Nadzieja

Nadzieja

„Nadzieja’’

Wreszcie nadeszła ta noc, wszyscy domownicy wyjechali, gdyż rano w pobliskiej wsi miał odbyć się targ. Zamknęłam chatę i ruszyłam nad jezioro. Wybrałam drogę przez las, by nikt na pewno mnie nie zauważył. Przedzierałam się przez zarośla, raniąc sobie nogi i ręce. W oddali słychać było wycie wilka i pohukiwanie sowy . Wokół mnie latały świetliki oświetlając mi drogę. Las w nocy jest taki piękny, pomyślałam. W świetle księżyca ujrzałam taflę jeziora, bił od niej chłód. Znalazłam łagodne zejście. Weszłam do jeziora i powoli się zanurzałam. Woda obmywała mi kostki, przyjemnie łaskocząc.

   Przez głowę przemknęła mi myśl: Czy na pewno tego chcę? Stracić życie z jego powodu? Gdybym tylko została rusałką zemściłabym się na nim i na jego przeklętym ojcu. Wszystko dlatego, że bał się by w jego domu przebywała wnuczka szamana. Dziadek najbardziej wielbił Chorsa i Welesa, to do nich składał swoje modły, może dlatego tylu ludzi się go obawiało.

  Weszłam głębiej do wody, nagle w trzcinie coś zaszeleściło, moje serce zaczęło szybciej bić. Teraz albo nigdy pomyślałam i rzuciłam się w toń jeziora. Nie umiałam pływać, zaczęłam tonąć. Łapczywie brałam ostatnie wdechy, mając na ustach słowa modlitwy do bóstw. Nastąpiła pustka.

                                                                   *

   Gwałtownie zaczerpnęłam powietrza, woda, która zalała mi płuca dała się we znaki, zaczęłam kaszleć. Otworzyłam oczy, nade mną pochylała się kobieta. Miała lśniące w Słońcu rude włosy, w jej czarnych oczach można było się zatracić.

– Obudziła się -powiedziała. Jej głos był aksamitny i dźwięczny.

Spojrzałam na swoje ręce, wszystko było tak jak wcześniej. Usłyszałam ciężkie kroki. To musiał być mężczyzna.

– Nareszcie! Ileż to można spać? Ludomiło zostaw nas samych.- powiedział.

Wtem go ujrzałam, to nie był człowiek. Miał umięśniony tors, lecz jego głowa całkiem nie pasowała do reszty. Porośnięta była ciemnym futrem, przypominało mi to wilczy łeb. Zaczęłam się dyskretnie odsuwać. Nagle uświadomiłam sobie kim jest ów przybysz. Nie wierzyłam własnym oczom. Naprawdę spotkałam boga.

– Witaj nieznajoma. Jak ci na imię? – powiedział,

– Nadzieja – odbąknęłam.

– Witaj moja droga. Słyszałem twą modlitwę. Masz szczęście, że trafiłaś do mnie. Teraz będziesz wiodła życie pozbawione trosk, życie wraz wszystkimi innymi kobietami, które tak skończyły. Staniesz się demonem.- gdy wypowiadał ostatnie słowa huknął grzmot, niebo przecięła błyskawica.

 Mimo woli drgnęłam. Zdawało mi się, że to wszystko podkreślało tylko dramatyzm mojej sytuacji. Co prawda chciałam zostać rusałką, by zemścić się na ukochanym, ale to były puste słowa. Nie sądziłam, że ktoś potraktuje je na serio. Dopiero teraz zaczęłam się zastanawiać co ja najlepszego zrobiłam.

– Czy ja umarłam? – zapytałam.

– Głupia dziewko, czy dziad nie powiedział Ci jak to się dzieje? Jesteś zawieszona między życiem, a śmiercią. Jesteś zdana wyłącznie na łaskę moją i Welesa. . Póki co zamieszkasz z innymi rusałkami w jeziorze, tym samym, w którym pozbawiłaś się życia. Ludomiło, zaprowadzisz tam Nadzieję. – powiedział.

Ludomiła wzięła mnie za rękę. Ludomiła stawiała delikatne kroki, jakby unosiła się  nad  mchem . To było niesamowite.

                                                             *

 Minęło parę tygodni. Przyzwyczaiłam się już do obecnego życia, jedyną cechą która dzieliła mnie i moje towarzyszki, była moja niewinność. Nigdy nie zwabiłam mężczyzny by go zabić, ale ten moment musiał w końcu nastąpić. Tego dnia wybrałyśmy się na łowy, inne szukały po prostu młodych mężczyzn, lecz ja miałam odmienny cel. Zakradłam się w pobliże domu mojego ukochanego i zaczęłam śpiewać. Nie była to zwykła piosenka, lecz ballada, którą ułożył on sam. Szybko przyniosło to oczekiwany rezultat. Zauważyłam jak wychodzi z domu. Rozglądał się, aż wreszcie mnie zobaczył. Odwróciłam się i zaczęłam biec w stronę lasu, zwinnie przemykałam między drzewami. W oddali ujrzałam taflę jeziora. Zatrzymałam się. Słyszałam jego kroki, był coraz bliżej.

– Nadzieja, najdroższa…- wyszeptał mi do ucha.

Odwróciłam się. Patrzyłam mu w oczy.

– Co się stało? Czemu zniknęłaś? Wszyscy Cię szukali.- zalał mnie potokiem pytań, lecz ja wcale nie miałam zamiaru na nie odpowiadać.

Nachyliłam się i pocałowałam go. Wydawał się zaskoczony. Chwyciłam go za rękę i szłam w stronę jeziora. Razem przeciskaliśmy się przez zarośla, czułam się podobnie jak w noc mojej śmierci.

– Ukochana, co robisz? Gdzie idziemy?

– Już niedługo. – odpowiedziałam.

Dotarliśmy do miejsca, które sobie wybrałam. Było w pobliżu jeziora, przy jego brzegu. Znów obsypałam go pocałunkami i delikatnie pchnęłam na trawę. Położyłam się na nim, wyciągnęłam jedną rękę i wyczułam kamień. Miał ostry czubek, to ten pomyślałam. Chwyciłam go i powoli zabrałam rękę, by on niczego się nie domyślił. Szybkim ruchem uderzyłam go w skroń. Po moich palcach popłynęła strużka krwi, była ciepła.

– Nadzieja…- wyszeptał.

Dla pewności uderzyłam drugi raz. Większa ilość krwi polała się po mojej dłoni. Przestał się ruszać. Wstałam, nie oddychał. Poczułam euforię. Wypuściłam kamień. Noc była jeszcze młoda, zostawiłam ciało za sobą i w podskokach, podśpiewując ruszyłam w stronę wioski.

Towarzyszyło mi tylko pohukiwanie sów.                                                      

Autor: Aleksandra Fiłonowicz
Praca na I konkurs opowiadaniowy Słowiański Bestiariusz.

Podobne posty:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *