Browsed by
Tag: Ofiara dla Bogów

Ofiara dla Bogów

Ofiara dla Bogów

Poranek był mglisty i wilgotny. Jedne krople rosy osadzały się na trawie, podczas gdy inne spadając trącały liśćmi drzew. Złudzenie wyglądało tak, jakby tylko w samym lesie rozpadał się deszcz. Mgła zanikała odsłaniając pokaźnych rozmiarów gospodarstwo położone w środku zielonej polany. Gospodarstwo posiadało zagrodę dla bydła oraz drugą mniejszą dla świń. Nieopodal piętrowej chaty stał kurnik z wysokim podestem. Nieco dalej ktoś postawił zajazd dla koni z trzema boksami. Wszystko osłaniał las, zza którego wierzchołków drzew powoli i leniwie wstawało słońce. Zapowiadał się pogodny dzień.

Kogut już dawno zrobił swoje. Teraz stał dumnie niczym paw obserwując z ciekawością swoje kochanki, które z wielką determinacją starały się wygrzebać z ziemi małe co nie co. Rozbawiały go. Wiedział bowiem dobrze, że lada moment człowiek uraczy go pyszną karmą. Kogut mógł iść o zakład z każdą kurą, że prędzej sam zniesie jajo niż nadejdzie dzień w którym człowiek nie sypnie ziarnem. Dlatego cierpliwie czekał nie mając zamiaru ujmować swojej godności grzebiąc w ziemi z podległymi.

Człowiekiem z ziarnem był chłop Maciej. Właśnie skończył śniadać. Zawsze kończył przed wszystkimi. W tym czasie jego żona Hela zachęcała dzieci do skonsumowania ciepłej owsianki na mleku. Czteroletnia Zuzia i pięcioletni Tomcio nie aprobowali na propozycję. Chowali pucki w zaciśniętych piąstkach na znak protestu. Chłop Maciej wstał od stołu obrzucając pociechy surowym spojrzeniem. Jego wygląd na pierwszy rzut oka nie wzbudzał strachu. Obfity wąs przysłaniający górną wargę wyglądał dość komicznie na jeszcze młodej twarzy mężczyzny. Nie mniej jednak na dzieciach to poskutkowało i pierwsze wiosła zostały zanurzone w zupie. Pewnym krokiem ruszył do spiżarni. Sięgnął po worek z paszą dla drobiu gdy nagle usłyszał poruszenie na podwórzu. Prychnęły konie, coś zaskrzypiało. Bez wątpienia, do chaty zbliżał się powóz. Maciej wyjrzał przez okno.

– Kogo licho niesie? – Hela zaglądał zza barczystych ramion męża.

– Nie wiem, ale lepiej idź szybko na górę. Wiesz co robić – poinstruował małżonkę i ruszył w stronę wyjścia.

– Aha i na Peruna, zawieś go!

***

Rufus Eckhard bacznie obserwował zabudowania gospodarstwa z swojego powozu. Słońce w pełnej okazałości wyłoniło się znad ściany lasu.

– To będzie ładny dzień – myśl ta sprawiła mu radość. W końcu czekało go jeszcze dziś dużo pracy. Nastał czas Wielkiego Katechumenatu i ktoś musiał pobrudzić sobie ręce. Padło na niego.

– Pamiętajcie, że macie zachować spokój – zwrócił się do dwóch towarzyszących mu strażników.

– Nie życzę sobie kolejnego fiaska. Reagujecie tylko na mój znak. Zrozumiano?!

– Tak jest Panie Eckhard! – odpowiedzieli zgodnie.

Eckhard zeskoczył z powozu. Wyprostował kręgosłup po nurzącej podróży i poprawił odzienie. Był w średnim wieku ale sprawnością i krzepkością mógł równać się z niejednym młodzieniaszkiem. Promienie słoneczne odbiły się od wielkiego srebrnego krzyża zawieszonego na jego szyi. Refleks oślepił młodego mężczyznę wychodzącego z chaty.

– Witajcie gospodarzu! Wyście są Maciej, syn Bogumysława z Łękowa? – zapytał urzędowym tonem Rufus.

Mężczyzna zasłonił dłonią oczy przed rażącym blaskiem.

– A któż zapytuje? W jakiej sprawie? – w jego głosie zabrakło pewności siebie. Od przybysza wręcz emanowało majestatem. Maćko miał złe przeczucia.

Dostojnik postąpił dynamicznie kroku. Stał twarzą w twarz z chłopem.

– Nazywam się Rufus Eckhard. Tytułowany jako Misjonarz Jego Eminencji Świętego Inkulturatora. – przed oczami Maćka zawisnął pergamin z estetycznie zdobionym pismem i wielką czerwoną pieczęcią. Maćko nie miał pojęcia co jest na nim napisane, ale rzecz wyglądała na cholernie poważną. – Oto dokument, który potwierdza moją tożsamość oraz status w hierarchii Kościoła. Jednocześnie upoważnia mnie do bez skrępowanej działalności misyjnej Kościoła zwanej Wielkim Katechuentem. – syn Bogumysława z Łękowa coraz bardziej kurczył się w sobie. Słowa Misjonarza zahuczały mu w głowie.

– Oznacza to, że na mocy Kościoła mam prawo skontrolować czy należycie przygotowaliście się do przyjęcia wiary w Boga Jedynego… – urwał, a ciszę przerywało jedynie gdakanie zniecierpliwionych posiłku kur.

– Pa… Macieju, czy mogę się tak do was zwracać? – chłop pokiwał głową na znak zgody.

– Więc Macieju zapewne znacie szczegóły mojej profesji i oszczędzicie mi dalszego monologu. – tym razem Rufus nie czekał na odpowiedź.

– Zapewniam Cię, że jeżeli nie natrafimy na żadne NIEPRAWIDŁOWOŚCI, lada moment pożegnamy się życząc sobie nawzajem Bożej opaczności.

Na poważnym obliczu kleryka zagościł nagle serdeczny uśmiech. Uśmiech, który powodował u Maćka dreszcz i uczucie chłodu w okolicach karku.

– Oczywiście. Zapraszam mości Panowie do środka. – Maćko wskazał drzwi do chaty najbardziej wyszukanym gestem na jaki było go stać. Poczuł, że jego druga dłoń mocno ściskała worek z ziarnem.

Dzieci przerwały kontemplacje nad niechcianą potrawą. Poderwały głowy z nadzieją na to, że przybycie niezapowiedzianych gości zwolni je z konsumpcyjnego przymusu. Zuzi od razu nie spodobał Pan, z wielkim krzyżem na torsie. Miał ładne blond włosy i to wszystko. Szponiasty nos oraz ostre rysy twarzy sprawiały wrażenie jakby był jakimś drapieżnym ptakiem. Uśmiechał się, ale oczy patrzyły złowrogo. Znacznie straszniej niż wzrok tatka kiedy się gniewał. Hela stała w kącie izby z rękoma złożonymi przed sobą.

– Moja małżonka Hela. – kobieta ugięła lekko kolanko.

– Dzieci idźcie pobawić się na dworze. – rozkazała po czym uprzątnęła stół dla gości. Dzieciom nie trzeba było dwa razy powtarzać. Nie spłoszyła ich nawet  obecność dwóch strażników, którzy posłusznie stali przy wejściu.

Rufus Eckhard rozsiadł się wygodnie na krześle wskazując jednocześnie pozostałe wolne miejsca. Cała trójka spoczęła.

– Moi drodzy. Zgodnie z narzuconą mi procedurą muszę zadać wam pytanie. Czy żyjecie zgodnie z wiarą chrześcijańską w Boga Jedynego i syna jego Jezusa Chrystusa, którą to z papieskim błogosławieństwem ustanowił ex-władca tych ziem, książę zwany Mieszkiem?

– Oczywiście Panie! – Hela wystrzeliła jak porażona piorunem.

– My teraz są przykładni sześcijanie. Modlimy się do Pana Naszego Jedynego. Dzieci paciorki składać uczymy. Zgodnie z dekielogiem żyjemy. Według świętych zasad Kościoła. O, a tam na świadectwo naszej wiary znak krzysza wieszamy. – Hela palcem pokazała nad główne drzwi. Maćko przytakiwał wystąpieniu żony. Gdy skończyła poczuł jak w jego gardzieli rośnie coś co nie pozwala mu wypowiedzieć nawet jednego słowa. Sługa kościoła wstał i ruszył w stronę drzwi.

– Mogę? – zapytał wskazując na duchowy symbol.

– Oczywiście – Maciej zwalczył krtaniową ciasnotę.

Echkard ściągnął drewniany krzyż wykonany z ciemno brązowego drzewa. Przejechał po przedmiocie dłonią. Był gładki, starannie wykończony. Odwiesił na miejsce i gwałtownie odwrócił się do swoich rozmówców.

– Za prawdę powiadam wam! – Maciej i Hela drgnęli.

– Widzę, że wiara wasza jest czysta i prawdziwa. – dodał spokojniejszym tonem a przeraźliwy uśmiech znów zagościł na jego licu. Szepnął coś krótko do jednego z strażników po czym ten szybko wyszedł z chałupy.

– Rad jestem widzieć, że z pokorą przyjęliście Jezusa Chrystusa do swoich serc. – mówiąc skierował się z powrotem na siedzisko.

– Widzicie. Nie każdy jest gotowy do takiego poświęcenia. Ludzie często nas okłamują. Pod przykrywką wiernego chrześcijanina ukrywają swoje pogańskie dusze. O, tak. – potwierdził jak gdyby czuł niedowierzanie w jego słowa.

– Oddają cześć nieistniejącym bożkom, odprawiają potajemne rytuały, paktują z wyimaginowanymi demonami… Ale coś wam powiem. To nie jest ich wina. – dodał a głos jego brzmiał zatroskanie.

– Głównym sprawcą ich grzechu jest… – ściszył i pochylił głowę w stronę słuchaczy.

– Szatan.

– BACH! – opasłe tomiszcze wylądowało z hukiem na stole.

Rufus zdzielił podwładnego srogim spojrzeniem. Ten wyraźnie zadowolony z wywołania efektu dramaturgii szybko się ukorzył i wycofał na miejsce. Misjonarz odchrząknął po czym zaczął przewracać stronnice księgi.

– Kontynuujmy przesłuchanie  – ton urzędnika zadźwięczał ponownie.

– Jak wynika z raportów skarbników kościelnych, w ciągu paru miesięcy wasz majątek w znacznym stopniu uległ zmianie. – zatrzymał się na stronie pełnej rubryczek i tabeli. – Według wycen wzrósł o, zobaczmy… – palcem wskazał na jedną z tabelek – dwadzieścia dziewięć procent.

– Oczywiście podniesiemy wam dziesięcinę ale jestem bardzo ciekaw w jaki sposób udało wam się uzyskać taki przychód w tak krótkim czasie?

Chłop Maciej zaczął gnieść i wykręcać worek wciąż trzymany w dłoniach.

– No bo tyram za dwóch ostatnio. Urobiony jestem straszliwie. Po za tym ziemia dobrze rodzi. Okazałe płody wyrzuca. Bydło się pasie a zielsko rośnie jakby codziennie podlewane. Los nam sprzyja… Zapewne to boże błogosławieństwo na nas spadło – dodał szybko, widząc nieusatysfakcjonowanego z odpowiedzi gościa.

– Ciężka praca zbliża nas do Boga Jedynego. Tak mówią nauki Kościoła – nieśmiało spuentował.

Rufus Eckhard kiwał twierdząco głową w zamyśleniu.

– W istocie. Tak mówią. Cóż w takim razie pozostaje nam ostatnia rzecz. Musimy dokonać rutynowych oględzin waszej posiadłości. Zaczniemy od góry.

– Panie kochaniutki! Tam na strychu dziadunio spoczywa. Chorowity. Umierać mu zaraz przyjdzie. Spokoju tylko prosił by mu zapewnić. Nie męczyć go wizytami ciągłymi. – Helena ponownie dała znać o swoim impulsywnym usposobieniu.  

– Umierający starzec? – nuta troski zabrzmiała w głosie sługi kościoła.

– W takim razie należy go pobłogosławić w tej najtrudniejszej z wędrówek – dodał wstając od stołu.

– On chorowity. Zarazić czymś może…

– Prowadzić! – uciął szybko wciąż niedającą za wygraną Helę.

Małżeństwo nie miało odwagi dalej protestować. Na strych wiodła solidnie wykonana drabina. Maćko pokierował przybyłych. Miał wrażenie, że zaraz spadnie z szczebli. Nogi odmawiały posłuszeństwa i uginały się jakby ktoś wyjął z nich kości. Poddasze było wysokie. Duża przestrzeń posłużyła za magazyn dla zapasów żywności i przeróżnej graciarni. Przez wąskie okienka wpadały promienie słońca. Na końcu pomieszczenia stała prowizoryczna ścianka działowa z drewnianymi drzwiami, które były lekko uchylone.

– Dziadku? Masz gości. – zapowiedział Maciej niepewnie pokonując próg izdebki.

Rufus Echkard nie czekał na zaproszenie. Śmiało wtargnął do sypialni dziadka z łatwością odpychając na bok postawnego chłopa. Pokoik został wyposażony w parę rozklekotanych mebli. Jednym z nich było sporych rozmiarów łóżko usadowione w kącie. Spoczywał na nim ów dziadek. Starzec wyglądał jakby został właśnie zbudzony z najstraszniejszego z koszmaru. Głęboko zapadnięte policzki podkreślały i tak mocno wytrzeszczone oczy rozmiarów niemowlęcych piąstek. Patrzyły z przerażeniem spod bujnej szczeciny a kudłate brwi przesłaniały niemal całe czoło. Pierzynę zaciągnięta pod samą szyje obejmowały kościste paluchy.

– Nuuu – zabrzmiało z zaokrąglonych ust starca.

– Spokojnie – odpowiedział Rufus nie do końca odgadując intencje owego dźwięku.

– Przychodzę w pokojowych zamiarach – kontynuował przechadzając się po klitce z rękoma założonymi na lędźwiach. Obserwowały go okrągłe jak monety oczy.

– Panie miłościwy. On tak już od dawna mamrocze. Języka w gębie zapomniał. Tylko muczy jak cielę. Choroba i wiek posunięty…  – chłopka pośpieszyła z wytłumaczeniem.

– Cisza! – Rufus Echkard zaprotestował. Jego prawa noga zastygła w bezruchu na jednej z desek podłogowych. Skórzany ciżemek udekorowany złotą klamrą poszurał po parkiecie. Deska była ewidentnie poluzowana. Mężczyzna uklęknął na kolano.

– Nuuu! – staruszek włożył tym razem więcej siły w muczenie.

– Co my tu mamy? – Rufus nie zwracał uwagi na jęczącego starca. Wyciągnął niewielki sztylet, którym podważył obluzowaną część podłoża. Z tajemniczej skrytki wydobył wykonany z drewna posążek. Figurka przedstawiała humanoidalną postać z czterema twarzami. – Proszę, proszę…

– Panie litościwy. Dziaduni niedomoga umysł przyćmiła. On nie wiedział, że nie można. Darujcie mu. Zaraz gasnąć będzie bidula. Darujcie. – Hela stanęła w obronie dziadka. Żuchwa Macieja zatrzęsła się jak osika. Dwóch zbrojnych stanęło w gotowości z dłońmi zaciśniętymi na jelcach mieczy.

Misjonarz odstawił delikatnie posążek na próchniejącą komodę. – Oczywiście – zabłysnął demoniczny uśmiech.

– Przecież to stary człowiek ogłupiały demencją. – wysłannik Kościoła powoli zbliżał się do łóżka. Krok miał sprężysty niczym dziki kot gotowy do skoku na ofiarę.

– Czyż nasz Bóg Jedyny nie jest miłosierny? – powoli usiadł na progu leżanki.

– Nuuu… – zabrzmiało ponownie, a oczy wbrew prawą anatomii ludzkiej rozszerzyły się jeszcze bardziej.   

– Czyż nie to jest w nim najcudowniejszą cechą, której tak często brakuje nam – ludziom. – dłoń Eckharda gładko wylądowała na pierzynie w miejscu gdzie leżały nogi dziadka.

– Umiejętność wybaczania. – po tych słowach mężczyzna szarpnął raptownie ręką. Kołdra pofrunęła w powietrzu odsłaniając dziadunia w pełnej okazałości. Zamiast nóg na łóżku spoczywały dwa skręcone w rulon koce imitujące kształt kończyn. Staruszek, a konkretnie jego tułów i nogi, były nienaturalnie małe, niczym jak u kilkuletniego dziecka. W połączeniu z okrągłą owłosioną łepetyną ogół postaci prezentował się dość karykaturalnie.

– Brać go! – rozkaz uderzył jak grzmot z jasnego nieba.

– Nuuu! Nuuieee! Niee! Maciusiu, Helenko, nie pozwólcie im mnie zabrać! – dziadunio wykrzyczał ludzkim głosem. Na więcej nie pozwolił mu ogłuszający cios zadany głownią miecza. Gospodarze stali w osłupieniu sparaliżowani strachem. Jedyną reakcją był pisk Heli, gdy ten którego zwali dziaduniem stracił przytomność od uderzenia.

– Zawiodłem się na was – w słowach misjonarza próżno było szukać iskierki nadziei na szczęśliwe zakończenie całej sytuacji.

– W całej chałupie syf, podczas gdy krzyż, który zresztą sami mi wskazaliście był czysty jak łza. Zdradziliście się już na wejściu. „Praca zbliża nas do Boga Jedynego” tak? Ten tutaj z pewnością pomógł wam w pomnożeniu kapitału podczas gdy wy oddawaliście się beztroskiej labie. Mam rację?

Kiedy Rufus Eckhard rzucał oskarżeniami w ofiary, strażnicy zapakowali poczwarę do wielkiego lnianego wora po czym ruszyli w stronę wyjścia.

Zapewne nurtuje was teraz pytanie – co z nami będzie?

– Otóż są dwie możliwości. Pierwsza brzmi następująco. Zabierzecie dzieci. Opuścicie to miejsce i na zawsze zapomnicie o tym domowiku oraz o waszych pogańskich bogach. Wyrzekniecie się tej wiary. Zostaniecie posłannikami Słowa Bożego a resztę swoich dni spędzicie w służbie Kościoła.

– Druga opcja, cóż… Umrzecie. Tu i teraz. Zostaniecie przy swojej żałosnej i słabej wierze a w zamian doznacie ognia piekielnego za życia.  – Małżonkowie popatrzyli na siebie. Poczuli ulgę. Cała trwoga odeszła. Liczyło się tylko to, że byli razem.

– Bóg Jedyny obdarzył człowieka wolną wolą. Czyniąc to na jego podobieństwo ja daje wam wybór.

– Więc jak będzie?

***

Zuzia patrzyła z rozhuśtanego powozu na wielki pożar. Patrzyła przez  zapłakane oczy. Nad jej domem unosiły się kłęby dymu, które zdążyły przysłonić blask słońca. Obserwowała jak zwierzęta uciekał w panice przed czerwonym kurem.

Kogut gnał jak oszalały przed siebie w stronę lasu. Miał dziwne wrażenie, że tym razem przegrał by zakład z kurami.
Autor: Bartosz Zawistowski