Rozdroże

Rozdroże

Dariusz Zajączkowski

Rozdroże

Lestek  ciężko dychając padł na murawę. Wtulił twarz w nagrzane słońcem ździebła i zamknął oczy. Zburzony przezeń gwar tętniącej życiem polany wracał do odwiecznego ładu. Zdawało mu się, że słyszy cichnące zawołania ale otaczał go jeno poszum drzew, przebijający się niestrudzenie poprzez owadzi brzęk. Dobrze wiedział, że żaden z wiejskich wyrostków nie śmie wnijść tak głęboko w leśne ostępy grzęzawiskami i mokradłami znaczone. A już na pewno z czasu, kiedy to Lestek, podszywając się w kniejach pod Leszego, śmiechem i pogwizdywaniem udanym, obudził drzemiącą we wsi strachliwość przed leśnym panem. Toć miał ubaw setny, gdy baby na jagody wychodzące, czy młódź letnich grzybów szukającą, przepłoszyć mu się zdarzyło. Na nic im wywlekanie giezeł na spodnią stronę czy wdziewanie ich tył na przód. Zarzekali się, że żywy Leszy przechadzał się wokół osady, aże starszyzna obiaty z chleba i kaszy miarkowała szykować, nie pomna, że czas ku temu jeszcze nie naszedł.

Pacholęciem był, gdy wraz z macierzą, ubieżając przed drużynnikami Brzetysława, gród w Gnieźnie opuścili. A gdy śmierć oćca zabrała, przybyli do wuja Drzeszta, na mazowiecką ziemię, pod panowanie Mojsława. Wielu spokoju szukało tu, gdzie starzy bogowie wciąż obok nowej żyli wiary. Obcy, naznaczon piętnem Krzyża Krystowego i nawet mową odstający chłopiec przyjaciół we wsi nie nalazł. Aże ciężka ręka wuja, nie w każden czas sprawiedliwa, przy chałupie utrzymać go nie mogła to i nie dziw, że las stał się dlań jako dom. Mać stawała w obronie, aleć ona jakoże u brata na garnku siedząca, nie mogła wiele. Przeto z utęsknieniem oczekiwała zmiany i powrotu na mężowską ziemię, prawowitego prowadząc dziedzica.

Do Starego Lestek trafił przypadkiem, choć słuchy o guślniku nie jeden raz docierały doń czy to w czas po wieczerzowaniu, gdy o zmroku dziadowie opowieści snuli, abo gdy jakowaś doległość  kogo zmogła, lubo, gdy wróży trza komu było. Gadali, że Stary żywie w leśnych ostojach. Wpół drogi między ich Szczytowicami a Kumowem należało z traktu zboczyć i wedle piorunem rozszczepionej sosny wąską ścieżyną dojść do polany, kędy pośród rosochatych, świętych dębów przycupnął szałas. Z dawna musiał być wzniesion, bo część gałęzi korzenie puściła i zieleniem listowia łyskało teraz pośród strzechy z suchych trzcin, szarym mchem przerosłej.

Po kolejnym to starciu z rówieśnikami, Lestek, gnając na oślep przez las, wpadł na Starego, jen w świetle miesiąca zioła w mateczniku zbierał. Nie zdziwił się on widokiem obitego, podrapanego chłystka, co z rozdartym giezłem o ćmie po kniei gonił. Opuchłe oko młokosa nie przesłoniło zapadłej w głębi jego duszy zaciętości, podkreślonej grymasem ściśniętych, wąskich ust. Gdy zoczył Starego stanął jakby na biesa się natkną, ale coś w przygarbionej postawie starca mówiło, by się nie lękał. Nie drgnął, gdy guślniarz szorstką ręką sięgnął po zawieszone na jego szyi nawęzy. Niezdarnie wyciosany w drewnie zarys tura pominął, ledwie opuszkami palców trąciwszy. Drugi, krzyż z rdzawego metalu zaintrygował go bardziej. W milczeniu, jeno głową kiwając, przyglądał się nierównym ramionom delikatnymi kroplami skrzepłego żelaza zakończonym, co w pełnym blasku miesiąca raz srebrem, raz stłumioną czerwienią połyskiwały.

–  Chwałę ci przyniesie… jeno … krwią upojoną… – rzekł cicho Stary ale zarazem tak przenikliwie i z mocą dziwną, że Lestek dałby rękę odjąć, iże wszytko wkoło zamarło. A przez plecy mróz przemknął, ślad chłodu zostawiając, który nie odstąpił chłopca aż do świtania, kiedy to guślnik wywiódł go na trakt i do dom drogę wskazał.

Trzy wiosny minęły od tamtego spotkania. Lestek gościem bywać u Starego począł, co nastroje w osadzie ku niemu życzliwsze wzbudziło, jednakowoż nie kończąc rówieśniczych docinków. Leśne ostępy często stawały się schronieniem. I ninie zalegał pośród traw, gdy z zadumy otrząsła go niezwyczajna w naturze cisza. Stanąwszy na nogi poczuł jak serce wali w piersiach, jakby ptakiem na wolność chciało się wyrwać. Od strony moczarów, głaszcząc grzywy traw, przesuwał się k’niemu słup powietrza. Lestek w pas się zjawisku pokłonił, mniemając, że sam Dobrochoczy go nawiedza. Jednak chaotyczny, rozchwiany taniec wiru wzbudził w chłopcu podświadomy lęk. Szarpany, nerwowy dech bóstwa wsysał w dziki korowód puch ostów i mleczy, z wściekłością wypluwając je później wokół siebie.

I wtedy Lestek dostrzegł na zmierzchającym, wschodnim niebie, pełgającą po brzuchach chmur łunę pożaru, smoloną zawijającym się dymem. Szczytnice gorzały a widok ten sprawił, że we wnętrzu chłopca obawa i niepokój starły się z obcym mu dotąd uczuciem oślizgłej satysfakcji. Czas jednak nie był sposobny, by głowę tym zaprzątać. Bieżąc Lestek ścisnął w garści oba swe talizmany i wsunął za pazuchę, co by w biegu zawadą nie były i wyszeptał jakąś nieskładną ni prośbę, ni modlitwę, sam nie świadom o co i do kogo.

Nim przez leśny podszyt przedarł się do traktu, wpadł w ręce rozstawionych na czatach wojów. Rosłe chłopy rychło ostudziły jego wierzgania i krzyki, krzywdy nijakiej nie robiąc. Z miejsca pociągnęli go na wioskowy plac, gdzie Lestek sam zaprzestał oporu. Z boku płonęła chata Gromosła, teraz przez dwóch jezdnych końmi rozwlekana, by pożoga dalszych zabudowań nie strawiła. Na środku placu zgromadzono mężczyzn i pod nadzorem zbrojnych, pętano wszystkich. Wyrostków i baby spędzono po drugiej stronie. Wystraszone tuliły do siebie dziatki, cichcem szlochając i zerkając ukradkiem na zawodzącą nad zwłokami męża Bożennę. Obok niej, z zaciętym wyrazem twarzy stał Krzesimir. Gdy napotkał wzrok Lestka, ten wiedział już, że dziecięca niechęć przerosła w palącą nienawiść.

-A ot i zguba! – obok matki stał krępy woj. Znaczniejszy być musiał bo i ubiór i oręż na zaszczyty i stanowiska ważkie wskazywały. W ruchach oszczędny, sprężysty i zdecydowany. Wzrok bystry, przenikliwy śmiałość odbierał, choć teraz przebłyskami wesołości powagę przełamywał.

Dziemiła przygarnęła syna do piersi i Lestek poczuł, że cała drży. Po chwili odsunęła go na odległość ramion i spojrzała w oczy.

– Do dom wracamy.

Chłopiec zerknął w bok na stojącego woja i wolno sięgnął po wyciągniętą dłoń.

– Stryk to twój, Zbysław. – głos macierzy był już pewniejszy. Chłopiec spojrzał w twarz przybysza. Przyjazny, szczery uśmiech, nieco blizną na prawym licu skrzywiony, sprawił, że oddał uścisk. Woj z powagą skinął kobiecie.

– Spieszyć się nam trza. Pacierz na spakowanie juków a potem co rychlej ruszamy.

Dziemiła bezwolnie wrzucała rzeczy do sakwy. Jej myśli krążyły zgoła gdzie indziej. Z dawna i z wytęsknieniem czekała tej chwili, aleć gdy nadeszła tłumione obawy wróciły ze wzmożoną siła. Drugi to raz w ciągu pięciu niespełna lat wyruszała w nieznane. Kogo i co zastanie w Gorołowach? Czasy wciąż niespokojne. Niejednej nacji zbrojni przetaczali się przez tamte tereny a i grupy żądnych łupów chąśników do rzadkości nie należały. Znowuż o swoje przydzie walczyć? A jakiż zamiar Zbysław ukrywa w tajnicy, że do rodzinnych rozgrywek bratową z wrogich rąk odbija? Mówi, że Kazimierz z wygnania wrócił i o mieszkową ojcowiznę się upomina. To i niezadługo tu rękę wyciągnie, pożogę wzniecając.

Wychodząc z chaty Lestek zoczył Drzesztę. Siedział pod ścianą z dłońmi spętanymi za plecami i stopami w kunie uchwyconymi. Chmurne oblicze uniósł w momencie, gdy Dziemiła bliżej podeszła.

– Sowitą zapłatę za gościnę ostawiasz. – rzekł gorzko, ruchem głowy wskazując kierunek skąd dobiegały zawodzenia nad ciałem Gromosła.

– Nie jam krwi tej winna, nie od miecza zginął. – Głos kobiety zabrzmiał cicho, miękko jakoś.

– Za dwa pierwsze roki dziękować przyszłam, boście sierdce wdowie i sierocie okazali. I za to głowę przed wami chylę. Aże później jak wroga zakładnikiem na słowo Mojsława uczyniliście, wieś więzieniem czyniąc, na więzy krwi nie bacząc … – tu emocje falą wezbrały, głos w krtani zdławiwszy.

– A i tu  – ciągnęła dalej po głębokim oddechu – dzięki się należą, że on – wskazała syna  – jeno cień zniewolenia odczuł.

– Czas już pani – Zbysław stanął za nimi, a zwracając się do Drzeszta rzekł – Ciężkie roki przyszły, że brat przeciw bratu oręża się ima. Nie chcielim tej śmierci ale może łacniej przed Mojsławem ze sprawy wytłumaczyć się zdołacie. Chorost, wskazał krępego woja, –  z garścią zbrojnych do świtania ostanie, co by nam odwrót ułatwić. O brzasku wolnymi będziecie i uczynicie co sumnienie nakaże.

 

Chałupy ostały za nimi. Oblepione czerwienią zachodu nikły za gęstniejącą ścianą lasu, który z każdym krokiem zbrojnych wyciszał odgłosy osady. Najdłużej wybijało się żałobne zawodzenie Bożenny.

 

Szli prosto w słońce, zapadające za wierzchołkami smętnych buków. Lestek czuł jak serce wyrywa się do nowego świata, ludzi, grodów przez lata malowanych ciepłym słowem matczynych opowieści. Jednak wraz z pierwszym chłodem wieczoru wspomniał ogień i dom Drzeszta, opowieści dziadów i pieśni kobiet, co echem gdzieś w duszy się odzywały. Obrazy migały przed oczyma chłopca, podrygiwały w rytm końskich kopyt, układając się w swojską opowieść. I sam nie wiedział czy las do niego woła, czy raczej umysł wskrzesza odwiecznych bohaterów, wciąż w gawędach i podaniach żyjących. Korowody świąt splatały się z bitewnym zgiełkiem, postacie bogów przenikały z Krzyżem ….

 

  • Czoło i lica ma rozpalone – jakby zza mgły dotarł doń głos Zbysława, jen przed sobą w siodle go podtrzymywał. Lestek poczuł jak zimna woda ze skórzanego worka schładza usta i ciecze po szyi, obmywając nawęzy: miniaturę tura i stalowy krzyż. Odruchowo uchwycił oba i ścisnął do bólu. Przytomniej nieco spojrzał znad końskiej grzywy. W ścianie przeszytego późnym słońcem lasu zarysowało się rozwidlenie dróg. Z pobliskich moczarów snuły się pasma mgły, otulały czarne pnie i lizały zwieszone liście paproci, wypełzając na szlak konturem jeźdźca z młotem w dłoni. Zaś z drugiego traktu cienie drzew wyrzuciły przed się zarys ogromnego krzyża. Lestek nie widział już jak wizje starły się sobą, nęcąc jednako. Znużony zamknął oczy i zapadł w niespokojny sen.

 

Oddział pociągnął dalej nieświadom wyboru.

 

Autor: Dariusz Zajączkowski
Trzebnica 2008 rok
Praca na I konkurs opowiadaniowy Słowiański Bestiariusz.

Podobne posty:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *