Browsed by
Tag: Perunowy Gród

Perunowy Gród

Perunowy Gród

Perunowy Gród

,,Oj, chmielu, chmielu, ty bujne ziele,

Nie będzie bez cię żadne wesele…”

 

Panna stała boso na owczej skórze. Na skroniach miała kwiecisty wianek. Włosy kładły się jej na plecach, aż do pasa. Była wyraźnie onieśmielona. Błękitne oczy miała spuszczone. Na przeciw niej stał mężczyzna. Był młody, ale ona na pewno była młodsza. Patrzył na nią i uśmiechał się łagodnie. Wzrok miał rozmarzony. Oboje byli uroczyście ubrani. Dziewczyna miała długą, lnianą suknię. On miał pięknie haftowaną koszulę. W okół nich stali ludzie w kręgu, również odświętnie ubrani. Byli wojowie z tarczami i toporami w dłoniach. Były krasnolice panny. Byli mężni wojownicy i prości chłopi. Każdy stał oczekując nadejścia żerców. Przyszli. Odziani byli w białe szaty z czerwonymi zdobieniami. Jeden z nich, znacznie wyższy, miał długą brodę i czarne włosy opadające na łopatki. Drugi, niższy, uniósł ręce. Wojowie uderzali rytmicznie toporami w tarcze. Żercy wzięli kadzidła. Dym miał przyjemny zapach jałowca. Szli po okręgu wytyczonym przez ludzi. Huk uderzeń niósł się po dolinie. Panny śpiewały.

 

,,Oj, chmielu, oj, niebożę,

To na dół, to ku górze,

Chmielu niebożę!”

 

Żercy zamknęli krąg. Panny zakończyły pieśń. Wojowie uderzyli jak najmocniej w tarcze i zastygli w bezruchu. Do panny młodej podeszły dwie kobiety- druhna i mężatka. Do pana młodego podszedł jego druh i świadek. Wyższy żerca uniósł ręce. Drugi rozpalił ogień ofiarny przed nim. Żerca w dłoniach trzymał dzban miodu i chleb, wciąż pachnący.

-Chodźcie bliżej młodzi!- rzekł łagodnym głosem.

Para młoda zbliżyła się do ognia.

-Zamknięto święty krąg!- krzyknął do tłumu.- A kto śmie go przeciąć niechaj wie, że nieszczęścia będą go trapić po kres jego dni na ziemi- rozejrzał się. Nikt nawet nie drgnął.- Zebraliśmy się w tym dniu, aby przypieczętować związek tych dwojga. Sambora, syna Dalebora i  Tomiły. Są już po Wieczorze Kawalerskim i Rozplecinach. Rodziciele wyrazili zgodę. Niechaj rozpocznie się Swadźba!

 

,,Ażebyś chmielu, na te tyczki nie lazł,
nie robiłbyś ty z panienek niewiast…”

 

Żerca podał młodym miód i chleb.

-Jako zwyczaj prastary nakazuje złóżcie ofiarę Swargowi- spojrzał na Sambora- i Ładzie- przeniósł wzrok na Tomiłę.

Ulali miód do świętego ognia, a następnie wrzucili bochenek chleba.

-Przyzywam na świadków Swaroga, boskiego kowala! Ładę, boginię ładu i przeznaczenia, które złączyło tych dwoje! Peruna, Pana na naszym grodzie i niechaj pobłogosławi tym młodym niebo! I przede wszystkim wzywam Roda! Żeby młodym się darzyło i by płodzili zdrowe dziatki!

Grzmot rozdarł ciszę. Żerca pobladł. Wśród tłumu słychać było szmery. Młodzi rozglądali się nerwowo.

-Trzykrotnie: ,,Sława Perunowi”!- krzyknął drugi żerca.

-Sława! Sława! Sława!- ryczał tłum.

Pierwszy żerca odzyskał normalne kolory na twarzy, ale nadal wzrok nerwowo odbiegał mu w stronę nieba.

 

,,Oj, chmielu, oj, niebożę,

To na dół, to ku górze,

Chmielu niebożę!”   

 

Żercy wzięli zdobioną krajkę. Obwiązali nią solidnie połączone dłonie młodych.

-Czy z własnej woli bierzesz Tomiło Sambora za męża?- zapytał patrząc jej głęboko w oczy.

-Z woli własnej mu serce i ciało oddaję- powiedziała spokojnie.

-Czy z własnej woli bierzesz Samborze Tomiłę za żonę swą?- tym razem żerca wpatrywał się w oczy mężczyzny.

-Ze swej własnej woli biorę ją za żonę- odpowiedział uśmiechając się.

Żercy szarpnęli mocno za ich dłonie. Krajka trzymała się mocno. Następnie podeszli mężatka, druhna i świadek. Również szarpnęli za dłonie. Krajka i tym razem nie puściła. Żerca ponownie stanął przed świętym ogniem.

-Ludzie i bogowie świadkami, że ani żercy, ani świadkowie nie byli w stanie rozerwać więzi między tymi dwojga.

Żerca zwracał się do tłumu. Tym czasem młodzi przysięgali sobie miłość i wierność. Następnie obeszli trzy razy święty ogień. Zgodnie z kierunkiem słońca toczącego się po niebie. Drugi żerca sięgnął po dwa dzbany. W jednym był miód pitny, a w drugim mleko. Przelano napoje do obrzędowych rogów. Pierwszy żerca wziął je w dłonie i uniósł.

-Niechaj teraz młodzi uleją miodu bogom! A następnie napoją się nim. Aby służyło to ich małżeństwu i płodności. I niechaj uleją mleka. A następnie i nim się napoją. Aby dało im siłę.  

 

,,Ale ty, chmielu, na tyczki włazisz,

Niejedną panienkę wianeczka zbawisz…”

 

Podał róg z miodem młodej parze. Ulali część do ogniska, a następnie wypili. Wpierw Tomiła, a następnie Sambor. Potem żerca podał im róg z mlekiem. Ulali trochę do ogniska i ponownie wypili. Tym razem najpierw Sambor, a potem Tomiła. Drugi żerca zabrał rogi. Rozwiązano młodym dłonie.

-Niechaj przemówią świadkowie! Oni znają młodych lepiej niż każdy z nas! Niech powiedzą, czy zgadzają się na zawarcie małżeństwa!

Wystąpił świadek pana młodego. Był to wysoki mężczyzna o krótkich brązowych włosach. W jego piwnych oczach zatańczył blask świętego ognia. Uśmiechnął się szczerze do Sambora i Tomiły.

-Znam Sambora od wielu lat- mówił.- Był mi druhem w niejednej wyprawie. Często powtarzał mi jak bardzo kocha Tomiłę- mrugnął do swojego przyjaciela.- Znam go na tyle dobrze, że widzę w nim miłość, którą obdarza swoją ukochaną. Tak, więc niech im się szczęści i darzy. I niechaj stworzą kolejne pokolenie równie wspaniałych ludzi. Sława!

-Sława!- krzyknął tłum.

Wystąpiła druhna. Dziewczyna, prawdopodobnie, w wieku panny młodej. Miała upleciony długi warkocz, a na skroniach kwiecisty wianek. Uśmiechnęła się do młodych ukazują białe ząbki.

-Ja i Tomiła byłyśmy przyjaciółkami od dzieciństwa. Wiemy o sobie wszystko. Jesteśmy jak siostry. Od razu wiedziałam kiedy się zakochała. Wspierałam ją jak mogłam. Życzę Tomile i Samborowi aby wiodło im się jak najlepiej. Niech wam się darzy!

-Sława!

Wystąpiła mężatka. Kobieta miała włosy zakryte. Była starsza od państwa młodych, ale jeszcze nie była stara.

-Znam tych dwoje bardzo dobrze. Kiedy po raz pierwszy dostrzegłam jak mają się ku sobie ucieszyłam się. Teraz spotykamy się na ich Swadźbie. Przed nimi długa droga. Niekoniecznie łatwa, ale pełna zakrętów i zasadzek. Ale wierzę, że uczucie jakie jest między nimi pomoże im wytrwać wszystko. Życzę wam szczęścia!

-Sława!

 

,,Oj, chmielu, oj, niebożę,

To na dół, to ku górze,

Chmielu niebożę!”   

 

-Nikt nie wystąpił przeciw związkowi tych dwojga. Niechaj pan młody ściągnie ze skroni panny wianek.

Sambor podszedł do ukochanej. Delikatnie zdjął wianek, muskając opuszkami palców jej skronie. Wrzucił go do świętego ognia.

-Niecha panna i mężatka dokonają postrzyżyn.

Kobiety podeszły do Tomiły. Wzięły w garść trochę jej włosów i ucięły. Następnie wrzuciły je do świętego ognia.

-Wymieńcie się obrączkami.

Świadek podszedł do młodych. Podał im obrączki. Sambor delikatnie nałożył ją na palec Tomiły. Dziewczyna postąpiła tak samo.

-Zawarty został związek małżeński między Tomiłą, a Samoborem!- krzyknął żerca do tłumu, a następnie zwrócił się młodych.- Stańcie naprzeciw siebie nad świętym ogniem.

Postąpili jak kazał. Drugi żerca przyniósł kołacz. Podał im. Młodzi rozerwali go. Tomiła trzymała w rękach większy kawałek. Wśród tłumu słychać było szczególnie męskie chichoty.

-Tak, więc dokonało się! Stara wróżba mówi, że to panna młoda, która większy kawałek kołacza urwała, będzie związkowi temu przewodzić!

Chichoty stały się głośniejsze. Druhna i mężatka płakały przytulone do siebie. Świadek uśmiechał się szczerze. Państwo młodzi wpatrywali się w siebie z czułością.

-Tomiło. Samborze- przemówił żerca.- Życzę wam wspaniałej przyszłości i wszelkiej pomyślności na nowej drodze życia! Sława wam!

-Sława!

Tłum zaczął rzucać na młodych ziarno. Rzucano także pieniądze. Pan młody przytulił do siebie pannę młodą, jednocześnie chroniąc ją przed uderzeniami twardych monet. Pocałował ją delikatnie w usta.

-Niechaj rozpocznie się wesele!- krzyknął. Tłum wiwatował.

Rozpoczęły się zabawy do białego rana.

 

Grajkowie grali skoczne utwory. Goście tańczyli weseli. Wino, piwo i gorzałka lały się strumieniami. Państwo młodzi przyjmowali życzenia.

Zbliżał się czas oczepin. Panna zasiadła w środku kręgu tańczących dam. Tańczyła druhna i przyjaciółki Tomiły. Pan młody stał oparty o ścianę izby. Mężatka podeszła do dziewczyny. Dała jej w ręce wianek. Panny w tanecznym kręgu śpiewały weselną pieśń. Tomiła rzuciła wianek. Wpadł prosto w dłonie młodej dziewuszki. Dziewczyna miała niezwykłe niebieskie oczy. Długie, jasne włosy związane w warkocz. Druh pana młodego roześmiał się na cały głos. Dziewczyna spuściła nieśmiało oczy i wybiegła z izby. Mężczyzna zamilkł i patrzył za nią. Po izbie rozeszły się szmery i chichoty. Mężatka nałożyła na głowę panny młodej czepiec.

-Najlepszego…- szepnęła.

W tym momencie Tomiła odrzuciła stan panieński. Stała się mężatką. Sambor podbiegł do dziewczyny. Uniósł ją i pocałował. Rozległy się śmiechy i okrzyki. Grajkowie ponownie zaczęli grać. Wszyscy tańczyli. Nie było tylko druha pana młodego, jasnowłosej dziewczyny, a para młoda zniknęła.

 

Wietrzyk delikatnie głaskał taflę jeziora. Wschodzące słońce tworzyło różową łunę nad lasem, który rósł na przeciwnym brzegu. Jasnowłosa dziewczyna przechadzała się wzdłuż jeziora. Beznamiętnie patrzyła w dal. Na skroniach miała wianek, który złapała na oczepinach. Mężczyzna dostrzegł ją, ale bał się podejść. Doszedł do brzegu i wpatrywał się w wschód słońca.

-Sambor i Tomiła ułożą sobie życie- powiedział.

Dziewczyna zatrzymała się. Spojrzała na niego zdziwiona. Skinęła głową. Mężczyzna w końcu nie wytrzymał.

-Czemu uciekłaś?

Dziewczyna podeszła do niego. Spojrzała mu prosto w oczy. Westchnął cicho. Utonął w jej niebieskim spojrzeniu.

-Wiesz, że wyszłabym za Ciebie. Ale ja wiem, że ty nie chcesz tego.

-Co ty mówisz? Ja chcę tego z całego serca.

-Nie! Ty szukasz bohaterskiej śmierci. Ile razy jeszcze będę się o Ciebie martwić, bo ty ruszasz na jakąś bitwę.

Mężczyzna nie potrafił nic powiedzieć. Zaskakiwała go mądrość dziewczyny, która liczyła sobie tylko siedemnaście wiosen. On miał trzydzieści dwa lata. Popełnił w życiu niejedno głupstwo. Ruszał, wraz z Samborem, na liczne bitwy. Czasem wracał zwycięski, czasem z połamanymi kośćmi i licznymi ranami. Zawsze w przekonaniu, że kto przeżył ten wygrał. Sambor opamiętał się kiedy związał się z Tomiłą. On natomiast nie potrafił.

-Obiecasz mi, że nie ruszysz już na bitwę?- zapytała ostro.

-Wiesz… Wiesz, ze nie mogę- jąkał się.

-Ja nie mogę wyjść za kogoś kto bezsensownie się naraża. Z kim miałabym ślub, a po chwili musiałabym nosić żałobę. Ja chcę być cały czas z Tobą. Chcę się kochać i rodzić dzieci! A jak Cię zabiją to co zrobię? Twoja dusza trafi do Wyraju, ale moja tu zostanie i będzie cierpieć.

-Ale…

-Książę już wypowiedział wojnę. Pewnie zaraz zabierzesz miecz i zbroję i ruszysz w bój. A ja tu zostanę. Bez pewności czy wrócisz. Wojska księcia są wielokrotnie większe. Nie dacie rady ich pokonać- emocje całkiem ją ogarnęły. Rozpłakała się. Z głowy zsunął się jej wianek.

Mężczyzna podszedł i przycisnął ją do swojej piersi. Delikatnie głaskał ją po włosach.  

-Wrócę do Ciebie Małomira- wyszeptał.

-Zostań ze mną.

-Nie mogę. Nie teraz.

 

Patrzył na nich z oddali. Z jego spojrzenia nic nie można było wyczytać. Jego siwy wierzchowiec stał spokojnie. Poklepał go po szyi i poderwał do galopu. Grzywa ogiera rozwiała się. Wkrótce cała postać konia zniknęła. On stanął na ziemi. Bezchmurne niebo rozdarła błyskawica. Czekał. Mężczyzna szedł wolnym krokiem. Patrzył pod nogi, wyraźnie zamyślony. On chrząknął głośno. Mężczyzna gwałtownie uniósł głowę. W jego oczach widać było strach. Padł na kolana.

-Sława Ci!- powiedział głośno, ale głos mu drżał.

On stanął nad nim. Wskazał ręką żeby wstał. Usłuchał.

-Cenię sobie Twe oddanie Brosławie- rzekł. Jego głos był jak grzmot. Donośny i mocny.- Ale nie każdy jest równie oddany jak ty i Twoi przyjaciele. Z zachodu nadchodzą ludzie, którzy ja bestie chcą rozszarpać nasze dziedzictwo- wyraźnie był zdenerwowany.

-Jakże to?

-Musisz wyruszyć w głąb lasów. Tam znajdziesz broń, którą ich pokonasz. Nie, nie sam- dodał widząc spojrzenie Brosława.- Pomogą Ci przyjaciele.

-Czegóż mamy bronić?

-Swej wiary. Kiedy zdobędziesz broń wszyscy będą gotowi. Będą czekać w grodzie.

-Którym?

-Moim. Bywaj Brosławie. Wkrótce się zobaczymy.

Gdzieś daleko piorun uderzył w ziemię. Huk rozniósł się po lesie.

-Bywaj Perunie.

 

Brosław długo żegnał się z Małomirą. Dziewczyna nie chciała aby on szedł.

-Na cóż Ci walka o wiarę, kiedy zginiesz- mówiła płacząc.

-Perun tak kazał.

Pogładził jej włosy i ruszył w lasy.

 

Szedł powoli. Czuł, że Perun czuwa nad nim. Miał misję i musiał ją wykonać. W sakwie przy pasie miał zioła lecznicze. W pochwie niewielki nóż. Przez siebie przewieszony miał łuk i kołczan pełen strzał. W szumie lasu zdawało słyszeć się słowa ,,powodzenia”. Co jakiś czas między drzewami przemykały łanie. Po gałęziach skakały wiewiórki. W gniazdach ptaki cicho śpiewały.

Usłyszał coś. Niepokoił go każdy szelest i szum, ale to było coś innego. To był śpiew. Śpiew kobiety. Wplatał się w szum drzew, ćwierkot ptaków i chlupotanie wody dobiegające gdzieś z oddali. Wszystko to sprawiło, że zapomniał o całym świecie. Ruszył w kierunku, z którego dobiegał śpiew. Biegł coraz dalej na zachód…

W środku lasu było jezioro. Woda cichutko chlupotała o brzeg. W jeziorze kąpała się panna. To ona tak pięknie śpiewała. Odwróciła się jego stronę.

-Podejdź do mnie wędrowcze- powiedziała pieszczącym uszy głosem.

Już był gotowy wejść do wody, ale w porę się opamiętał.

-Wybacz pani, ale ja mam swą ukochaną- odparł grzecznie.

-To czemu nie jesteś przy niej?

-Muszę wykonać ważną misję.

-Cóż może być ważniejsze od miłości?- spytała zaciekawiona.

-Nic. Muszę wykonać tę misję ze względu właśnie na miłość.

-Będzie bolało?

-Z pewnością.

-To jaki to ma sens? Za co to?

-Za miłość. Wiarę w to co jest i nadzieję na to co będzie.

-A co będzie?

-Przyszłość.

-A jak nie wykonasz misji?

-To dla nas już nie będzie nic.

-Nas?

-Owszem. Należymy do tego samego świata.

-A jaki to świat?

-Piękny.

Panna spojrzała na niego bystrymi oczami. Zanurzyła się w głębinie. Po chwili wyszła na brzeg. W dłoni trzymała miecz ze zdobioną rękojeścią.

-To dla Ciebie mężny woju. Zawalcz o nasz piękny świat.

Podała mu broń. Wziął ją ręce i długo przyglądał się ostrzu.

-Dziękuję Ci Pani Jeziora- uśmiechnął się.

-Idź!

 

Perun czekał. Brosław nie wiedział gdzie jest jego gród. Jakaś tajemnicza siła kazała mu tam iść. Stanął przed bogiem i uniósł miecz. Oczy Peruna błysnęły.

-Dosiądź konia!- rozkazał.

Brosław wsiadł na swoją gniadą klacz. Stanął tuż przy Perunie. Za nimi stali jego przyjaciele i towarzysze broni. Był nawet Sambor.

-Sambor?- zdziwił się.

-Perun potrafi być  przekonywający- odpowiedział mężczyzna z uśmiechem. Brosław nie był pewien, ale chyba bóg też się się uśmiechnął, ale momentalnie spoważniał.

-Nadchodzą. Przygotować się!

Zapadła grobowa cisza. Z oddali słychać było uderzenia stali o tarcze. Nadchodziła wielka armia. Na jej czele jechał książę. Perun uniósł w górę swój topór. Nagle z nieba spadły pioruny i uderzyły w armię. Był to pogrom.

-Ruszamy w bój!- krzyknął Perun i poderwał swego ogiera do galopu.

Brosław popędził swoją klacz. Za nimi ruszyła część ludzi. Pozostali zostali w grodzie. Dwie armie zderzyły się. Perun sprawnym zamachem topora pokonał dwóch napastników. Brosław widział jak pod ciosami toporów, mieczy i włóczni padają i wrogowie i swojacy. Szybko zaczęło ubywać ludzi i w jednej i drugiej armii. Konie, które straciły jeźdźców, uciekały w panice. Pioruny przestały bić z nieba. Walka była coraz zacieklejsza. Kilku wrogów przebiło się przez armię i ruszyło na gród. Na szczęście i tam wojowie zdołali odeprzeć atak. Brosław zatrzymał się tuż przed wysokim mężczyzną na potężnym wierzchowcu. Był to książę. Brosław zaatakował. Ciął swoim mieczem, darem od Pani Jeziora. Książę uchylił się, ale jego koń spanikował. Zrzucił swojego jeźdźca i pogalopował w dal. Brosław zeskoczył z klaczy i stanął nad nim przykładając mu ostrze do szyi.

-Przyznaj, że przegrałeś! Poddaj się!

-Nigdy!- krzyknął książę.

Perun podjechał do nich. Szybkim ciosem topora uciął życie księcia.

-Oni się nigdy nie poddadzą Brosławie- powiedział poważnie.

Mężczyzna spuścił głowę.

-Ale wygraliśmy.

Miał rację. Armia wroga została pokonana. Wygrali bitwę o Perunowy Gród.

 

Mały Dalibor słuchał uważnie z zaciekawieniem. Brosław dorzucił drwa do ogniska.

-Wujku! I tak się ta historia skończyła?- zapytał mały z niecierpliwości podskakujący na pniaku drzewa.

-Nie chłopcze. Ta historia nigdy się nie kończy.

-Ale Perun powiedział, że oni się nie poddadzą. A to oznacza, że wrócą.

-Kiedyś wrócą na pewno Daliborze- odpowiedział Sambor.

-Ale kiedy tato?

-Za jakiś czas- powiedziała Tomiła.

-Ale jak długo?- mały był coraz bardziej niecierpliwy.

-Nie wiadomo- powiedziała spokojnie Małomira.- Ale będziemy gotowi.

Brosław uśmiechnął się do niej czule.

-Bo my zawsze będziemy gotowi, żeby bronić swojej wiary- dokończyła Małomira. Spojrzała z miłością na swojego malutkiego synka. Nazwali go Brahan, tak przykazał im Perun.

-A czemu mamy bronić swojej wiary?- zapytał Dalibor.

-Żeby pamiętać kim jesteśmy…

 

Autor: Alicja Jamróz