, w jaki sposób. Obserwował przez pewien czas z niejakim zaciekawieniem. Przyglądał się swoimi ogromnymi, kocimi oczyma. Zaciskał przy tym mocno swoje porozcinane wargi, które z daleka wyglądały, jakby były zaszyte. Długie, proste włosy kołysały się na wietrze, zakrywając nieco chudą klatkę piersiową, która cała była poorana bliznami. Spod pozrywanych paznokci demona wyglądały zaschnięte gródki krwi. Skóra Zmory, która mieniła się od fioletu, przez granatowy, po czerń była dla demona w nocy kamuflażem. W świetle przypominała jednak nigdy niegojące się siniaki.
    Zmora nie drgnęła przez pół nocy. Siedziała na gałęzi, jak chimera na blankach i przyglądała się ludziom, którzy po stosunku jeszcze rozmawiali i wygłupiali się. W końcu jednak zasnęli.
    Demon zsunął się z drzewa bezszelestnie. Jego czarne włosy sięgały mu stóp.
Szedł wyprostowany i przyglądał się pogrążonym we śnie kochankom. Stanął nad chłopakiem i rzucił na niego swój cień. Zmora wolała nie ryzykować, więc sparaliżowała swoją ofiarę, kiedy tylko ta znalazła się w zasięgu jej mocy. Demon przykucnął nad człowiekiem i pogładził jego twarz, odgarniając jednocześnie włosy na bok.
    Chłopak otworzył oczy. Zobaczył nad sobą blado-siną twarz. Porozcinane usta rozciągały się w złowieszczym uśmiechu, który był kierowany do niego. Chłopak chciał krzyknąć, podnieść się, bronić, albo uciekać, zrobić cokolwiek. Nie potrafił jednak. Mógł jedynie odwrócić wzrok w inną stronę i oddychać. Choć i to przychodziło mu coraz trudniej, bo strach ściskał mu żołądek z całej siły i każdy wdech przychodził z trudem.
    Zmora karmiła się ludzką paniką i strachem, które nie znajdowały ujścia. Kiedy już się tym znudziła, udusiła chłopaka. Zaspokoiła swoje pragnienie, na krótki czas. Musiała teraz szybko wrócić do swojej kryjówki, żeby ukryć się przed słońcem, które wkrótce miało wzejść.

kołowrót

Snu było mało, ale dziewczyna obudziła się z uśmiechem na ustach. Przeciągnęła się i jej dłoń natrafiła na czuprynę Milena. Poczochrała go trochę zanim odwróciła się w jego stronę. Przeraźliwy wrzask wydarł się z jej ust, kiedy spojrzała na zwłoki chłopaka. Poczuła, że kręci się jej w głowie i usłyszała własny krzyk, jakby dobiegał z drugiego końca jeziora. Natychmiast odczołgała się od zwłok, orając nagimi stopami ziemię. Zatrzymała się dopiero, gdy drzewo stanęło jej na drodze. Oparła się o nie i wbijała tępo wzrok w bladą, zapadniętą twarz Milena.
    Kiedy już zebrała w sobie siły, żeby się podnieść, zwymiotowała. Następnie ruszyła przed siebie. Nie czuła się na siłach, żeby iść do ludzi. Nie chciała odpowiadać na pytania, wysłuchiwać wyrazów współczucia wypowiadanych w twarz i oskarżeń szeptanych za plecami. Nie chciała też zostawać sama. Czuła się taka pusta. Nie miała nawet siły wylewać łez. Naciągnęła jedynie na siebie sukienkę i błąkała się po wydeptanych ścieżkach. Z jednej strony miała nadzieję kogoś spotkać, ale sama nie potrafiła powiedzieć, kto byłby odpowiedni, z drugiej strony bała się spotkać kogoś nieodpowiedniego.
    Dopiero po jakimś czasie dotarło do niej w pełni, co się stało. Opadła wtedy na kolana i oparła twarz o ziemię. Pozostawała w tej dziwnej pozycji, przez kilkanaście minut powtarzając sobie „Milan nie żyje”. Raz za razem. Zadawała sobie pytania, ale nie znajdowała odpowiedzi. Co najwyżej domysły. Nie wiedziała, co powinna zrobić, a może wiedziała, ale okłamywała samą siebie, bo tak bardzo nie chciała tego robić. Wiedziała za to, co chce zrobić. A chciała obudzić się ponownie, i żeby tym razem Milan żył i obudził się, kiedy ona poczochra go po włosach. Nie mogła cofnąć czasu, ale mogła domyślać się, gdzie teraz jest Milan. Postanowiła do niego dołączyć.

kołowrót

    – Biedna dziewczyna. – Ocenił Żerca, kiedy zwłoki jasnowłosej, ściągali z gałęzi.
    Stopy miała całe brudne od ziemi, a na sobie jedynie potarganą lnianą sukienkę. Pod spodem nie miała bielizny i Żerca musiał zbić jednego chłopaka, który gapił się miedzy jej nogi, kiedy ciało wisiało jeszcze na gałęzi.
    – Nie zniosła śmierci ukochanego. – Odezwała się jakaś staruszka, stojąca niedaleko kapłana.
    Żerca przypomniał sobie raz jeszcze obraz bladych zwłok chłopaka. Cały czas zastanawiał się, co mogło go zabić i modlił się do Bogów, żeby strzegli ich przed tym, cokolwiek to jest.
    Ktoś właśnie ubrał dziewczynę bardziej przyzwoicie i wszyscy ruszyli w stronę stosu, który mieszkańcy wsi przygotowali, kiedy tylko znaleziono pierwsze ciało.
   Tego dnia na jednym stosie spłonęły zwłoki dziewczyny i chłopaka.

    Weles nie pozostał obojętny i tym razem. Przygarnął duszę dziewczyny, która popełniła samobójstwo, z powodu nieszczęśliwej miłości. Południca.

kołowrót

    – Podobno mieszkańcy dopuścili się jakiegoś, straszliwego czynu i Bogowie zasłali na nich plagę demonów, która wyrżnęła całą wieś. – Powiedział zakuty w blachy wojak, spoglądając ze wzgórza na zrujnowane, spalone i porzucone domostwa. – Inni twierdzą, że mieli po prostu pecha i w tym miejscu skupiło się kilka wampirów, które zabiły cześć mieszkańców, a reszta się przestraszyła i uciekła. Jaka by nie była prawda, coś złego tam się stało. I ja nie zamierzam tam schodzić. Ominiemy tą przeklętą dolinę szerokim łukiem i nawet się na nią nie obejrzymy.
    Ponad dwudziestu wielkich chłopków zakutych w kolczugi, metalowe napierśniki i hełmy nie próbowało protestować. Wszyscy ruszyli dalej.
    – Co trzeba uczynić, żeby Bogowie tak pokarali całą wieś? – Zapytał Jeden z wojowników. Na głowie miał żelazny hełm z ramką osłaniającą oczy, a do niej przytwierdzony był kawałek kolczugi, który zasłaniał resztę twarzy.
    Dowódca ryknął śmiechem w odpowiedzi.
    – Co, pytasz!? Powiem ci, co! – Zapewnił Dowódca. – Wystarczy złożyć zbyt zubożałą ofiarę, albo umoczyć miecz w zbyt małej liczbie wrogów. To trzeba zrobić! Więc ostrz swoje żelastwo każdego dnia! I ćwicz bez wytchnienia, żeby mieć siłę targać łupy!   

Autor: Szymon Świder

Podobne posty:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *