Nowy Księżyc

Nowy Księżyc

Nowy Księżyc

 

Ojciec od dziecka mi powtarzał iż jestem synem Swaroga. Przez wiele lat nie rozumiałem o co mu chodziło. Nie wiedziałem, co też mają dla mnie oznaczać te słowa, bo że znaczyły coś dla niego to było nazbyt pewne. Z oszczędnych w szczegóły opowieści ojca wiedziałem jedynie, że Swaróg ma syna – Swarożyca, Księżyca. Jako dziecko nie rozumiałem i nie chciałem zrozumieć (teraz to wiem) jak miałbym być synem Słońca, skoro przecież posiadam już swojego, człowieczego tatę? No i Bogowie przecież nie istnieją.

Przez wiele lat żyłem w nieświadomości. Wiele niespokojnych lat spędziłem w betonowym mieście. Lata wyrzeczeń, dni witanych jeszcze przed świtem, tych nocy samotnych w klitkach wynajmowanych na wypizdowie wielkiego miasta, bo nie było mnie stać na coś porządniejszego i bliższego centrum.

Mimo betonów lubiłem swoje miasto. Te knajpy z piwem za 5zł i słonymi paluszkami po 7zł za paczkę. Knajpy, w których częściej przesiadywało się w rezerwatach dla palaczy – mgła pozwalała mi ukryć twarz oraz niebieskie, stalowe oczy przed spojrzeniami twarzy otumanionych przez szubienicą Czarnego Demona. Wypady na koncerty z garstką znajomych, która przy mnie jeszcze się ostała. Nocne seanse nad Odrą z butelkami taniego wina. Wreszcie włóczenie się bez celu po zaułkach i głównych traktat miasta, częściej nocą aniżeli dniem. W sumie, można by rzec, że nocny tryb życia upodabniał mnie do mego „przyrodniego brata” Swarożyca. Ale co z tego?

Mój ojciec był poetą. Doprawdy, gorzej trafić nie mogłem. On przede wszystkim był literatem i tak spostrzegał życie – jako materiał na wiersz. Mało co go więcej interesowało. Choć jednej sprawie poświęcił się całym swoim sercem i duszą – szerzeniem wiedzy na temat słowiańszczyzny i odkłamywaniu historii, rzeczywistości. Wszystko przez matkę. Biedna, gdyby wiedziała co z tego ziarna wyrośnie, prędzej by dała uciąć sobie warkocze oraz wydarłaby z rąk Rodzanic swą nić i ją przerwała. Ojciec tak się poświęcił swojej nowej misji, że nie spostrzegł jak dosięgnął go zimny pocałunek seryjnego samobójcy. Niestety, spędziłem z ojcem zaledwie 6 lat, ale zawsze powtarzał w bezksiężycowe noce, że moje miejsce jest właśnie tam, na górze, że jestem potrzebny niebiosom by rozświetlać raz w miesiącu nocne niebo, kiedy to Swarożyc znika w ciemnościach Nyji, by dawać innym nadzieję i otuchę. Powtarzał, że jestem synem Swaroga, nie jego. I to jemu powinienem oddawać synowską cześć. Na moje nieszczęście, matka również niewiele dłużej żyła. Smutek po stracie męża był tak wielki, że marniała z każdym dniem, schła, jak piękny kwiat wsadzony do wazonu pozbawionego życiodajnej wody. I ona wierzyła w moje boskie przeznaczenie.

Dla dziecka to wszystko było „porebrane”, jak zwykłem mawiać. Nie rozumiałem tego co się wokół mnie działo.

I nie chciałem rozumieć.

Lata mijały. Chowałem się sam. Niby dziadkowie sprawowali nade mną pieczę, lecz byli zbyt zniedołężniali na skutek ślepej wiary w lekarzy i ich „naukowe” metody. Toteż znów szybko zostałem osierocony. Jednak byłem już na tyle dorosły by móc rozpocząć samodzielne życie.

Parałem się różnych prac. Wszystko byle przetrwać. Nie miałem celu w życiu – wegetowałem. Czułem się jakby ktoś założył mi betonowe buty i kazał mi zapierdalać, bo inaczej miska ryżu przypadnie wszystkożernym psom. Pierdolone realia neokolonialnego państwa.

Dobra zmiana nie przyszła. Tych, co chcieli coś zrobić, wybiła Szarańcza. Efekt zastraszenia był tak ogromny, że wszelki opór został zdławiony. Pradziadowie potrafili walczyć o wolność, nie bali się śmierci. A nas udupili. Udupili. Jak w takiej sytuacji patrzeć innym w oczy? Gdzie ta duma i fantazja ułańska? Generacja upadku. Nic dziwnego, że większość moich rozrywek służyła odizolowaniu się od rzeczywistości – alkohol, seks, papierosy…

Piłem co było na stanie, co kto miał. Byle było tanie i dawało w czerep. Ojciec nigdy by mnie nie zrozumiał, on wolałby się napić porządnego, craftowego piwa niż żłopać sikacze. Jemu przynajmniej starczało jedno-dwa piwa, a nie, jak mi, sześć. Seksu nigdy sobie nie żałowałem. Lubiłem przygodne stosunki z pierwszą lepszą, tak samo spragnionej chwili miłości jak ja, dziewczyną. Miejsce się nie liczyło – mógł być czyjś pokój, klatka schodowa, park, toaleta w knajpie – wszystko jedno, byle zaspokoić swoje pragnienia. Nigdy więcej nie spotykałem tych dziewczyn, co sobie chwalę. Po co wiedzieć o sobie więcej, wracać myślami do przeszłych chwil i wspólnie je wspominać, wychodzić ponad podstawowe instynkty natury? Takie pytania zadaje się w spokojnych i nudnych czasach, a nie teraz – w czasie pogardy, zniewolenia, beznadziei, zapomnienia i… jeszcze większej nudy. I wreszcie papierosy – lepsze od trawy, bo nie zamulają; lepsze od alkoholu, bo nie ma po nich kaca; lepsze od seksu, bo nie muszę szukać jej na Ruskiej czy na Pasażu. Papierosy to w sumie też wina ojca. A dokładniej jednej z piosenek, która wryła mi się w głowę za dzieciaka. Teledysk oglądałem tysiące razy i wyobrażałem sobie jakie to świetne musi być uczucie palić i wdychać dym mentolowych papierosów. Papierosów – depresyjnych fajek, spleenu rodzących i w nim utrzymujących. Idealne fajki na te czasy!

Ojciec, ojciec, ojciec… Jak się tak zastanowię to wszystko co złe to ojciec. To jego wina, że mnie spłodził. Jego wina, że zostawił mnie samego i zabił swoją śmiercią matkę. Jego wina, że naznaczył mnie do „wielkich rzeczy” ofiarowując Bogu Słońca, Swarogowi. Jego wina, że nie nauczył mnie niczego co mogłoby mi się przydać w dorosłym życiu. Przez niego wegetuję pijąc, paląc i pierdoląc się z byle szesnastką. Gdybym chociaż był artystą, tak jak on, i mógł to wszystko w jakiś twórczy sposób wykorzystywać, przerabiać i nie czuć wreszcie tej kompletnej pustki istnienia. Jedyne co mam po ojcu to imię Wilkomir oraz wisior z symbolem kołowrotu.

Przez długie lata nie interesowałem się znaczeniem swego imienia oraz otrzymanego amuletu. Były, bo były i pozwalałem im istnieć, wegetować, tak jak i sobie. Nie raz miałem problemy z powodu swojego imienia – ludzie nie akceptowali inności. A to była najinniejsza inność z jaką się zwykle spotykali w swoim nędznym, małym, udupionym życiu. Wszędobylskie Dżesiki i Brajany nie powodowały takiej konsternacji u starych jak moje rzadkie, słowiańskie imię. Póki żyli rodzice, nikt nie miał z tym problemu. Jednak po ich śmierci wszystko się zmieniło. Ludziska ciągle pytali co to imię oznacza, czemu nadano mi takie imię, co ja takiego zrobiłem rodzicom, że mnie tak postanowili skrzywdzić. Ignorowałem ich, wzruszałem ramionami. Szkoda mi było czasu na te zaściankowe umysły, które i tak nic by nie zrozumiały z moich słów. Gdyby potrafili to nie daliby się udupić systemowi.

Wisiorek od urodzenia miałem zawsze na sobie. Na każdym starym zdjęciu dumnie eksponowałem go ku uciesze ojca i matki. Cieszyło to ich, więc to robiłem. Lubiłem, gdy uśmiech gościł na ich twarzach. Często pytałem się ojca co też oznacza ten dziwny znaczek wypalony na brzozowym drewnie i czemu akurat na takim, a nie na przykład na dębowym czy kasztanowym, bo te drzewa, jak każde dziecko, bardzo lubiłem. Ojciec twierdził, że jestem jeszcze za mały by się tego dowiedzieć i zrozumieć. Poza informacją o brzozowym drzewie i symbolu Słońca – Boga Swaroga, nic więcej od niego nie wyciągnąłem. Twierdził, że odpowiedni czas nastąpi w dniu postrzyżyn. Niestety, nie dożył tego dnia. Tak jak i matka, więc nie było komu powiedzieć mi czegoś więcej o tym wisiorku. A przynajmniej nie znałem takiej osoby. Ba, myślałem, że ta wiedza poszła do grobu wraz z rodzicami i nikt, ani nic nie będzie mi w stanie pomóc.

Nie szukałem, nie interesowałem się, wegetowałem znajdując zapomnienie w nałogach. Nie obchodziła mnie przeszłość, miałem gdzieś słowiańskość. Twierdziłem, że to ułomność. Otaczające mnie społeczeństwo oraz ja sam nie dawały mi cienia wątpliwości. Zaś piewców „Wielkiej Słowiańszczyzny” uważałem za wariatów i oszołomów. Zresztą, Szarańcza likwidowała tych co za głośno szczekali. Zamykałem się na wszelką wiedzę, która by mogła choć trochę zarysować mój misternie wybudowany i okopany bunkier, moją klatkę, w której siedzieć było mi wygodnie i bezpiecznie. Skoro było mi tak dobrze w mym więzieniu to czemu pozwoliłem na rozszczelnienie tych krat? Choć teraz wiem, że i bez tego Piorun by we mnie trafił… Na Bogów nie ma mocnych.

Wiecie co do tego doprowadziło? W sumie to kto, ale sposób w jaki to się dokonało – nic tylko dziękować za takie, a nie inne moje zwyczaje i rozrywki…

Było grubo po północy. Księżyc w nowiu. Latarnie powygaszane. Miasto było stać na całonocne oświetlanie ulic, jednak jakiś minister-szarańczak, nakazał wygaszać latarnie w miastach stołecznych. Oczywiście oficjalnym powodem były względy ekologiczne – mniejsze zużycie prądu to czystsze środowisko. Kto dzisiaj wierzy w oficjalne zapewnienia rządów?

Byłem już na lekkim rauszu i włóczyłem się bez celu po ciemnych uliczkach, licząc kroki do następnej zmiany w pracy. (Aż się dziwiłem, czemu mnie jeszcze nie wyjebali na zbity pysk – zawsze zaspany i wczorajszy, nie nadający się do roboty). W pewnej chwili usłyszałem jakby miauknięcie, które przeszło w ostrzegawczy syk, a następnie w prych walczącego kota. Co dziwne, był to jedyny odgłos jaki dochodził z tej uliczki. Przeczucie mówiło mi bym uciekał. Wręcz krzyczało bym brał nogi za pas i zatrzymał się dopiero pięć mostów dalej. Z drugiej strony, musiałem tam wejść. Musiałem wejść w tę ciemną uliczkę i sprawdzić co z tym kotem się dzieje. Wbrew zdrowemu rozsądkowi, przekroczyłem granicę między mdłym światłem latarni oraz gęstym jak ropa mrokiem. Wtedy, na własne życzenie wysadziłem swój mentalny bunkier.

Dwóch facetów w czarnych kombinezonach próbowało pochwycić kota. Dla przypadkowej osoby wyglądało to na zwykłą akcję odławiania bezpańskich zwierząt. Tylko czemu robili to w środku nocy? W dodatku w całkowitych ciemnościach, bez użycia choćby jednej latarki. Wtedy zdałem sobie sprawę, że ci kolesie to Szarańcza, a ja znalazłem się w ciemnej dupie. Na moje fatalne szczęście jeszcze mnie nie zauważyli, więc miałem szansę uciec, ale ten kot… Coś mnie ciągnęło do tej małej bestii, szczerzącej kły, wymachującej pazurami w stronę napastników oraz wykonującej kocie akrobacje w jednym celu – by przeżyć. No i zrobiłem największe głupstwo w swoim życiu – skoczyłem na Szarańczę z pięściami.

Szans nie miałem żadnych. Ja, zwykły robol na taśmie vs dwóch wyszkolonych siepaczy systemu. Wynik mógł być tylko jeden – moja śmierć. A chciałem tylko uratować biednego, małego i bezbronnego kotka… Nim moja pięść zdążyła sięgnąć twarzy jednego z nich, zostałem już obezwładniony oraz oślepiony bólem promieniującym z nerek. Chwilę później straciłem przytomność.

 

Pierwsze, co zarejestrowała moja świadomość, był śpiew ptaków. Cudem było jednak to, że nie umarłem. Prawe podbrzusze jeszcze pobolewało, świetnie czułem swoje  nerki. Pieprzona Szarańcza. Tylko jak to możliwe, że wciąż jeszcze żyłem?

Byłem w lesie. Leżałem na łóżku polowym pod gołym niebem, a obok mnie stała całkiem niezła blondyneczka. Uśmiechnąłem się do niej lustrując ją od ładnych stópek po blond główkę z niebieskimi jak szafiry oczętami. Krasna dziewczynka. Tak bardzo byłem zajęty pożeraniem jej wzrokiem, że nie spostrzegłem w czas zmierzającej ku mej twarzy otwartej dłoni.

To był dobry początek znajomości.

Na imię miała Leda. Opowiedziała mi w jaki sposób się tu znalazłem. I stawiam swoją skórę przeciw żołędziom, że się już domyślacie jak. Tak, ta filigranowa dziewczyna uratowała mnie! Już wcześniej widziała tych dwóch z Szarańczy. Wtedy napatoczyłem się ja z moim bohaterskim zamiarem uratowania „małego” kotka. Gdy mnie chwycili, zeskoczyła z rosnącego samotnie drzewa, chwyciła za leżący na ziemi kij jo i bez trudu ukatrupiła napastników. Szybka akcja. Całe szczęście, że byłem nieprzytomny, bo widok rozwalonej czaszki jeszcze doprowadziłby mnie do wymiotów.

Nie dość, że zabójczo ładna, to jeszcze silna jak tur – samodzielnie przeniosła mnie do swego lasu. Gdzie się rodzą takie dziewczyny? Te, z którymi miałem do czynienia prędzej padłyby na zawał niż by mnie podniosły, a co dopiero przebyć taką odległość!

No wszystko fajnie, ale co się stało z kotem? Gdy o tym pomyślałem, jak na zawołanie, przy mej zwisającej z łóżka ręce, pojawił się kot. To co wziąłem za bezbronne i małe kocię okazało się być wielkim (jak na kota) bydlęciem.  To był żbik. I to czystej krwi, według Ledy. Na jakiej zasadzie to twierdziła – nie wiem. A ich obecność w mieście tamtej nocy nie była przypadkowa.

Podobno dawni Bogowie obdarzyli ją wizją. W wizji tej ujrzała boginię Ładę, która nakazała jej udać się do miasta w celu odnalezienia wybrańca. Wybrańca, który miał rozpalić nowy ogień w ludzkich serca oraz spalić kajdany wiążące ich ręce oraz umysły. Tożsamość „Neo z Matrixa” nie została jej ukazana. Lecz Bogini obiecała jej, że pokieruje ją w poszukiwaniach i wskaże „Spopielacza Szarańczy”.

Dajecie wiarę? Tym wybrańcem, tym boskim ogniem do pieczenia owadów miałem być ja! Ten co to przez praktycznie całe życie szedł tak jakby żadnych Bogów nie było, upijając i pieprząc się z byle dziewką. Po prostu wzór do naśladowania! Brawo, o Bogowie!, brawo! Gratuluję Wam wyboru. Takie wielkie zero jak ja nie mogło być nadzieją ludzkości, nadzieją Słowian. Po prostu nie!

Moimi „wątpliwościami”, co do wyboru Bogów, oczywiście podzieliłem się z Ledą. Wtedy po raz kolejny poczułem jej dłoń na swej twarzy. Cholerna, przywalić potrafiła. Krzyknęła, że nie po to ryzykowała swoim i Żmija życiem (tak nazwała swego „kotka”) podczas nocnych eskapad do miasta, by jakiś dzieciak kwestionował wolę Bogów. A jeśli to nie ja jestem wybrańcem, to dlaczego Bogini wskazała tej nocy właśnie na mnie oraz dlaczego noszę na szyi swarożycę – symbol Swaroga, Boga ognia, Boga Słońca? Próbowałem jej delikatnie wytłumaczyć, że Bogowie może się pomylili, że musieli się pomylić przy wskazaniu. A wisiorek z kołowrotem? To musiał być czysty przypadek, bo przecież wiele osób takie nosi, no nie?

Moje słowa trafiły na ścianę. Nic do niej nie dochodziło. Ba! Nawet Żmij się nastroszył na mnie i ostrzegawczo prychał, łypiąc oczami na niebo.

Już chciałem grzecznie podziękować za pomoc z Szarańczą, zapewnienie noclegu oraz opieki ostatniej nocy, kiedy to z nieba, w sam środek polanki, walnął piorun. Czyste niebo – jasny błękit bez najmniejszej chmurki i wielka tarcza południowego Słońca. Skąd, do licha, ten piorun?! Po krótkiej chwili, gdy minął szok, przypomniałem sobie, że w Kalifornii często zdarzają się takie pioruny bez burzy. To musiał być przypadek. Tak, absolutnie przypadek! Bez zwątpienia. Mogłem wracać do siebie, do pracy…

Kot ponownie prychnął i walnęło kolejnym piorunem! No tego to już za wiele! Jak ja mam to sobie racjonalnie wytłumaczyć? Pioruny podobno nie uderzają dwa razy w to samo miejsce, podobno… Co tu się dzieje?

– To znak od Bogów!

– Jakich Bogów? Bogowie nie istnieją. Nie ma ich! Gdyby istnieli to by do tego wszystkiego nie dopuścili.

– Podejrzewałam, że wypaliło i wyżarło ci mózg w tym mieście, ale nie sądziłam, że to rzeczywiście prawda. Bogowie nie istnieją… Kto ci takich głupot naopowiadał?

– Nie słyszałaś co mówiłem? Gdyby istnieli to by nie doprowadzili Ziemi na skraj zagłady. Nie pozwoliliby Ziemia stała się więzieniem. Nie pozwoliliby…

– Dość! Czy ty nie rozumiesz, że przyjście na te ziemie Czarnego Demona doprowadziło do osłabienia mocy starych Bogów? Nie mówiąc już o ich wyrzuceniu w Cień. Co może zrobić Bóg, o którym nikt nie pamięta?!

– No, zrobiłby jakiś cud i pokazałby ludziom swą moc. – bąknąłem.

– Ta, a ci by pomyśleli, że to Czarny Demon się rozgniewał lub zsyła na nich łaskę…! Włącz wreszcie myślenie! Czy ty nie widzisz co Czarni zrobili z dawnymi wierzeniami? W jaki perfidny sposób zmienili stare obyczaje nadając im nowe imiona? Czy ty tego nie widzisz?

– Skąd mogłem o tym wiedzieć?!

– Masz znak Swaroga na szyi!   

– I co z tego? Ojciec mi go wręczył jak byłem mały.

– I nic ci nie wytłumaczył?

– Nie, nie zdążył.

– Przykro mi.

– Teraz ci przykro, a przed chwilą darłaś się na mnie jakbym ci przynajmniej rodziców  obraził.

– Dziwisz się? Ja tu ryzykuję życiem swoim i Żmija by znaleźć wybrańca, a znajduję jakiegoś sierotę, który nie wie nic! Kompletnie nic!

– Moja wina, że ci Bogowie zgłupieli wybierając mnie?

W tej chwili najwyraźniej przegiąłem, bo wnet niebo pokryło się czarnymi chmurami, zerwał się porywisty wiatr, zaś rój lelków kozodojów pokrył okoliczne drzewa.

– Bogowie się rozgniewali – szepnęła Leda – przeproś ich. Przeproś!

– Ale jak ja mam ich przeprosić?

– Nie wiem. Ja nigdy nie doprowadziłabym ich do takiej furii. Zrób coś, szybko!

– O Wielcy Bogowie! – zacząłem swoją przemowę błagalną do Bogów, drąc się na cały głos by przekrzyczeć szalejącą od kilku chwil burzę. – Błagam Was o przebaczenie, gdyż nie wiedziałem co mówiłem, znajdując się w słusznym… – piorun uderzył w ziemię nieopodal mnie – znajdując się w… eee… zaślepieniu własnego umysłu. Przepraszam Was i już się więcej na mnie nie gniewajcie. Po prostu nie jestem tym za kogo mnie uważacie…

– Idiota! – Ledwo Leda krzyknęła, jak w ziemię walnął kolejny piorun.

– … eee, to jest, wybraliście dobrze, ale ja się nie nadaję. Sami widzicie! – krzyknąłem z wyczuwalną rozpaczą w głosie. – Leda jest lepsza! No sami popatrzcie! Ładna, uratowała mi życie, ma swojego chowańca…

– Co mam?!

– … na pewno jest lepszym wyborem ode mnie! – kolejne uderzenie pioruna już mnie nie zdziwiło, za to uderzenie było niebezpiecznie blisko moich stóp – No dobra, dobra. Będę już tym Waszym wybrańcem. Niech Wam będzie…

Niebo momentalnie się rozpogodziło. Starzy Bogowie dopięli swego, a ja stałem się ich „wybrańcem”. W tym wszystkim zapomniałem tylko się dowiedzieć co ja takiego mam zrobić, jaką to misję Bogowie mi zlecili. Przyszłość rysowała się dla mnie dość niepewnie, a ja nie miałem przy sobie swoich mentolowych. Sądząc po wyglądzie (i charakterku) Ledy, ona raczej nie paliła. Ech… wpadłem jak śliwka w kompot.

– Ładną przemowę zaserwowałeś Bogom. Następnym razem nie musisz być aż taki patetyczny. To równe babki i chłopy.

– Ty się nie boisz tak o nich mówić?

– A czemu bym miała? Przecież już ci powiedziałam, że są w porządku. O ile nie stajesz na drodze im planom. Ale na to taka głupia, jak ty, nie jestem.

 

Wiele dni spędziłem z Ledą na uzupełnianiu mych braków – w wiedzy, jak i w sprawności fizycznej (wiarę już miałem). Twierdziła, że idiota i kaleka nie jest godzien reprezentować Bogów wśród innych ludzi, a co dopiero walczyć z Szarańczą Czarnego Demona. To, że mnie wybrali nie świadczyło wcale o tym, że jestem z miejsca gotowy by wypełnić swoje przeznaczenie jakie mi przypisali. Ale z Bogami (i z Ledą) się nie dyskutuje.

 

Jest noc. Księżyc w nowiu. Jestem w środku lasu, w samym mateczniku. Po mej skórze ścieka krew z zadanych przed kilkoma minutami ran. Nóż ze żbiczych pazurów spoczywa przede mną, nabierając mocy przed ostatnim rytem, który mnie czeka.

Jest noc. Księżyc w nowiu. Moje ciało pokrywają prastare runy – runy nocy, Runy Nyji. Moje rany na skórze powoli się zasklepiają. Krew wsiąka w ziemię. Chwytam za osełkę z lelkowych piór i ostrzę, po raz ostatni tej nocy, żbiczy nóż.

Jest noc. Księżyc w nowiu. Na wysokości serca rysuję znak Słońca – źródło światła dla świata, który mam ocalić.

Jestem Wilkomir, syn Swaroga, brat Swarożyca. Nowy Księżyc. Jestem wybrańcem Bogów. Przyszedłem spalić Szarańczę Czarnego Demona. Przyszedłem uwolnić Starych Bogów. Przyszedłem uwolnić swój lud.

 

Patryk „Fantom” Królczyk

Podobne posty:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *