Oko

Oko

Oko

Myśliwy poruszał się bezszelestnie. Zdawało się, że niemal nie dotyka stopami runa leśnego, a jedynie prześlizguje się nad nim. Setki, jeśli nie tysiące razy przemierzał te lasy w poszukiwaniu zwierzyny, znał je więc  jak własną kieszeń. Przystanął na chwilę napić się wody z przytroczonego do pasa skórzanego bukłaka, poprawił parę włosów, które wysunęły się spod skórzanej opaski. Powietrze było ciężkie i parne, nie szedł jeszcze nawet godzinę, a jego czoło już całe lepiło się od potu. Spojrzał w górę. Pomiędzy koronami drzew dostrzegł przykryte ciemnymi burzowymi chmurami niebo. Zbierało się na nielichą nawałnicę. Zwierzęta również musiały to wyczuwać, ponieważ w lesie panowała idealna cisza, nie odzywały się ptaki, nie rechotały żaby, nie cykały świerszcze. Nie szeleściły nawet liście na drzewach. Można było odnieść wrażenie, że cały świat wstrzymuje oddech. Nagle dostrzegł, ledwie kilkanaście kroków od siebie, coś bardzo osobliwego. Ostrożnie podszedł bliżej. Ktoś z poskręcanych konarów utworzył coś na kształt bramy. Jej środek przecinały wełniane nici, w które wplątano różnobarwne kamyki, pióra, cienkie gałązki, a nawet koraliki. Myśliwy obejrzał kuriozum ze wszystkich stron, po czym wyciągnął rękę i musnął palcami jeden z wiszących kamieni. Niespodziewanie zerwał się wiatr tak silny, iż mężczyzna ledwo dał radę ustać na nogach. Zatoczył się jak pijany pod wpływem uderzenia podmuchu i wtedy usłyszał ryk. Błyskawicznie ściągnął z pleców łuk, nałożył strzałę na cięciwę i czekał. Do jego uszu dotarł kolejny ryk, jeszcze głośniejszy od poprzedniego, oraz dźwięk łamanych i tratowanych gałęzi. Gdy zobaczył, co biegnie w jego kierunku, w pierwszej chwili sparaliżowało go ze strachu, po chwili jednak lata wyrabiania nawyków dały o sobie znać, i myśliwy wypuścił strzałę. Chybił. Przez ułamek sekundy rozważał wyciągnięcie z kołczanu kolejnej, w końcu jednak odwrócił się i puścił galopem. Niskie gałązki smagały go po twarzy i rękach, krzewy czepiały się ubrań, ale mężczyzna nie zwracał na to żadnej uwagi, pochłonięty swoją paniczną ucieczką. Czuł, jak ziemia trzęsie się pod uderzeniami łap potwora, słyszał jego głośne sapanie, czuł piżmowy odór. Wtem poślizgnął się na jakimś luźnym leżącym na ziemi konarze i potoczył głową w dół po runie. Nie zdążył się nawet podnieść, gdy na jego plecach wylądowała wielka łapa, przygniatając go i uniemożliwiając poruszenie się. Poczuł na karku gorącu oddech i strużki ciepłej lekkiej śliny, gdy bestia pochyliła nad nim swój ogromny łeb. Przed oczami zobaczył jeszcze przez ułamek sekundy obraz swojej żony i dzieci, gdy potwór wbił mu zęby w bok i szarpnął. Krzyki konającego myśliwego długo jeszcze niosły się nad lasem.

****

Nikt nie wiedział, skąd przyszli, ani skąd pochodzili. Pewnego dnia po prostu pojawili się w wiosce i kazali zaprowadzić do wodza. Mieszkańcy wioski byli zazwyczaj bardzo nieufni względem obcych, ale jakoś nikt nie kwapił się, żeby sprzeciwić się przybyszom. Zaprowadzono ich więc do chaty wodza, który bawił się akurat ze swoimi najmłodszymi wnukami. Podrzucał ich na kolanach, a oni śmiali się głośno i udawali, że galopują na koniach. W kącie izby siedziała żona wodza wraz z kilkoma sąsiadkami. Wszystkie kobiety skubały bażanty i kaczki z pierza, przekomarzając się i plotkując. Gdy obcy weszli do chaty wesoły harmider ucichł jak ucięty nożem. Wódz przestał się uśmiechać. Zmarszczył brwi i otaksował przybyszy uważnym spojrzeniem, od stóp do głów. Na pierwszy rzut oka różnili się od siebie zupełnie. Dziewczyna, niziutka i bardzo szczupła, wyglądała jak wiotka brzózka, podczas gdy jej towarzysz, ogromny i barczysty chłop, przypominał postawą potężny dąb. Gdyby jednak przyjrzeć się dokładniej, można było doszukać się między nimi pewnego podobieństwa. Oboje mieli złote włosy, on zebrane w kucyk z tyłu głowy, ona zaplecione w gruby warkocz sięgający niemal pośladów, oraz bystre błękitne oczy.  Wódz uniósł dłoń w geście pozdrowienia.
– Witajcie przybysze. Jak was zwą? I czego szukacie w naszej wiosce? – przez wioskę nie przebiegał żaden szlak handlowy, nie znajdowała się również w pobliżu żadnej większej osady, toteż nieznajomi pojawiali się w niej nadzwyczaj rzadko, a gdy już zdarzyło się tutaj komuś zawędrować, to wzbudzał spore zainteresowanie.
Odpowiedziała mu dziewczyna: – Mnie zwą Nieluba, a mojego brata Falibog. Przybyliśmy tutaj, gdy tylko usłyszeliśmy o klątwie jaka spadła na to miejsce i ludzie je zamieszkujące – miała o wiele mocniejszy i donośniejszy głos, niż sugerowałaby jej filigranowa postać.
– A cóż was, nietutejszych, interesują nasze nieszczęścia, ha? – zapytał, popatrując to na dziewkę, to na chłopa.
Nieluba zmrużyła błękitne oczka. -A to, że możemy was od nich uwolnić. – Uśmiechnęła się nieprzyjemnie. – I to, że umiem Szeptać.
Wódz aż się wzdrygnął na te słowa, szybko jednak odprawił dzieciaki i kazał przynieść sobie oraz gościom miodu pitnego. Zaprosił ich do długiego stołu stojącego przy kominku. Gdy już usiedli, a stojące przed nimi garnce napełniły się przyjemnie słodko pachnącym alkoholem, starzec zaczął mówić.
– Nie wiem, ileście słyszeli, ale licho zabrało już pięć osób. Strach w las chodzić, bo kto pójdzie, choćby i był najznamienitszym myśliwym, i tak życie straci – pociągnął łyk trunku. – Wszyscy na strzępy rozszarpani, góra od dołu oderwana i flaki wybrane – zamyślił się. – No może poza pierwszym przypadkiem. Bo pierwszą tośmy znaleźli córę kowala, brzemienną w tym czasie. Jej potwór jeno gardło rozszarpał. Ale pozostali – na strzęp!
– Potwór? – Nieluba parę razy dopiero umoczyła usta w miodzie, podczas gdy jej towarzyszom zostało mniej niż pół garnczków.
– Ano potwór. Bo człowiek nie byłby w stanie tego zrobić. A i ślady wszędzie pozostawiał. Ziemię rozoraną szponami. I korę z drzew zdartą. I futro gdzieniegdzie na krzakach zostało. A najwięcej tego w okolicach Oka.
– Oka?
– Oka. Takiej bramy jakby z gałęzi. Nikt nie wie, kto to postawił, ani po co, ale od kiedy tu stoi, od tedy potwór atakuje i zabija.
Dziewczyna wymieniła z bratem porozumiewawcze spojrzenia. – Będziemy je musieli dokładnie obejrzeć. Znajdzie się kto chętny, żeby nas zaprowadzić?
– A gdzież tam, ludziom przecie życie miłe! A kto się tam zapuszcza, nie wraca. Chcecie iść, wasza wola. Broń nawet jakąś dać możemy, ale trafić będziecie musieli samemu – pociągnął łyk miodu. – Łatwo tam trafić, ścieżką, o, co tu z okna widać, cały czas prosto, aż na szczyt urwiska. Tam owo Oko przeklęte stoi.

****

Nieluba i Falibog siedzieli przed domem kowala na ławce i wpatrywali się w gwieździste niebo. Oboje myśleli o tym, co zobaczyli w okolicach Oka. O plamach krwi na drzewach i mchu. O strzępach ubrań i porzuconej broni. O tej dziwnej dusznej atmosferze i ciszy, która tam panowała. Dziewczyna westchnęła. Brat spojrzał na nią, po czym delikatnie pogładził jej malutką dłoń swoją własną, wielką jak bochen chleba. Był małomówny od kiedy pamiętał. Nie używał słów, jeśli nie było to absolutnie konieczne, poza tym jego wygadana siostra zawsze mówiła za nich dwoje. Potrafiła idealnie odgadnąć, o czym myśli albo co chce jej przekazać gestami, mimiką. Teraz też uśmiechnęła się z wdzięcznością czując ciepło promieniujące z jego dłoni.
– To nie będzie łatwe – wyszeptała. – Czułam go. Potwor. Cały czas. Jest potężny, bardzo potężny. Nie damy rady pokonać go siłą – westchnęła ponownie. – On się czymś karmi, wiesz? – kiwnął głową, że wie, a ona mówiła dalej. – Póki nie znajdziemy źródła, nie damy rady go zabić.
Podniosła się z ławki, a Falibog poszedł w jej ślady.
– Muszę się przespać i w spokoju nad tym pomyśleć – przeciągnęła się. – Może ranek przyniesie jakieś odpowiedzi. Śpij dobrze.
Pogładziła brata po ramieniu i weszła do chaty kowala. Na polecenie wodza udostępniona jej izbę nieboszczki córki kowala. Jej brat natomiast spać miał na ławie przy kuźni. Noc była ciepła, upalna wręcz, nie miał więc nic przeciwko. Falibogowi nie było potrzeba wielu wygód. Ułożył się wygodniej, poprawił upchniętą pod głową zrolowaną baranicę, i zamyślił się głęboko patrząc w czarne niebo.

Nieluba leżała w ciemnym pokoju i starała się poukładać myśli, nie mogła sie jednak zupełnie na czymkolwiek skupić. Sam fakt nocowania w łóżku zmarłej nie robił na niej specjalnie wrażenia, jednak jako Szepcząca widziała i wyczuwała znacznie więcej od zwykłych ludzi. A w tej izbie ze wszystkich napierały na nią skrajnie silne emocje. Strach. Nienawiść. Ból. Upokorzenie. I zwierzęcy wręcz odór podniecenia. Dziewczyna skrzywiła się. Nagle na jej ustach zacisnęła się ogromna szorstka dłoń. Zaskoczona gwałtowanie wciągnęła powietrze nosem i poczuła smród starego potu, przetrawionego alkoholu i dawno niemytego ciała. Druga dłoń ściągnęła za niej kołdrę i zaczynała podciągać koszulę. Nieluba skręciła głowę, aby spojrzeć na swojego napastnika.
– Nie trzeba było tutaj węszyć, mała suko – wyszeptał w jej ucho kowal przepitym głosem. – Trzeba było wypierdalać stąd póki jeszcze mogłaś. Dziwię się, że potwór nie załatwił sprawy za mnie. Ale co tam – uśmiechnął się obleśnie. – Przynajmniej dzisiaj w nocy nie będę czuł się samotny. – Ścisnął jej pierś. Nie pisnęła jednak jak się spodziewał, jedynie spojrzała na niego z tak jawną nienawiścią, że aż podniosły mu się włoski na karku. Szybko jednak odzyskał rezon. Puścił ją i zaczął rozsznurowywać rzemień trzymający jego spodnie. Drugą ręką nadal ściskał jej usta. – Ty narowista kurewko – wychrypiał jej prosto do ucha. – Zaraz zobaczysz… – urwał w pół słowa. W okolicach podbrzusza poczuła lodowate zimno. Powoli opuścił wzrok. Dziewczyna przyciskała nóż nieco tylko ponad jego najczulszymi częściami ciała.
– Jeszcze jeden ruch, a do końca życia będziesz szczał kucając – wysyczała, gdy wreszcie puścił jej twarz. Spanie z nożem ukrytym pod poduszką wydawało jej się teraz jednym z najlepszych pomysłów na jakie kiedykolwiek wpadła.
Nagle drzwi do izby otworzyły się gwałtownie, a do wnętrza wtargnął niczym huragan Falibog. Z marszu uderzył kowala pięścią, a ten stracił przytomność zanim jeszcze dotknął podłogi. Chłopak, jedynie dla czystej satysfakcji, poprawił jeszcze kopniakiem w nerki. Nieluba w tym czasie szybko poprawiła podciągniętą niemal pod samą szyję koszulę i wstała z łóżka.
-Zaczekaj! – gestem powstrzymała rozwścieczonego brata przed zadaniem nieprzytomnemu kolejnego ciosu. – Martwy do niczego nam się nie przyda. – Kucnęła przy zemdlonym. Jego twarz wyglądała jakby został kopnięty przez konia. Usta zamieniły się w krwawą miazgę, nos powiększył się przynajmniej dwukrotnie i wykrzywił pod nienaturalnym kątem, łuk brwiowy nad lewym okiem pękł, a tryskająca z niego krew zalewała oczy. – To on może być kluczem do tego całego szaleństwo. – Zamyśliła się przez chwilę. – Będę potrzebowała kury. Najlepiej czarnej – spojrzała na brata. Ten kiwnął głową, ale zaraz spojrzał z niepokojem na kowala. Dziewczyna uśmiechnęła się uspokajająco. – Nie wygląda na to, żeby byłby w stanie mi jeszcze cokolwiek zrobić.  A teraz proszę pośpiesz się. Ja muszę się przygotować.

Gdy Falibog wrócił do izby zauważył kilka zmian. Nieluba przeciągnęła nieprzytomnego kowala na środek izby, zdjęła mu kubrak (i podciągnęła spodnie), a na klatce piersiowej nakreśliła węglem jakieś symbole. W powietrzu unosił się silny zapach ziół, co oznaczało, że dziewczyna rozpaliła też kadzidła. Ubrała się też w swoją codzienną sukienkę, na szyi zawiesiła sobie jednak wisior zrobiony z czaszek ptaków, a we włosy wplotła parę kruczych piór. Odebrała od brata pogdakującą cicho kurę, uniosła nad ciałem kowala i jednym szybkim ruchem noża poderżnęła jej gardło. Trzymała pewnie szamoczące się jeszcze, choć martwe już ciało, pozwalając kroplom krwi skapywać na odsłonięty tors i twarz leżącego. Gdy kurze truchło przestało się szamotać ułożyła je na podłodze i otworzyła mu brzuch. Długo oglądała wnętrzności, wyjmowała je i układała w różnej kolejności, aż w końcu wstała, wytarła zakrwawione dłonie w kubrak kowala i powiedziała chrapliwym głosem:
– Już wiem co trzeba zrobić. Wiem już jak zniszczyć źródło i odesłać potwora.

****

Gdy dotarli do Oka słońce zaczynało już wychylać się zza krawędzi ziemi. Falibog rozkrzyżował nieprzytomnemu jeszcze kowalowi ręce i nogi po czym przywiązał go mocno do wskazanego przez siostrę drzewa. Był zły. I bardzo, bardzo smutny. Nie podobał mu się plan Nielubej. Protestował przez całą drogę na miejsce, dziewczyna była jednak nieugięta. „To jedyny sposób” mówiła. „Tu nie chodzi tylko o tych ludzi. Tu chodzi o powstrzymanie chaosu” mówiła. Nie przekonywało go to, ale w głębi duszy wiedział, że jego siostra urodziła się z jasno określonym przeznaczeniem. I jeśli ktokolwiek wiedział, jakie miało ono być, to tylko ona sama. Dlatego teraz stał koło niej i patrzył jak dziewczyna cuci kowala silnym policzkiem wymierzonym w jego zmasakrowaną fizjonomię. Mężczyzna ocknął się, splunął krwi i kawałkami wybitych zębów i zaczął miotać się, próbują uwolnić ręce z krępujących go sznurów. W końcu opadł z sił. Patrzył tylko na Nielubą nienawistnym wzrokiem i klął:
– Głupia wiedźmo. Pierdolona szmato. Zginiesz, rozumiesz? Wszyscy zginiemy!
Po jakimś czasie przestał kląć, a zaczął skamleć i wyć.
–  A więc dobrze, przejrzałaś mnie. Widzę w twojej twarzy, że już wiesz. Tak, to ja wezwałem biesa. Nie wezwałem. Sam przyszedł. Przyszedł, gdy zwęszył krew – z trudem przełknął ślinę. Dziewczyna nadal patrzyła na niego z kamiennym wyrazem twarzy, choć z jej oczy strzelały iskry. – Ta kurwa, moja córka… puściła się z synem młynarza. Z tym zasranym gołowąsem. Z zasranym gołowąsem, który przyprawił jej brzuch. Zeszmaciła się! Należało jej się! Jej i temu jej bękartowi! Wypuść mnie, wiedźmo!
Nieluba podeszła do niego powoli i pochyliła się. Kowal zobaczył błysk ostrza w jej dłoni i poczuł przeraźliwy strach.
– To nie było dziecko młynarczyka – wyszeptała. – To nie było dziecko młynarczyka, tylko twoje. I ty dobrze o tym wiesz – z odrażającą satysfakcją ujrzała jak oczy kowala rozszerzają się w panice. – I dlatego musiała zginąć. I dlatego musisz zginąć ty.
Mężczyzna zacisnął zęby i przygotował się na dźgnięcie. Na próżno. Gdy otworzył oczy zobaczył, że dziewczyna stoi już przy Oku i patrzy przez nie jakby zamyślona. Delikatnie musnęła jeden z wiszących w jego wnętrzu koralików.
– Nie… – wyszeptał kowal. Usłyszał ryk. Usłyszał dochodzący zza jego pleców łoskot tratowanych krzewów i gałęzi. Usłyszał rzężenie i sapania. Był coraz bliżej. Mężczyzna dygotał jak listek brzozy, czuł na udzie ciepło jego własnego moczu, gdy ze strachu puściły mu zwieracze. Bies wypadł spomiędzy drzew w momencie, gdy kowal był już blisko postradania zmysłów. Olbrzymia bestia zatrzymała się na polanie, uniosła łeb węsząc i nagle, bez ostrzeżenia, rzuciła się na przywiązanego mężczyznę. Krzyczał nieludzkim głosem, gdy potwór jednym ruchem niedźwiedziej łapy otworzył mu brzuch. Gdy bies rozpoczął swoją ucztę kowal już nie żył.

Nieluba nie bała się. Jasno i wyraźnie widziała oczyma wyobraźni swoją przyszłość. Dlatego też nie drgnął jej ani jeden mięsień na twarzy, gdy patrzyła na biesa rozrywającego na strzępy swoją ofiarę. Ostatni raz chwyciła dłoń skamieniałego ze strachu brata, po czym mocniej ścisnęła rękojeść noża i powoli ruszyła w stronę potwora, który był zbyt zajęty jedzeniem by zwrócić na nią uwagę. Stanęła za nim na odległość wyciagnięcia ramienia i dotknęła delikatnie futra na jego karku. Zaskoczony potwór odwrócił się, nie zaatakował jednak, przyglądał się tylko ze zdziwieniem malutkiej postaci stojącej przed nim. Nieluba uśmiechnęła się do niego blado, po czym rozcięła skórę wewnątrz swojej lewej dłoni. Poczekała aż zbierze się w niej krew i podsunęła pod sam pysk biesa. Ten rozchylił wargi i bardzo delikatnie, niczym kot zlizujący rozlane mleko, zlizał całą zebraną w dłoni krew.

Falibog raz jeszcze przetarł oczy. Siostra przygotowała go na to, ale i tak nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył. Ona i bies przeszli przez Oko, ramię w ramię, i zniknęli. Powinni wyjść po drugiej stronie, ale nie pojawili się tam. Zniknęli. Chłopak otarł pojedynczą łzę, która spływała mu po zrośniętym policzku. Zamachnął się siekierą. Gdy rąbał konary tworzące Oko właśnie zaczynały śpiewać pierwsze od wielu tygodni ptaki.

Autor: Aleksandra Sieradzka
Praca na I konkurs opowiadaniowy Słowiański Bestiariusz.

Podobne posty:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *