Smokobójca

Smokobójca

Smokobójca

Obudził się tuż przed świtem, kiedy temperatura była najniższa i ziąb przenikał do kości. Ognisko ledwie się żarzyło, niewiele dając ciepła, a od rzeki szła mgła. Dorzucił gałąź do ognia i szczelniej otulił się wełnianą opończą. Próbował zasnąć jeszcze na chwilę, ale sen odbiegł go zupełnie. Nazywał się Karg, Ostrożny, ale we Wierze często zwano go Korkad – głupek. Nigdy nawet nie próbował protestować przeciwko temu mianu, co nieraz doprowadzało jego brata do wściekłości. Nie ma co ukrywać, był dzieckiem wyrodnym. Ni do miecza, ni do handlu smykałki nie miał. Nie to, żeby ćwiczeń rycerskich nie lubił, o nie. Nawet sprawiały mu one przyjemność, ale do prawdziwej bitki już ochoty nie zdradzał. Nawet matka kiedyś rzekła, że ani chybi dziecko jej w kołysce Mamuna podmieniła. Kiedy więc przez niego utonęła córka zaprzyjaźnionego z Wiarą kunigasa Vytitauta, stał się osobą idealnie wręcz zbędna w grodzie ojcowym. Spakował więc trochę jedzenia, przyjął ostatni podarunek ojca – cennego konia, zawadził jeszcze o chatę Słonecznej Drogi, co to wróżyć umiała i zgodnie z jej radą w samo południe przeprawił się na Drugi Brzeg i ruszył w dół rzeki.

Ciche prychnięcie konia i szelest listowia przerwał te niewesołe rozmyślania.

– Możesz wyjść – powiedział głośno, – skoro już i tak wiem, że tam jesteś.

W krąg światła wszedł może niezbyt wysoki, za to bardzo chudy osobnik, przysiadł nieopodal Karga, jakoś tak dziwnie, że głowę miał prawie między kolanami.

– Dasz coś zjeść? – zapytał skrzeczącym głosem, jakby ludzka mowa przychodziła mu z trudem.

Ostrożny odrzucił opończę i sięgnął do worka. Wyjął ostatni okrągły podpłomyk i podzieliwszy na pół, poczęstował gościa. Następnie rozbił zeschniętą glinę, którą jeszcze wieczorem oblepił upolowanego ptaka, a potem zagrzebał w żarze ogniska. Glina odpadła wraz z piórami, a mięso nie tylko było doskonale upieczone, ale jeszcze ciepłe.

Gość zajadał, jakby od wielu dni nic w ustach nie miał.

– Dziwny jesteś – rzekł przerywając milczenie. – Znam twoich, żaden z nich karła by nie poczęstował.

– Nie jesteś karłem – wzruszył ramionami Karg.

– Ale prawie jestem – rzekł z naciskiem. – Wiesz, o co chodzi – prychnął.

– Wiem, ale jak sam powiedziałeś, jestem dziwny.

– Dokąd idziesz?

– Nie idę.

– Jak nie, jak tak? Przecież w podróży jesteś, nie mieszkasz tutaj – dał się zaskoczyć przybysz.

– W podróży – owszem. Ale nie idę, tylko jadę. Na grzbiecie konia.

Samozwańczy karzeł wyszczerzył wszystkie zęby w parodii ludzkiego uśmiechu.

– Podobasz mi się – zarechotał. – Chyba cię polubię. To dokąd zmierzasz?

– Przed siebie, wzdłuż rzeki.

– Wiesz co?

– Nie, nie wiem – wpadł mu w słowo Karg. – Ale zapewne mi zaraz powiesz.

– He, he, he. No masz poczucie humoru, stary. Takem cię polubił, że się kawałek przejdę z tobą. Znaczy ja będę szedł, a ty jechał. Jakoś muszę się odwdzięczyć za śniadanie.

***

-… i na to Leszy, znaczy mój brat: A ja ci takiego wała! I się wzięli za łby. Pewnie by się tłukli do dzisiaj, gdyby nie tatulko… – usta nakarmionego samozwańczego karła nie zamykały się od samego rana, a dochodziło prawie południe.

– Słuchaj – Ostrożny przerwał w końcu epopeję o przygodach rodziny przygodnego towarzysza. – Nie masz jakichś kłopotów życiowych?

– – O, a skąd wiesz? Mam i to mnóstwo.

– No to wymień pięć najważniejszych.

– Jestem chudy, żadna mnie nie chce, brat mnie wkurza, nie mam roboty i jeszcze kompleks małego.

– No popatrz, mnie nie ma na tej liście, to czemu żeś się mnie uczepił?

– Bo ciebie traktuję jak rozrywkę – biegnący obok konia znów wyszczerzył wszystkie zęby. – Ty, jak ona miała na imię?

Karg z wrażenia ściągnął lejce i stanął na trakcie.

– Jaka ona?

– No ta, o której myślałeś, kiedym cię znalazł dzisiaj rano.

– Skąd wiedziałeś, o czym myślę?

– Słyszę wasze myśli, o ile są intensywne – wzruszył ramionami nagabnięty. – Myślałeś, że utonęła, ale pewności nie masz. Powiedz, jak ma na imię, a ja ci powiem, czy żyje, czy nie.

– Med’an – odparł Ostrożny lekko się zająknąwszy.

Dziwna przemiana zaszła w stojącym w pyle drogi towarzyszu. Nagle jakby światło się przesunęło, nie wyglądał już śmiesznie i pokracznie. Gdy tak tkwił nieruchomo z przymkniętymi oczyma, bardziej przypominał wiekowy dąb: miał w sobie tę samą powagę. Po chwili odetchnął i czar prysł.

– Żyje – powiedział krótko. – Topielice jej nie przyjęły.

Karg zamrugał szybko powiekami, by przepędzić niechciane łzy, które wywołała nagła ulga. Odwrócił szybko głowę i uderzył piętami boki konia.

– Czekaj! – wrzasnął pozostawiony w tyle towarzysz.

– Dzięki ci… Jak ty masz właściwie na imię? – Ostrożny zdołał się juz opanować.

– Dobrochoczy.

– Znaczy się: dobrze chcesz, ale kiepsko ci wychodzi, czy jak? –zachichotał człowiek.

– Pffff…..

***

Wieczorny popas wypadł im znów nad rzeką. Karg upolował jakiegoś ptaka, niestety, tym razem nie znalazł gliny. Trzeba było mięso opiekać na patyku nad płomieniem. Podpłomyki się skończyły.

– Jutro pewnie staniemy w Zakolu – rzekł Dobrochoczy miedzy kęsami. – Niezła osada. Ludna, dziewek urokliwych wiele, żarcie dobre mają.

– Słuchaj, wtedy na drodze, kiedy… szukałeś Med’an, nagle jakbyś upodobnił się do drzewa – przerwał wyliczanie zalet Zakola Ostrożny. – Potrafisz zmieniać postać?

– Jasne. Umiem być rysiem, niedźwiedziem, jeleniem, drzewem… Ale moja ulubiona postać to taki powietrzny cug, wir znaczy się. He, he, he. Wtedy to dziewkom suknie popodwijam, abo kąpiącym się ubrania do wody powrzucam. Ale się ślicznie wówczas złoszczą.
Karg otulił się pledem i pozwalając by potok wymowy towarzysza płynął gdzieś obok niego, wkrótce usnął.

***

Pierwszym znakiem, że zbliżają się do siedzib ludzkich, był pagórek, wznoszący się na drugim brzegu rzeki. Pagórek z cala pewnością usypany ludzkimi rękoma, aczkolwiek dawno, bo na jego szczycie dostrzec można było koronę potężnego drzewa.

Dobrochoczy wzdragał się w swojej obecnej postaci ukazywać większej ilości istot zwanych ludzkimi, więc przedzierzgnął się w rosłego psa i z wywieszonym językiem biegł obok konia. Karg wkrótce dotarł do przeprawy. Przed domem przewoźnika, pod drzewem stały ławy, przy których właśnie obiadowała cała rodzina. Jak obyczaj nakazywał, przybysza do posiłku zaproszono.

– A z daleka to jedziecie, panie?

– Od samego ujścia tej waszej rzeki – Kargowi po pierwszych kęsach kaszy suto słoniną okraszonej język jakoś szybko się rozwiązał.

– Ano, Płynąca daleko wody swoje niesie. Musi wiela dni tak wędrujecie.

– Będzie już ze trzynaście – przytaknął gość.

– Wyście chyba nie Człek Słowa, chocia mowa naszą władacie?

– Ano nie, moi dziadowie zza Białego Morza przybyli, ale ja się urodziłem o miedzę z waszymi Braćmi Słowa – Ludem Sieci.

– A dokąd to droga wasza wiedzie?

– Ot, na razie do osady Zakole. A potem nie wiem, losu swojego szukam.

– Oj, źle się w Zakolu dzieje, panie, źle – pokiwał głowa przewoźnik.

– A co się stało? – spytał Karg z grzeczności, widać, że gospodarz wygadać się chciał.

– A bo to widzicie, w górze rzeki osiadł jeden taki, co my go Bezprawem zwiemy, bo sam to se imiona co i rusz inne wynajduje. Jako mu tam na postrzyżynach dano, tego chyba nawet bogowie nie wiedzą. Dość rzec, że gród założył srogi, obwarowany, niezdobyty. Drużynę skrzyknął równych mu zabijaków, a nade wszystko broń dobrą z daleka sprowadził. Tako mi się widzi, że równie dobrą, co i wy, panie, u pasa nosicie. Ubrania także żelazne, których my nijak zrobić nie umiem. Sami tedy rozumiecie, że Bezpraw łacno okolicę całą sobie podporządkował. Od każdej rodziny osiadłej daniny żąda. Raz to się młodzi skrzyknęli i zasadzkę na niego i drużynę jego uczynili. Ale sami się domyślacie, jak się to skończyć mogło, kiedy z kłonicami jeno na stalowe miecze poszli. Dzisiaj do Zakola ma przybyć człek jego po daninę. Oj, ponury dziś nastrój w Zakolu, ponury.

Osada nie leżała na samym brzegu rzeki, ale nieco w głębi lądu. Wkrótce Karg ujrzał słynne zakole, które dało nazwę osadzie obok położonej. Rzeczywiście Płynąca szerokim łukiem opasała wzniesienie, uwieńczone od zachodu całkiem sporym wzgórzem. Ostrożny popędził konia, by wspiąć się na jego szczyt i rozejrzeć po okolicy. Dziwił się szczerze, czemu mieszkańcy osadę zbudowali nie tutaj, na szczycie wzniesienia, lecz niespełna stajanie dalej na północ.

***

Płomień smolnej szczapy pełgał po nierównych ścianach jaskini, gdy Karg powoli schodził w dół klnąc własną głupotę. Powinien był od razu po słowach przewoźnika ruszyć w przeciwnym kierunku niż osada, ale nie. On musiał jak ostatni bałwan pojechać do Zakola i wplatać się w kabałę, dzięki której schodził teraz coraz głębiej pod powierzchnię matki ziemi mając zaiste nikłą nadzieję, że jeszcze kiedykolwiek zobaczy jej powierzchnię. I na dodatek, teraz, kiedy najbardziej przydałaby mu się pomoc Dobrochoczego, ten odmówił udziału w imprezie, twierdząc, że podziemia i jaskinie to nie są miejsca dla porządnego leśnego stworzenia, za jakie się uważał.

Oczywiście zaczęło się od tego, że wjechał do osady, pewien gościnności już przysłowiowej u Ludów Słowa. Potem przyjechała drużyna Bezprawa po daninę, czemu Karg przyglądał się z boku, bo w końcu to nie była jego sprawa. No dobrze, może i oburzało go owo ściąganie haraczu, ale czy tylko w tym jednym miejscu się tak dzieje? A potem ten półgłówek dowódca drużyny rzucił kpiąc sobie z bezsilnych mieszkańców sioła, że jak któryś pokona go w pojedynku, to osada będzie zwolniona z daniny. I zaklął się na Pioruna. A wtedy Ostrożny podjął wyzwanie. Idiota, ostatni idiota. Pojedynek się odbył, a jakże. W pewnej chwili myślał, że już po nim, kiedy przeciwnik zmusił go do walki pod słońce, które wisząc już dość nisko oślepiło Karga. Wówczas nagle zza chałup wpadł silny podmuch i wirując na placu wzbił tuman kurzu, który na moment zdezorientował dowódcę. Ostrożny wykorzystał ową chwile by zdjąć wrogowi hełm z łba. Wraz z łbem. Z Dobrochoczym, który wtrącił się w jego walkę, postanowił policzyć się później. Zastępca dowódcy strzyknął tylko śliną na ziemię i zaordynował zabrać zezwłok swoim ludziom. Może i by kazał rzucić się im na przypadkowego obrońcę uciśnionych, ale zbliżający się pomruk burzy wyraźnie dawał do zrozumienia, że Piorun wziął sobie do serca zaklęcie martwego już wojaka i nie odpuści złamania słowa. Drużyna odjechała więc z zapowiedzią, że tym razem Zakole ma szczęście, ale owego szczęścia już mieć nie będzie na Święto Plonów, kiedy przyjadą po drugą część daniny.

Następny dzień wstawał rześki po całonocnej burzy, która przetoczyła się nad okolicą, wielokrotnie nawracając. Wtedy też przyszli starsi rodzin, by zaprosić nieoczekiwanego obrońcę na naradę pod dębem na Kopcu za rzeką. Karg przed południem zazwyczaj funkcjonował średnio inteligentnie, więc nieopatrznie się zgodził. Naradzie przewodniczył niestary jeszcze żerca. Przemowy trwały i trwały i nic z nich nie wynikało. Bo chociaż i ochota, by przeciwstawić się Bezprawowi, w narodzie była, to ciągle rozbijała się jak fala o skałę, która to skałą był brak odpowiedniej broni. Wtedy żerca powiedział coś, co nie tylko wyjaśniło dręczącą Karga zagadkę, czemu osady nie założono na wzniesieniu nad rzeką, ale doprowadziło go do pożałowania godnej sytuacji podziemnej, w jakiej się obecnie znajdował.

– Jest rada na nasze bolączki – zaczął spokojnie przerywając gwar dyskusji opiekun świętego dębu na Kopcu. – Trzeba zejść do jaskini, gdzie broni wszelakiej ile dusza zapragnie leży. Trzeba zejść, pokonać smoka i zdobyć broń.

No tak, jakie to proste: wejść, ubić gadzinę i wynieść niezbędny ekwipunek. A skoro Karg powiedział pierwsze słowo i ubił dowódcę drużyny Bezprawa, należało teraz honorowo powiedzieć całe zdanie, czyli iść do jaskini potwora.

***

Wszystkiego się mógł spodziewać, ale nie tego, że stanie oszołomiony pięknem smoka. Grota była rzęsiście oświetlona łuczywami i lampami oliwnymi, widocznie gadzina nie lubiła ciemności. Wszędzie walały się bezcenne przedmioty, dno pokrywały stosy klejnotów i złota, a Karg stał oniemiały patrząc na śpiącego gada, okrytego niczym peleryną potężnymi skrzydłami. Błękitna łuska bestii mieniła się niczym macica perłowa, linie karku, łap, ogona przypominały miękkie zarysy kobiecych kształtów. Jednocześnie nawet delikatne drżenie ciała znamionowało ogromną potęgę i siłę smoka.

– No, skoro już tu jesteś, to może wejdziesz? – usłyszał ciepły, kobiecy glos.

Przez chwilę szukał wzrokiem osoby mówiącej, kiedy nagle dostrzegł odemknięte powieki bestii.

– Ty… – zająknął się, – ty… jesteś smoczycą!

– No gratuluję odkrycia – zakpiła rozmówczyni unosząc się powoli z leża.

Była olbrzymia, błoniaste skrzydła spływały niczym długi płaszcz zaś oczy płonęły jak gwiaździste szafiry.

– Niech ci się przyjrzę – powiedziała, po czym bez ostrzeżenia nachyliła się tak, że jej pysk znalazł się zaledwie łokieć od jego twarzy. Zachwycony pięknem smoka nie wyjął miecza, teraz było na to za późno, więc mimo, że miał ochotę uciekać jak najdalej od przerażającego zjawiska, nawet nie drgnął.

– Odważny jesteś – mruknęła smoczyca i odsunęła się od Karga. – Zapewne przyszedłeś tutaj po mój skarb?

– Nnnie – starał się zapanować nad drżeniem głosu. – Nie, wasza wysokość – uznał, że królewski tytuł jak najbardziej pasuje do rozmówczyni. – Potrzebuję broni, dobrej broni. Dla ludu bezprawnie gnębionego, by mógł się bronić – skrzywił się trochę, słysząc patos w swoich słowach.

– Szlachetnie to z twojej strony, żeś przyszedł tutaj z taką supliką. Gotowam spełnić ją. A co mi oferujesz w zamian?

Ostrożny stał urzeczony smoczycą: jej melodyjnym głosem, gracją ruchów i absolutnym pięknem. Od dzieciństwa słyszał opowieści o niektórych swych przodkach, którzy potrafili przywołać smoka w chwili niebezpieczeństwa. Wiedział też, że poza złotem smokowi można ofiarować tylko jedno. A że złota nie posiadał, przynajmniej nie w ilości, która mogłaby zadowolić bestię, to…

– Tylko siebie, wasza wysokość.

Smoczyca się uśmiechnęła, a oczy jej zabłysły. Chyba spodobała się jej odpowiedź Karga.

– Zatem pamiętaj: będziesz mi winny przysługę. Czy zgadzasz się wziąć na siebie taki ciężar? – zapytała bez mrugnięcia powiek wpatrując się w jego twarz.

– Tak, wasza wysokość.

– Zbuduj więc gród na tym pagórku nad moją jaskinią. A broń znajdziesz u wejścia do podziemi za trzy dni. Ale nie przychodź już tu więcej. Zresztą zawalę wejście do tej groty, więc i tak nikt się już tutaj nie dostanie.

– Dziękuję, wasza wysokość. Czy mogę poznać twe imię, pani?

Smoczyca się zaśmiała głośno.

– Nie zdołałbyś wymówić go w swoim języku, ale możesz mnie nazywać Morg. A teraz idź już. Weź sobie na pożegnanie coś z moich skarbów – machnęła łapą w stronę stosów kosztowności.

– Nie, dziękuję, wasza wysokość. Nie przyszedłem tu po bogactwo, pani Morg.

– Odważny, szlachetny i na dodatek mądry – szepnęła smoczyca, kiedy zniknął już nawet blask pochodni nieoczekiwanego gościa.

– Tylko się w nim nie zakochaj – skądś dobiegł cichy szept.

Morg tylko prychnęła.

– Wy, smoki, czasami przejawiacie słabość do tych dziwnych, słabych istot. Rzadko kiedy kończy się to dobrze.

***

Karg postanowił zbudować warownię wedle zasad Ludu Północy, a nie Ludu Słowa. Długie drewniane domy, wysoka wieża obserwacyjna, częstokół. Na szczęście samo wzgórze stanowiło doskonałą fortyfikację.

– Przyznam, żem był początkowo przeciwny temu planowi – rzekł mu któregoś dnia Przemyślny, zwany też Lisem, który cieszył się w Zakolu dużym poważaniem. – Ale widzę, że to rzeczywiście może nam pomóc, gdyby Bezpraw siłą próbował daninę odebrać.

Broni i kolczug mieli teraz pod dostatkiem, więc w chwilach wolnych od pracy przy budowie grodu, szkolił Ostrożny młodych do walki w stylu swoich ziomków. Wszystko to zajmowało bardzo dużo czasu. Dopiero w Święto Zgromadzeń pozwolił sobie na oddanie się słodkiemu lenistwu.

Cała społeczność szykowała się do tego najważniejszego święta w roku. W domostwach pogaszono wszystkie ognie, na drugim brzegu Płynącej zaczęto gromadzić stosy suchego opału do największego ogniska w roku. Dziewczęta ruszyły w pląsach na okoliczne łąki i pola, by wić wianki, które miały spłynąć rzeką. Karg czuł się wyobcowany z tej rojnej gromady. Święta Ludu Słowa były mu obce, aczkolwiek nie chcąc nikogo obrazić wziął udział w części niejako oficjalnej, kiedy to przybył żerca i za pomocą dwóch kawałków drewna mozolnie rozpalił płomień, który objął cały stos. Popatrzył jeszcze na pierwsze pary skaczące przez ogień i oddalił się ku brzegowi Płynącej, a potem w górę rzeki.

Zdawało mu się, że wyszła z nurtu rzeki, choć jej odzienie, gdy się zbliżyła, było całkowicie suche. W zapadającym mroku widział tylko jasną falę włosów, gładkie lico i smukłą kibić.

– Mam wrzucić go do wody? – spytała wyciągając rękę z wiankiem z chabrów. – Czy sam weźmiesz ode mnie? – uśmiechnęła się.

Nazwał ją Boginką. Nigdy nie zdradziła mu swego imienia, za każdym razem tylko się uśmiechając, gdy ją o to pytał. Miała najpiękniejsze oczy koloru nieba, które nieodparcie z czymś mu się kojarzyły, ale nie mógł sobie przypomnieć z czym. Była wręcz idealną panią Grodu. Wszyscy ja kochali, podziwiali i chyba szanowali bardziej do jej męża. Karg słuchał jej niemal we wszystkim, choć rzadko zabierała głos publicznie, jedynie w prywatnych komnatach udzielając mu rad.

– Jesteś lepsza ode mnie, więc to ty mną rządzisz, moja królowo – mawiał, gdy ze śmiechem zaprzeczała, że rządzi kimkolwiek.

Drużyna Bezprawa pojawiła się tuż przed Świętem Żniw, lecz nie zdecydowała się na oblężenie obwarowanego grodu na wzgórzu, które z niewiadomych przyczyn zwano Wądołem. Tym samym problem haraczu można było uznać za rozwiązany.

Niecały rok później przyszła na świat córka, którą matka zwała Rusałką, zaś Karg wciąż pamiętając Med’an i jej lud ze wschodu – Vandene.

Dobrochoczy często znikał na wiele dni, by nieodmiennie wrócić a to pod postacią psa, a to rysia czy choćby wiru powietrznego.

– I co? – zapytał po którejś ze swoich włóczęg. – Jak ci się panowanie podoba?

– A miało się podobać? Myślałem, że to raczej przykry obowiązek.

– O bogowie – westchnął leśny stwór, – czy ty zawsze jesteś taki… – przerwał szukając w myśli słowa. – … taki oficjalny i praworządny? Nawet ze swoją żoną w sytuacji intymnej? – dodał złośliwie szczerząc zęby.

– Ty nam po prostu zazdrościsz naszego szczęścia, ale wybaczam ci próżną złośliwość.

– Bogowie…

***

Gród się rozrastał, Ostrożny mianował Przemyślnego swoim zastępcą, gdyż zarządzanie coraz większym siedliskiem ludzi przerastało siły jednego człowieka. Aż któregoś roku…

***

Żerca rzucił kości i milcząc wpatrywał się w znaki wróżebne.

– Idzie złe od wschodu. Znak smoka.

Blady strach padł na mieszkańców Grodu. Z ludźmi można walczyć, ale jak przeciwstawić się smokowi? Jedyną nadzieję pokładali w grododzierżcy, który raz już stawił czoła gadzinie. Karg jednak był zasępiony. Zbyt dobrze wiedział, jak wyglądało jego „starcie” ze smokiem. Tym niemniej wysłał ludzi w dół Płynącej, by zebrali wieści. W końcu, po wielu dniach wrócili zwiadowcy.

– Długa łódź i ognisty smok. Spalili sioło o trzy dni drogi w dół Płynącej. Ubili każdego męża, niewiastę czy dziecko. Nikogo przy życiu nie ostawiając. A potem smok dechem ognistych strzechy podpalił.

– Widzieliście smoka?

– Tak, panie. Przybył na wezwanie dowódcy łodzi, gdy ten zagrał na rogu. Straszliwa bestia, pysk niczym dom, skrzydłami wieś całą by przykryć można i ogniem bluzga.

Narada nie przyniosła żadnych sensownych pomysłów na obronę Grodu przed wrogiem. Karg zrozpaczony chodził po swojej komnacie. Przystanął dopiero, gdy weszła do niej Boginka. Piętnaście lat minęło od czasu, gdy ją ujrzał nad brzegiem rzeki, ale nic się nie zmieniła. Na jej twarzy nie pojawiła się ani jedna zmarszczka, włosów nie oszpeciła siwizna, a kibić wciąż była smukła, jakby na świecie nigdy nie pojawiła się córka.

– Pokonam smoka – rzekła cicho kobieta.

– Jak? – zająknął się Ostrożny.

Wzruszyła ramionami.

– Kochany, przecież wiesz, kim jestem – uśmiechnęła się smutno. – Pamiętasz chyba, czyjeż to oczy przypominały ci moje źrenice.

– Morg… – wyszeptał.

– Ćśśś… – przyłożyła mu palce do ust. – Dzisiaj jeszcze jestem twoją żoną, jutro stanę się na powrót smoczycą.

Kiedy mężczyzna pogrążył się już w niespokojnym śnie, obudziła córkę.

– Rusałko – szepnęła. – Cokolwiek jutro się stanie, możemy się już nigdy nie zobaczyć. Pamiętaj o tym, kim jesteś. Jeśli będziesz w potrzebie, Płynąca zawsze ci pomoże. Jesteś córką rzeki. A teraz chodź, pokażę ci, którędy jutro w nocy wyjdziesz z Grodu. Będziesz musiała ukraść rzeźbę na kilu długiej łodzi…

W południe na niebie od wschodu pojawiła się ciemna chmura. Chmura, która wkrótce przybrała kształty potężnego gada. Lecz nie minęła długa chwila, gdy z jaskini na brzeg Płynącej wypełzł drugi smok. Karga, jak i innych stojących na częstokole, oszołomiło piękno i potęga obu bestii. Niebieska smoczyca rozpostarła skrzydła i wzbiła się w niebo, a potem runęła na czerwonego wroga. I starły się dwie bestie w przestworzach. Ogień i woda. Żar i lód. Wkrótce całą okolicę zasnuł wapor i tylko straszliwy chrzęst łusek ścierających się smoków świadczyły, że to nie był sen.

Stojący na kilu długiej łodzi dowódca, dał znak wioślarzom, by pod osłoną mgły zbliżali się do grodu. Nie spodziewał się wprawdzie, że jego smoka cokolwiek powstrzyma, ale i tak był zdecydowany sam zaatakować Gród.

Słońce słabo prześwitywało przez opar, nagle do uszu ludzi dobiegł potworny ryk. Taki dźwięk mógł wydobyć się tylko z piersi śmiertelnie rannej bestii. Ale której?

– Jednak jesteś głupi – usłyszał Karg głos Dobrochoczego, kiedy wszelkie dogłosy umilkły, jakby wytłumione przez mgłę. – Czy ty wiesz, jaką cenę ona zapłaci, nawet jeśli wygrała?

– Cenę?

– Żaden smok nie może zabić drugiego smoka, chyba, że gotów sam potem ponieść śmierć. Takie jest prawo rządzące istotami naszego gatunku…

– Nie – wyszeptał nagle zbielałymi usty Ostrożny. – To niemożliwe!

– A mogła żyć wiecznie – westchnął Dobrochoczy. – Taka piękna. Twój ród musi władać niezwykła magią, że jest w stanie oczarować nawet smoki.

– Mój ród? – Karg dalej nie rozumiał.

Ale leśny skrzat nie odpowiedział.

– Podchodzą we mgle – rzekł nagle któryś z wojowników. Widocznie miał lepszy słuch niż inni i dosłyszał szczęknięcie broni.

– Łucznicy, przygotować się! – krzyknął Ostrożny.

Salwa powstrzymała wychodzących z mgły napastników, lecz wkrótce i oni odpowiedzieli podobnym atakiem. Ogniste strzały zaczęły zagrażać słomianym strzechom. Kobiety i dziewczęta rzuciły się do gaszenia. Mimo wszystko udało się powstrzymać wrogów, którzy nie dotarli do bramy.

Gdy zapadł zmrok, ludzie północy odstąpili od ataku, ale nie odeszli daleko. Ich ogniska płonęły od zachodu, północy, wschodu, a nawet nad brzegiem Płynącej u stóp Wądołu.

– Musimy wyjść zza częstokołu i stoczyć walkę na polu – rzekł Karg, kiedy zebrali się na wieczorną naradę.

– Po co? – zapytał Przemyślny. – Nigdy nie uda im się wedrzeć do Grodu.

– Sami im otworzymy bramę, kiedy skończą się zapasy – odpowiedział grododzierżca. – Zdaje się, że zboże ciągle jeszcze jest na polach, a i bydło na pastwiskach.

– Oni będą się nas spodziewać – mruknął ktoś.

– A mamy jakieś inne wyjście? – zapytał sarkastycznie Karg. – Ich jest pewnie około stu pięćdziesięciu…

– Skąd to możecie wiedzieć? – przerwał mu Przemyślny.

– Bo znam te łodzie i wiem, że więcej wojowników i wioślarzy na jedną nie wejdzie. Zrobimy tak…

Plan w zasadzie był prosty, by nie rzec prostacki. Dobrochoczy trochę kręcił nosem, ale obiecał pomóc. Zmęczony Ostrożny udał się na spoczynek, po drodze wstąpił do córki. Łoże dziewczyny było puste.

***

Tuż przed wschodem słońca zerwała się potężna wichura – zasługa Dobrochoczego. Wojownicy Karga osłonili twarze kawałkami chust i pod osłoną nocy i tumanów piachu wyszli cichaczem z Grodu. Na chwilę przed atakiem na pierwsze linie wart zostali dostrzeżeni, ale nie miało to większego znaczenia.

Tymczasem Vandene płynęła pod powierzchnią rzeki. Kiedy się zanurzyła w zimnych falach Płynącej ze zdziwieniem zauważyła, że nie potrzebuje chwytać powietrza, oddychanie pod wodą było równie naturalne jak nad nią. Wynurzyła się tuż za rufą długiej łodzi. Wychyliła głowę, by dostrzec, jak wojownicy ojca wpadają do obozowiska położonego najbliżej brzegu. Zamieszanie stało się jej sprzymierzeńcem. Rzeźbiona głowa smoka nie była przymocowana na stałe, wojownicy północy zanim wpływali do portów macierzystych zdejmowali figurę, by nie obrażała duchów opiekuńczych ich własnych osad. Kiedy już trzymała głowę w objęciach, któryś z wojowników dostrzegł ją przy łodzi i z obnażonym mieczem ruszył w jej kierunku.

Przemoczona suknia krepowała jej ruchy, ale zdołała wbiec do rzeki. Potem jeszcze tylko dostrzegła zaskoczoną minę goniącego ją mężczyzny, zanim skoczyła prosto w głębię.

***

Karg zdołał dotrzeć do wodza napastników. Obaj mężczyźni nie zwracając uwagi na tocząca się wokół nich bijatykę stanęli na moment, wzrokiem oceniając swój potencjał bojowy. Ostrożny nie mógł dostrzec twarzy przeciwnika, gdyż ten miał hełm zakrywający oblicze. Mimo wszystko coś w sposobie trzymania topora o dwóch ostrzach zdało się Kargowi znajome. Już pierwsze zwarcie pokazało, że trafił równy na równego, że spotkali się dwaj warci siebie przeciwnicy. Tarcze wkrótce się roztrzaskały, a żaden nie zdołał zdobyć chociaż odrobiny przewagi nad drugim. Odskoczyli od siebie po raz kolejny, kiedy nagle napastnik przerwał milczenie:

– Pięknie walczył twój smok, pokaż, że ciebie też stać na więcej! – ten głos, tak znajomy, tak drwiący poruszył coś w duszy grododzierżcy.

Nagle jak fala morska, zalał Karga żal po stracie Boginki. Wściekłość nadeszła zaraz potem, oczy nabiegły mu krwią. Zginęła przez żądnych łupów i sławy grabieżców. A ten pogardliwie wykrzywiający usta drab ich tu przywiódł…

Nigdy potem nie mógł sobie przypomnieć, co się stało. Może rzeczywiście owładnął nim Szał Niedźwiedzia, boskiego wojownika. Kiedy odzyskał kontrolę nad własnymi zmysłami ostrze jego miecza tkwiło w trzewiach przeciwnika. Widział doskonale płonące błękitem oczy w szparach hełmu.

– Jednak… jesteś… lepszy, bracie – wyszeptał dowódca bandy i zwalił się na ziemię.

***

Nazywała się Miła i uważała Karga za swego osobistego bohatera. To on uratował ją od niewoli, w którą miała iść jako danina dla Bezprawa. W pierwszą Noc Zgromadzeń, jaką Ostrożny spędził w Zakolu chciała skusić go, by wraz z nią przeskoczył ogień. Potem miłość zmieniła się w nienawiść, kiedy pojął za żonę tę przybłędę. Pewnego dnia zaczepił ją Przemyślny.

– Zemsta, moja miła – powiedział kiedy nabierała wody ze studni na dziedzińcu Grodu, – to potrawa, która najlepiej smakuje na zimno.

– Nie bardzo rozumiem, dlaczego mi to mówisz – wzruszyła ramionami.

– Nie udawaj, moja miła. Ja widzę więcej niż Karg.

Tego dnia nie powiedział nic więcej, ale dzień po dniu, rok po roku sączył w jej uszy cichy szept.

– Uważaj na każdy krok, słowo czy gest – mówił, – któregoś dnia może się to przydać.

Miła nigdy nie wyszła za mąż, stała się towarzyszką Boginki, a potem opiekunką Rusałki. Jej czujne oczy widziały wiele, a uszy Przemyślnego były niezwykle łase na jej słowa. Od dnia bitwy u stóp Wądołu minęło kilka dni. Karg po śmierci żony zobojętniał na wiele rzeczy, jeszcze tylko miłość do córki wyrywała go z odrętwienia. Często spoglądał z wieży strażniczej na rzekę i mówił cos do siebie. A Miła bardzo często przychodziła wołać go na posiłek, na naradę, czy do córki. Tak się składało, że krok miała cichy, stopy lekkie i zbliżała się niezwykle ostrożnie.

Karg stał oparty o ostre pale ogrodzenia i jak zwykle w głębokiej zadumie wpatrywał się w wody Płynącej.

– Możesz mi wyjaśnić – zagaił Dobrochoczy, – co złego jest w tym, że zabiłeś najeźdźcę, choćby nawet to był twój rodzony brat?

– Nie rozumiesz – Ostrożny otrząsnął się. – Nieważne, czy napastnik, czy nie. Był moim bratem, zrodzonym z mojego ojca i mojej matki. Takie zabójstwo to zbrodnia.

– Nie, no czasami nad tobą to tylko ręce można załamać. Jesteś niezwykle mądry, inteligentny no i w ogóle porządny z ciebie człowiek, ale twojej skali wartości to ja nie pojmuję.

– To nie sprawa wartości. To kwestia sumienia. I tłumaczenie, że tak trzeba było, że lepsze mniejsze zło, by ocalić jakieś dobro, absolutnie nie usprawiedliwia tego, że zamordowałem własnego rodzonego brata.

***

– Cóż dzisiaj wpadło w uszko mojej ślicznej pomocnicy? – zapytał wieczorem Przemyślny, którego znacznie częściej niż dotąd zwano Lisem.

– Ten wojownik, którego Karg ubił, ten wódz ludzi z długiej łodzi, był jego bratem. On ma wyrzuty sumienia, że zabił syna swojego ojca.

Przemyślny zamarł na chwilę, zmrużył oczy i uśmiechnął się chytrze.

– Bratem, powiadasz…

***

Koń człapał powoli traktem wzdłuż brzegu rzeki. Mężczyzna tępo wpatrywał się w drogę, a biegnący za koniem pies wywiesił jęzor w psim śmiechu.

– No i widzisz, do czego prowadzi nadmiernie wybujałe sumienie, czymkolwiek by ono było? – śmiał się Dobrochoczy. – Przemyślny cię wypędził, teraz spokojnie ożeni się z twoją córką i będzie rządził, a ty wyklęty zmierzasz tam, skąd przyszedłeś.

– Ale tak jest słusznie – odparł Karg, czując jak nagły ból przeszywa mu serce na myśl o ślicznej Rusałce w objęciach Lisa. – Vandene da sobie radę beze mnie. Nawet i lepiej będzie, kiedy ja się usunę.

***

Długa łódź płynęła w dół rzeki. Ciało Wojownika zawinięto w skóry i położono na dnie. Bitwa skończyła się w chwili śmierci wodza, Ostrożny nakazał puścić ocalałych, jeno łupy musieli zostawić. Nastrój raczej był ponury: ze stu pięćdziesięciu wojowników ocalało sześćdziesięciu pięciu, łupy przepadły, na dodatek pokonana ich ten, którego w młodości przezywano głupkiem.

– Dziwnie ci tubylcy nazwy nasze przekręcają – nagle odezwał się jeden z odpoczywających wioślarzy, jakby chcąc czymś innym zająć myśli towarzyszy.

Siedzący przy rufie Wilk, który po śmierci Wojownika objął dowództwo, spojrzał na niego, jakby nagle ujrzał wariata.

– Tusen! – zaklął szpetnie. – We łbie ci się pomieszało? Walnął cię ktoś za mocno, kiedyś hełmu nie miał?

– A tak mnie to zaciekawiło – machnął ręką, jakby oganiał się od much. – Pamiętacie, jak ten niewolnik gard nazwał?

– Grod, gród, czy jakoś tak – odparł któryś z wojowników.

– Acha, a naszego Karga też jakoś inaczej zwali. Jak to szło? – podrapał się po zarośniętym łbie.

– Krak chyba…

 

Autor: Sylwia „Liv Storraada” Mieruńska

Podobne posty:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *