Ziemia umarłych

Ziemia umarłych

„Ziemia umarłych”

Ireneusz M. Faber

 

1

Zaczęło padać i Hańczuk, który cały czas przewodził naszej grupie i nadawał tempo marszu, zarządził przerwę.

– Za tą skałą jest grota, w której zatrzymamy się na noc – powiedział. – Tam przeczekamy burzę.

To było trzeciego dnia poszukiwań i byliśmy wystarczająco zmęczeni, żeby zrzucić swoje graty gdziekolwiek, paść na ziemię i zasnąć. Młodszy z Ulryków, Janek, wyglądał jak żywy trup – twarz pozbawiona kolorów a cała postać przygięta do ziemi jak gałęzie drzew, ciężkie od deszczowych kropel. Byliśmy bandą lunatyków zagubioną w leśnych ostępach i tylko Hańczuk sprawiał wrażenie, jakby cała dotychczasowa marszruta była dla niego niczym więcej, jak poobiednim spacerkiem.

Grota nie była duża, ale wystarczająco szeroka żeby pomieścić całą naszą piątkę. Marzyłem o klepisku, kawałku szmaty do przykrycia się i długim śnie. Jeszcze nie wiedziałem, że tego wieczoru nie zmrużę oka ani przez chwilę.

Na szybko zorganizowaliśmy drewno i po chwili siedzieliśmy przy ognisku. Wyjęliśmy placki kukurydziane, suszoną wołowinę w cienkich plastrach a w blaszankach ustawiliśmy wodę. Wsypaliśmy po garści sosnowych igieł i czekaliśmy, aż się zagotuje. Paliliśmy, zmęczeni i jakby nieobecni, gapiliśmy się w iskry wzbijające się w górę i roztrzaskujące o wapienny strop. Było leniwie, ciepło i przytulnie (w tej chwili zapomniałem, po co łazimy po tych górach i zdzieramy stopy do krwawego. Zagubieni studenci interesowali mnie tak samo, jak zjedzona kolacja sprzed tygodnia). Hańczuk usadowił się przy wejściu, najbliżej ogniska, przykrywając swoje wychudzone ciało jakimś dziurawym pledem wygrzebanym z dna plecaka. Ulrykowie położyli się na końcu groty, Bończa po prawej, a ja w środku. Na ścianach i suficie tańczyły cienie i gdyby nie gryzący dym kłębiący się dookoła, pomyślałbym, że leżę w swoim łóżku. Od niechcenia powiedziałem w stronę Hańczuka:

– Witek, opowiedz dzieciakom jakąś bajkę na dobranoc.

Ulrykowie spiorunowali mnie wzrokiem. Już dawno przestali być brzdącami (starszemu, Łukaszowi, rzucił się nawet nieregularny wąs pod nosem); Janek miał czternaście, a Łukasz piętnaście lat a ich dzieciństwo skończyło się wtedy, kiedy zaczęli stawiać samodzielnie pierwsze kroki. Ich pełen wyrzutów wzrok rozbawił mnie, dlatego dodałem ugodowo:

– Opowiedz nam coś na dobranoc. Jakąś bajkę.

– Znam pewną historię, ale to się wydarzyło naprawdę.

– Kiedy?

– Dawno, zaraz po wojnie.

– Czy to kolejna z tych opowiastek, którymi się straszy wyrostki na dobranoc, panie Hańczuk? – spytał Bończa. – Bo jak tak, to daruj sobie pan, nikt tu nie ma smarków pod nosem, nas nie jest łatwo wystraszyć.

Hańczuk się chyba uśmiechnął lub tylko skrzywił, podciągnął na łokciach i usiadł, wziął kubek z herbatą i powiedział:

– Wystraszyć można i pacholę, i stare pudło, dzieciaku. Tyle, że ja nie uprawiam bajania, nie sprzedaję fantazji. Szkoda na to czasu.

Chciałem zaprotestować, powiedzieć, że mity, bajki i legendy są nam tak samo potrzebne, jak suche fakty i gazetowe wiadomości, ale nie miałem siły się sprzeczać. Zagadnąłem:

– No ale to znasz jakąś historię, czy tylko będziesz podniecał naszą ciekawość, jak jakaś bajarka-amatorka?

– Znam.

– No to opowiadaj, albo idziemy spać.

I zaczął mówić. Jego słowa splatały się z trzaskiem palonego drzewa, szumem wiatru i werblem kropel rozbijających się o nasze schronienie. W tej chwili mózg był projektorem, wyświetlającym bardzo realistyczny film. Przysięgam, że gdybym wyciągnął rękę przed siebie, byłbym w stanie dotknąć postacie, które opisywał Hańczuk. Chora jazda!  

 

2

Ciężarówki były stare, pomalowane zgniłozieloną farbą, z dziurawymi brezentami osłaniającymi paki i było ich pięć. Wjechały do wioski od strony szosy, dwie przecięły ją nierówną drogą i zatrzymały się na jej końcu, jedna zaparkowała w środku a dwie zatarasowały wjazd, stając w poprzek drogi. Z brudnych od piachu pak wyskoczyli żołnierze i mierząc z karabinów w drewniane chaty otoczyli wieś. Nikt im nie wyszedł na powitanie, wioska przypominała wymarłą. Tylko dymów z kominów nie dało się już ukryć.

– Wyłazić! – wrzasnął sierżant. – Wyciągnąć to ścierwo z nor i ustawić przede mną!

Teraz kaprale wrzasnęli na szeregowych i zaczął się kocioł. Nie było czasu na kurtuazję, nikt nie pukał, otwierano drzwi kopniakiem i wyrzucano wieśniaków na zewnątrz. Tam, przerzucani z rąk do rak, niczym worki z ziemniakami przy rekwizycji, lądujący w błocie, uderzani i owrzaskiwani z każdej strony, meldowali się przed obliczem sierżanta, który zmęczony staniem usiadł w szoferce i palił papierosa. Trzydzieści dwie osoby. Tyle liczyła osada.

– Wszyscy?

– Tak jest, obywatelu sierżancie! – kapral Florek miał taką nadzieję.

Tłusta twarz sierżanta, przypominająca pysk wściekłego buldoga, złagodniała, zszedł po stopniach na trawę i stanął przed zbitą gromadką wieśniaków. Uśmiechnął się i zapytał:

– Czy to już wszyscy?

Nikt nic nie odpowiedział. Ludzie nie patrzyli mu w oczy. Sierżant poprawił pas i zapytał ponownie, grożąc:

– Pytam, czy to już komplet?… Daję wam minutę na zastanowienie, następnie sam sprawdzę i jeżeli znajdę jakąś zgubę, zastrzelę a chałupę puszczę z dymem!

Znowu milczenie. Ludzie w tej wsi byli albo tak przerażeni, albo tak głupi, że nie zrozumieli słów sierżanta.

– Dobra. Florek i was trzech, za mną! Kapralu, pilnujcie ich, a wy chodźcie.

Sierżant Zaremba, chociaż miał potężnego kaca i czuł się sennym, należał do ludzi bardzo skrupulatnych. Rozkazy traktował tak, jak powinno się traktować rozkazy – z natychmiastowym skutkiem i bezwzględnie. Wraz z kapralem Florkiem i trzema żołnierzami zaczęli sprawdzać chałupy i zabudowania gospodarcze, powoli, metodycznie, metr po metrze, nie zapominając zajrzeć do wygódek i ich dołów. Jakieś dwa kwadranse później ciszę przerwał czyjś krzyk i płacz. Wydawało się, że wieśniacy drgnęli, jakby przez ich gromadę przeszedł prąd, ale wciąż nikt nie podniósł wzroku i nie otworzył ust.

Dziewczynka miała nie więcej jak dziesięć lat. Była niemożliwie brudna i jeszcze bardziej przerażona; twarz miała całą w błocie, z kącika ust spływała krew wymieszana ze śliną; jej włosy przypominały ptasie gniazdo; sukienka, czy raczej to co z niej zostało, była mokra, postrzępiona i rozerwana, ukazująca blade, chude nogi z poobdzieranymi do krwi kolanami; oczy suche od łez, niebieskie i wielkie od strachu. W pewnym momencie wygięła się, uwalniając z chwytu trzymającego ją za nadgarstek żołnierza i ugryzła go w dłoń. Ten syknął i stuknął dziewczynę otwartą dłonią w tył głowy. Zatoczyła się, ale nie upadła, wtedy kapral Florek wymierzył jej solidnego kopniaka wprost w podbrzusze. Dziewczyna zgięła się w pół, kucnęła i zwymiotowała. Sierżant Zaremba podszedł do niej, chwycił ją za włosy i poderwał do góry. Wisiała parę centymetrów nad ziemią, krzycząc, płacząc i wierzgając. Zaremba ryknął:

– Czyja?!

Wciąż cisza. Żadnego spojrzenia.

Puścił ją, upadła w kałuże, zwinęła się kłębek i cicho pojękiwała. Sierżant wyjął pistolet z kabury, przystawił do jej głowy i zapytał:

– Czyja?

Zmowa milczenia? Strach?

Zaremba odbezpieczył broń i naciągnął zamek.

– Czyja?

Tylko szum wiatru w koronach drzew i brzęczenie much. Zaremba ścignął język spustu.

– Czyja? – pusty trzask iglicy.

Spojrzał na broń, jakby pierwszy raz widział ją na oczy. Uśmiechnął się, chwilę grzebał przy pasku z ładownicą i wyjął magazynek. Lśniąca skorupa naboju świadczyła o tym, że magazynek jest pełny. Załadował go do pistoletu, przeładował, przyłożył lufę do głowy dziecka i spytał ponownie:

– Czyja?

– Sierota…

Ludzie poderwali głowy, jakby zamiast słowa padł huk wystrzału.

– Czyli niczyja – Zaremba strzelił.

 

3    

Najsolidniejszą z chat, zrobioną z grubych bali sosnowych impregnowanych żywicą, z dziurami pozapychanymi mchem i trawami, zaadaptowano na sztab. Meble, oprócz drewnianego stołu i kilku taboretów, wyrzucono na podwórko i spalono. Pod wieczór, z tego samego kierunku co o świcie, dojechało pięć wojskowych ciężarówek i dwa niemieckie Horchy ozdobione czerwonymi i białoczerwonymi flagami. Zaparkowały pod chałupą i wysiedli z niej oficerowie: major Łabuda i kapitan Zylberowicz z Ludowego Wojska Polskiego oraz czerwonoarmista, pułkownik Sorokin. Wśród polskich żołnierzy zapanował popłoch, nawet sierżant Zaremba stracił swój wigor i pewność siebie. W obecności NKWD nikt, nigdy i nigdzie nie mógł czuć się bezpiecznie.

Na stole postawiono naftowe lampy, baniak z mocno słodzoną kawą i rozłożono mapy. Zaremba rozkazał rozpalić w piecu i chciał się ulotnić do szoferki, gdzie było może mniej przytulnie, za to bezpieczniej, ale kapitan Zylberowicz nie dał mu wyjść:

– Raportujcie sierżancie jeszcze raz.

Zaremba streścił sytuację od zajęcia wioski do czasu przyjazdu oficerów. Pominął milczeniem rozstrzelanie „wroga ludu”, uważając, że jego gorliwość w obecnej sytuacji nie byłaby odpowiednio doceniona, a poza tym sądził, że władza ludowa ma poważniejsze problemy na głowie, niż dziesięcioletnie dywersantki. Zakończył swój raport tym, po co ścignięto całą kompanię:

– Miejscowi mówią o nim „Niewierny”, ponoć dlatego, że nie boi się ani naszych, ani samego Boga. Jego dewiza to: „Kto się diabła nie boi, ten nie potrzebuje Boga”.

– Tak? – czerwonoarmista mówił językiem, który Zaremba znał słabo, ale którego bał się bardziej od karabinowej lufy. – To kogo on się boi, towarzysze?

Odpowiedział major Łabuda, mową zza wschodniej granicy:

Nikogo. To odszczepieniec, zwykły bandyta który postradał rozum. Ponoć w 1940 Niemcy zbombardowali jego miasto i wtedy stracił prawie całą familię: rodziców, rodzeństwo, swoją żonę i dwójkę małych dzieci. Bomba rozerwała ich na strzępy. Osiem trupów. I zwariował.

No to rozumiem, że nienawidzi Niemców, ale czemu nas też?

Jego starszy brat został rozstrzelany jako kolaborant w sierpniu 1945 roku.

I tylko dlatego? – pułkownik był autentycznie zdziwiony. – Toż to drobiazg.

Czerwonoarmiści zgwałcili jego siostrę. Zrobili z niej lalkę do zabawy, towarzyszu pułkowniku.

No i co? Nie ją jedną. Przecież to nie zbrodnia spółkować z kobietą, nawet tak oporną, jak wasze polskie primadonny.

– Ona nie była primadonną, tylko córką nauczycieli.

Tak? Za ten sam fakt powinno się ją rozstrzelać, nie uważacie towarzyszu majorze?

Uważam.

No to skąd w nim ta zawziętość?

Kapitan Zylberowicz wtrącił się, mówiąc po polsku:

– Dla niego swastyka i gwiazda czerwona to to samo. Zresztą tak samo mówi o krzyżu!

Major Łabuda i pułkownik Sorokin spojrzeli na kapitana wyraźnie zaskoczeni. Łabuda stwierdził:

On przestał myśleć, zaczął generalizować, pułkowniku. Dla niego wszystko stało się kolorem czarnym, jest w ciągłej żałobie. On nie ma po co ani dla kogo żyć. To, co robi, jest samobójstwem rozciągniętym w czasie. Dlatego nie ustąpi, zginie, ale nie ustąpi.

Uparta swołocz.

– Niebezpieczna.

 

4

Wit Zalewski (pseudonim „Diabeł” vel „Niewierny”) miał 22 lata, gdy padła Warszawa; 23 gdy bomba zmiotła jego rodzinny dom z powierzchni ziemi; 24 gdy został postrzelony w trakcie leśnej potyczki i 25 gdy został aresztowany, pobity do nieprzytomności i wrzucony do więziennej celi.

Więzienie było Polskie, chociaż obstawiane przez Rosjan i Ukraińców. W więziennej celi, pełnej ludzi zmaltretowanych i pewnych swojej śmierci,  poznał księdza, Polaka, który powtarzał:

– Módl się, bo tylko w Bogu jest nadzieja. Tylko on nas może uratować.

Następnego dnia wyprowadzono księdza na dziedziniec i utopiono w wiadrze z odchodami. Wieczorem, ukraiński strażnik Fedir Oksetij, poczęstował Wita papierosem i powiedział czystą polszczyzną:

– Żegnaj się, Witia. Rozwalą cię za trzy dni.

Wit nie czuł nic. Był obojętny, bardziej spokojny, niż otępiały. Trzy dni i koniec męki. Trzy dni i wieczny spokój. Drugiego dnia był wolny.

To wydarzyło się w nocy. Stał w piwnicznym lochu, oświetlanym czterdziestowatową żarówką, brodząc po kolana w zimnej wodzie. Co pewien czas przesłuchujący go oficer nabierał do wiadra wody i powoli wylewał na głowę Zalewskiego, mówiąc:

– Gadaj, albo cię utopię.

Gdyby się wywrócił, zemdlał czy tylko przykucnął, już by nie żył; oficer wcisnąłby jego głowę pod wodę a on nie miałby sił się wyrwać. Oficer w mundurze khaki, z czerwonymi epoletami i czerwoną, małą gwiazdką na czapce ponownie napełnił wiadro i stanął za Zalewskim. Ten spiął się cały, czekając na kolejną falę zimna oblewającą jego ciało. Wtedy huknęło.

I drugi raz. I trzeci. Usłyszeli odgłosy strzelaniny.

Wit walnął oficera w podbródek. Ten rąbnął o kamienną ścianę i spłynął wzdłuż niej. „Diabeł” wziął wiadro, napełnił je wodą i roztrzaskał na fryzurze nieprzytomnego. Splunął na kawałki kości i mózgu wypływające z pękniętej czaszki. Warknął:

– Jeszcze Polska nie zginęła, póki wy giniecie. – Z kieszonki na piersi czerwonoarmisty wyjął paczkę papierosów i zapalniczkę, odpalił jednego, usiadł na biurku i czekał.

Wybuchło bardzo blisko. W wizjerze pojawiło się czyjeś oko, drzwi otworzyły się z impetem i do środka wpadło dwóch młodych ludzi, ubranych na czarno, mierząc w niego z karabinów. Na ramionach mieli białoczerwone opaski.

– Swój. – Powiedział spokojnie.

Schwycili go pod ramiona i wywlekli na zewnątrz. Wtedy stracił przytomność.

 

5

– Z leśnymi też nie było mu po drodze – major Łabuda ścignął łyk kawy zaprawionej wódką z glinianego kubka i ciągnął dalej. – Nie chciał wykonywać niczyich rozkazów. Uważał, że Londyn zdradził. Że Armia Krajowa zdradziła. Że Polska zginie, jeżeli nie przeciwstawi się zbrojnie Armii Czerwonej. Że to kolejny rozbiór Polski i nie ma mowy o żadnych układach.

Desperat.

– Fanatyk własnej idei, towarzyszu pułkowniku… Ci, co go oswobodzili, bandyci z NSZ-u, przepędzili Zalewskiego, bo się go bali. Paru poszło za nim, później przyłączyli się inni. Tak powstała jego grupa. Mówią na siebie „Niepokorni” lub „Niepodlegli”. Miejscowi nazywają ich „Diabłami”. Boją się ich wszyscy…

Kapitan Zylberowicz otworzył skórzaną aktówkę, wyjął arkusz papieru zapisany maszynową czcionką i podał go majorowi Łabudzie. Ten zaczął czytać:

– Październik 1943 roku: grupa Zalewskiego sieje wrogą propagandę w okolicznych wioskach. W Maciejówce wychłostali sołtysa za współpracę z Batalionem Chłopskim. Luty 1944: w Rudnej zastrzelili przewodniczącego KPP, Szlome Szachtara wraz z jego żoną i pięcioletnią córką. W czerwcu napadli na konwój wojskowy, raniąc sześciu czerwonoarmistów. Stracili wtedy ośmiu swoich… W październiku zaatakowali oddział AL kapitana „Sprawiedliwego”; zabili trzech żołnierzy, dowódcę straszliwie okaleczyli (na przykład ucięli mu uszy) i porzucili na pewną śmierć w górach. W listopadzie, z okazji faszystowskiego święta, wzniecili pożar w magazynie z wojskową bielizną. Zabili strażnika, drugiego ranili. W noc sylwestrową uderzyli na koszary w Rudnej. Zginęli tylko ludzie Zalewskiego. W lutym 1945 wysadzili most na Białej, sabotując tym dostawy dla walczącej Armii Radzieckiej. W marcu…  

Wystarczy, towarzysz! – Pułkownik Sorokin był wyraźnie znudzony. – Przyjechaliśmy wypalić tę zarazę, a nie się nią zachwycać. Chcę jego łeb na tym stole – palcem zastukał w blat. – Daję wam pięć dni. Nie zawiedziecie mnie, towarzysze?

– Nie zawiedziemy!

Wykonać rozkazy.

– Tak jest! – Wrzasnęli major Łabuda, kapitan Zylberowicz i sierżant Zaremba. Trzasnęli obcasami i wybiegli na zewnątrz.

– No i dobrze – pułkownik Sorokin nalał wódki do kubka i usiadł na taborecie. – Szkoda tak pięknego kraju… Ale trzeba zrobić porządek z tą zarazą. – Uśmiechnął się do swojego odbicia w szybie okna i opróżnił kubek.

 

6

Sierżant Zaremba stał przy jedynym ceglanym budynku we wsi, dużej oborze dla świń i wsłuchiwał się w jęki bitych i odgłosy uderzeń. Drewniany „bykowiec”, taki sam, jakich używali SS-mani w obozach koncentracyjnych, pracował z iście maszynową dokładnością – podejrzanego, czyli chłopa albo chłopkę wprowadzano do obory, rozbierano do naga, sznurkiem do snopków krępowano ręce i nogi, do pętli na nadgarstkach przyczepiano solidną linę przewieszoną przez belkę stropu i podciągano delikwenta (lub delikwentkę) do góry. Wtedy szeregowy Wątroba, chłop wielki jak dąb i durny jak baran, chwytał „bykowca” oburącz i walił dyndającego nieszczęśnika w siedzenie. Trzask i jęk bólu. Drugie uderzenie i zaraz po nim trzecie, tak że bity nie zdążył nawet drgnąć. Dopiero po takim przywitaniu włączał się porucznik Zacharski z Wywiadu Batalionu i zadawał pytania zgodnie z ankietą przesłuchania.

– Nie chcą nic śpiewać. – plutonowy Polewka stanął obok Zarembskiego i wcisnął papierosa między wargi. – Daj, Wojtuś, ognia – poprosił.

Zaremba podał mu pudełko zapałek.

– Nic nie wiedzą, czy nie chcą nic mówić?

– Wydaje mi się, że nie wiedzą nic. To ciemna swołocz, poza swoim poletkiem nie wiedzą, że istnieje inny świat. Oczywiście porucznik Zacharski może ich przycisnąć i wówczas okaże się, że Zalewskiego trzymają u siebie pod siennikiem, ale jaka z tego wartość wywiadowcza dla nas, kolego?

– Coś muszą wiedzieć, kurwa mać, przecież ten Zalewski nie jest duchem! Coś musi żreć, gdzieś się ubierać, mieć gdzie spać zimą, do cholery!

–  O duchach mówią chętnie, o nim nic.

Usłyszeli rechot a po chwili zobaczyli jego przyczynę – dwóch żołdaków ciągnęło za sobą młodą kobietę z powrozem założonym na szyję. Z tyłu, za kobietą, szedł kapral trzymający wyrywającego się podrostka na ramieniu i co chwilę kopał upadającą, zmuszając do szybszego kroku. Podbiegała, wywracała się i szarpnięta za powróz robiła kolejny podbieg. Kapral Łuczak, który trzymał wydzierającego się smarkacza, zobaczył sierżantów Zarembę (który był jego dowódca w plutonie) i Polewkę, podbiegł do nich i zameldował:

– Znaleźliśmy ją, jak łaziła po lesie. Kolaborantka, obywatelu sierżancie!

Teraz ciekawość Zaremby jakby wzięła górą nad zmęczeniem, dał rozkaz Łuczakowi („Zamknij tego smarkacza albo go zastrzel, ale ma przestać się drzeć!!!”) a sam wszedł do obory. Porucznik Zacharski siedział przy niedużym stoliku i coś notował w swoich papierach. Podniósł wzrok na Zarembę („Co jest, do cholery?!”), wtedy ten powiedział:

– Prowadzą ci zgrabną świnię, Lucjan.

Porucznik Zacharski spojrzał na zawieszonego na sznurze chłopa i rzucił od niechcenia do Wątroby:

– Zdejmijcie ścierwo, zaprowadźcie do swoich i rozwalcie mu łeb. I każcie im się jeszcze raz zastanowić, czy dalej chcą być tak uparci.

Kobietę wciągnięto do pomieszczenia i rzucono na stertę siana pod ceglaną ścianą. Zerwała się, ale wtedy jeden z trzech żołnierzy, którzy byli tutaj do krępowania przesłuchiwanych, strzelił ją w twarz pięścią. Krew bryznęła na podłogę a kobieta runęła w stóg siana. Żołdacy spojrzeli na porucznika Zacharskiego.

– Co jest, do cholery?! – wrzasnął. – Rozbierać swołocz i wieszać. Wątroba, wiesz co masz robić.

Gdy zaczęli ją rozbierać, ocknęła się i rzuciła z pazurami na najbliższego żołdaka. Paznokcie wbiły się w skórę policzków głęboko, wyrywając z gardła zaatakowanego zwierzęcy ryk. Spomiędzy zaciśniętych palców potoczyły się bruzdy tłustej, prawie czarnej krwi.

Wątroba chwycił ją za włosy i wyszarpał na środek pomieszczenia. Uderzył tylko raz, w pierś. Omdlałą skrępowano i podciągnięto na belce.

– A z nim co, obywatelu poruczniku? – kapral Łuczak stał w drzwiach trzymając w rękach milczącego ze strachu brzdąca. – Mam go kropnąć?

– Sam się kropnij, idioto! Dawaj go tutaj.

– Tak jest – Łuczak postawił dzieciaka przed porucznikiem i wybiegł na zewnątrz.

– Będziesz grzeczny?

Dzieciak pokiwał głową.

– To dobrze. To bardzo dobrze. Jak ci na imię?

– Nie mów nic! – Głos kobiety zabrzmiał jak syknięcie żmii.

– O, a więc nasza aktoreczka postanowiła się jednak zjawić na scenie. – Uśmiech Zacharskiego odsłonił jego żółte zęby. – No to zaczynamy spektakl… Wątroba!

Huknęło. Drugi raz. Za trzecim Wątroba chybił, bo zamiast huku w pomieszczeniu rozległ się mokry plask.

– Imię?

Cisza a po niej trzask „bykowca”.

– Imię?

Ta sama sytuacja. I tak kilka razy. W końcu Wątroba nie wytrzymał, kazał spuścić ją na ziemię, chwycił za szyję i zaczął obkładać otwartą dłonią. Bił z całej siły, dysząc przy tym ciężko, z oczami zakrwawionymi od wysiłku i wściekłości. Był gotowy zabić.

– Wystarczy! Wątroba, kurwa mać, bo każę was zastrzelić!

Szeregowy zwolnił uścisk, kopnął ją i poszedł w kąt skręcić machorkowego papierosa.

– Jesteś bardziej głupia niż uparta. – Zacharski staną nad nią i czubkiem swojego wypolerowanego buta zgarnął włosy z jej skroni. Ukazała mu się sinobrązowa, poprzecinana i krwawiąca skóra twarzy. Ciężko było w niej rozpoznać człowieka – wyglądała jak jakieś wyjątkowo parszywe zwierzę i porucznik Zacharski poczuł, jak wzbiera się w nim obrzydzenie. Splunął w tą krwawą miazgę i powiedział:

– Zobaczymy, jak będziesz śpiewała, gdy w obroty weźmiemy smarkacza.

Wtedy uniosła powieki. Patrzyła prosto w oczy porucznika, wzrokiem zimnym, pełnym nieskrywanej nienawiści. Spękanymi wargami powiedziała:

– Już wszyscy nie żyjecie. Należycie do niego.

Chwila ciszy i Zacharski eksplodował śmiechem. Dołączyli do niego Zaremba, Wątroba i trzech żołdaków. Zacharski tak się śmiał, że musiał usiąść przy stole, inaczej bał się, że wyląduje w świńskich i ludzkich odchodach.

– Dooooobre! – ryczał ze śmiechu. – Wyyyyyyborne! Nie żyjemy! Uuuu!…

Nagle spoważniał, wyprostował się w krześle i spojrzał w jej kierunku.

– To wy, wy wszyscy jesteście trupami, a ty pierwszym z nich. Ale zanim z tobą skończę, poczujesz, czym jest piekło i zapragniesz umrzeć, ale ja ci na to nie pozwolę. Zdechniesz, kiedy ja będę tego chciał, rozumiesz? Rozumiesz?!

Ceglane mury powtórzyły echem jego ostatnie słowo. Spojrzał na dziecko stojące grzecznie przy stole i powiedział cicho, prawie szeptem:

– Wątroba, bierz smarkacza na huśtawkę. Tylko go nie przetrąć od razu.

 

7

Pluton II sierżanta Zaremby siedział przed szopą, którą zaadaptowano na stołówkę. Wstawiono do niej dwie kuchnie polowe i wydano obiadokolację: gotowane ziemniaki, kapustę i kawałek tłustego, nieznanego pochodzenia mięsa, do tego pajdę chleba z plastrem żółtego, cuchnącego sera i kawę zbożową do oporu. Siedzieli na ziemi i jedli. Niektórzy odłożyli menażki, skręcili papierosy i palili. Szeregowy Oleś oparł się o deski szopy, naciągnął czapkę na oczy i po chwili zaczął cicho chrapać. Ta ostatnia noc lipca był wystarczająco ciepła, żeby spędzić ją na dworze. Zresztą, dla szeregowych żołnierzy wybór był prosty – paka albo gleba. Innej opcji nie było.

Trzech szwei z tego samego plutonu siedziało trochę dalej, grzejąc się przy niedużym ognisku i opiekając chleb nad ogniem. Dwóch braci, Marcel i Jakub Madej oraz starszy szeregowy Zygmunt Waluś. Mówili szeptem, bojąc się, żeby nikt nie podsłuchaj ich rozmowy.

– To jakieś szaleństwo, Zygmunt. Wszyscy powariowali.

– Spokojnie, Marcel, wykonujmy tylko rozkazy a wszystko będzie w porządku. Jeszcze parę dni i znajdziemy się w jednostce, wyśpimy i zapomnimy o wszystkim.

– Jak? Jak mam o tym zapomnieć?

– Nie wiem, ale będziemy musieli się postarać.

Cała trójka miała po osiemnaście lat i była to ich pierwsza akcja pacyfikacyjna. Czuli strach, taki paraliżujący i wywołujący ból brzucha, ale nic nie potrafili z nim zrobić. Została im tylko rozmowa, która nie koiła nerwów. Wręcz odwrotnie.

– Ta chłopka, której Wątroba zakatował dzieciaka, to nie była żadna kolaborantka ani faszystka, Zygmunt. To zwykła zielarka, może stuknięta, ale żadne dla nas zagrożenie. Wieśniacy gadali, że mieszka w lesie i czasami schodzi do wioski, leczyć ludzi i bydło, czasami pomagać przy porodzie.

– Dola.

– Co?

– Nie co, tylko kto. To Dola albo Rodzanica. Opiekunka ogniska domowego i kobiet rodzących.

– Anioł stróż? – zapytał Jakub.

– Coś takiego. To dobra majka, czyli dusza opiekuńcza. Tak przed Chrystusem nazywano duchy domowe.

– Ale ona nie była duchem! Krwawiła tak jak my i umarła tak jak my umrzemy, Zygmunt!

– Ciiiszej… – Jakub trącił Marcela w ramię i ten ściszył głos.

– A dzieciak, kim był dzieciak? Diabłem, że go Wątroba musiał zabić? Ludzie ze wsi gadali, że mąż tej zielarki zginął w trakcie wojny, a ona poszła w las ze strachu, woląc głodować, ale nie spotykać ludzi na swojej drodze. I miała rację, bo gdy wychyliła się ze swojej dziupli, trafiła w łapy Zacharskiego i jego bydlaków! I po niej!

– Ciiiszej…

– Wątroba powiedział, że gdy skończył „oprawiać smarkacza” wiedźma rzuciła na nas klątwę! Ponoć powiedziała, że oddychamy, ale już jesteśmy martwi. Że zajmie się nami…

„Diabeł”? Zalewski? Marcel, on nie ma z nami szans, nawet jakby był samym diabłem. Na wschodzie postawili IV Kompanię Wartowniczą majora Kaszuby, na południu są chłopaki kapitana Ostoi a na północy II Kompania Wsparcia i jeden pluton zmechanizowanych. Jeżeli namierzymy Zalewskiego, major Łabuda spuści ze smyczy wszystkie siły i zrównamy te góry na płask, żaden z grupy „Niewiernego” nie wyjdzie z tego cało. Przecież nie będziemy z nimi walczyć, musimy ich tylko znaleźć.

– A jeżeli to oni znajdą nas? – Zapytał Jakub.

– Wtedy rzygniemy w ich stronę ogniem i będzie po akcji. Ich jest może piętnaście osób, nas ponad setka. Oni mają Mosiny, my pepesze. Ich filipinki są pewnie niesprawne albo zaczną wybuchać im w rękach… Chłopaki, oni nie mają z nami żadnych szans!

– A jeżeli ta wiedźma nie kłamała i rzeczywiście nie Zalewskiego należy się bać, ale czegoś o wiele groźniejszego? Jeżeli naprawdę nas przeklęła?

– Jakub. – Zygmunt podszedł do Madeja i kucnął przed nim. – To są pogańskie wierzenia, bajki dla ciemnego ludu. Zmów kilka razy „Ojcze nasz”, pomódl się do Matki Boskiej i jej zaufaj, a wszystko skończy się pomyślnie.

Starszy szeregowy Zygmunt Waluś nie mógł mylić się bardziej. Ale o tym nie wiedział, dlatego mógł zasnąć, chociaż był to sen nerwowy i krótki.

 

8

Akcji nadano kryptonim „Przewietrzenie”. W raporcie major Łabuda wpisał datę rozpoczęcia działań na  godzinę 5 rano, 1 sierpnia 1946 roku. Podoficerom wydano mapy sztabowe, kaprale sprawdzili wyposażenie szeregowych, kucharze porozdawali suchary i wyprowadzono wojsko ze wsi.

Były to ostatnie chwile, kiedy widziano pluton sierżanta Zaremby. Gdy trzy dni później wszystkie pododdziały zjawiły się we wsi Maciejówka, gdzie zarządzono punkt zborny, pluton się nie pojawił. Odczekano dobę, a gdy wciąż nie było ich widać zawrócono wojsko i wzmocnioną siłą przeczesano szlak wyznaczony dla Zaremby. Gdzieś w połowie drogi, przy skale zaznaczonej na mapie jako Góra Głupców, trafiono na liczne ślady krwi i karabinowe oraz pistoletowe łuski. Nigdzie jednak nie było ciał.

Góra wśród miejscowych nosiła nazwę Krainy Umarłych.

 

9

Kapral Florek odczytywał nazwiska, po każdym słysząc upragnione: „Jestem!”:

– Szeregowy Antczak… Szeregowy Czop… Szeregowy Flis…  Szeregowy Gracz… Szeregowy Gruza… Szeregowy Iwan… Szeregowy Madej… I drugi Madej… Szeregowy Oleś… Szeregowy Waluś… Kapral Zając Obywatelu sierżancie, melduję drużyny gotowe do akcji. Stan dwunastu, wszyscy obecni.

Podobną scenę powtórzyli starszy kapral Zawisza i kapral Łuczak. Łącznie pluton II sierżanta Zaremby liczył (wraz z nim) dwudziestu pięciu żołnierzy.  

Sierżant Zaremba nie miał zamiaru strzępić języka na jakieś wzniosłe mowy, rozkazał jedynie: „Macie im dopierdolić” i kazał zarządzić wymarsz. Szedł środkiem, z drużyną pierwszą i drugą, ustawiając na flankach drużyny trzecią i czwartą. Środkiem szło trzynastu żołnierzy (każda z dwóch drużyn składała się z dowódcy, jego zastępcy i czterech żołdaków) zaś po bokach dwie drużyny po sześciu żołnierzy. Po paru krokach weszli w las.

Zaremba szedł na końcu, zamykając pochód. Zawołał kaprala Zająca do siebie i powiedział:

– Olek, ty znasz góry, pójdziesz przodem.

– Obywatelu sierżancie, przecież góra górze nie podobna. Ja nie znam terenu.

– Kurwa mać, Zając, do cholery, pochodzicie z Zakopanego, nie? Jesteście, kurwa, góralem! Góry macie we krwi. Przodem!

– Ale…

– Jeszcze słowo a palnę wam w łeb, kapralu. Nie żartuję.

Szli wydeptaną ścieżką, okalaną krzakami paproci, wspinającą się ostro pod górę, by po paru metrach droga się wyrównała i łagodnie zaczęła schodzić wzdłuż zbocza. Wokoło mieli bór jodłowy, który raczył ich zapachami żywic, na które nie zwracali uwagi. Co pewien czas na ścieżce wyrastał głaz lub korzeń drzewa, które obchodzili, natrafili też na strumień, przy którym zarządzono krótką przerwę.

Dzień był ciepły, do godziny ósmej znad mchów i nielicznych traw unosiła się mgiełka, która ustąpiła miejsca przebijającym się przez korony drzew promieniom słońca. Igły pod ich podeszwami tłumiły kroki, szło się spokojnie, bez gwałtownych podejść czy nieprzewidzianych przez sztabowe mapy urwisk.

Napięcie, które towarzyszyło im od momentu wejścia w bór ustąpiło miejsca znużeniu, w końcu zmęczeniu, gdy przez kilka godzin szli w monotonnym krajobrazie, wytężając do granic możliwości wszystkie zmysły. Około godziny siedemnastej sierżant Zaremba zarządził koniec marszu i rozbicie obozowiska.

Kaprale wystawili warty, zrzucili swoje plecaki i położyli się na miękkiej ziemi. Reszta wojska poszła za ich przykładem. Chwilę później wydawało się, że żołnierze śpią – słychać było tylko świsty wydychanego powietrza a od czasu do czasu pacnięcie ręką, gdy ktoś odganiał natrętnego komara. Byłoby sielsko, gdyby nie tak strasznie.

Pozostała jeszcze godzina do zmierzchu, gdy usłyszeli trzask łamanych gałęzi. Zerwali się gwałtownie, każdy łapiąc swój karabin i rzucili  do drzew, kładąc na ziemi możliwie najbardziej płasko. Kolejny trzask dobiegł ich z północnego wschodu, trochę poniżej szlaku, którym szli. Dźwięk był odległy ale wyraźny. Wydawało się, że idą na wprost nich.

– Zając, dawaj Czopa i Iwana i idźcie sprawdzić, co tam lezie.

Kapral Zając spojrzał na Zarembę z wyrzutem, ale nic nie powiedział, kiwnął tylko na szeregowych Iwana i Czopa, coś powiedział, pchnął przed siebie i zaczęli schodzić w kierunku dobiegających trzasków. Wszyscy śledzili ich wzrokiem, spodziewając się eksplozji i karabinowych serii. Tylko Oleś i Zygmunt Waluś wydawali się zupełnie obojętni – Oleś leżał z brodą podpartą na ramionach, jakby podglądał parę kochanków, zaś Waluś odczołgał się od drzewa i ruszył w przeciwnym kierunku, niczym dezerter.

– Dokąd?! – Zaremba był czerwony na pysku i nerwowo łapał powietrzę. – Rozwalę…

– Obywatelu Sierżancie… – Waluś przykucnął nad sierżantem i zaczął szeptać do niego. – Jeżeli to rzeczywiście są bandyci, to nie sądzę, żeby szykowali atak od tamtej strony. Za bardzo hałasują.

– Weź Madei i filujcie z drugiej strony. Jak mi spieprzycie, to was dopadnę i powywieszam za jajca, zrozumiano?

Waluś nic nie odpowiedział, krótkimi skokami dopadł Madei i odczołgując się (żaden z nich nie chciał wyżej poderwać tyłka) zajęli pozycje po drugiej stronie obozowiska.

– Barany…

Ktoś krzyczał z dołu. To był głos Iwana.

– Barany, obywatelu sierżancie! Idą na was barany!

Dwadzieścia metrów na prawo od miejsca w którym leżał szeregowy Gruza, krzaki dzikiego bzu zaczęły się trząść i po chwili wyszło zza nich stado muflonów. Najpierw samiec, z potężnymi rogami zawiniętymi do tyłu, o białym pysku, z czarną plamą pomiędzy oczami. Sierść miał rudo-brązową, z białą łatą na grzbiecie okalaną czarnym pasem. Jego spiczaste, wąskie uszy, poruszały się energicznie, ale zwierzę nie wydawało się wystraszone. Popatrzył na leżącego Gruzę i ruszył przed siebie. Wtedy zza głazów i krzaków pojawiła się reszta stada, samice, jagnięta, kilka podrostków. Przeszły koło rozpłaszczonych na ziemi żołnierzy, jakby byli typowym element leśnego runa, zupełnie obojętne na ludzki fetor. Kapral Florek chwycił karabin i skierował lufę w stronę przywódcy stada. Poczuł skurcz w żołądku, jakby jelita doznały nagłego parcia. W jednej sekundzie włosy stanęły mu dęba a ciepła rosa potu spłynęła po czole szczypiąc w oczy. Muflon stał dziesięć kroków od niego i patrzył na Florka ludzkim wzrokiem.   

– Strzel, a od razu sam sobie palnij w łeb… – usłyszał za sobą szept Zaremby.

Zwierzę stało w miejscu, lustrując facjatę Florka, leniwie przeżuwając liść jaworu. Patrzyli sobie w oczy i kapral Florek mógłby przysiąc na wszystkie świętości, że był to ludzki wzrok, nie spojrzenie głupiego bydlęcia. W przeciwieństwie do pozostałych zwierząt, źrenice nie były poprzeczne, tylko zwyczajnie okrągłe. Żuł liść, tak jak się żuje tytoń i patrzył na Florka z pogardą. Stał tak przez chwilę i w końcu ruszył dalej przewodząc za sobą wełnianej procesji.

– Barany, sierżancie, to były barany. – Szeregowy Iwan, który zdążył się już wdrapać na zbocze, wydawał się ubawiony całą sytuacją.

– Stulcie pysk, szeregowy! – uciszył go Florek. – Może jeszcze wystrzelicie petardę, żeby wszyscy w okolicy wiedzieli, gdzie nas szukać?!

– Ale…

– Zamknąć się, ale już!

Pół godziny później zmieniono warty i gdy zmęczony Antczak podszedł do swojego plecaka, naskoczył na niego Florek:

– Dlaczego, szeregowy, nie ostrzegliście, że idą na nas barany?!

– Sam jesteś baran. To były muflony.

– Macie nas ostrzegać przed każdym niebezpieczeństwem! – Czerwona twarz Florka znalazła się tuż przy buzi Antczaka, aż drobinki śliny opluły jego twarz. Antczak odsunął się o krok, wytarł usta rękawem munduru i spytał:

– A co ci groziło, Florek, że się tak obsrywasz?

Florek chciał uderzyć Antczaka, ale się bał. Antczak był wyższy i zdecydowanie cięższy. To nie była dziesięciolatka, którą można było bezkarnie kopnąć.

– Jak wyjdziemy z tego lasu cali, Antczak, to masz na kompanii przejebane!

– Ty z niego na pewno nie wyjdziesz.

Florek spojrzał okrągłymi oczami na Zarembę ale ten tylko wzruszył ramionami, łyżką wygrzebał kawałek mielonki z puszki, przełknął, beknął i zwalił się na ziemię odwracając grubym zadem do kaprala.

Antczak stał na szeroko rozstawionych nogach, czekając na kolejną falę wściekłości Florka, ale się nie doczekał.

– Ściemnia się – powiedział któryś z żołnierzy. – Za chwilę będzie tu ciemno jak w grobie.

Chwilę później ktoś wyłączył światło. Wylano wiadro smoły i zapanowała głucha noc.

 

10

Noc była spokojna, wypełniona jedynie brzęczeniem owadów i odgłosami przemykających gryzoni. O czwartej rano odebrano sygnał od plutonu łączności (przemieszczał się 500 metrów na północ, równolegle do plutonu II Zaremby), zdjęto warty i ruszono w dalszą drogę. Przodem, na rozpoznaniu, szła dwójka szeregowych (taka sama dwójka zabezpieczała tyły), reszta żołnierzy leniwym krokiem przesuwała się dalej. Była mgła, ale wystarczająco rzadka, żeby nie budzić niepokojów.

Mijali coraz więcej porozrzucanych głazów; niewiele wyższe od człowieka i wielkie jak kamienice. Szli wątłą ścieżką, której nie było na mapach, klucząc między drzewami i krzakami jeżyn. Wciąż byli czujni.

Około godziny dziewiątej minęli szeroki, płytki strumień i weszli między skalne bloki. Teraz wapienne bryły były gigantyczne, pełne ostrych krawędzi i mokre od mgły, która niczym wilgotna gaza lepiła się do wszystkich i wszystkiego. Było zimno, mokro i zupełnie cicho. Żadnych owadów, ptaków czy uciekających spod nóg ryjówek.

Przeszli obok spalonego kikuta sosny i weszli na niewielką polanę. Na jej środku znajdował się duży okrąg zrobiony z nierównych otoczaków,  porośniętych z jednej strony mchem i na wpół zapadniętych w miękkiej ziemi. Stanęli nad nim i gapili na ubitą ziemię, niczym w oko studni.

– Palenisko.

– Widzimy, szeregowy, że to, kurwa, nie stodoła! – Zarembę bolał grzbiet i był w podłym humorze.

– Nie używane od lat – szeregowy Waluś wziął w dłoń garść czarnej ziemi i przesypał ją przez palce. – Deszcze zmyły sadzę z kamieni

Kapral Florek popatrzył na kompas i wskazał ręką kierunek.

– Czyli wciąż pod górę.

W linii prostej nie było możliwości iść. Drogę tarasował skalny głaz o płaskich bokach. Bez specjalistycznego sprzętu i odpowiednich umiejętności nie było możliwości sforsowania przeszkody.

W skale była szczelina, wystarczająco szeroka, żeby w nią wejść.

– Idealne miejsce na zasadzkę.

– Obejście zajmie nam pół dnia. Tędy powinno być szybciej…

– Gdzie się spieszysz, Łukaszu? Do grobu?

Nad wejściem dyndała pajęczyna, ze smacznie obżartym owadem w środku. Korytarz był nieregularny, często wąski, ale miejscami rozpychający się tak, że dwóch ludzi mogło spokojnie iść obok siebie. Droga wciąż wspinała się w kierunku szczytu. Gdy zadarli głowy, nie zobaczyli nieba – szczelina albo zwężała się ku górze, albo szła pod kątem. Od czasu do czasu wiał lekki, ciepły wiatr, o nieprzyjemnym zapachu gnijącej ziemi. Po dziesięciu minutach marszu droga skręciła gwałtownie w lewo i rozwidliła się. Skręcili w prawo – sprawiała wrażenie, jakby schodziła w dół. Po kilku krokach znowu się rozwidliła i ponownie skręcili w prawo. Po krótkim marszu korytarz się skończył.

Wyszli na małe poletko okalane skalnymi ścianami. To, co zobaczyli, spowodowało, że stanęli jak wryci.

Plac był nieduży, niewiele większy od hangaru, w jakim parkowano ciężarówkę. Miał około sześciu metrów szerokości i ośmiu długości; w rogach stały masywne, równo ciosane donice, zakończone płaskim żłobieniem każda. Ale nie to spowodowało, że ich oczy zrobiły się okrągłe a usta rozdziawiły z wrażenia – tym był ogromny, wykuty w skale  symbol: równoramienny krzyż, zakończony z każdej strony czymś, co przypominało grabie lub koguci grzebień. Pomiędzy każdym ramieniem znajdował się okrąg wielkości sporej tacy – całość miała około ośmiu metrów długości i szerokości. Ryt był stary – krawędzie żłobień były niewyraźne, zatarte przez deszcze i bijące o ścianę wiatry.

Pod symbolem znajdowała się mała, drewniana platforma, mocno skorodowana przez przyrodę. Z jej prawej krawędzi wychodziły schody, wciskające się w skalny ustęp powyżej. Platforma i schody wyglądały jak zapomniane molo, które za chwilę wchłonie morze. Zaremba wskazał ręką na schody i rzucił do Florka:

– Sprawdzić!

Kapral wybrał trójkę żołnierzy, wciąż odrętwiałych z zaskoczenia i ruszyli w stronę platformy. Pierwszy wszedł szeregowy Oleś (był najmniejszy i najchudszy), zrobił parę kroków, podskoczył i dał znak, że wytrzyma. Tak samo sprawdził schody (okazało się, że wzdłuż nich puszczony jest pordzewiały ale solidny łańcuch, przytwierdzany do ściany klinami) i zaczęli powoli się wspinać.

W tym czasie pozostali rozeszli się po placu. Szybko przekonali się, że to górskie „patio” ma więcej symboli niż tylko gigant na skale – wszędzie wyryto znaki, niezrozumiałych kształtów i porządków, jedne składające się z samych linii, inne pozaokrąglane, duże i małe. Przy jednym Gruza wrzasnął falsetem:

– Panie sierżancie!

– Obywatelu, kurwa twoja mać!… Co jest, Gruza, zobaczyliście ducha?! – Stanął obok szeregowego i poczuł, jak uginają się pod nim nogi.

Przed nimi wyryta była swastyka rozmiarów dorosłego człowieka.

 

11

Brakowało kilku stopni, a i te, które nie zbutwiały i nie rozpadły się na drzazgi, wyginały się groźnie, trzeszcząc pod ich ciężarem, ale uparcie parli w górę. Od wyjścia ze szczeliny mieli znowu niebo nad głowami, ale teraz chcieli wejść na ten cholerny szczyt i zobaczyć, dokąd doszli. To dodawało im sił, chociaż nie rozpraszało niepokoju, który zamieszkał w ich sercach odkąd zobaczyli skalny krzyż. Wysiłek jednak nie pozwał myśleć o niczym innym, tylko o tym, że każda góra ma swój szczyt i ta nie może być wyjątkiem!

Piętnaście metrów wyżej drabina się kończyła i weszli w kolejną szczelinę. Była na tyle wąska, że bali się utknąć, ale jakoś udało im się przejść. I wtedy wyszli na szczyt.

W jednej chwili znaleźli się w kabinie samolotu – byli ponad morzem mgły rozciągającym się po okolicy. Gdzieniegdzie, niczym pale falochronów, kiwały się czubki sosen, a tak tylko rozlane mleko płynące tłustym nurtem w stronę zachodu słońca. Nad głowami mieli chmury i poniżej  też, byli jakby zawieszeni pomiędzy nimi – Flis pomyślał, że są latarnikami na jakiejś zapomnianej przez Boga wyspie i że przyszło im czekać na sztorm, który niechybnie zmiecie ich w morskie fale, ku zatraceniu. Byli na szczycie. I nie byli sami.

Przy krawędzi szczytu stał muflon o ludzkich źrenicach. Patrzył na nich obojętnie, skubiąc kępki pożółkłej trawy. Jego sierść poruszała się nieznacznie w rytm podmuchów wiatru. Spojrzał na każdego z nich i ruszył w kierunku linii szczytu. Po chwili znikł im z widoku.

Zapalili po papierosie. Chwilę siedzieli sapiąc ze zmęczenia i osłupiali patrzyli na okrywającą się mrokiem okolicę.

– Kapralu, tam musi być jakieś zejście. Tam gdzie poszedł ten zwierz.

– Musimy wracać, zaczyna się ściemniać. Antczak, rzuć no tam okiem i zaraz wracaj, będziemy złazić.

Wziął tylko karabin i poszedł za muflonem. Serce podskoczyło mu do gardła a strach usadził go na ziemię. Siedział nad urwiskiem znikającym gdzieś daleko w dole. „On tędy nie mógł zejść – pomyślał. – Zabiłby się. Nie mógł…”.

 

12

– To nie jest to, o czym sierżant myśli. – Szeregowy Waluś stanął obok Zaremby. Miał w ręku suchara i wyglądał jak turysta zwiedzający muzealną komnatę. Zastukał sucharem w swastykę i powiedział – To nie ma nic wspólnego z nazistami. Jest o wiele starsze od nich.

Wzrok Zaremby był znakiem zapytania, dlatego Waluś mówił dalej:

– To jest znak słońca… symbol używany na tych ziemiach przed ich chrystianizacją… Zresztą nie tylko u nas, Hindusi też mają swastykę. I są jej różne warianty – prawoskrętne, lewo, równoramienne i okrągłe… Do wyboru do koloru, obywatelu sierżancie… Ta tutaj, patrząc po stopniu jej zwapnienia, musiała powstać bardzo dawno temu. Myślę, że duchów Thule-Gesellschaft nie musimy się obawiać…

– A kogo? – Głos Zaremby przypominał warczenie psa.

– Duchów wojów, naszych przodków. A mówiąc dokładnie, nawii, pogańskich dusz.

– Skąd to wiesz? – Zaremba odwrócił w jego stronę czerwoną gębę. – Skąd, szczeniaku, taka mądrość w tobie?!

– Może z tego, że mam maturę, a może dlatego, że używałem książek nie tylko do podcierania, czy palenia nimi w piecu.

Ugryzł suchara, popatrzył na swastykę, zasalutował ogryzkiem do orzełka bez korony i poszedł w stronę platformy. W połowie drogi zatrzymał się i powiedział do Zaremby:

– Sierżant może w Boga nie wierzyć i go nie szanować, to sierżanta wybór. Ale tutaj, na tej ziemi sprawa jest dużo poważniejsza, bo nie mamy do czynienia z jednym, a wieloma bogami. Tutaj rządzi wiara pogan.

Zaremba czuł na przemian ciepło i zimno, i to nie ze strachu. Wiedział, że za chwilę eksploduje. Ruszył w stronę Walusia. Chwycił go za klapy munduru i podniósł do góry:

– Coś ty gnoju powiedział?! – syknął. – Od tych książkowych mądrości we łbie ci się popierdoliło! Mnie, gnoju jeden, mnie chcesz straszyć?! – Pchnął go z całej siły o skałę i ryknął – Z takimi jak ty…! Do was się, kurwy, powinno strzelać! – Mówiąc to zaczął się szarpać z kaburą pistoletu. Wtedy doskoczył do niego kapral Zając, krzycząc:

– Obywatelu sierżancie, nie teraz! Nie teraz! Zastrzeli obywatel gnoja i będziemy mieli jeden karabin mniej! Później się sierżant z nim policzy!…

Zaremba stał na szeroko rozstawionych nogach, dysząc jak po sprincie. Bańki piany wyskoczyły mu na wargach, cały wyglądał jak rozpędzona lokomotywa pozbawiona maszynisty.

– Szaleństwo … – Młodszy Madej szepnął do brata. – Szaleństwo… Pozabijamy się sami.

Wciąż nie spuszczając Walusia z oczu, Zaremba wychrypiał:

– Uważaj, szeregowy, uważaj… Miej oczy wkoło głowy.

 

13

Drużyny III i IV zostały przed skalną szczeliną, oczekując na sygnał od sierżanta Zaremby. Czekali cały dzień, aż zrobiło się szaro a po chwili zupełnie ciemno. Mgła zgęstniała. Nie palili ogniska, nie wystawili wart, czekali i marzli.

– Pewnie się zgubili… – powiedział kapral Zawisza nie wiadomo do kogo.

– Albo Zaremba zaklinował dupą przejście i nijak zawrócić a tam skalne osypisko… – Dodał szeregowy Siejka.

Zarechotali.

– Lub są martwi – Zawisza bał się tej myśli, ale musiał ją wyartykułować.

– Wy jesteście martwi! – Ten głos nie należał do  żadnego z nich. Drgnęli i w tym momencie ścianę mgły rozerwała seria błysków i huk karabinów. Siejka zdążył tylko krzyknąć „Nie!” i padł trafiony w serce.

„Niepokorni” stali nad ciałami zabitych patrząc na ściekającą krew. Zalewski wyjął pistolet i strzelił dla pewności każdemu w łeb.

– Zabrać ścierwa i wrzucić do jaskini.

– A ślady krwi? Została krew, panie poruczniku.

– To dar dla Welesa.

 

14

– Z góry nic nam nie grozi – kapral Florek meldował sierżantowi. – Dookoła urwiska, orzeł by nie podleciał. Myślę, że powinniśmy tutaj zostać. W tych skalnych wykrotach jeden dobrze uzbrojony człowiek może powstrzymać armię, a robi się ciemno i…

– Kurwa, żołnierzu! Wy nie jesteście od myślenia… Wystawcie warty. Zostajemy.

W koło siebie mieli skalne blokowisko, pod nogami równy, pozbawiony kamieni grunt i niebo nad głowami. Sama myśl, że mieliby po ciemku leźć oślizgłą, ciemną szparą napawała ich obrzydzeniem i strachem. Dlatego gdy kapral Florek rozkazał rozbić obóz, poczuli ulgę.

Przy szczelinach wystawiono trzech wartowników, pozostałym rozkazano spać. Położyli się jeden przy drugim, ciasno, żeby nie tracić ciepła. Kapral Zając usiadł na jednej z donic, gestem ręki przywołał Florka i poczęstował go papierosem. Palili, patrząc na zasypiających żołnierzy.

– W tym świetle wyglądają jak trupy.

Talerz księżyca świecił pełną mocą wypełniając legowisko zimnym światłem. Było jasno, tak, że można było spokojnie czytać lub przyszywać guziki. I robiło się coraz jaśniej!

 

15

Pierwszy światło zobaczył Gruza, warujący przy zachodniej szczelinie. Najpierw wydawało mu się, że zmęczenie płata figle i ma muszki przed oczami, ale po chwili był pewny, że ktoś idzie korytarzem i przyświeca drogę.

Zaraz po nim, takie samo światło zobaczył Czop.

I Flis.

– Ktoś idzie…

W tym momencie donice, rozstawione w rogach placu, ożyły i błysnęły bladofioletowym  światłem. To był kolor, jakby ktoś odkręcił kurki z gazem i podstawił pod nie zapaloną zapałkę. Gruza wrzasnął:

– Atakują nas!

Zerwali się jak stado spłoszonych wróbli. Przez moment panował chaos a po chwili trwoga ścisnęła ich za gardła – ściana, na której wyryty był wielki znak zaczęła się trząść i skrzyć, jakby w jej wnętrzu drzemał olbrzymi transformator budzący się do życia. Cztery okręgi na widlastym krzyżu zaczęły świecić intensywnym światłem, po chwili w żłobieniach symbolu też błysnęło i cały znak stanął w ogniu. Żołnierze wrzeszczeli, przepychali się jeden przez drugiego, a tymczasem ogień stawał się coraz jaśniejszy, niczym podpalona magnezja. Tyle, że ten ogień nie dawał ciepła – oślepiał, wydawało się, że zaraz wypali wzrok, ale nie dawał ciepła. Skała nie płonęła, ona się otwierała.

Światła w korytarzach były już bardzo blisko. Migotały, niczym żagwie, tyle że nie świeciły na żółto, a tym samym, zimnym kolorem palonego gazu. Pierwszy nie wytrzymał Madej i walnął w trzewia góry. Dołączyli się inni, tylko iskry latały z odbijających się od skalnych ścian pocisków. Walili aż do wyczerpania magazynków, przeładowywali i znowu cisnęli na spust.

To, co szło na nich, to nie byli ludzie. Owszem, wyglądali jak ludzie – można było rozpoznać sylwetkę, dostrzec zarysy głów, rąk czy nóg, ale to nie byli ludzie! To były widma, podobne do ludzi ezoteryczne zwidy, niczym ruszane wiatrem płomienie. Bił od nich chłód lodowej góry, byli żywymi cieniami, zupełnie niewzruszone na walącą w nie kanonadę. Zbliżały się powoli, tak, że można było ujrzeć ich upiornie blade, pozbawione życia twarze. Przez płomienie karabinowych luf widzieli te zbliżające się postacie, jakby ubrane w ludowe stroje, czasami z tarczą i złamanym mieczem w kościstych dłoniach; złachmanione, o przeraźliwie chudych ciałach, na których dźwigali postrzępione kolczugi, dziurawe hełmy, napierśniki pełne szpar, przez które wystrzeliwały snopy światła; kobiety w białych koszulach, teraz wyglądających na zdeptane prześcieradła; o warkoczach postrzępionych jak sparciałe rzemienie; brzdące, prawie nagie, o zapadniętych, gruźliczych piersiach… Każdym korytarzem szła na nich horda umarłych, majki tych, które zabrał już czas.

Karabiny cichły, jeden po drugim. Przerażeni żołnierze odsuwali się od korytarzy, zbijając ciasno w gromadę. Tylko Zaremba nie zwracał na to uwagi – stał jak urzeczony i gapił się okrągłymi oczami na otwierający się portal nad platformą. Wtedy ujrzał w ognistym kręgu twarz. Twarz giganta.

Żołnierze stali na środku klepiska otoczeni widmową armią. Donice, magiczne znaki na ścianach i ołtarz nad platformą, wszystko biło zimnym światłem. Przez chwilę zatrzymał się czas…

Huk, który wystrzelił ze skały skosił wszystkich żywych. Podnosili się oszołomieni i zdezorientowani, w tym czasie dusze umarłych uklękły i spuściły głowy. Platforma, jeszcze chwilę temu zbutwiała i trawiona przez wilgoć i robactwo, nabrała solidnych kształtów i zszedł na nią człowiek-bóstwo. Postać olbrzymia jak niedźwiedź, o płonących żywym ogniem ślepiach, trzymająca w dłoni drewnianą laskę zakończoną olbrzymią czaszką.

– Weles… – szepnął Waluś. – Bóg umarłych…

Olbrzym stanął na platformie. Zaremba, którego jakimś cudem nie wywrócił podmuch, stał naprzeciwko niego. Sierżant nie należał do ułomków, a przy olbrzymie wyglądał jak kot-dachowiec przy tygrysie. Wzrok Zaremby wyrażał jedno – zwierzęcą wściekłość, furię człowieka ogarniętego przez szał. Nie bał się lub już postradał zmysły. Uniósł pistolet i strzelił.

Raz. Drugi. Strzelał coraz szybciej. Sześć strzałów i zmienił magazynek. Pruł w czerep bóstwa. Suchy trzask pustej komory. Wtedy olbrzym chyba się uśmiechnął i otworzył usta – to, co wyleciało z jego ust, nie było jednak śmiechem. Był to dźwięk, jakby miriady owadów wleciało do rury betonowej rury i nie chciały z niej wylecieć. Zaremba padł martwy.

Wtedy z pomiędzy umarłych wysunęły się postacie. Były tak samo blade, jednak świeciły jakby żywszym światłem i otoczyły krąg żołnierzy. Każda ze zjaw trzymała w ręku krótki oszczep, którego ostrze błyszczało w blasku księżyca. Dało się słyszeć szmer ich szat. Na chwilę przed żywymi stanęli ożywieni sprzed wieków.

Wtedy ich bóg skinął czerepem. I wojowie uderzyli swoimi ostrzami…

 

16

Stali w kolumnie, Florek i Zając po bokach, sierżant Zaremba, tak jak powinien, przed szeregiem. Czuli zalewający ich spokój, nie czuli za to deszczu, który zaczął dudnić o zdeptane klepisko, ani zimna. Myśli mieli czyste, pozbawione moralnych rozterek. Nic już nie miało znaczenia.

Z drewnianych schodów, które odzyskały swą minioną świetność, zszedł starzec o łysej głowie i oczach zakrytych bielmem, wspierający się długą, drewnianą tyczką. Schodził powoli, za nim szli żołnierze drużyn kaprala Zawiszy i Łuczaka – w swoich brudnych, dziurawych mundurach, o oczach bez życia, z zaschniętymi kroplami krwi spływającymi z otworów, wypełnionych fioletowym światłem. Zeszli na platformę i stanęli przed Welesem.

Strzec o ślepym wzroku zajął miejsce obok giganta.

– Przelaliście krew na świętej ziemi. Splugawiliście dom umarłych swoją obecnością. Dlatego przyszedł na was kres…

Jego głos był miarowy, spokojny, bez uniesień, przypominający jakąś starą legendę opowiadaną przez szum dębowych liści, kępy traw i spływające strumienie. Była to mowa żywego do umarłych, ostatnie słowa pożegnania, jakie usłyszeli, nim ognisty płomień w skale nie zajął całej ściany i lalki tych sprzed wieków, i tych z dnia dzisiejszego nie znikły w jego czeluściach.

Pluton sierżanta Zaremby, niczym doskonale wymusztrowany oddział, ruszył równym krokiem, wchodząc przez platformę do portalu. Za nimi maszerowali ich towarzysze z pozostałych drużyn. Chwilę później plac starożytnej świątyni stał pusty od dusz i tylko deszcz grał pożegnalny marsz, bębniąc o skalne ściany.

Starzec o białych oczach uniósł głowę, jakby patrzył ponad skalną krawędź. Na jej szczycie, zupełnie niewidoczni, skąpani w mroku nocy i strugach deszczu stal ludzie „Niewiernego”. On stał trochę z boku, patrząc wprost w ślepia człowieka stojącego na platformie. Chwilę później nie było już starca, nie było ani żywych, ani umarłych.

– Byliśmy bydłem prowadzonym na rzeź – mruknął Zalewski, odwrócił się i odszedł.

 

17

– Zalewasz! Bzdury opowiadasz. – Powiedziałem do Hańczuka, gdy skończył mówić. Ogień już zgasł, na zewnątrz budził się dzień, a my siedzieliśmy i gapiliśmy się na żółtą twarz Hańczuka.

Nic mi wtedy nie powiedział, uśmiechnął się tylko do nas i kazał zbierać manele. Parę godzin później byliśmy na miejscu. Wykąpałem się, zrobiłem kolację i siedząc nad talerzem jajecznicy i puszką piwa gapiłem się w telewizor.

Przyszedł Hańczuk z butelką wódki i wiadomością:

– Smarkacze znaleźli się wczoraj wieczorem, w Nowym Miasteczku. Są cali i zdrowi. Trochę przemarznięci, ale nic im nie będzie.

Studenci, których szukaliśmy, odnaleźli po nocy jakąś wieś i miejscowi odstawili ich do szpitala.

– Witek, skąd ci taka bajka przyszła do głowy?

– Mówiłem już, nie opowiadam głupot. Za stary ze mnie facet na bajania.

– To skąd to wiesz?

– Brat mojego staruszka służył w oddziale „Niewiernego”.

Zapadła cisza. Odpaliłem papierosa i spytałem:

– A ta góra, pod którą spaliśmy… Czy to była Góra Umarłych?

– Nie.

– Więc…

– Nawet gdybym wiedział, gdzie się ona znajduje, nie powiedziałbym ci o tym… Zapomnij, „Zyga”, żeby szukać tego miejsca. Te dusze nie należą do naszego świata, daj im spokój.

– Nie zamierzałem…

– Wiem. Zapomnij o tym.

 

KONIEC.

Podobne posty:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *