Krew na piórach

Krew na piórach

Krew na piórach

pióra Grzegorza Skowyry

Drzewa zamknęły nad nią baldachim z łysych gałęzi. Robiło się coraz ciemniej i zimniej. Kopny, wysoki do pasa śnieg nie dawał żadnego oparcia. Las, choć rosnący gęsto nie stanowił osłony od lodowatego wiatru. Sprawiał tylko, że miał na czym gwizdać.

Samotna kobieta brnęła ociężale przez te trudy. Jej suknia, kiedyś pyszna, była teraz podarta. Policzki pokrywała łuszcząca się od mrozu skóra i błyszczące kryształkami lodu ślady łez. Przemarznięte nogi już nie bolały. W ogóle ich nie czuła.

Szła jednak dalej.

Nierówno, słabo, zwalniając na każdej przeszkodzie, ale jednak uparcie do przodu. Dokąd? Sama nie wiedziała. Nie dbała o to. Chciałaby, ale nie mogła. Jej strzaskany umysł nie mógł nawet przetworzyć tych faktów. Tych myśli.

Mielił ciągle wspomnienia. Niedawne, całkiem świeże. Te od których niebo zawaliło się jej na głowę i pogrzebało pod gruzami szaleństwa. Wszędzie widziała jedynie oczy. Martwe oczy, pełne cierpienia, wyrażające tylko wyrzut i bezradność. Bliskie oczy. Kochane. Widziała je wszędzie. Gdzie nie spojrzała, tam były.

Kompletnie przysłaniały śnieg i drzewa.

Kobieta nie miała już sił płakać, krzyczeć. Przeklinać diabła który sprowadził tę tragedię, czy Boga który pozwolił aby ją spotkała. Mogła tylko iść dalej w las, przekopując się przez grudniowe śniegi. Nie wiedziała czemu, po co. Byle do przodu…

Kolana się pod nią ugięły po kolejnym kroku.

– Nie! – wyszeptała z całych sił, padając twarzą w kopny puch. Wspomnienia, na moment zagłuszone, zaatakowały ją nową falą. Zalały.

Biła śnieg rękami, wcierała go w twarz tylko po to aby zaraz drzeć ją paznokciami. Podświadomie pragnęła bólu, fizycznego cierpienia, który choć na chwile oderwałby ją od tortur umysłu. Gdyby przy innym upadku nie zgubiła kordu, to rozprułaby sobie teraz żyły, byleby tylko się to skończyło!

W końcu skończyło…

Gdy napór fali ustał, opadła całkiem z sił. Zwinęła się w kłębek pragnąc choć odrobinę ogrzać i odpocząć. Wiedziała, że nie zdoła się już podnieść i przyjęła tę świadomość z ulgą.

Coś odezwało się jednak w jej wnętrzu. Jakaś drobna, nigdy nie pielęgnowana cząstka, uśpiona przez pokolenia wygodnego, bezpiecznego życia. Teraz przebudzona i karmiona tym cierpieniem, które dręczyło duszę. To coś pchało ją w las. To coś zmuszało ją aby wstawała za każdym razem gdy upadła. Aby szła dalej. Tym razem nie zdołało już jej podnieść.

Zmusiło więc, aby zaczęła się czołgać.

Stopniowo, ociężale zdołała się przesunąć. O metr. O dwa. Potem nie było łatwiej, ale nie ustawała. Póki starczało jej sił. Póki starczało woli. A tej miała wiele, przelewając swoje cierpienie w uparte dążenie naprzód. Im bardziej słabła jej świadomość, tym bardziej pierwotna część była przekonana, że w lesie znajduje się coś do czego musi dotrzeć.

Jednak w końcu i wola się skończyła.

Noc zapadła już w pełni. Rozlała atramentową ciemność po lesie. Tylko miejscami śnieg lekko lśnił odbitym blaskiem, niczym gwiazdy które odczepiły się od płaszcza nocy i rozsypały po ziemi.

Ostatnimi podrygami instynktu sięgała ku nim, łapała, ale nie miała siły się do niech podciągnąć. Ból zniknął dawno, nawet zimno już przeszło. Była tylko niemoc, brak sił by działać, by myśleć.

By żyć.

Kobieta znieruchomiała, wyciągnięta w ostatnim desperackim geście, aby pochwycić gwiazdkę z płaszcza nocy. Obłoczki pary z jej ust zmieniły w stróżki, te w drobiny. A potem ustały. Noc zbliżyła się do niej, otuliła, przyniosła ukojenie duszy i łaskę niepamięci.

Tylko ta pierwotna część wyła jeszcze, rozwścieczona porażką, rozsierdzona brakiem sprawiedliwości i pomsty. Ona jeszcze pamiętała i wyła gorzej niż całe stado wilków.

 

Aksamitna ciemność poruszyła się zmącona jakimś czarnym cieniem. Podobna człowiekowi istota wyszła spomiędzy konarów, rozglądając się i nasłuchując. Potworny hełm spod którego wystawała zmierzwiona broda, zdawał się w niczym jej nie przeszkadzać. Powoli, majestatycznie podeszła do ciała kobiety.

Było już zimne i sztywne. Serce przestało bić, płuca pracować. A jednak istota przekrzywiła głowę jakby coś oceniając. Bez jednego słowa schyliła się, złapała trupa za wyciągniętą rękę i ruszyła w głąb lasu.

 

Nie wiedziała ile czasu minęło. Godziny? Dni? A może lata? Ocknęła się jednak z dziwnego letargu. Usiadła, miło zaskoczona, że nie czuje zmęczenia, ani bólu. Niemoc jednak pozostawała, co wywołało jej konsternacja. Nie czuła zupełnie swoich sił, a mimo to zdołała usiąść.

Rozejrzała się chcąc zorientować gdzie się znajduje i spojrzała wprost w swoją zamarzniętą, martwą twarz.

Krzyknęła i odskoczyła jak oparzona. Opadła na śnieg, a ten nie ugiął się pod nią, nawet nie zaskrzypiał. Nic nie rozumiejąc spróbowała rozgarnąć go rękami, ale jej palce wniknęły w biały puch nie zostawiając śladu. Wiedziona nagłym, przerażającym odczuciem sięgnęła ku najbliższemu drzewu i krzyknęła znów, gdy jej palce wsunęły się w zamarznięty pień.

– Ja… ja… – wybełkotała kompletnie rozbita, na poły ciesząc się i dziwiąc, że słyszy własny głos.

– Nie żyjesz – odpowiedział jej ktoś z boku. Poderwała głowę i spostrzegła starego, barczystego mężczyznę o ciepłych oczach, ale surowym, zarośniętym obliczu. Miał na sobie staromodny strój zwieńczony pysznym niedźwiedzim futrem.

Poczuła natłok myśli, huragan emocji, strachu, nadziei. Mężczyzna nie popędzał jej, obserwując swymi krzepiąco ciepłymi oczami. W końcu lekko ochłonęła i zdołała się jakoś pozbierać.

– Czy… czy ty jesteś świętym Piotrem? Czy to tak wygląda raj?

Mężczyzna uśmiechnął się pod zarostem, ale ku jej przerażeniu pokręcił głową. Odezwała się od razu nie dając mu dojść do słowa.

– Czy jesteś… a to jest… – słowa „szatan” i „piekło” nie chciały przejść jej przez usta.

– Nie. Nie jestem nikim z twoich chrześcijańskich wierzeń. Nie musisz się mnie obawiać, nawet gdybym chciał ci coś zrobić, to nie mam takiego prawa. Wasz chrzest uczynił twoją dusze należną do Jehowy i tylko on decyduje co się z nią stanie. Lub ty… – dodał ostatnie uśmiechając się lekko. – Zapomniałem jednak o dobrych obyczajach. Jestem Sędziwój Czciborowic, witaj w moim domu.

Skłonił się lekko, obdarzając zmarłą miłym uśmiechem.

– Lena Wilczyńska, z domu Bednarska – przedstawiła się odruchowo, a potem rozejrzała zdziwiona. – Twoim… domu? Czy jesteś jakimś demonem…duchem lasu?

Sędziwój roześmiał się lekko i pokręcił głową.

– Nie, nie. Tu wznosił się chram, świątynia jak byś to nazwała, poświęcona memu bogu. Byłem jej ostatnim kapłanem, nim została zniszczona przez Mongołów.

– Mongołów? Znaczy, że ty też…?

– Oczywiście.

Lena poczuła zawroty głowy, lub raczej poczuła, że powinna mieć zawroty głowy, ale ich nie doświadczyła. Było to równie dezorientujące.

– Dlaczego więc ciągle tu jesteś? Czy diabły nie powinny porwać cię do piekła za brak wiary? – złapała się za usta, ale było już za późno. – Jezu Chryste, przepraszam…

Syn Czcibora skinął spokojnie głową.

– Rozumiem, że nie miałaś nic złego na myśli. Na twoim miejscu pewnie też bym o to spytał. Wasze diabły nie miały jednak do mnie dostępu, nie składałem przysięgi wierności Jehowie. Mnie rozsądził mój bóg według swojej miary.

– A więc co ja tu robię? Czemu mnie Bóg Ojciec, albo Jezus nie osądzili?

– I to jest bardzo dobre pytanie – odparł duch pogańskiego kapłana. Odwrócił się do niej plecami i pokazał aby podążyła za nim.

Podeszła ponownie do swojego ciała. Leżało bardziej ciśnięte, niż ułożone na kamiennym bloku przed czymś co początkowo wzięła za złamane drzewo. Teraz jednak zaczęła dostrzegać, że jest to porosły mchem posąg. Prosty w formie, ale mimo to wyraźnie przedstawiający surowe, brodate oblicze.

Przed nim i przed ołtarzem płonęło małe ognisko. Gdy Wilczyńska zdołała w końcu oderwać wzrok od swojej martwej twarzy zobaczyła, że siedzi przy nim ogromny mężczyzna. Mimowolnie zadrżała na jego dziki wygląd, podkreślony tylko starożytnym hełmem i płaszczem ze świeżych futer narzuconym na ramiona.

– To właśnie nasz przyjaciel cię przyniósł – powiedział Sędziwój podążając wzrokiem za jej spojrzeniem. – Nie wiem jak cię znalazł, ani dlaczego. Choć znam go już od ponad dwóch wieków, ciągle nie zdołałem odkryć powodów niektórych jego działań. Czasem gna go instynkt, innym razem wola naszego boga. Zwykle jednak powodują nim jego własne, nieznane myśli.

– Dwóch wieków? Znaczy, że to też jest trup?

Podskoczyła, gdy olbrzym podniósł wzrok bezpośrednio na nią.

– Nie, on jest żywy, choć inaczej niż zwykli śmiertelnicy – odpowiedział kapłan. – I tak, słyszy cię i widzi.

– Jak?

– Łaska naszego boga… i czasami jego przekleństwo.

Postać w hełmie opuściła wzrok, z powrotem zapatrując się w płomienie. Duch pogańskiego księdza usiadł naprzeciw posągu. Pokazał kobiecie aby również spoczęła. Lena poczuła się mocno nieswojo, będąc tuż koło płomieni i nie czując ich ciepła.

– Czemu szłaś po nocy przez las i to zimą? – Sędziwój spytał po daniu jej chwili. – Czy ktoś cię napadł i uciekałaś przed nim, czy…

Wspomnienia powróciły do kobiety niepowstrzymaną falą. Krew, martwe oczy, śmierć… śmiech. Drwiący, szalony śmiech. Mężczyzna w hełmie musiał coś wyczuć, bo podniósł na nią wzrok, ale ona tego nie dostrzegła, na nowo przeżywając swój koszmar.

Jej serce jednak nie zaczęło szybciej bić, oddech nie stał się urywany, włosy nie stanęły dęba, a mięśnie nie napięły jak do walki. Nie miała już ich. Tylko wolę…

I pamięć.

Fala wspomnień przeszła po niej. Obmyła umysł, który strzaskała za życia, ale teraz nie natrafiła na nic co mogłaby zniszczyć. Obrazy śmierci najbliższych, ich ciał i tryumfu mordercy nie wywoływały w niej bólu. Jedynie gniew.

– Mój syn i mąż zostali zamordowani – odezwała się z pasją. – Jak zwierzęta, jak chłopstwo jakieś.

– Wiesz, przez kogo? – Spytał kapłan, krzywiąc się lekko.

Szlachcianka pokiwała głową.

– Tak, wiem doskonale. Sprawcą jest wojewodzic Pikarski, przeklęty morderca gęsi.

– Morderca… gęsi? – Czciborowic uniósł brew, głowa w hełmie również się lekko przekrzywiła.

– Tak go nazywaliśmy, bo zawsze do tej pory zabijał gęsiarki i ciała przyozdabiał piórami ich ptaszysk.

– Nazywaliście? Znaczy, wiedzieliście kto zabija te dziewczęta?

– Oczywiście, robił to otwarcie, śmiejąc przy tym radośnie, jakby co najmniej janczara jakiegoś pokonał – Wilczyńska pokręciła z odrazą głową.

– To czemu nikt z nim nic nie zrobił?

– Bo zawsze potem kontrybucje płacił panom zamordowanej, a i jej rodzinie jałówki albo klacze prezentował. Majątku mu nigdy nie brakowało na płacenie za swoje zabawy.

Sędziwój spojrzał na towarzysza, ten zaś ledwo dostrzegalnie skiną głową i odsunął połę płaszcza. W świetle płomieni zalśniła masywna głowica starodawnego miecza. Kapłan znów popatrzył na kobietę.

– Po nazwisku wnioskuję, że ty nie jesteś z chłopstwa, co więc miał do was?

– Nie wiem… Może szaleju się najadł, a może do reszty zdurniał. Nie interesuje mnie to, ani nie interesowało kiedy do nas przyjechał. Kontrybucje chciał zapłacić, jak za chłopa jakiegoś, kurwi syn! Wywrzeszczałam mu to w twarz. Mój mąż, Bogusław był tego samego zdania. Rzucił się na wojewodzica z czeladzią, ale te chamskie syny uciekły gdy tylko padł strzał z samopału i polała pierwsza krew. Bogusław został wtedy sam…

Zamilkła na chwilę rozpamiętując dokładnie moment śmierci męża. Mężczyźni nie popędzali. Tym co obecnie wszyscy mieli w nadmiarze, był czas.

– Pachoły Pikarskiego pochwyciły mojego męża żywcem. Kurwi syn nawet się nie poruszył przez całe zajście, teraz jednak zsiadł z konia i zaczął podśmiechiwać – Lana zamilkła, sama zaskoczona tym jak dobrze wszystko pamięta. – Powiedział Bogusławowi, że jest mu w sumie wdzięczny, bo stary Pikarski chciał, aby sprawę polubownie załatwić, ale teraz, gdy został zaatakowany, może zrobić co chce. A potem poderżną mu gardło, tak jak swoim wcześniejszym ofiarom. Tak jak mojemu Hieromkowi…

Lena zerwała się z pasją i spróbowała kopnąć w ognisko. Jej stopa przeszła przez nie nie napotykając oporu, ale płomienie buchnęły jak przy podmuchu wiatru.

Obeszła całe obozowisko, zatrzymując się dopiero przed swoim ciałem i wznoszącym nad nim posągiem. Poczuła na twarzy bijące od niego ciepło, podobne do świtu w letni dzień. Jej gniew stopniał w tym tchnieniu do poziomu w którym mogła zakończyć swoją opowieść.

– Pachoły Pikarskiego pochwycili mnie, aby sprzedać Ordzie, po czym wzięli się za pustoszenie dworu. Gdy wojewodzic wyjechał, dorwali się do piwniczki i schlali mocnymi winami. Wtedy zdołałam się wymknąć i ruszyć w las. Do sąsiadów nie miałam co iść, bo z częścią byliśmy skłóceni, inni wisieli u rękawa wojewody Pikarskiego.

– I wolałaś iść na zatracenie w las?

– Właśnie tak! – warknęła odwracając się, ale szybko straciła rezon. – Poza tym, po tym co widziałam… nie… nie do końca wiedziałam co robię. Po prostu biegałam przed siebie, byle dalej od tego co zrobili mi z domu… z rodziny…

Usiadła z powrotem, posąg starego boga mając za plecami. Podciągnęła kolana pod brodę i oplotła je ramionami, pogrążając się w sobie. Sędziwój obserwował ją przez chwilę.

– Nie sądzę – zawyrokował w końcu.

– Co?

– To nie przypadek pchnął cię w tym kierunku, w miejsce w którym możesz dostać to czego chcesz.

– O czym ty mówisz?

– Wydaje mi się, że jakoś wiedziałaś, że znajduje się tu świątynia. Być może kiedyś, ktoś ci o tym opowiedział, być może twoi przodkowie z Wyraju lub Niwii pokierowali twoimi krokami, albo nawet sam Perun pokazał ci ścieżkę do miejsca, w którym możesz sprowadzić zemstę na wojewodzica.

– Zemstę? – poderwała się momentalnie. – Jak?

Duch popatrzył na ogromnego mężczyznę po drugiej stronie ogniska. Lena odniosła wrażenie, że głowica broni u jego pasa lśni teraz jakoś bardziej. Jej widmowa twarz odsłoniła zęby w upiornym uśmiechu.

– Tak, tak! Niech dopadnie tego kurwiego syna. Niech go rozedrze na strzępy. Na Szmaty! Za mojego Hieromka i za Bogusława!

– Nie tak prędko. Za zemstę będziesz musiała zapłacić.

– Co…? Dobrze. Dobrze, cokolwiek chcecie możecie zabrać z jego dworu…

Olbrzym parsknął głośno. Sędziwój również uśmiechnął się rozbawiony.

– I co nam po tym? Mi te rzeczy na nic, a mój przyjaciel i tak zabierze co będzie chciał i bez twojego przyzwolenia.

– Czego więc chcecie? Nie mam już nic więcej do zaoferowania. Nawet swojego ciała, bo i ono już należy do was…

– Pozostała ci ciągle dusza.

Po raz pierwszy od swojej śmierci Wilczyńska poczuła dreszcz przerażenia. Cofnęła się o krok, potem kolejny, patrząc to na jednego to na drugiego. W końcu odwróciła się w stronę lasu, chcąc zacząć uciekać. Słowa Sędziwoja osadziły ją na miejscu.

– Pamiętaj o swojej zemście.

Przed oczami znów stanął jej obraz Pikarskiego, wspomnienie zmasakrowanego ciała dziecka, bezsilne spojrzenie umierającego męża. Powoli odwróciła się z powrotem.

– Dobrze. Pal licho moją duszę, pożryjcie ją, jeśli taka jest cena, byleby ten kurwi syn dostał za swoje.

– Nie chodzi o pożarcie – kapłan uśmiechnął się szeroko. – Pomsta o jakiej tu mówimy, jest jednak czymś przeznaczonym tylko dla wyznawców starych bogów. Ceną która miałabyś zapłacić jest nawrócenie.

– Zgoda!

– Poczekaj… tu nie chodzi o to, abyś zaczęła wierzyć w bogów, na to już za późno. Wiara to domena żywych. Ty możesz tylko oddać się pod władanie mego boga.

– A co za różnica?

– Drastyczna! Perun osądzi twoje życie według swoich zasad, nie twojego Jehowy czy Jezu Krysta. A te zasady są o wiele surowsze. Nie będzie cię tu rozliczał z ilości obecności w świątyni, ani czy pościłaś w piątek. A podług swego osądu uzna, czy zasługujesz na szczęście, tułaczkę… czy potępienie.

– Ale ja nie znam tych jego zasad, skąd więc mogę wiedzieć co mnie czeka?

– Nie możesz. Właśnie dlatego cię ostrzegam.

Kobieta zamilkła na chwilę rozważając to wszystko. Plątanina wspomnień zaczęła przetaczać się po jej umyśle. Kazania, nauczania, wszystkie chwile, w których odmawiała sobie przyjemności aby nie mieć grzechu, godziny pokutnych modłów, piękno Bożych Narodzeń.

Z tych ostatnich wypłynęły jednak wspomnienia rodziny. Męża i synka.

– Zgoda! Jeśli taka jest cena, aby Pikarski dostał za swoje, to sprzedam duszę nawet diabłu. Co muszę zrobić?

– Nic – Sędziwój uśmiechnął się. – Już nie żyjesz, jesteś tylko wolą, nie musisz jej artykułować. Bogowie wiedzą, czy łżesz czy mówisz prawdę. Widzą cię… na wskroś.

Olbrzym popatrzył ponownie na ducha zmarłej i wstając skinął jej głową.

– O co chodzi? – spytała. Martwy kapłan wykonał zapraszający gest.

– Idź z nim, bądź świadkiem dokonania się twojej zemsty. Wtedy… smakuje najlepiej.

Kobieta uśmiechnęła się upiornie, widząc już ją oczami wyobraźni. Jej uśmiech stał się kwaśny, gdy usłyszała kolejne słowa Czciborowica.

– Poza tym, ktoś musi wskazać naszemu przyjacielowi drogę.

 

Grudniowa noc była długa i mroźna. Kto mógł, chował się pod pierzynę, próbując przetrwać do nadchodzącego powoli świtu. Kto musiał wyściubiać nosa na zewnątrz, robił to niechętnie, przelotnie i skupiając się bardziej na przeklinaniu niż czymkolwiek innym.

Nawet strażnicy.

Tak samo było w Pochopcu, jednej z rozlicznych włości wojewody Pikarskiego. Była to duża wieś, bogata, z bielonymi ścianami i dachami krytymi klepkami. Wielka odległość od granic Rzeczpospolitej sprawiała, że nie docierali tu Osmańcy, Tatarzy ani Moskwa. A dobre stosunki między Pikarskim a Stadnickim gwarantowały, że nawet Diabeł Łańcucki nie kierował na Pochopca swego chciwego wzroku.

Dwór wznosił się dwa kilometry od wioski, oddzielony od niej zdziczałym sadem. Było w nim coś dziwnego, coś złego. Lena parę razy odwiedzała Pochopiec i zawsze omijali wtedy ten ciemny sad szerokim łukiem. Podobnie jak miejscowi, czując przez skórę, że jest to złe miejsce.

Olbrzym w hełmie zdawał się tego nie dostrzegać. Albo go to nie obchodziło. Przez całą drogę ze starej świątyni nie odezwał się do kobiety ani słowem. Co więcej, gdy ona zaczęła do niego zagadywać, zwyczajnie ją ignorował.

Kiedy dotarli w pobliże wioski, skupiła się na swej roli przewodniczki. Poprowadziła go wokół zabudowań, ku dworowi. Gdy dotarli pod palisadę, mężczyzna zatrzymał się w cieniu zdziczałego orzecha i zamarł bez ruchu. Tylko obłoczki pary unoszące się z jego ust dowodziły, że czas nie zatrzymał swojego biegu.

Wilczyńska zaczęła odczuwać narastające zniecierpliwienie. Morderca jej najbliższych był tak blisko, wręcz mogli go zawołać na pojedynek i na pewno by usłyszał. A olbrzym się nie ruszał.

– Na co czekasz? – spytała w końcu, ale nie doczekała się odpowiedzi. Rozsierdziło ją to.

– Sedziwój kazał ci pomścić mojego syna i męża, tam jest morderca! Ruszaj robić swoje! No? Na co czekasz? Ruszaj! Ruszaj chamie!

Mężczyzna przekręcił głowę w jej stronę. Przez moment wydało jej się, że dostrzegła zimny blask pełgający wewnątrz okrytych ciemnością oczodołów. Poczuła ukłucie strachu i straciła rezon. Zamilkła, nie próbując już więcej ponaglać swego strasznego towarzysza.

Ten po chwili drgną i garbiąc wysoką sylwetkę ruszył biegiem ku palisadzie. Lena popłynęła za nim. Nie dobiegli jednak do przeszkody w linii prostej, zamiast tego ruszając wzdłuż niej. Nagle szlachciance coś przyszło do głowy i odbiła wprost ku ogrodzeniu. Olbrzym nie zwrócił na nią uwagi, nawet gdy przeniknęła na drugą stronę.

Rozejrzała się prędko licząc strażników i zaraz wróciła.

– Czterech jest na warcie – powiedziała szeptem, wciąż nie pamiętając, że nikt poza nim nie może jej usłyszeć. – Trzech grzeje się przy koszu nad bramą, a ostatni obchodzi palisadę i właśnie się do nich zbliżają. Tu, teraz nie ma nikogo.

Tym razem mężczyzna zareagował na jej słowa pojedynczym skinieniem opancerzonej głowy. Następnie podskoczył, złapał krawędź ociosanych bali i przeskoczył nad nimi. Wilczyńska przeniknęła przeszkodę, ze zdziwieniem odnajdując olbrzyma już w biegu. Nie usłyszała jak opadał na ziemię. Dopadł biegiem do ściany dworu.

Był to przestronny budynek z całych bali, kryty gontem. Okna, za którymi panowała kompletna ciemność pyszniły się prawdziwym, miejscami kolorowym szkłem, dowodzącym bogactwa właściciela.

Obeszli budynek od tyłu, aż dotarli do drzwi czeladnej. Olbrzym skrył się w cieniu, koło beczki na deszczówkę i wskazał na nie ręką. Lena skinęła głową i przeniknęła do środka. Za malutką sienią znajdowała się jadalnia dla służby wraz z posłaniami dla najniżej położonych podwładnych. Spało tu teraz paru chłopaków.

Duch po chwili wychynął z drewna.

– Drzwi są otwarte, wszyscy śpią.

Olbrzym skinął głową i spojrzał w kierunku palisady. Strażnicy grzali się przy żeliwnym koszu, lekceważąc swoje obowiązki. Bez dalszej zwłoki, mściciel wkroczył do domu mordercy.

Ruszył przez czeladną nie poświęcając śpiącym nawet odrobiny uwagi. Jeden z nich zamruczał coś przez sen gdy go mijali, ale nie obudził się.

Minęli pokoje znaczniejszej służby i przez kolejne drzwi weszli na przestronny pokój myśliwski.

Zamknąwszy je, mężczyzna rozejrzał się po wnętrzu. Po chwili podszedł do szerokiej szafy gdańskiej. Oceniał ją przez moment wzrokiem, następnie odrzucił z ramion pelerynę. Wilczyńska popatrzyła ze zdziwieniem na ogromne mięśnie nagich ramion i torsu, a jej podziw jeszcze wzrósł, gdy nieznajomy złapał za szerszy od siebie mebel i podniósł go nad ziemię. Nawet przy tym nie sapnął, drewno tylko lekko zaskrzypiało.

Stąpając ostrożnie zastawił szafą wejście. W głównej sieni tak samo potraktował obie pary drzwi wejściowych do dworu. Potem zaczął przeszukiwać kolejne pomieszczenia. Lena oznajmiła, że wie gdzie znajdują się komnaty wojewodzica, ale  zignorował ją. Zatrzymał się na chwile w sali rycerskiej aby obejrzeć zgromadzoną tu broń i pancerze, a w kuchni zaczął zaglądać do szafek.

Wilczyńska krzyknęła z wściekłości gdy zamiast mścić jej rodzinę, olbrzym ukradł lniany wór i zaczął pakować do niego jedzenie. Kompletnie ją zignorował, zjadając przy okazji pęto kiełbasy.

Wypełniwszy worek do połowy zawiązał koniec na supeł i zaniósł z powrotem do sali rycerskiej. Dopiero wtedy popatrzył na Lenę i skinął jej przyzwalająco ręką. Dusza udręczonej nie wiedziała czy o to mu dokładnie chodziło, ale od razu ruszyła ku komnatom jej stręczyciela.

Pikarski zajmował trzy pomieszczenia na końcu skrzydła. Choć nie miał tu rodziny to nie mieszkał sam. Jego najwierniejsi rękodajni spali w podłużnym pokoju za gabinetem, z szablami na podorędziu. Mściciel zatrzymał się na moment, obserwując jak pochrapują, posapuj i przekręcają się przez sen. Oparł dłoń na rękojeści, ale ruszył prosto ku sypialni jaśnie pana.

Te drzwi też nie były zamknięte. Olbrzym przeszedł przez nie i naprawił to, przesuwając masywną zasuwę.

Lena tego nie dostrzegła. W złotym garncu nadal płonęła gruba świeca, pozwalając jej skupić uwagę na wysokim mężczyźnie smacznie śpiącym w przepastnym łożu. Bez kontusza, szabli i z rozdziawionymi w pochrapywaniu ustami nie wyglądał ani władczo, ani strasznie. Zdała sobie sprawę, że tu, teraz jest on tylko ofiarą, której krew zaraz zachlapie śnieżnobiałą pierzynę.

Wilczyńska podeszła bliżej seryjnego mordercy, zastanawiając się o czym śni. Co w ogóle nim powodowało. Dlaczego spośród wszystkich rozrywek tego świata wybrał właśnie mordowanie niewinnych dzieci, „gąsek” jak to określał. Co sprawiło, że ten młody, postawny kawaler był takim zwyrodnialcem?

Pokręciła szybko głową i odwróciła się w stronę mściciela. On jednak nie patrzył ani na nią, ani na śpiącego. Zamiast tego przyglądał się przeciwległej ścianie i Lena dostrzegła jak grube żyły występują na jego ręce coraz mocniej zaciskającej się na rękojeści broni. Zdziwiona popatrzyła tam gdzie on i krzyknęła.

Cała ściana była wyłożona gęsimi piórami. Setkami. Tysiącami. I wszystkie były okrwawione. Rdzawe plamy i rozbryzgi były nieregularne, gdzieniegdzie drobnymi kropelkami znaczyły biel pierza, inne pióra były aż czarne od juchy w której je skąpano.

Kobieta zrozumiała, że spogląda na trofea i poczuła falę dławiącego przerażenia na myśl, że być może z każdej ofiary pochodzi tylko jedno pióro. Ponownie naszła ją nieznośna ciekawość, jakiż to demon zdołał pchnąć kogoś do tak wszetecznych czynów? Po co to robił, co mu to dawało? Czy to jego skrzywdzono kiedyś, czy może jakaś nieczysta istota obiecała mu coś w zamian?

Wtem jej wzrok ześlizgnął się na inny fragment groteskowej tapety, nie pasujący do reszty. Na dole, tuż przy wezgłowiu wśród bieli pyszniło się inne pióro. Ciemne, wąskie, lśniące samo z siebie. Rozpoznała z miejsca tę kogucią ozdobę. Sama przystroiła nią czapę syna z okazji jego szóstych urodzin…

Twarz widma wyciągnęła się i wpatrzyła się w mordercę, śpiącego wygodnie pod ścianą ze swych zbrodniczych trofeów. Obraz ciała spłynął z jej oblicza, odsłaniając nagie, upiorne kości.

– Zarżnij go! – wrzasnęła nieludzkim głosem gdy wszystkie pytania i ciekawości przestały mieć dla niej jakiekolwiek znaczenie. – W szmaty rozedrzyj!

Mścicielowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Dopadł do łóżka dobywając broni, ale nie zamordował z miejsca śpiącego. Zamiast tego kopnął tak, że ciężki mebel aż podskoczył.

– Ahh! – krzyknął zaskoczony wojewodzic wypadając z posłania. – Co do d…

Zamilkł wytrzeszczając oczy na widok zbrojnego w miecz olbrzyma. Na czworakach, nie odrywając od niego wzroku zaczął cofać się w kąt.

– S…straż. Straż! Pomocy! Mordują!

Mściciel ruszył wolno ku niemu. Pikarski spróbował wcisnąć się w ścianę.

– Czego…czego chcesz? Złota? Klejnotów? M…mam ich wiele. Mój ojciec jeszcze więcej! Zapłacimy… zapłacimy więcej niż ten kto cię najął. Dwa razy więcej. Trzy! Ile będziesz chciał!

Drzwi drgnęły od uderzenia. Z zewnątrz dało się już słyszeć nawoływania i hałasy. W odpowiedzi olbrzym ciął zamaszyście. Wojewodzic zerwał się do desperackiego skoku. Sztych miecza zachrobotał w ścianie. Pikarski minął przeciwnika szczupakiem, przetoczył się po podłodze i zerwał na nogi za jego plecami. Przeskoczył nad łożem, złapał za pochwę szabli. Wyszarpując ją stanął w pozycji obronnej.

– Czego ty do stu diabłów chcesz?! – wrzasnął, teraz już znacznie pewniejszym głosem.

Olbrzym odwrócił się ku niemu, pociągając przeciągłym spojrzeniem po ścianie piór. Morderca pojął w lot.

– To…to chodzi o moje gąski? Je chcesz mścić? To przecież jakiś absurd! Nikt się za nimi nie ujmował. Nikomu ich brak nie przeszkadzał! Nikt nie… nie.. – jego ton zmienił się nagle. – To nie o nie chodzi. To o mojego kogucika, o Wilczyńskiego?! Do diabła, wiedziałem że nie powinienem był się z nim bawić! Wiedziałem, że to błąd. Ale on tak słodko wierzgał…

Ostatnie zdanie wypowiedział szeptem, praktycznie do siebie. Szermierz go jednak usłyszał. Z rykiem rzucił się na wojewodzica. Pikarski zablokował jego cięcie, choć aż mu ramię ścierpło. Cień uśmiechu przemknął przez jego oblicze, gdy pomyślał, że ma jednak szansę.

Wtedy kopniak olbrzyma cisnął nim o ścianę. Stęknął głośno, z trudem uzupełniając wyciśnięte z płuc powietrze. Zmusił się aby unieść głowę.

Mściciel stał tuż przed nim.

Sztych miecza wbił się w żołądek Pikarskiego i parł dalej. Wojewodzicowi oczy wyszły z orbit, ból i zaskoczenie zdławiły krzyk. Olbrzym wepchnął w niego stal aż po jelec, przyszpilając go do ściany.

Morderca gąsek i kogucików stęknął ponownie. Sięgnął ku rękojeści wystającej mu z brzucha, ale twarde dłonie zamknęły się na jego nadgarstkach.

Mściciel odciągnął jego ręce na boki, zaparł się butem o klatkę piersiową. Zaczął ciągnąć. Oczy Pikarskiego się wytrzeszczyły, twarz nabiegła krwią, usta rozwarły. Potworny ból ramion wyrywanych ze stawów i miażdżonych żeber przebił w końcu niemoc i ogłuszający wrzask wydarł z jego gardła. Walenie w drzwi przybrało na sile. Zaczęły podskakiwać od kolejnych uderzeń.

Zagłuszyło to mlaśnięcie rozrywanego ciała, kiedy mięśnie wojewodzica nie wytrzymały i rozdarły się jak stara szmata. Krew z kikutów trysnęła jak dwa górskie potoki, a oprawca cisnął oderwanymi kończynami w tył, zachlapując krwią ściany. Na pierzastych trofeach jucha mordercy zmieszała się ze szkarłatem jego ofiar.

Pikarski zaczął gasnąć w oczach. Wrzask zamarł mu w ustach, głowa opadła na pierś. Mściciel nie zamierzał jednak pozwolić mu skonać tak łatwo.

Wsunął stopę pod ostrze karabeli wojewodzica i podrzucił ją sobie pod dłoń. Zakręcił szablą szybkiego młynka, po czym wbił mu sztych w czoło. Uniósł jego głowę. Wzrok umierającego jeszcze na chwile skupił się na przeciwniku. Pobladłe usta poruszyły aby coś powiedzieć.

Nie zdążyły.

Olbrzym wyszarpnął sztych i ciął płasko. Ostrze wgryzło się w ścianę, żłobiąc w niej bruzdę, ale wykonało swoją pracę. Głowa mordercy dzieci spadła z ramion, odbiła się od podłogi i zaległa u stóp jego pogromcy.

Szermierz upuścił szable i złapał za rękojeść swojej broni. Bez trudu wyszarpnął ją ze ściany i ścierwa, po czym wytarł w pierzynę zabitego.

Lena nie obserwowała co robił dalej, wpatrzona w odciętą głowę. Niczego na świecie tak nie żałowała, jak faktu że to nie jej ręce pozbawiły go życia. Mimo to odczuwała ogromną ulgę. Jakby ktoś zdarł z jej pleców wielkie jarzmo. Jakby stała się lekka niczym ptak.

Jakby była wolna!

Ocucił ją dopiero migotliwy blask. Zdziwiona dostrzegła, że łoże wojewodzica płonie, a jej towarzysz podpala właśnie kilim na ścianie. Walenie w drzwi nie ustawało i zasuwa zaczynała już trzeszczeć.

Mężczyzna ocenił moc pożaru, po czym wrócił po głowę mordercy. Skinął na ducha i podszedł do drzwi. Odsunął zasuwę między uderzeniami, szarpnięciem otworzył je na oścież. Zdzielił kolanem w brzuch strażnika, który wpadł do środka. Reszta stanęła jak wryta.

– Gdzie pan? – jęknął najprzytomniejszy z nich, nie potrafiąc zdecydować czy skupić wzrok na półnagim potworze, czy piekle płomieni za jego plecami. Smród dymu i płonącego pierza zaczynał szczypać ich w oczy. Szermierz cisnął im pod nogi czerep wojewodzica. Dwaj krzyknęli i odskoczyli, jeden pobladł padając na kolana. Ostatni z wrzaskiem rzucił się na zabójcę.

Olbrzym nie dobywał nawet ostrza, cofnął się tylko o krok. Cios mierzący w jego kark trafił we framugę. Następnie zabójca skoczył do przodu, roztrącając strażników niczym niedźwiedź kundle kłusowników.

Cisnął świecę na jedno z posłań, na drugie przewrócił kopniakiem stolik na którym stała inna świeczka. Przy drzwiach płonęła jeszcze pochodnia, też pośpiesznie przez któregoś zapalona. Zgarnął ją przechodząc do gabinetu wojewodzica i zaczął podpalać wszystko co się dało.

Strażnicy pozbierali się i ruszyli za nim, ale kilimy i gobeliny zajmowały się szybko. Byli o krok, kiedy napastnik cisnął w nich pochodnią i dał susa na korytarz. Nie oglądał się już za siebie.

Ścigający zawahali się na chwilę, gdy ich nawykłe do blasku ognia oczy dojrzały ciemność korytarza. Nim zebrali się w sobie, ścigany dotarł do sali rycerskiej.

I zatrzasnął do niej drzwi.

 

Wilczyńska sunęła lekko u boku swego towarzysza przez ciemną, odwieczną puszczę. Jego nagrzana skóra parowała w lodowatym powietrzu. Dwie kolczugi skradzione z dworu podzwaniały w rytm kroków, podczas gdy na drugim ramieniu kołysał się worek z jedzeniem.

Zmarła nie wiedziała czy pożar strawił pochopski dwór. Gdy wydostawali się za palisadę widziała już poruszenie na podwórzu. Zapewne zima ułatwi ugaszenie ognia, ale to już jej nie interesowało.

Pikarski nie żył. Morderca, oprawca, potwór który zniszczył jej rodzinę i doprowadził ich wszystkich do śmierci, już smażył się w piekle i tylko to się dla niej liczyło.

Zaśmiała się głucho i zaczęła tańczyć wokół biegnącego mężczyzny.

Nie zwracał na nią uwagi.

Świt zastał ich już daleko od Pochopca, a gdy nastało południe Lena odniosła wrażenie, że las staje się jakby znajomy. W parę chwil później zatrzymała się u stóp pogańskiego posągu.

– Czyli dokonało się – stwierdził, nie zapytał Sędziwój wychodząc z jego cienia. – Ufam, że jesteś zadowolona?

– Tak! Twój przyjaciel odciął mu głowę i wyrwał ramiona! Gdy krzyczał miałam wrażenie, że anielskiej muzyki słucham! Za mojego Hieromka, za Bogusława i za mnie, dostał to co mu się należało!

– Jestem rad – kapłan Peruna skinął lekko głową, ale jego głos stwardniał. – A więc teraz kwestia twojego osądu. Twojej kary.

– Co? Jak to kary?

Syn Czcibora popatrzył na posąg. Wilczyńska również podniosła wzrok i zamarła przerażona. Wykute w kamieniu oblicze spoglądało wprost na nią. Oczy boga zaglądały w głąb jej duszy. Wrzasnęła, gdy odniosła wrażenie, że coś szarpnęło ją od środka.

Kapłan westchnął ze smutkiem.

– Porzuciłaś obowiązek chronienia swoich poddanych, święty nakaz od bogów dla władców. Nie zrobiłaś nic, gdy Pikarski mordował chłopie córki, uznałaś to za nie warte twojego zachodu, twojej uwagi.

– Nie wiedziałam! – Wilczyńska krzyknęła z bólu i strachu. Sędziwój wzruszył ramionami.

– A jakie to ma znaczenie? Sama wybrałaś oddanie się pod sąd bogów według ich miary i Perun uznał cię za niegodną miejsca w swoim Wyraju. Nie zasiądziesz wśród swoich dawnych przodków, ani nie dołączysz w chrześcijańskim niebie do męża czy syna. Zamiast tego po wieczność będziesz się błąkać o głodzie i w chłodzie przez bure równiny Niwii. Boleję nad twoim losem Leno Wilczyńska, z domu Bednarska.

– Nieee…! – Krzyk duszy przeszedł w wycie, gdy zaczęła się ona w sobie zapadać. Trwał coraz cichszy, aż nie zniknął całkiem.

Koniec

Autor: Grzegorz Skowyra
Praca na I konkurs opowiadaniowy Słowiański Bestiariusz.

Podobne posty:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *