Jeziorna panna

Jeziorna panna

Jeziorna panna


Pachniało lasem. W powietrzu unosił się żywiczny zapach sosnowego igliwia, który, im dalej na południe, ustępował miejsca charakterystycznej woni dębiny. Przez zwarte korony drzew niewiele światła docierało do wnętrza lasu. Nie wszystek jednak blask księżyca udało im się zatrzymać. Srebrne światło, ślizgając się po ciemnozielonych liściach, dotarło do podnóża wiekowych dębów, rozjaśniając tym samym leśny mrok.

Blask ten nie był jednak na tyle intensywny, by mógł zbudzić młodzieńca, który znużony tańcami i lekko podchmielony, legł na ziemi. Opierając się o stuletni dąb, nim się zorientował, zmorzył go głęboki sen. Coś, a może ktoś, jednak wyrwał go ze snu, bowiem nieprzytomnie zaczął mrugać powiekami, rozglądając się na boki.

Cisza była tak gęsta, że można by kroić ją nożem. Coś miało jednak na tyle siły przysłowiowego narzędzia, by tę barierę pokonać. Ten, którego uszy były w stanie uchwycić nawet ciche trzepotanie owadzich skrzydeł, już z oddali mógł usłyszeć czyjś głos. I wystarczyło się w weń wsłuchać, by poznać więcej szczegółów.

Głos niewątpliwie był kobiecy, o czym świadczyły delikatne tony, którymi rozbrzmiewał. Był mocny, bowiem posłyszeć go można było z odległości kilkunastu metrów, a mimo to był niczym słowiczy trel. Nie dźwięczał jednak w rozmowie. Do tego trzeba było dwojga, a słychać było tylko ten jeden głos. Jego właścicielka nie prowadziła też monologu. Nie mówiła sama do siebie, czy do kogokolwiek innego, kto mógł z nią być. Ona śpiewała. Jej głos rozbrzmiewał w leśnych ostępach melodyjną nutą. Była ona jednak smutna, bo choć pięknie brzmiała, słowa pieśni były przepełnione goryczą i żalem, tęsknotą i obietnicą czegoś nieuniknionego, tajemniczego.

Kolejne słowa piosenki wznosiły się ponad podszycie lasu i mogłoby się wydawać, że jest wstanie wzlatywać coraz wyżej i wyżej, aż po same korony drzew, a nawet i ponad nie! Tak się jednak stać nie mogło, pomimo siły głosu i determinacji kobiety w wyśpiewywaniu kolejnych wersetów pieśni. Tego wszystkiego wystarczyło jednak na tyle, by dotarła ona do uszu młodzieńca, jakby była przeznaczona tylko dla niego.

Chłopak nie od razu się zbudził, gdy w jego głowie rozbrzmiały pierwsze słowa piosenki. Nie chciał się im poddać. Pragnął spać, odpocząć. Co z tego, że nie we własnym łóżku ze świeżo wymienionym siennikiem gdzie żadna pchła, ani wesz nie powinna go kąsać – przynajmniej na początku. Tu, pod tym dębem, też było wygodnie. Jego pień stanowił idealne podparcie dla zmęczonych pleców i ciężkiej głowy, która w moment opadła na pierś. Nawet ziemia nie była aż nadto wilgotna. Warunki wprost wymarzone dla kogoś pragnącego zaznać odrobiny odpoczynku. Ten odpoczynek nie był jednak dany młodzieńcowi.

Im bardziej starał się nie zwracać uwagi na śpiew, tym on coraz usilniej próbował dotrzeć do jego jaźni. Był niczym natrętna mucha, która raz odgoniona wracała i choć to mało prawdopodobne, wszystko wyglądało tak, jakby pieśń miała własny rozum i wolę, której on musiał się poddać. I w końcu dał za wygraną. Sen raz wypuszczony z objęć nie dawał się szybko złapać. Był niczym obrażona panienka – uciekał i nie dawał się przeprosić.

Niechętnie podciągnął się do góry, ścierając resztki snu z oczu. Niezadowolenie było aż nadto widoczne na jego twarzy, nawet w tym nikłym, srebrnym świetle księżyca, które sączyło się przez korony drzew. Młodzian był niemal pewien, że to któraś z wiejskich panien stroiła sobie z niego żarty, dlatego też postanowił nie zawracać sobie tym głowy. Uznał, że poczeka, aż jej się znudzi, a gdy to się stanie, sama odejdzie, a on będzie mógł wrócić do przerwanego snu. Choć może powinien wrócić do domu? A gdzie tam… co mu się mogło stać w ich spokojnym lesie?

Śpiew, mimo usilnych błagań chłopaka, nie ustawał w swym brzmieniu. Ciągnął się melodyjną nutą, a on chcąc nie chcąc w końcu zaczął się w niego wsłuchiwać. Najpierw niechętnie, z dużą dawką zniecierpliwienia, z czasem jednak musiał przyznać sam przed sobą, że słucha go z zainteresowaniem. Kobiecy głos, który z każdą zwrotką rozbrzmiewał w jego głowie, dostarczał miłych doznań. Młodzian nie potrafił jednak odciąć się od uczucia żalu i smutku, które to przemawiały do niego za pomocą słów pieśni. I choć dobrze było tylko słuchać, chęć poznania, wzięła nad nim górę.

Z ziemi podniósł się dość żwawo, co mogło świadczyć tylko o tym, że gorzałka, którą wypił tego wieczora, zdążyła już w znacznym stopniu wyparować. Kierując się głównie słuchem (w tym półmroku nie mógł w pełni zaufać swym oczom), ruszył w kierunku, z którego to wydawało mu się, że docierają do niego kolejne słowa piosenki. Stąpał ostrożnie i nie dlatego by czasem nie spłoszyć właścicielki tego słowiczego głosu. Powód był inny – jakże ludzki i przyziemny. Młodzian najzwyczajniej w świecie nie chciał wyrżnąć i stłuc sobie rzyci, lub zaorać szczęką ziemię. I przy okazji zgubić jednego, czy dwa zęby. Byłaby to wielka szkoda, bowiem miał jeszcze wszystkie zęby, czym nie mogło pochwalić się już wiele osób w jego wieku, a nierzadko i młodsi.

Las nie rzucał mu zbyt wielu kłód pod nogi – dosłownie i w przenośni. W czasie swej wędrówki, natrafił tylko na trzy powalone drzewa i kilka pomniejszych uschłych konarów, które zwaliły się na wydeptane ścieżki. Mimo ciemności, pokonał je dość sprawnie. W końcu też zauważył, że ściana z drzew nie była już tak zwarta. Co najdziwniejsze zobaczył to własnymi oczyma, a nie wywnioskował z tego, że przestał wpadać na pnie, bowiem wraz z przerzedzaniem się leśnego drzewostanu, więcej księżycowego światła zaczęło oświetlać ziemię. Teraz nie tylko słuch, ale i wzrok służył mu za drogowskaz.

Z każdym pokonywanym metrem intensywność głosu przybierała na sile, a z czasem zaczęła się mieszać z szumem wody. Zdziwiło go to do tego stopnia, że na chwilę musiał się zatrzymać i upewnić, czy aby na pewno dobrze słyszy. O pomyłce nie mogło być jednak mowy. Słowom piosenki towarzyszyło szemranie wody. Było to… dziwne, bowiem nie przypominał sobie, by przez lasy, które sąsiadowały z jego wioską, przepływały jakieś strumienie, czy były stawy i jeziora. Czyżby zawędrował tak daleko od wioski, że dotarł do nieznanych mu okolic?

Szum wody w zbiorniku nie był jednak żadną fantasmagorią, czy omamem, o czym młodzian mógł się sam szybko przekonać, bowiem w miejscu, gdzie kończyła się luźna ściana lasu, zaczynała się okrągła polana. Zatrzymał się na tej subiektywnej granicy i zaczął się rozglądać.

Polana była duża, ze wszystek stron otoczona drzewami. Porastała ją wysoka trawa, która falami pokładała się na ziemi przy każdym podmuchu wiatru, będąc niczym zielone morze. Owe miejsce wyglądało na nieskalane niczyją bytnością – czy to zwierzęcą, czy ludzką, dlaczego więc tajemniczy głos przygnał go aż tu?

Na wschodniej części polany, gdzie ściana lasu była najbardziej zwarta, znajdowało się jezioro, zasilane wodą z niewielkiego, leśnego źródła. Jego brzegi porastały rośliny przybrzeżne – głównie trzciny, rzadziej zaś pałki wodne tak uwielbiane przez dziatki. Rosły w zwartym zagęszczeniu, które od strony polany, zostało przerwane na odcinku około trzech metrów. Tylko z tego miejsca można było zarówno wejść jak i wyjść swobodnie z jeziora. Taflę wody pokrywały liście wodnych roślin – grążeli i grzybieni, których to żółte i białe kwiaty kryły się pod powierzchnią zwinięte w pąki.

Młodzieniec nie był estetą. Nie był też artystą i nie znał się na sztuce, a mimo to umiał docenić piękno owego nieznanego mu dotąd krajobrazu. Spokój otoczenia wlewał mu się do serca, kojąc zmysły i wszelki niepokój, jaki odczuwał dotychczas. Czego miał się obawiać? Co złego mogło go tu spotkać? I kiedy tak rozpływał się nad tym, co widział przed sobą skąpane w srebrzystym świetle księżyca będącego w pełni, do jego uszu zaczęły docierać bardzo wyraźnie słowa pieśni, która go tu przygnała.

 

Płacz mój tak rzewny

Przez lat tysiące

Nie był to krewny

Nie były to pieniądze

Miłość to była

Barwna i wielka

Kochana mogiła

Zniknęła nadzieja wszelka

 

Rozglądając się i szukając właścicielki owego głosu, wkroczył na polanę. Trawa nie rozstąpiła się przed nim, ale i nie utrudniała marszu bardziej niż zwykle miała to w zwyczaju czynić, będąc takiej wysokości. Kiedy pokonał mniej więcej jedną trzecią odległości, jaka dzieliła go od jeziora, przystanął i spojrzał właśnie w tamtym kierunku. Na kamieniu półmetrowej wysokości, siedziała, plecami do niego… kobieta. Była ubrana w białą, zwiewną sukienkę. Włosy w kolorze dojrzałego zboża spływały łagodnie po jej plecach. Nie widział po prawdzie, co dokładnie robi, ale był pewien, że głos, który towarzyszy mu już od pewnego czasu, należy na pewno do niej. I choć mógł poznać go wcześniej, dopiero teraz był wstanie poczuć cały ból i rozpacz jaka płynęła ze słyszanych przez niego słów. Było to nie do zniesienia, bowiem odnosił dziwne wrażenie, jakby to wszystko i jego zaczęło wypełniać po brzegi. Dla niego było to już zdecydowanie zbyt wiele, więc jak udawało się to tej nieznajomej kobiecie znosić w takim spokoju i ciągle wyśpiewywać kolejne zwrotki? Nie zastanawiając się dłużej, ruszył przed siebie…

Jasnowłosa nie była świadoma obecności chłopaka. Pochłonięta melodyjnym recytowaniem kolejnych wersetów pieśni, straciła kontakt z rzeczywistością. Wystarczyło jednak, by młodzieniec wrócił do przerwanego marszu. Zrobił to bardzo gwałtownie, czym wprawił trawy w nienaturalny dla nich ruch. Dźwięki wydane przy tych nierozważnie i nerwowo stawianych krokach, zwróciły jej uwagę. Oczy, które dotychczas miała zamknięte, otworzyła i kiedy chłopak był od niej dwa metry, przerwała gwałtownie swój śpiew i zwróciła głowę do boku, by spojrzeć na niego kątem oka.

– Nie ładnie podglądać.

Kiedy usłyszał te słowa, zatrzymał się tam, gdzie akurat przebywał. Serce zabiło boleśnie w piersi, a policzki zapiekły gorącem, kiedy do krwi została wtłoczona adrenalina. Nie rozumiał czemu, ale czuł niepokój spowodowany tym, że został odkryty przez kobietę. Lecz czy nie oto właśnie chodziło? Po cóż innego pokonywałby dzielącą ich odległość, jeśli nie po to, by móc z nią porozmawiać? Skąd więc ten strach, który niczym ćmiący ból odzywał się z tyłu jego głowy?

Młodzieniec nie kwapił się, by udzielić jej odpowiedzi na zadane pytanie, dlatego też obróciła się ku niemu. Mógł teraz, może nie tyle dokładnie, co na pewno lepiej się jej przyjrzeć.

Kobieta przed nim wyglądała na dość młodą. Miała gładkie lico, okolone falą jasnych włosów, które rzucały cień na jej twarz. Blada skóra jakby mieniła się w świetle księżyca. Sukienka, w którą była odziana odsłaniała tylko ramiona, spowijając słodką tajemnicą resztę jej smukłej sylwetki. Chłopak musiał przyznać sam przed sobą, że była naprawdę ładna, ale nie jak te wiejskie dziewki, z którymi lubił zabawiać się nocami. Było w niej coś nieodgadnionego, co dodawało jej tylko uroku. Temu uczuciu towarzyszył jednak też strach, który przybrał na sile, gdy kobieta spojrzała na niego.

Otaksowała go uważnym spojrzeniem drapieżcy. Młodzieniec czując na sobie jej wzrok, poczuł się niczym sparaliżowany. Wrażenie to było tak silne, że mógłby przysiąc, że czuje jak wzdłuż kręgosłupa pełznie mu coś zimnego i oślizgłego. Jakby dotyk wężowej łuski na ciele.

– Kim jesteś?

Słowa kobiety wyrwały go z zamyślenia, w które wprawiła go cała ta sytuacja. Zamrugał powiekami, odzyskując tym samym ostrość widzenia i spojrzał na nią. Chciał spojrzeć jej w oczy, ale gdy tylko napotkał jej wzrok, zaraz uciekał ze swoim.

– Chwalimir mnie zwą, a ciebie?

Nie wiedział, jak ma z nią rozmawiać, jak się do niej zwracać i co mówić. Zachodził w głowę, czy zbytnio się z nią nie spoufala, czy nie odbierze jego słów jako obrazę. Peszyła go! Pierwszy raz w swym młodym życiu nie wiedział, jak ma się zachować w obecności przedstawicielki płci żeńskiej.

Nieznajoma widziała to zakłopotanie, które odmalowało się na jego twarzy. Zdawało się to mile łechtać jej próżne ego, co dało o sobie znać delikatnym uśmiechem, jaki pojawił się na jej licu.

– Jestem Nadzieja – odparła z kpiącą nutą w głosie, ale nim zdołałby się jakoś ustosunkować do jej słów, zadała mu kolejne pytanie. – Co tu robisz o tej porze Chwalimirze? Nie za późno na spacery po lesie? A może z jaką panną postanowiłeś zabawić się w chowanego?

Kobieta wydawała się dziwnie zrelaksowana, a nawet rozbawiona zaistniałą sytuacją, za to młodzian… czuł coraz to silniejszy niepokój. Skąd on się brał? To wina otaczających go ciemności, a może to ona tak na niego działała? Spojrzał na nią przelotnie i od razu odgonił od siebie tą myśl. Nie, to nie może być! Taka piękność nie mogła wzbudzać w nim takiego lęku, a więc to musiał być las. To na pewno to! W końcu bardzo oddalił się od wioski, co stwierdził po znalezieniu tej oto polany… i jeziora rzecz jasna.

– Nie, z żadną panną nie bawię się w chowanego – chyba że z tobą – dopowiedział w myślach. – W mojej wsi było wesele. Dużo jedliśmy, dużo piliśmy i dużo tańczyliśmy. Znużony zawędrowałem do lasu, gdzie zmorzył mnie sen. Normalnie spałbym do rana, ale twój śpiew nie pozwolił mi na to – i w tym miejscu zrobił znaczącą pauzę. Spojrzał na nią nerwowo, ale widząc, że nie ma zamiaru dodać nic od siebie, kontynuował. – Bardzo ładny masz głos, tylko dlaczego ta pieśń taka smutna?

Jakby czekała na to pytanie. Jej usta wykrzywił niepasujący do sytuacji uśmiech szerszy, niż dotychczas, wzbudzający niepokój. Szybko jednak znikł z jej lica, które choć skryte w cieniu, wyrażało wyraźnie wielkie uczucie straty.

– Zgubiłam coś… bardzo cennego.

Odparła mu i obróciła głowę w stronę jeziora. Chwalimir spojrzał na nią przelotnie. Ostatecznie jednak podążył jej śladem i również spojrzał w stronę zbiornika wodnego.

Jego tafla iskrzyła się w księżycowym świetle, jakby jaki bogacz sypnął na nią srebrnym pyłem. Widok ten mógł zapierać dech w piersiach, ale obraz smutku na twarzy kobiety nie pozwalał mu skupić się na niczym innym, jak na niej i jej problemie.

– Coś cennego? Cóżeś zgubiła? Może będę umiał Ci pomóc go znaleźć?

– A obiecasz, że nie będziesz się śmiać?

Przez chwilę Nadzieja, jak sama raczyła się nazwać, wydała się młodzieńcowi niczym niewinna trzpiotka, co… poprawiło mu nieco humor. We wsi, w której mieszkał, zazwyczaj z takimi pannami obcował – głupiutkimi i naiwnymi.

– Przyrzekam ci, że nie będę się śmiał.

Obiecał jej wielce uroczyście i by dodać swym słowom powagi, przyłożył rękę do piersi. Kobieta widząc ten gest, uśmiechnęła się nieśmiało. Spojrzała na boki, jakby obawiała się, że ktoś ich może usłyszeć i odpowiedziała chłopakowi.

– Zgubiłam wisiorek – odparła i szybko dodała. – Ale nie byle jaki wisiorek! – Powiedziała z mocą. – Był to prezent, od mego ojca. Dostałam go na swoje szesnaste urodziny. Należał do mojej matki, która to otrzymała go od swojej matki, a mojej babki na miesiąc przed ceremonią zaślubin. A ja go zgubiłam!

Wykrzyknęła i schowała twarz w dłoniach. Jej wizerunek, który dotychczas swym zachowaniem kreowała w głowie młodzieńca, uległ zmianie o sto osiemdziesiąt stopni. Teraz naprawdę było jej bliżej do prostej dziewki, niż dziewczyny z lepszego domu. Wyglądała na taką, co to potrzebuje pomocy, a on jej tą pomoc mógł ofiarować.

– Dlatego tu siedzę, bo boję się wrócić do domu bez niego – głos miała znowu spokojny i opanowany, ale cały czas sprawiała wrażenie mocno przejętej tym, co się stało.

Chwalimir w pierwszym odruchu chciał wybuchnąć śmiechem. To takie… typowe. Nie raz już widział jak wiejskie dziewki płaczą z o wiele błahszych powodów. Nadziei było mu jednak szkoda. Wisiorek, o którym mówiła, należał w końcu do jej matki. Nawet on, wiejski chłopak, umiał docenić wartość takiego przedmiotu.

Ponieważ w dalszym ciągu dzieliła ich spora odległość, postąpił krok w jej stronę. Kobieta jak na komendę uniosła głowę, wlepiając w niego czujne spojrzenie, czym zmusiła go do zatrzymania się.

– Nie zaprzątaj sobie tym główki. Na pewno znajdziemy Twój wisiorek. Powiedz mi tylko, gdzie go zgubiłaś? – Odparł szybko, by ukryć swe zdenerwowanie, wynikające z jej jakże przezornego zachowania.

Dziewczyna, w przeciwieństwie do niego, nie wyglądała na przejętą tym, co się przed chwilą stało. Podniosła rękę i wskazała na jezioro.

– Wpadł mi do wody – zaczęła tłumaczyć. – Pochyliłam się, by zerwać kwiat grzybienia, a wtedy zsunął mi się z szyi i tyle go widziałam! Szukałam. Długo szukałam aż zastała mnie noc. I tak tu siedzę… i czekam aż stanie się cud – zamilkła i przyglądała mu się uparcie, jakby to on miał się okazać tym właśnie cudem.

Chłopak długo spoglądał w kierunku jeziora, walcząc z uczuciem niepokoju, które na nowo zaczęło w nim gorzeć. Nie umiał jednak odmówić pomocy dziewczynie. Nie wtedy, kiedy z taką nadzieją w oczach na niego spoglądała. Uśmiechnął się do niej pokrzepiająco.

– Obiecałem, że ci pomogę go znaleźć i słowa dotrzymam. Musisz mi tylko pokazać, gdzie wpadł ci do wody.

Słysząc te słowa, Nadzieja wyraźnie się ożywiła. Nagle poderwała się, zeskakując z kamienia. Nie podeszła jednak do niego, ale przywołała go oszczędnym ruchem ręki. I choć Chwalimir zbliżył się do niej, miał na tyle oleju w głowie, by nie podejść zbyt blisko. Widać kobieta chciała trzymać dystans pomiędzy nimi. Czyżby się go obawiała? Dlaczego więc to jemu się wydawało, że powinien na nią uważać?

– Idź pierwszy – wyrzekła, a kiedy ruszył, podążyła za nim bezszelestnie.

Uczucie lęku, które młodzian czuł do tej pory miało się ni jak do tego, co czuł teraz. Z każdym kolejnym krokiem, wszystko w nim narastało i zaczynało paraliżować, jakby coś albo ktoś, za wszelką cenę chciał dać mu znać… by uciekał! Nawet woda, która obmyła jego kostki, gdy wszedł w nią bosymi stopami, uprzednio ściągając sandały, wydała mu się zimniejsza, niż powinna być w rzeczywistości.

– Wpadł mi tu, zaraz przed Tobą – kobiecy głos dotarł do niego zza jego pleców.

– Tu? – Wskazał ręką miejsce oddalone od nich o jakiś metr, zaraz przy zwartym kobiercu liści grzybieni, zerkając jednocześnie na Nadzieję, która była parę kroków za nim.

Skinęła mu głową, więc mając już tą pewność, co do miejsca, spojrzał w tamtą stronę.

Wydało mu się to dziwne, bowiem jezioro okazało się głębsze, niżby się mogło na początku wydawać. W miejscu, gdzie stali już musiał wspinać się na palce, by głowa pozostała ponad powierzchnią wody, a musiał zrobić jeszcze parę ostrożnych kroków przed siebie. Powoli zaczynał żałować swej obietnicy, ale co z niego byłby za mężczyzna, gdyby zostawił niewiastę w potrzebie… zwłaszcza taką młodą i ładną jak ona. Kto wie… może odwdzięczy mu się… jak należy?

Owa myśl przywołała w jego głowie przeróżne – bardzo miłe w odbiorze i rzeczywiste, obrazy, które uśpiły jego czujność. I tak oto nawet nie zauważył kiedy dno nagle się urywało, schodząc pionową skarpą w głąb jeziora. Nie spodziewał się tego, więc nim jeszcze zdążył napełnić płuca powietrzem, zniknął pod wodą, zachłystując się nią. Gdy znowu znalazł się na powierzchni, nie tylko wyglądał, ale i był mocno zdenerwowany.

Obrócił się w jej stronę, kaszląc i machając rękami, by utrzymać głowę na powierzchni. Nie było to jednak łatwe. Strach robił swoje, ale w końcu udało mu się zapanować nad własnym ciałem i nie zanurzać się ciągle pod wodą.

Szukał nadziei na to, że wyjdzie z tego cało, ale jedyną nadzieją, na którą mógł liczyć, była ona. Patrząc na jej twarz, która nagle znalazła się bardzo blisko niego, a do tego wyrażała nie tylko znudzenie, a wręcz zniecierpliwienie, utwierdził się w przekonaniu, że wpadł jak śliwka w kompot.

– Jesteś pewna, że tu zgubiłaś ten wisiorek? – Zapytał bojaźliwie.

– Tak, to na pewno tu… – odpowiedziała mu z mocą.

– Ale…

Chłopak zająknął się, czując jak ogarnia go panika, a wtedy kobieta zrobiła coś, czego nie uczyniła do tej pory, a mianowicie dotknęła go. W miejscu, w którym jej dłonie zetknęły się z jego skórą, poczuł przejmujący chłód, który wręcz bolał. Przybliżyła się do niego, patrząc mu w oczy. Młodzian dopiero wtedy zobaczył, że oczy kobiety są nienaturalne, wodniste.

– Nic się nie bój. Jestem cały czas za Tobą. Nic ci się nie stanie.

Obiecywała słodkim głosem, ale było już za późno – Chwalimir nie wierzył już w ani jedno jej słowo. Szarpnął się nerwowo, a wtedy ona mocniej zacisnęła palce na jego ramionach. Ból nie był już tylko wytworem jego wyobraźni.

On naprawdę go czuł. Kobieta podpłynęła do niego. Już nie grała przed nim. Nie udawała miłej i bezbronnej, potrzebującej jego pomocy. Piękna twarz zmieniła się nie do poznania – wykrzywiał ją teraz grymas, który do miłych na pewno nie należał. Zacmokała ustami, kręcąc z dezaprobatą głową.

– Czemu wy zawsze musicie sprawiać tyle problemów? – Mówiła i jej głos, który dotychczas brzmiał tak melodyjnie, był o oktawę niższy i mroczniejszy.

– My?! – Chłopak prawie zapiszczał, wypowiadając te słowa.

Kobieta słysząc to, uśmiechnęła się paskudnie.

– Tak, wy… wy wszyscy, którzy przychodzicie tu zwabieni melodyjnym głosem jakiejś tam młódki. Tak łatwo was nabrać – zaśmiała się gardłowo. – Ach… jesteście tacy zabawni

Podpłynęła do niego jeszcze bliżej. Chłopak znowu się szarpnął, ale to było na nic, bowiem kobiece ręce na jego ramionach były niczym kleszcze.

– Obiecałaś! – Wykrzyknął, co wywołało tylko kolejną salwę jej śmiechu.

– Obiecałam, obiecałam… ale kłamałam – odpowiedziała mu z lekceważącym wzruszeniem ramion. – Naprawdę uwierzyłeś tej ładnej buźce…

I mówiąc to, naparła na jego ramiona, a nim do niego dotarło, co się dzieje, znalazł się pod wodą.

Walczył długo i zaciekle, ale Chwalimir nie miał najmniejszych szans w starciu z “urodziwą” Nadzieją. Trzymała jego ramiona w mocnym uścisku zimnych dłoni i ani myślała pozwolić mu zaczerpnąć powietrza. Trwało to jednak dłużej, niż zwykle. Chłopak naprawdę miał silną wolę walki. Co mu jednak z tego, skoro kobieta była od niego silniejsza, choć nie wyglądała? W końcu jednak płuca nie wytrzymały presji, jaką był brak tlenu i chłopak chcąc, nie chcąc – a wierzcie, że bardzo nie chciał, rozchylił usta, które momentalnie zalała zielonkawo-srebrna woda. Poczuł ogromny ból w płucach. Chyba nigdy wcześniej nie czuł czegoś takiego. Szczęście w nieszczęściu, że był to moment kulminacyjny owej nierównej walki i Chwalimir w końcu zaczął opadać z sił, a co najważniejsze dla kobiety, zaczął tracić przytomność. Odczekała, aż przestanie się szamotać, a wtedy puściła jego wiotkie ciało, patrząc, jak opada na samo dno jeziora.

Przyglądała się temu z chorą fascynacją. Czemu więc w dalszym ciągu sprawiała wrażenie znudzonej? Czyżby jego śmierć dała jej radość ledwie na chwilę?

Gdy chłopak znikł jej z oczu w ciemnej toni, odwróciła się i ociężale zaczęła wypełzać z wody. W tej właśnie chwili nie przypominała już tej samej, powabnej dziewczyny, która przywołała Chwalimira swym śpiewem. Uroda pozostała, ale coś w jej twarzy kazało uciekać. Uciekać jak najdalej i nie oglądać się. Tylko głupiec chciał wejść tej topielicy w drogę…

 

– Coraz ciaśniej się tu robi.

Woda zabulgotała, a w miejscu, gdzie na jej powierzchni pojawiły się pęcherzyki powietrza, ukazała się głowa, której to usta wyrzekły owe słowa. Topielica, jakby od niechcenia, spojrzała w stronę jeziora i wzruszyła ramionami.

– Kiedy będzie nas za dużo, a nasi bracia i siostry aż nadto zaczną uprzykrzać życie wieśniakom, wynajmą wiedźmina, by zrobił z nimi porządek. Nie wiesz, jak to działa…?

Odparła lekceważąco, spoglądając, w równie wodniste co jej, oczy wodnika. Sprawiała wrażenie jakby w najmniejszym stopniu nie obchodziło jej to, o czym właśnie rozmawiali. Albo miała tak wysokie mniemanie o sobie, że buńczucznie wierzyła w to, iż żaden wiedźmin jej niestraszny, albo było jej wszystko jedno, co się stanie.

Topielec postąpił dwa kroki przed siebie, wynurzając z wody już nie tylko głowę, ale i ramiona.

– Ostatnio jesteś dość mściwa – a mówiąc “ostatnio”, miał na myśli “od zawsze”.

Nie trzeba było długo czekać na reakcję wodnicy, która przyglądając się kręgom na wodzie, postanowiła uraczyć swego niechcianego towarzysza odpowiedzią.

– Wyglądał jak on…

– Każdy wyglądał jak on.

Odparł, nim zdążył ugryźć się w język. Jego słowa nie zrobiły na niej jednak najmniejszego wrażenia. Słyszała je już nie po raz pierwszy i zapewne nie po raz ostatni.

Wzruszyła ramionami, co było chyba jej ulubionym gestem i odwróciła zmętniałe spojrzenie od wodnika. Widząc jej zachowanie, nie miał już najmniejszych złudzeń co do tego, że i ta rozmowa zakończy się (a właściwie to już się zakończyła), jak każda poprzednia. Nawet nie próbował już nic mówić, bowiem efekt byłby podobny, jak przy rozmowie z wodorostami. Postanowił się wycofać. Powoli zaczął zanurzać się w wodzie, aż zostały po nim tylko kręgi na wodzie.

Gdy topielica znowu została sama, zaczęła wolno rozczesywać swe jasne włosy. Noc zaś na nowo rozbrzmiała dźwiękami jej słowiczego głosu, a pieśń ta była równie smutna i tęskna co wcześniej…

 

Miłości Ty moja

Tęsknię tak żarliwie

Ja Twa ostoja

Liczę do Twego przyjścia igliwie

W każdym Cię widzę

Lecz jednak to nie Ty

Tak bardzo się nie wstydzę

Że ze złości popełniam błędy…

Autor: Weronika Śmiałek
Praca na I konkurs opowiadaniowy Słowiański Bestiariusz.

Podobne posty:

4 thoughts on “Jeziorna panna

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *