Browsed by
Tag: syn burzy

Syn Burzy

Syn Burzy

SYN BURZY

Patryk Miąskowski



I. NOCNY SĄD

 

  Noc była ciemna, z resztą Grom wszystko widział w czarnych barwach. Wydawać się to może paradoksalne, bo swoje imię zawdzięcza burzy,  rozjaśniającej niebo w czasie jego narodzin. Mężczyzna siedział zamyślony na skale i dłubał nożem w patyku, nie mogąc uwierzyć, że od owej nocy, pełnej grzmotów i błysków, dokładnie dziś mija trzydzieści siedem lat. Nie był to dla niego powód do radości. Dorosły człowiek, a wciąż nie ułożył sobie życia. Nie ma domu, rodziny, żony, dzieci, nawet pies, którego przygarnął, zdechł po kilku dniach wspólnej tułaczki. Przetarł zmęczoną twarz, poprawił fryzurę i lekko pociągnął się za brodę.

– Wszystkiego Najlepszego Grom! – powiedział sam do siebie, po czym wszedł do niedużego, nieszczelnego szałasu.

  Długo nie mógł zasnąć. Bezsenność była jego niechcianą kochanką. Codziennie zarzucała mu na szyję swoje ramiona, troszcząc się aby o niej nie zapomniał. Pieściła go swoją obecnością każdej nocy. Tym razem zasnął po dwóch godzinach wbijania oczu w gwiazdy przez szparę w liściach. Gdy w końcu ciężar powiek wygrał z namiętną bezsennością, cienka wiązka światła zaczęła zbliżać się od strony małego gaju nieopodal.

– Synia, jesteś pewna? – powiedział ktoś dziecięcym głosem, z wyczuwalnym tonem strachu.

– Tak! Posłuchaj, to musi być on.

– Ale…

– Nie ma żadnego ale. Zenku, nie musisz iść ze mną jak nie chcesz.

– A jak to nie on?

– Sam słyszałeś, życzył sobie wszystkiego najlepszego, znaczy, że ma urodziny. To na pewno on. On jest kimś wielkim! – Synia zamyśliła się moment i posmutniała. – Tylko o tym nie wie.

– Więc co zamierzasz zrobić?

– Poczekamy – odparła patrząc w duże oczy bożątka.

  Zenek chciał zapytać na co mają czekać, lecz Synia położyła mu na ustach palec, dając znać, że ma być cicho i pozwolić mężczyźnie spać.Głębia nocy zmusiła do snu także ich oboje. Tak więc cała trójka spała na łonie natury, z dala od miejskiego gwaru i szumu. Zdawać by się mogło, że cała polana zamarła w bezruchu. Było to tylko złudzenie. Śladami bożątka i driady kroczył ktoś jeszcze.

 

  Zakapturzona postać zignorowała leżących przed szałasem. Amulet zwisający z szyi obcego mocno wibrował i podskakiwał, jakby wskazywał na Groma. Tajemnicza postać wyciągnęła z torby metalowe słupki, powbijała je w pobliżu szałasu, po czym zaczęła toczyć krąg, szepcząc coś w tylko sobie znanym języku. Po kilku frazach niby pieśni krąg zaczął iskrzyć, a między słupkami zaczęła przepływać nieznana nikomu, żarząca się wściekle krwistą czerwienią energia. Obcy odprawiał jakiś rytuał. Starał się to zrobić szybko i po cichu. Po głosie rozpoznać można było, iż przybysz jest mężczyzną. Znak wyryty w ziemi świecił coraz jaśniej i błyskał łuną świateł niczym stos płonący pod czarownicą. Światło obudziło Groma.

– Co do cholery!? – warknął wściekle i wytoczył się z szałasu. Jego oczom ukazał się mężczyzna w kapturzę odprawiający jakieś modły. – Kim jesteś!?

– Jam jest Reges. Brat Bojana. Uniżony sługa i łowca za sprawą Wielkiego Pana, Króla Świata po Świecie, Najmroczniejszego…

– Walesa – dokończył półszeptem Grom – Czego chcesz?

– Przybyłem po Ciebie. Trzydzieści siedem lat Cię szukam i znalazłem. Trzydzieści siedem lat i ani dnia dłużej. – odpowiedział Reges z obrzydłym uśmiechem na twarzy, po czym wrócił do odprawiania rytuału.

  Znak na ziemi świecił coraz jaśniej. Gdyby ktoś spojrzał na całą sytuację z góry dostrzegłby szałas znajdujący się w centrum znaku Walesa. Grom chciał wyjść z kręgu lecz jego ciało zamarło w bezruchu. Nie mógł nawet drgnąć. Od szyi po stopy jakby skamieniał. Mógł tylko bezwładnie patrzeć i cicho szeptać, bo paraliż pochłaniał już nawet gardło. Nieznajomy nucił już w zrozumiałym języku:

Mroczny Królu, grobów Panie

Zniewól duszę dziś bękarta

Pochłoń ciało, niech przepadnie

Jako odmęt Twego świata

Już nie stanie Ci na drodze

Przejmiesz Panie wyższe trony

Pokaż błagam swoje moce

O najwyższy, uwielbiony.

  Nieznajomy ściągnął kaptur. Nie miał włosów, za to jego czaszkę pokrywały runy. Amulet zdobił wizerunek żmii. Oczy Regesa wyglądały na zaszyte mgłą, lecz uśmiech na twarzy sugerował, że nie jest on ślepcem.  Wyciągnął zwisający u pasa miecz i zbliżył się do Groma. Przyłożył zimną stal do znieruchomiałej już twarzy mężczyzny.

– Szukałem Cię tak długo, a dziś nareszcie zabiję. Mój Pan zostanie dzięki mnie władcą nad władców! – wrzeszczał rozradowany. – Zobacz, czyż to nie idealna noc na śmierć?

– Ty sukin… – gardło Groma zastygło.

  Krzyki Regesa obudziły Zenka i Synię, którzy czym prędzej uciekli zauważeni tylko przez znieruchomiałe oczy ofiary. Biegli co sił w stronę gaju. Zenek co rusz potykał się i przewracał, zostawiając odbicia swojej twarzy w błocie. Płomieniste wstęgi roztaczające się przy szałasie widoczne były z daleka. Synia płakała i szepcząc pod nosem imiona bogów modliła się o pomoc.

  Noc była późna. Księżyc wyłonił się zza dużej chmury i świecił niezwykle jasno. Z oddali powietrze przeszył bolesny krzyk, a obudzone ptaki z olbrzymim hukiem wzniosły się nad ziemię.

 

  1. A MOŻE BY TAK?

 

  Dzielnica portowa Swarogrodu była jedną z najbardziej zadbanych. Uliczki nie dość, że szerokie, to jeszcze czyste i przystrojone. Nie dziwiło to nikogo, gdyż od strony morza przybywało wielu zagranicznych gości, w tym bogatych kupców i właścicieli ziemskich. Cała długość głównej uliczki dzielnicy obstawiona była straganami pełnymi towarów z całego świata. Szlachetne kamienie, delikatne materiały, obrazy, owoce i warzywa, których nazw nie potrafił wymówić co drugi mieszkaniec Swarogrodu. Dzielnica dzieliła się na dwie części – targową, gdzie znajdowały się różnorakie sklepy i pokoje do wynajmu; oraz rozrywkową, gdzie znajdowała się arena i wielu usługodawców.

  Mieszkańcy portu uchodzili za najbogatszą warstwę społeczną miasta. Nawet wysokie czynsze nie zmieniały faktu, że złoto w tej dzielnicy sypało się przez całą dobę. Handel z zagranicznymi kupcami zapewniał towary, które dalej od morza sprzedawać można było znacznie drożej. To samo tyczyło się towarów z południa – były nieznane przybyłym, dlatego też droższe.

  Arena znajdowała się na końcu długiej uliczki. Duża, kamienna, solidnie zbudowana, o murach tak grubych, że nawet bies nie byłby w stanie się przez nie przebić. Kamienie na kręgu zewnętrznym przyozdobiono rycinami, a nad wejściem powieszono żeliwny herb miasta – kołowrót na białym materiale, symbolizującym maszt. W środku znajdowało się kilkaset kamiennych ławek dla widowni, sektor dla władz miasta, oraz mnóstwo sal wewnątrz murów. Służyły one walczącym do przygotowania się przed walką, więzienia zwierząt, a także jako magazyn broni.

  Krew przelewano tu każdego wieczora. Walki śmiałków z dziką zwierzyną i stworami z odległych krain przyciągały tłumy. Nawet kobiety i dzieci odwiedzały arenę gdy odbywały się, jak twierdził organizator, mało brutalne starcia. Po nich robiono chwilę przerwy, aby Ci o słabych nerwach mogli spokojnie opuścić arenę. Koniec przerwy oznaczał rozpoczęcie się prawdziwych potyczek, często zwieńczonych sprzątaniem z placu ciał, bądź tego co z nich zostało.

 

  Plan walk wywieszano w całym mieście. Nawet na tablicy ogłoszeń przed katedrą było specjalne miejsce na tę rozpiskę.

– Waleczny Cieszygor z Borbonu zmierzy się z morskim diabłem, Morvenem z Indisbergu; Nieustraszony Niemir z Ormy spróbuje zgładzić najprawdziwszego arachnomorfa; Lesław „Szpon Boży” podejmie się przetrwania sam na sam z watahą Wilków z lasów Morrikańskich; wybierasz się na coś? – zapytała młoda dziewczyna, o dużych, hipnotyzujących oczach i brązowych włosach, spływających jej bezwładnie na ramiona.

– Krew, krew i pajęczyna, krew i fruwające kończyny. Tak to widzę – odpowiedziała jej towarzyszka, nieco tęższa, starsza i mniej urodziwa – Nie wiem co wszyscy w tym widzą.

– To jest rozrywka Gosławo, światowa! Arena pana Hommona jest sławna w całym świecie. Można wiele zobaczyć…

– Ta, chyba krwi! – wtrąciła oschle.

– No to też. Ale są tam różne zagraniczne stwory, o na przykład dwa dni temu przywieźli na tym wielkim statku żywego alghula! A jeszcze prędzej dwóch śmiałków próbowało bez broni pokonać białego niedźwiedzia. Nie rozumiem dlaczego Ci się to nie podoba.

– Po prostu nie lubię krwi… i nigdzie z Tobą nie idę.

– Twoja strata – powiedziała dziewczyna, zaśmiała się i ruszyła główną uliczką dzielnicy portowej.

  Stragany pełne kolorowych strojów przyciągały jej wzrok, jakby ruchem na wietrze prosiły by podeszła i przejechała po nich ręką. Obszerne suknie w stonowanych barwach, jaskrawe koszule z dużymi mankietami w innym kolorze, zwiewne kapelusze przetykane piórami i cienkie rękawiczki sięgające aż do łokci – wszystko to miała na wyciągnięcie ręki. Problem w tym, że jako kelnerka w karczmie nie zarabiała tak dużo, by sobie na to pozwolić. Tak więc każdego dnia cieszyła jedynie oczy, powtarzając sobie, że los się jeszcze odmieni. Dalsze kramy wypchane były po brzegi pieczywem o nietypowym kształcie i nieznanymi owocami, z którymi styczność miała tylko w pracy. Czerwone, podłużne papryczki szczególnie zapadły jej w pamięci, gdy kucharz zamiast zwykłej papryki dodał je do gulaszu. Śmiechu miała co niemiara, lecz kucharz następnego dnia zawisnął publicznie. Zupa trafiła do Dariusa von Blak, koronnego skarbnika państwa Nidrlandii, co uznane zostało za zamach na urzędnika państwowego.

  Karczma „Lunala” cieszyła się duża popularnością, co wśród notorycznie otwieranych lokali było nie lada wyzwaniem. Kucharze wymieniali się przepisami, przyprawami i nowatorskimi narzędziami, tak aby dopasować dania do indywidualnych potrzeb gości. Kelnerzy z kolei mieli za zadanie przestrzegać prostego regulaminu. Ciepłe zanieść. Brudne umyć. Do pustego dolać. Rozlane sprzątnąć. Praca mało ryzykowna, a pozwalająca poznać inne kultury od tradycji, przez religię, po politykę, gdyż to były główne tematy rozmów przy zimnym piwie.

  Dziewczyna lubiła swoją pracę. Każdego dnia mogła spodziewać się kogoś nowego, kto opowie ciekawą historię, o tym jak wygląda jego kraina. Raz podstarzały leśniczy opowiadał jak trafił w lesie na grupę bobołaków. Myśląc, że to zwykłe bobry, próbował je odgonić, więc rzucił w jednego z nich kamieniem. Jakież musiało być jego zdziwienie, kiedy domniemane bobry w odpowiedzi zaczęły rzucać kamieniami w niego. Wspominał to z wyczuwalnym sentymentem, skarżąc się, że świat schodzi na psy i nawet bobołaków już nie ma.

  Młoda kobieta stanęła przed drzwiami na zaplecze karczmy, gdy ktoś za jej plecami zawołał:

– Spóźnienie!

– Co? Ale… – dziewczyna odwróciła się energicznie, na murku siedział chłopak z torbą jabłek. – Głupi Ty! Już myślałam, że to pan Suliwuj.

– Oj spokojnie, to tylko ja – zaśmiał się chłopak żonglując owocami.

– Właśnie widzę. Co Cię do mnie sprowadza? To co ostatnio?

– No właśnie…

– Dobra, ale tylko jedną noc – przerwała mu dziewczyna – Ostatnio właściciel krzyczał na mnie przez tydzień, że to nie jest schronisko dla obcych i że nic w tym mieście nie ma za darmo. Zrozum Wit, mi to naprawdę nie przeszkadza, że raz na jakiś czas potrzebujesz noclegu, ale mógłbyś znaleźć jakąś lepiej płatną pracę.

– Dziękuję! – krzyknął rozradowany. – Tyle że ja lubię swoją pracę. Roznoszenie nie jest takie złe. Dziś wystarczy roznieść tę torbę jabłek, rozwiesić ogłoszenia na jutro i to wszystko.

– Ech… Gadał dziad do obrazu… – odpowiedziała z grymasem na twarzy.

– Jaki dziad?

– Nie ważne. Mniejsza. Nie o to chodzi. Powiedz lepiej co jutro będzie się dziać na arenie.

– Dla takiej ślicznotki jak Ty proponuję starcie Rzepichy, córki starej Kucynowej, z rusałką złapaną wczoraj na bagnach. Ponoć zabiła narzeczonego Rzepichy i ta chce się zemścić.

– Może być ciekawie…

– A no na pewno będzie – wtrącił Wit – Rusałka od wczoraj uwięziona w lochach, to i agresją pałać będzie jak każda kobieta. – Dziewczyna zmierzyła go wzrokiem.

– Mam ja Ci zaraz agresję pokazać?

– Dobra, dobra, już mnie nie ma. Dziękuję Ci bardzo, nawet nie zauważysz, że spędzę u Ciebie noc.

– Liczę na to! – odrzekła dziewczyna, ale Wit był już zajęty wręczaniem jabłek przechodniom. Założyła fartuch i wkroczyła na zaplecze pewnym krokiem, gotowa do działania.

 

  Salka dla pracowników była niewielka, ciemna i dziwnie w niej pachniało. Jak twierdził pan Suliwuj, właściciel karczmy, gdyby pracownicy nie popalali tam fajki to i zapach byłby inny. Mógłby mieć rację gdyby nie fakt, że żadnego z pracowników nie było stać na dobrą fajkę, a tym bardziej na zaopatrywanie się w tytoń. Dziewczyna zostawiła płaszcz w salce i przeszła do kuchni. Po przekroczeniu progu nozdrza wypełniały się bukietem wyraźnych zapachów.

– Pieczona gęś w pomarańczach raz. Zupa z kraba, bez cynamonu raz. To zamówienie dla pana Romualda, więc ma być na już. – powiedział spokojnym głosem mężczyzna w dublecie, noszącym liczne oznaki użytkowania. – A teraz niech ktoś idzie na salę bo trzeba sprzątnąć miski ze stolików pod oknem.

– Ja pójdę – odezwała się dziewczyna, łapiąc za deskę.

– Tylko ostrożnie. Wczoraj jakiś gamoń potłukł dwa kufle a nowe dopiero zamówiłem.

– Spokojnie Rosławie, będę ostrożna.

– A tylko spróbuj mi nie… – zaczął odpowiadać, ale dziewczyna już wyszła z kuchni.

  W sali było bardzo tłoczno. Ludzie w najróżniejszych strojach, rozmawiali w wielu językach, co sprzyjało powstawaniu gwaru. Wysocy, dobrze zbudowani mężczyźni w futrzanych strojach i hełmach z rogami jak zwykle rozmawiali najgłośniej. Ich grube głosy sprawiały, że inni goście aby się słyszeć również musieli głośno rozmawiać. Duży rozmiar sali przy takim natłoku ludzi wydawał się nie mieć znaczenia. Dziewczyna przez kilka minut przeciskała się na drugi koniec sali, po to tylko aby zebrać pozostawione naczynia i wrócić na kuchnię. Tak mijały jej dni. Lubiła swoją pracę zupełnie jak Wit. Doceniała kontakt z ludźmi, a Ci bardzo chętnie jej o sobie opowiadali.

  Tego dnia, poza Nordami, salę wypełniali główni tutejsi urzędnicy, najemcy, kilku wojaków, zagraniczne, pięknie ubrane kobiety i siedzący w rogu człowiek w kapturze. Dziewczyna nigdy nie mogła oprzeć się pokusie sprzątania stolików w pobliżu modnie ubranych kobiet. Dawało jej to styczność z drogimi ciuchami, a przy okazji zawsze o uszy obiła jej się jakaś plotka.

– Podobno licho leśne zabiło tę starą babkę, co koło lasu zioło zrywała. – opowiadała jedna z dam. – Gdzie no ja teraz dostanę takich ziół jak od niej?

– E tam babka! Ludzie gadają że znowu dziwożona dzieci porywa – przekrzyczała ją inna.

– Co się, pardon, powyrabiało w na tych terenach przez ostatnie lata to głowa mała. – wtrąciła trzecia strasznie kalecząc tutejszy język. – U nas mężczyźni są bardziej bojowi to i stworów się pozbyli.

– Już tak nie przesadzaj, Ellen. Zanim wypłynęłyśmy chłopi znowu bunt podnieśli, bo w lesie coś straszy i ludzi rozrywa.

– Chłopi mają wybujałą fantazję! Bajdurzą i tyle!

– Jakby im fikcja w głowie była to by wiersze pisali.

– A nie piszą? Pewnie że piszą. Jeden nawet się próbował wierszem naszej Jacqen oświadczyć.

– Oj panie, spokój. – odezwała się dotąd milcząca kobieta. – Niech i nawet tomy poezji wydają, ale co racja to racja, nie ma kto stworów wyplenić, to i się tego coraz więcej panoszy.

  Dziewczyna zabrała drobne talerzyki deserowe panien. Prawie pełne talerzyki, bo przecież „należy dbać o figurę” jak to co rusz któraś powtarzała. Przewijała się przez salę niezliczoną ilość razy, to z naczyniami, to z indyczą piersią faszerowaną cukinią i pieczarkami, to z półsłodkim winem „Lova Nitorii” sprzed stu lat. Nie czuła zmęczenia, ale doskwierał jej głód, a raczej apetyt na te wszystkie pyszność. Sama zjadła tylko kromkę wczorajszego chleba posmarowanego rybną pastą. Zbliżał się wieczór a w karczmie przybywało ludzi, nie zmieniała się tylko obstawa jednego stolika – tego, przy którym siedział tajemniczy osobnik w kapturze, od rana pijący tylko miód. Zaciekawiło to dziewczynę, więc pod pretekstem pomocy koleżance obsłużyła prawie pusty słoik.

– Skąd jegomość przybywa? – zapytała pewnie.

– Z daleka. – odpowiedział spokojnym, ale chłodnym głosem mężczyzna.

– A można wiedzieć z jak daleka? – pytała dalej, widząc że trafił się jej trudny rozmówca.

– Yona, daj spokój.

– Ale… – dziewczyna zdębiała – skąd zna pan moje imię? – zapytała z trudem składając litery w słowa.

– Bo przyszedłem tu po Ciebie.

– Ja… Jak to? Za… Zabić? – dziewczyna zaczęła się jąkać ze strachu i już miała chęć uciekać.

– Nie, skądże? Oszalałaś? Jesteś mi potrzebna. Nadal strzelasz jak dawniej?

– Skąd pan wie, że strzelam z łuku?

– Ech, no i weź tu się z babą dogadaj. – rzucił z ironią mężczyzna.

– Strzelam. – odpowiedziała po chwili milczenia, najwyraźniej układała sobie wszystko w głowie. – Ale nie mam czym.

– Tym się nie martw Yona, a teraz idź się spakuj i jutro z samego rana ruszamy.

– Jak to? Nawet nie wiem kim pan jest! – zbulwersowała się, uderzając pięścią w stół z taką siłą, że podskoczył nawet dzbanek wypełniony miodem.

– Uspokój się. Wszystkiego dowiesz się jutro. Klnę się na Światowida, że możesz przyczynić się w słusznej sprawie. No… Pora na mnie. Do jutra.

  Po tych słowach mężczyzna wstał, poprawił kaptur wciąż nie odsłaniając twarzy i wyszedł. Yona rzuciła się za nim do drzwi, lecz nieznajomy jakby rozpłynął się w powietrzu. Nie było go widać ani na ulicy, ani nawet na rogu budynku. Młoda kobieta nie wiedziała co robić, po za tym właśnie kończyła się jej zmiana i mogła wracać do domu. Tak też zrobiła. Zabrała płaszcz z salki, w której zawsze po pracy odór wydawał się tym gorszy im piękniejsze zapachy unosiły się na kuchni. Na zewnątrz głęboko odetchnęła po czym ruszyła w kierunku mieszkania.

  Miasto nocą wyglądało jeszcze piękniej niż za dnia, szczególnie w pobliżu portu. Lampy uliczne rozświetlały całą uliczkę, nadając jej wyjątkowy i niepowtarzalny klimat. Najwięcej świateł skupiało się w pobliżu areny. Właśnie musiała odbywać się walka Niemira z wielkim pająkiem, gdyż z daleka słychać było niesamowity doping publiczności. Logicznym było, że arachnomorfowi publika nie udzieliłaby wsparcia. Dziewczyna nie myślała jednak o atrakcjach. Skręciła w lewo, przeszła przez rynek, po czym skierowała się do najciemniejszego miejsca w całym mieście – podmurza. Tu mieszkała. Na całym terenie znajdowało się nie więcej niż pięć lamp. Panował półmrok. Po cichu wsunęła się do budynku, w którym wynajmowała mieszkanie. Wita jeszcze nie było, więc nie czekając na nic zaczęła pakować swoje ubrania. Spacer do domu dał jej czas na przemyślenia całej sprawy. Lubiła to miasto, lecz jednocześnie dusiła się w nim. Całe jej życie było pracą i pokazami na arenie. Nic po za tym. Jeśli ten ktoś mógł dać jej szansę na nowo ułożyć sobie życie, to czemu by nie spróbować?

  Wit przyszedł bardzo późno. Najwyraźniej po drodze do mieszkania Yony wpadł z znajomymi do karczmy. Zachowywał się cicho i najpewniej nie obudziłby dziewczyny gdyby ta spała. Gdy usiadł na łóżku, ta postanowiła z nim porozmawiać.

– Wit… – szepnęła przeciągle.

– Co się stało? Przecież byłem cicho. – zaczął tłumaczyć się chłopak.

– Nie o to chodzi. Dostałam dziś dziwną propozycję i…

– Nie wiesz czy skorzystać? – dokończył za nią, ona zaś potwierdziła kiwając głową. – To coś poważnego?

– Tak. I to bardzo.

– Może to nie moja sprawa, ale moim zdaniem powinnaś skorzystać. – odpowiedział Wit i objął ramieniem dziewczynę.

– Dziękuję! – szepnęła – Przez jakiś czas możesz tu mieszkać, ja wyjeżdżam. O nic nie pytaj, połóż się już.

  Chłopak usłuchał, położył się a promile krążące we krwi sprawiły, że zasnął szybciej niż spodziewała się tego Yona. Ucieszyło ją to, gdyż mogła w spokoju zebrać resztę rzeczy. Postanowiła nie spać do rana, gdyż zawsze po krótkim śnie wstaje jeszcze bardziej zmęczona, co w przypadku strzelca może okazać się zgubne.

 

Nim słońce wzniosło się ponad horyzont zakapturzona postać zapukała do drzwi mieszkania Yony. Nieznajomy zapytał przez drzwi:

– Gotowa?

– Tak – surowo, lecz z zauważalną nutą strachu odpowiedziała dziewczyna.

– Zaczekam na dole.

  Po chwili szli już najciemniejszymi ścieżkami, kryjąc się w mroku. Nieznajomy chciał pozostać niezauważony, więc dziewczyna słuchała jego poleceń. Miasto wydawało się zastygnąć we śnie. Nawet koty, które całymi dniami śpią by w nocy polować, tym razem drzemały na parapetach budynków. Po za tą dwójka nie spał już tylko stary robotnik, gaszący lampy uliczne.

– Spałaś?

– Nie. – Yona odpowiadała prosto, szybko i z pewną dozą wrogości.

– To dobrze. Zawsze po krótkim śnie gorzej strzelasz. – Dziewczyna już chciała mu przerwać kiedy ten ją uciszył. – Spokojnie, niedługo wszystko stanie się jasne.

  Dalej szli w milczeniu. Podmurze ciągnęło się aż do zachodniej bramy, gdzie po cichu prześlizgnęli się obok zamroczonego snem strażnika. Za mostem skręcili w kierunku lasu. Dziewczynie nie podobało się to, lecz zdecydowała się milczeć. Wśród mroku drzew dopadła ich gęsta mgła. Od razu przypomniało jej się co wczoraj słyszała o starej zielarce i leśnym lichu. Mglak – pomyślała. Dopiero teraz zaczęła żałować, że nie wzięła z sobą żadnej broni. Idą do lasu, a ona nie jest w stanie obronić się nawet przed rannym wilkiem.

  W oddali ujrzała światło, coś jakby małe ognisko widoczne zza leśnej gęstwiny. Błędny ognik? Nie, one przecież nie istnieją – prowadziła wewnętrzną dyskusję. – Czyżby ktoś tam czekał? Czyli ktoś formuje drużynę? Ale w jakim celu? Zamach stanu? Książę Sławomir nie jest szczególnie lubiany, ale żeby zabić własnego władcę?

– Już dochodzimy, więc mogę się ujawnić. – Mężczyzna przystanął i chwycił kaptur, wciąż nie odwracając się do dziewczyny. Zrzucił materiał zakrywający twarz. – Oj Yona, Yona. Wszystkiego bym się po Tobie spodziewał, ale nie że zapomnisz własnego wuja.

  Dziewczyna zaniemówiła. Oto stał przed nią sam wujek Dragota. Ten sam, który nauczył ją sztuki przetrwania. Ten sam, dzięki któremu nauczyła się strzelać z łuku. Ten sam, który przepadł bez wieści pozostawiając po sobie tylko toporek z krótkim listem „Perun prosi, jestem jego dłużnikiem”.

– No wiem… Kilka lat mnie nie było, ale chyba aż tak się nie zmieniłem? – mężczyzna uśmiechnął się.

  Był wysoki, zarośnięty i dobrze zbudowany. Takiego go pamiętała. Nawet blizna, zdobiąca mu policzek od czasu samotnej walki z bagiennikami, nic się nie zmieniła. Pogodziła się z tym, że przepadł i nie żyje. Tymczasem on stał przed nią tak samo jak przed kilkoma laty. Nie mogła uwierzyć, że go nie rozpoznała. Zamiłowanie do miodu, kaptur, wiedział, że strzela i nie śpi dla lepszej koncentracji – teraz wszystko stało się tak oczywiste. Bez słowa rzuciła mu się na szyję i zaczęła go ściskać.

– Takiej reakcji się nie spodziewałem – szeptał. – Bałem się, że będziesz zła za moje zniknięcie. Zostawiłem Cię wtedy młodą i samą w tym mieście.

– Nie Twoja wina. Gdyby nie Ty od śmierci rodziców nie miałabym nikogo – mówiła wciskając głowę w jego klatkę piersiową.

– Przepraszam – powiedział z wyraźnym smutkiem w głosie. – Musiałem odejść. Miałem dług do spłacenia. Nadal mam, ale bez Ciebie sobie nie poradzę.

– To nie ważne. Pomogę. – Dziewczyna przestała obawiać się tego co będzie potem, nawet gęsta mgła będąca często zwiastunem mglaka przestała jej przeszkadzać. Wiedziała, że przy wuju nic jej nie grozi.

– No dobra. Chodź, przedstawię Ci resztę a potem ruszamy w drogę. Później opowiem Ci co i jak.

 

  Zza drzew im oczom ukazał się mały powóz, a przy nim dwie osoby – kobieta i mężczyzna. Przedstawicielka płci pięknej była schludnie ubrana, w ciemną, długą suknię. Blond włosy spięte w kitkę odsłaniały uroczą twarz o delikatnych rysach. Już z daleka dostrzec można było jej szeroki uśmiech chwytający za serce.

– Oj to nie moja wina, samo spadło – tłumaczyła się właśnie mężczyźnie obok.

– Tak samo jak poprzednie dwa? – Mężczyzna wydawał się wyraźnie spięty. Był niski, szczupły a jego ręce w całości pokrywały jakieś dziwne znaki. Yona nie mogła oderwać od nich oczu. – To runy – powiedział dostrzegając spojrzenie dziewczyny.

– Co się znowu stało Ostrobodzie? – zapytał Dragota.

– Oj nic się nie stało. Ostrobod jak zwykle marudzi – wtrąciła z wyraźnie mniej szczerym uśmiechem kobieta.

– Tym razem ta guła potłukła flakon z śluzem oszluzga…

– Konfident!

– Wiedźma. Akysz Mira, akysz.

– Ech, uspokoicie się chociaż na chwilę? Chcę wam kogoś przedstawić. To Yona, moja bratanica. – Popatrzył jej w oczy tak głęboko jak dawniej, gdy żyli razem w chatce nieopodal miasta.

– A po co nam ona? – zapytał mężczyzna pokryty runami.

– Żeby miała na Ciebie oko – zaśmiała się kobieta.

– A może ma pilnować żebyś nic więcej nie zepsuła? Albo pomagać Ci w chodzeniu po schodach? Bo chyba masz z tym problemy…

– Kretyn! – kobieta obraziła się i postanowiła wrócić do sprzątania.

– Yona będzie…

– Będę waszą łuczniczką – dokończyła za wuja. – Ty walczysz na noże, wujek jest mistrzem miecza, pani zapewne zna się na czarach. Więc brakuje już tylko strzelca. Mnie. – Poczuła dumę z rozszyfrowania nowo poznanych ludzi.

– Bystra jest, na pewno się przyda. A teraz trzeba ruszać – wyraził się niski mężczyzna, poprawił kołnierz i zasiadł za sterami furmanki.

  Dragota, Mira i Yona usiedli z tyłu między bagażami. Bryczka od środka przypominała mały magazyn w którym jest dokładnie wszystko, czego potrzebuje łowca. Siatka przeplatana srebrem, długie piki, zakończone ozdobnym a zarazem zabójczym ostrzem, flakony z jadem różnych stworów. Oczywistym stało się dla dziewczyny, że wujek wraz z tą dwójką podróżował od bardzo długiego czasu.

  Chciała zapytać dlaczego podróżują tylko w trójkę, skoro potrzebny im strzelec. Wtedy w oczy rzuciła jej się wisząca na ściance kusza, z nieczytelnie wyrytym imieniem na ramieniu. Zrezygnowała z zadawania pytań. Stracili kusznika, teraz potrzebują jej w jego miejsce. Rozumiała, że nie jest to wycieczka krajoznawcza i że czeka ją trudny okres w życiu.

 

III. ZA PERUNA!

 

  Dzień był dość chłodny, słońce wciąż kryło się za grubą warstwą chmur, a mgła wydawała się coraz gęstsza. Yona pomimo nieprzespanej nocy czuła się wypoczęta i pełna energii. Nadal nie mogła wybaczyć sobie, że nie poznała wuja po tak wielu latach wspólnego prowadzenia domu. Jej rodzice zostali zabici w trakcie chłopskiego buntu, gdy była jeszcze mała. Nie pamiętała ich, a jedyną bliską osobą jaką miała był brat ojca, Dragota – buntownik z wyboru, oddający się temu co kocha, czyli walce. Po śmierci brata opiekował się mała Yoną, wyruszając w podróże dopiero gdy ta umiała zająć się sobą przez jakiś czas.

  Wszystko skończyło się gdy zniknął pozostawiając po sobie ten drobny liścik. Co gromowładny Perun miał wspólnego ze zniknięciem wuja? To jedno pytanie nurtowało ją przez długi czas, teraz postanowiła w końcu się tego dowiedzieć.

– Wujku? – zapytała przeciągle.

– Tak?

– Mogę zadać Ci jedno pytanie?

– Oczywiście, że tak. Zastanawiałem się właśnie czemu jeszcze tego nie zrobiłaś.

– Perun. Napisałeś, że jesteś jego dłużnikiem. Jak mam to rozumieć?

– To ona nic nie wie!? Rozpowiadasz tę historię w każdej karczmie a jej nie powiedziałeś!? Jej!?  Czy Ty masz w ogóle serce człowieku!? – uniosła się Mira. – Jak można zostawić młodą kobietę samą w obcym mieście bez jakichkolwiek wyjaśnień!?

– Znaczy się ja… – Dragota próbował coś powiedzieć ale wrogie spojrzenie czarodziejki jasno komunikowało, że będzie dla niego lepiej jeśli w tym momencie zamilknie.

  Tak też się stało. Brodaty wujek zajął się polerowaniem długiego miecza, z herbem rodzinnym na rękojeści. Wizerunek niedźwiedzia był tak samo wyraźny jak wtedy, gdy przed kilkoma laty, ostrze miecza brodziło w wnętrznościach lokalnych rzezimieszków.

  Mira przysiadła się do dziewczyny. Położyła jej głowę na ramieniu i zaczęła opowiadać.

– Jak wiesz Twój wujek w życiu zawsze stawiał na wojaczkę. Rozumiesz? To nie tylko walka ale i podróże. A w podróży czasem bywa tak, że trzeba spać tam gdzie się da. No to Twój wuja rozpalił ognisko, upiekł zająca, najadł się i postanowił położyć, więc wspiął się na drzewo i zasnął. Wszystko ładnie, pięknie, no typowy wojak… tylko ten „wojak” nie ugasił ognia. Czy to coś złego?

– Wydaje mi się, że nie… – odpowiedziała niepewnie Yona.

– A teraz dwa drobne fakty. – Mira zmierzyła wzrokiem Dragotę. – Była jesień, a on rozpalił ognisko nie gdzie indziej tylko w lesie.

– I Perun uratował Cię z pożaru wujku? – zapytała.

– Niech on już się lepiej nie odzywa – Mira przerwała mu próbę odpowiedzi. – Iskry tańczyły nad ogniskiem tak długo aż im się znudziło… i przeniosły się na pobliskie krzewy i runo. Wiesz co to borowy? Leszy?

– Tak…

– No to Twój kochany wujek rozdrażnił leszego z Frodowego Gaju, jednego z największych lasów na tych ziemiach. Ugasił on ogień po czym bezlitośnie zrzucił Dragotę z drzewa. To cud, że nie zmiażdżył mu kości. Wściekły Leszy za wszelką cenę chciał zabić Twojego wuja więc walczyli bardzo długo. Las to nie najlepsze miejsce do starcia z takim przeciwnikiem. Rósł, kurczył się, a Twój wuj po prostu nie był w stanie go pokonać. Jak go znam to pewnie opróżnił ze dwie butelki przed snem. – Po raz kolejny wrogo spojrzała na mężczyznę, który zdawał się zatrzymać w czasie, oczy nieruchomo wbijał w dal, nie zauważając nawet że mgła opadła już prawie całkowicie.

– Co było dalej?

– Twój wujek klęknął i zaczął się modlić…

– Perunie, gromów Panie. Ja, wojownik w imię Twoje, klnę się na życie. Pomóż mi a będę do usług Twoich, z mieczem swoim i charyzmą! – łamiącym się głosem powiedział Dragota.

  Nastała chwila niezręcznej ciszy, którą przerwał Ostrobod.

– Dojeżdżamy! – krzyczał.

– Co było dalej? – zapytała kompletnie ignorując kierowcę.

– Perun. Zabił leszego jednym piorunem. A ja czekałem na polecenia aż do tego dnia, gdy Cię opuściłem. Dokończę później. – Otworzył drzwiczki i wyszedł na zewnątrz.

 

Dojechali do jakiegoś leśnego obozu. Pomiędzy szałasami krążyło wielu ludzi. Wysokich i niskich, ładnych i brzydkich, masywnych i szczupłych, kobiet i mężczyzn, uzbrojonych i w skromnych szatach. Obóz tętnił życiem.

– Perun z Tobą Olgierdzie! – krzyknął Dragota w kierunku grupy zbrojnych mężczyzn stojących najbliżej bryczki.

– I z Tobą przyjacielu! – odpowiedział wojak z rzadkimi, długimi, czarnymi włosami, przypominającymi Yonie włosy kelnerki, od której nauczyła się zasad pracy w karczmie. – Gdzieżeś Ty był? O masz, a co to za panienka? Wolna? Bo cholernie apetyczna. Całuję po rączkach.

  Młoda kobieta zaczerwieniła się. Kilku chłopaków z zbrojnej drużyny zaczęło się jej przyglądać.

– Gdzie się lampicie kutasiarze? Do szeregu i już was nie widzę! Słyszeli? Bo lancą wszystkich zaraz tu do kurwy nędzy poprzestawiam!

  Olgierd okazał się być bardzo nerwowy i agresywny.

– Dobra, widzimy się później bo Ci pizdojebcy zachowują się jak banda rozwydrzonych bachorów. Adieu! – powiedział jednym dechem i popędził za młodzieżą.

– To był Olgierd. Mój kamrat. Zyskuje przy dłuższym poznaniu…

– Najlepiej kilkuletnim – wtrąciła Mira, której najwidoczniej wrócił dobry humor.

– Jest w tym trochę racji – zaśmiał się dotąd poważny wujek. – Idźcie się uzbroić. A właśnie! Yona, łap.

  Mężczyzna rzucił dziewczynie podłużne pudełko.

– To chyba Twój.

  W pudełku znalazła łuk, który sprzedała w dwa lata po zniknięciu opiekuna. Nawet nie próbowała domyślić się jak wuj odzyskał rodową broń.

  Dragota oddalił się w kierunku centrum obozu. Znajdował się tam wysoki namiot w złote i czerwone paski. Najpewniej było to miejscowe centrum dowodzenia. Yona usłuchała wuja – razem z Mirą i Ostrobodem zaczęła zakładać przygotowany przez czarodziejkę sprzęt.

 

  Dopiero teraz czuła że żyje. Od lat nie miała na sobie nic więcej niż swój płaszcz, fartuch i kilka sukienek. Teraz ubrana w skórzane spodnie, nagolenniki, naramienniki, solidną koszulę i kamizelkę napinała cięciwę łuku sprawdzając czy wystarczająco mocno ją naciągnęła. Gdy wrócił wujek udała się z nim na strzelnicę aby sprawdzić czy nie wyszła z wprawy. Pierwsza strzała trafiła w sam środek tarczy. Druga strzała trafiła w pierwszą. Precyzja z jaką oddawała strzały była zasługa Dragony. To on przez wiele lat uczył ją jak trafić do celu, po kilku latach uczennica przerosła mistrza.

– Teraz dokończysz? – zapytała niepewnie.

– Niech będzie. Zapewne chcesz wiedzieć czego oczekiwał Perun?

– Tak.

– Wiesz do czego skłonność mają bogowie? Hmm? Tak, dobrze myślisz. Bogowie mają skłonność do ludzi. Kilkanaście lat przed twoimi narodzinami Perun miał skłonność do ludzkiej kobiety. Z tej skłonności narodził się syn, o którym dowiedział się dopiero po śmierci kochanki. Nie przejmował się tym, ale uświadomił sobie, że moce ciemności mogą posłużyć się jego dzieckiem aby odebrać mu tron. Poprosił więc mnie i wielu innych aby odnaleźć tego, dziś już dojrzałego, mężczyznę, gdyż na pewno drzemie w nim boski pierwiastek. Problem jest taki, że szukamy tego człowieka od wielu lat, a jedyne co znaleźliśmy to złych ludzi, którzy również go szukają. Rozumiesz?

– Myślę, że tak. Szukamy zaginionego syna najważniejszego Boga, który najpewniej nawet nie wie kim jest i jaka moc w nim drzemie?

– Można tak to ująć. Cholera. Z tej perspektywy to zabawnie wygląda – uśmiechnął się.

– Ale dlaczego ja?

– Widziałaś kuszę? Nazywał się Rohan, przybył z daleka. Zabił go mężczyzna, o twarzy pokrytej runami, gdy tylko Rohan po pijaku przyznał się do poszukiwań zaginionego dziecka. Potrzebuję kogoś równie dobrego, ale nie mającego problemu z alkoholem. Potrzebuję Ciebie. – przytulił młodą dziewczynę. – Podźwigniesz ten ciężar?

– A czy dzik sra w lesie? – krzyknął im nad uchem Olgierd. – Kobitka jak marzenie, lej po kielichu i za Peruna!

– Ty to masz cholera wyczucie. Właśnie mówiłem jej, że potrzebuję kogoś nie pijącego. -Dragota popatrzył na mężczyznę kątem oka.

– Aj tam, pieprzysz trzy po trzy to i się nie dziw, że nie wiem kiedy poważnie gadasz. Ja tam sobie golnę! – Olgierd opróżnił swoje szkło, po czym opróżnił również szkło przygotowane dla Yony i Dragoty. – No co? Przecież wiesz, że po tym lepiej macham kijkiem.

– Kijkiem to Ty se możesz machać jak chcesz, ale za chwilę będziesz machać mieczem.

– Oj tam, oj tam. Nie będę sobie skrzydeł podcinać jak Jarka kot, co świeczkę pożarł i po ciemku siedział.

  Wszyscy w pobliżu buchnęli śmiechem. Rozluźnienie atmosfery przed bitwą było konieczne. Podczas pracy w karczmie miała przyjemność rozmawiać z generałem Edwardem, przybyłym z wysp. Mężczyzna był już wiekowy, ale po oczach poznać można było, że przeżył więcej niż przeciętny człowiek. Opowiadał jej bardzo długo o wojnie i w głębi serca czuła wielki wstyd za poprzednie myśli – po wyglądzie uważała go za biedaka, który chciał najeść się do syta i uciec. Nie widziałaby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że za takie jedzenie to właśnie jej odciągano kolejny monety z wypłaty. Generał zdradzał drobnej kelnerce różne taktyki wojenne, których nie rozumiała, ale doskonale zapamiętała, że przed bitwą dobrze jest mieć dobry humor i żartować. Bo jeśli ktoś zginie lepiej pamiętać go jako kogoś z uśmiechem na twarzy.

 

– Dobra, słuchajcie wszyscy! – Dragota wspiął się na stół i przemówił do zebranych. – Syn Peruna podobno był widziany w pobliskiej wsi. Wyznawcy Walesa rozbili niedaleko obóz. To najlepszy moment żeby uderzyć. Zaoszczędzi nam to potem kłopotów w trakcie poszukiwań. Postarajcie się a może uda się to wreszcie zakończyć. No więc… Za Peruna!

– Za Peruna! – krzyknęli chórem wszyscy zebrani, tak aż Mirze szumiało w uszach przez jeszcze kilka minut.

  Ruszyli na wschód. Słońce powoli wchodziło już w fazę zachodzenia, więc mogli uzyskać przewagę płynącą z oślepienia wroga. Wszechobecny szczęk żelaza napawał Yonę energią do działania. Kroczyła obok wujka, który nieudolnie maskował śmiechem świadomość z zagrożenia. Szedł na czele niczym dowódca regularnej armii, tymczasem za nim podążała liczna gromada wojaków, mniej lub bardziej doświadczonych w boju. Było to ich słabością ale i siłą – każdy z nich był inny, walczył inaczej, miał inne zdolności. Dzięki temu wróg, traktujący ich standardowo, będzie niemiło zaskoczony, kiedy po uniknięciu miecza oberwie w głowę niechybnie rzuconym toporkiem, z wygrawerowanym piorunem, przeciw któremu wystąpił.

  Dochodzili do obozowiska wyznawców Walesa. Dym unoszący się znad drzew pozwolił im określić gdzie dokładnie powinni zmierzać. Dragota odciągnął Yonę na bok.

– Trzymaj się w bezpiecznej odległości od bitwy. W razie co uciekaj.

– Ale…

– Nie ma żadnego ale. Żadnego powoływania się na honor czy bogów. Ja raz poprosiłem boga o pomoc, przez to musiałem CIę opuścić. Rozumiesz? – ton jakim mówił był śmiertelnie poważny, więc dziewczyną nie podejmowała dyskusji. – Uważaj na siebie!

 

  Po tych słowach pobiegł na przód i razem z towarzyszami popędzili wprost na obóz wroga. Szczęk stali uderzającej o stal przybrał mniej przyjazny dźwięk. Krzyki wywołujące popłoch zaczęły mieszać się z krzykami bólu. Las zdawał się żyć. Z lotu ptaka wyglądać to musiało na wielkie mrowisko, w którym robotnica zabiła królową, a mrówki wystąpiły przeciwko sobie. Yona nie zastanawiając się wyciągnęła pierwszą strzałę z kołczanu i posłała ją wprost ku mężczyźnie nacierającemu na jej wujka. Strzała zatrzymała się w jego czole, powalając wielkie cielsko na plecy. Kolejny pocisk przebił na wylot bok chudego rycerza, którego zbroja przez krótki czas nie zakrywała ciała. Zachód słońca powoli zamieniał się w półmrok.

  Ktoś zabił rycerza pędzącego z pochodnią. Yona wykorzystała to aby podpalić strzałę. Wymierzyła wysoko,wzięła olbrzymi wdech, naciągnęła cięciwę – Pora na przedstawienie – pomyślała, po czym wypuściła strzałę w górę. Gdyby ktoś przyjrzał jej się w tej chwili, najpewniej posądziliby ją o sabotaż. Nic bardziej mylnego. Podpalona strzała trafiła w namiot, dokładnie w ten, w który miała trafić. Ten do którego wróg wchodził z pustymi rękoma a wychodził w pełnym uzbrojeniu. Przewaga liczebna przeciwników została dzięki temu momentalnie wyrównana, gdyż część wyznawców Walesa uciekła w popłochu.

  Dziewczyna schowała się za drzewem i zaczęła szukać wzrokiem wuja. Dostrzegła go głęboko w obozie wroga. Wyglądał niczym rycerz popadający w obłęd, szukający krwawego mordu, na wszystkim co się do niego zbliży. Miecz z niedźwiedzią głową na klindze stał się postrachem dla innowierców. Każdy cios kończył się odpadającą kończyną lub truchłem zwalającym się na ziemię w zwolnionym tempie, jakby sam zabity nie zdawał sobie sprawy z tego, że nie żyje i chciał iść dalej. Chaos na polu bitwy był tak wielki, że młoda kobieta straciła orientację w terenie. Działo się tam dosłownie wszystko. Przez moment wydawało jej się nawet, że wśród walczących pojawiła się żywa strzyga rozrywająca żywych i trupy w morderczym szale.

– Yona! – Krzyknęła Mira, która wspierała towarzyszy magią uzdrawiania. W tym momencie jednak biegł wprost na nią rozpędzony niczym dzik mężczyzna z toporem w ręku.

  Dziewczyna wycelowała kilka metrów przed niego, poczekała i gdy ten znalazł się zaledwie parę kroków od Miry puściła cięciwę. Strzała przeszyła twarz napastnika, w obrzydliwy sposób ściągając z niej skórę.

  Gdy ostatni promień słońca schował się za drzewami całkowita ciemność spowiła las. Walczący wciąż przemieszczali się, co sprawiło, że Yona zgubiła się. Próbowała iść za głosem bitwy, lecz za sprawą echa głos ten nadciągał ze wszystkich stron. Chciała spojrzeć na gwiazdy, ale rozłożyste korony drzew skutecznie jej to uniemożliwiały.

  Coś poruszyło się za krzakami. Przekonana, że to jeden z wrogów skradała się do miejsca w którym go usłyszała. Zamiast człowieka trafiła na jamę, przykrytą starymi deskami. Miała w głowie tylko jedną myśl – Dezerter z wojska wroga!

– Za Peruna! – krzyknęła, odrzuciła deski i wbiegła do dziury. Podpaloną strzałą próbowała oświetlać sobie stromą drogę. Gdy ta zgasła potknęła się, potoczyła w dół i straciła przytomność.

 

 

  1. BOSKA NATURA

 

Obudził ją gorący powiew rozbijający się regularnie na jej twarzy. Przez chwilę nie otwierała oczu. Wyprowadzony z równowagi zmysł zapachu dopiero teraz pozwolił zauważyć, że uderzające o nią powietrze ma dziwny, nieprzyjemny zapach. Coś skapnęło jej na szyję. Otworzyła oczy.

  Dwoje dużych, żółtych ślepi wbijało się w nią, z wyczuwalną wrogością. Znała ten typ oczu. Nasłuchała się o nich jako kelnerka, opowiadał jej o nich wuj, nawet w szkołach ostrzegają przed tym spojrzeniem. Nie miała odwagi by zacząć krzyczeć. Jeden fałszywy ruch i mogłaby skończyć z rozszarpanym gardłem. Znieruchomiała. Czarna, wilcza morda zawarczała. Yona z trudem, ale za to bardzo głośno, przełknęła ślinę. Stwór cofnął się o krok odsłaniając część jaskini, w której się znajdowali.

  Kilka świec zapewniło wystarczająco dużo światła, aby bystre oko Yony dostrzegło gdzie się znajdują. Ona leżała na półce skalnej. W łóżku na prawo leżał ktoś z wyraźnym paraliżem. Na stoliku za bestią stała jakaś aparatura otoczona różnobarwnymi flakonami. Zdaniem dziewczyny był to destylator, służący do pędzenia bimbru. Na ścianie wisiało coś w rodzaju drzewa genealogicznego.

– Kim jesteś? – zapytał potwór.

– Na… Nazywam si… się Yona – dziewczyna strasznie się jąkała.

– Wrrr… Nie patrz się tak! Zaraz przejdzie. – mówiąc to olbrzymi wilk zaczął zmieniać formę. – Argh!

  Ostre kły przybrały normalny kształt. Szpiczaste uszy zaokrągliły się, nos pobladł, a futro pokrywające ciało zanikło. W krótkim momencie bestia o wilczej twarzy przekształciła się w przystojnego, ogolonego mężczyznę, o atletycznej sylwetce.

– Tak lepiej – odpowiedział podając rękę dziewczynie. – Jestem Derwan. Derwan Tradyjski, z tych Tradyjskich. – Wskazał na obraz przywiązany na wyskoków skalnych.

– Dlaczego mnie nie…

– Nie zagryzłem? Litości! To, że jestem wilkołakiem, nie oznacza od razu, że zabijam wszystko co się rusza. Nie wiem kim jesteś, ale wyglądasz na porządną osobę, dlatego powiem Ci jak wyglądają sprawy. Jestem bękartem Chorsa. Pomyślisz sobie, że to zaszczyt, ale nie! Dzieci Chorsa pochodzące z nieprawego łoża zostają dotknięte likantropią. Rozumiesz? W takie noce jak w tym tygodniu, kiedy księżyc ku uciesze ludzi rozświetla niebo w całej swej okazałości, ja borykam się z zmiennokształtnością. No cóż… nie każdy ma ojca boskiego pochodzenia.

  Dziewczyna spojrzała na sparaliżowanego człowieka leżącego w rogu sali.

– No ten – wskazał na mężczyznę – z tego co wiem to chyba akurat ma. Ale jak widzisz też najlepiej na tym nie wyszedł. Dwa dni temu jakiś łysy czarodziej chciał go zabić. Zagryzłem dziada, ale ten tu dalej się nie rusza. Próbuję go jakoś rozruszać, ale moje eliksiry nie mają takiej mocy. Dobra, Twoja kolej. Opowiadaj jak się tu znalazłaś i co do jasnej cholery dzieje się tam na górze? Ja zaparzę ziół.

  Yona opowiedziała Derwanowi o swoim życiu ze szczególnym uwzględnieniem ostatnich dwóch dób. Przyznała się nawet, że wbiegła tu z chęcią zabicia dezertera. Wilkołakowi nie podobało się to dopóki dziewczyna nie powiedziała w jakim celu odbyła się walka na górze. Wtedy połączyli fakty.

– To on! – krzyknęli niemal równocześnie.

– Myślisz, że słyszy o czym gawędzimy?

– Nie wiem. Przytargałem go tu, bo najpewniej rozszarpały by go wilki. – Zaśmiał się. – Z mojej strony brzmi to dość paradoksalnie.

– Dwa dni bez jedzenia. Przecież on umrze! – kobieta podniosła głos.

– Spokojnie… Moje eliksiry powinny załatwić sprawę głodu. Wystarczy że oddycha – wyjaśnił wilkołak.

– Co teraz?

– Nie wiem, ale wiedząc jak ważny i poszukiwany jest zastanawiam się czy dobrze zrobiłem przynosząc go do mojej samotni. – Derwan wyraźnie zmarkotniał. – Znów posądzą mnie o wszystkie trupy znalezione w lesie.

– Nie martw się o jaskinię. Gdybym nie usłyszała, że tu wchodzisz w życiu nie domyśliłabym się że jest tu tak głębokie przejście. A właśnie, czego szukałeś na górze?

– Czego szukałem? No proszę Cię! Zobacz jaka ta krypta jest wielka. Biegnące oddziały wywołują taką wibrację, że wszystkie fiolki drżały jakby zaraz przez ścianę miał przebić się jakiś ogromny robal. Musiałem to sprawdzić.

Yonę dopiero teraz dopadło zmęczenie. Było znacznie silniejsze niż myśl o tym co stało się na górze. Nie obchodziło ją czy wujek, Mira, Olgierd i Ostrobod żyją. Wiedziała tylko, że to ona znalazła syna Peruna. Przeprosiła Derwana i wróciła na półkę skalną, nie przejmując się chłodem.

  Spałaby najpewniej do południa gdyby przystojny wilkołak nie potłukł flakonu z czerwoną cieczą.

– Nosz kurwa! – wrzasnął.

  Yona energicznie podniosła się nie wiedząc co się dzieje.

– Przepraszam. Stłukłem badanie mojej krwi. Wiesz, badam likantropię. Wciąż liczę na to, że genetyka pozwoli ją jakoś zahamować. – tłumacząc energicznie wycierał płyn, ratując zalane papiery.

– Nie jesteś typowym wilkołakiem.

– Dziękuję… Chyba. – Mężczyzna uśmiechnął się do dziewczyny.

– Ratujesz zamiast zabijać, to bardzo zaskakujące.

– Heh, całe życie poświęciłem nauce i ucieczce przed ludźmi. Nigdy nie chciałem ich mordować. – Zamyślił się.  Szkoda że to nie działa w dwie strony.

  W lepszym świetle pokazał dziewczynie blizny na barku. Opowiedział o tym jak za młodu wymknął się wieczorem by popatrzeć na gwiazdy. Pech chciał, że na niebie poza gwiazdami był też księżyc. Chłopak przemienił się, a ludzie widząc to gonili go aż do lasu. Tej nocy prawie padł z wycieńczenia, a rana zadana widłami goiła się przez długie tygodnie.

  Yona postanowiła opuścić wilczą jamę.

– Przyprowadzę tu kogoś. Nie skrzywdzi Cię, to czarodziejka. Pomoże odczarować syna Peruna – powiedziała wychodząc. – Mam nadzieję że jeszcze żyje. – dodała dopiero gdy wydostała się na zewnątrz.

  Las pełen był porozrzucanych broni, fragmentów uzbrojenia i ciał. Na polu bitwy nie było widać żywego ducha. Poszukała mchu, aby określić w którą stronę powinna iść. Ruszyła na zachód, wiedząc, że tam znajdował się obóz wuja. Po drodze minęła z niepokojem wiele zwłok. Patrzyła tylko czy któreś z ciał nie należy do Dragoty.

  Ciosem w serce było dla niej trafienie na truchło Ostrobody. W jego klatce piersiowej tkwiły dwa bełty i dwa sztylety. Po obu stronach leżały ciała z nożami wbitymi w czaszki. Yona wyobraziła sobie zaistniałą sytuację. Nożownik czując, że umrze od ran zadanych przez kusznika, rzucił się na dwóch wojaków na raz. Nie zdążyli się osłonić, za to oboje wbili Ostrobodzie sztylety w klatkę. Yona zaśpiewała najkrótszą pieśń pogrzebową jaką znała.

Idźże na boskie pastwiska

I bogom swym wierność dochowaj

Perunie, władco pioruna

Zmarłego od trosk tam uchowaj

Zasłoniła mężczyźnie oczy i ruszyła dalej.

  Z obozu wyznawców Walesa został tylko popiół. Wysoka temperatura stopiła większość małej zbrojowni. Na ziemi leżało coraz mniej ciał. Zbliżała się do celu. Gdy była już blisko, po cichu zakradła się za powóz, którym przyjechali.

– Ja pier…

– Zamknij się Olgierd! Bluzganie nie pomoże. – Mira w swoisty sposób powstrzymała mężczyznę przed dokończeniem.

– Szukałem. No nie ma jej! Nie wiem, uciekła czy ki czort?

– Znam Yonę – odezwał się Dragota. – Nawet pomimo, że kazałem jej uciec w razie przegranej, jestem przekonany, że nie zostawiłaby nas na polu bitwy.

– Diabli nadali to wszystko! Młoda zniknęła a ten boży bękart się nie znalazł. – Olgierd był bardzo zdenerwowany, więc dziewczyna postanowiła się ujawnić.

– O mnie mówicie?

– Yona! – Dragota rzucił się na nią i zaczął ściskać jak wtedy gdy miała zaledwie kilkanaście lat. – Bałem się że znowu Cię stracę.

  Chwilę stali w milczeniu wciskając się w siebie. Olgierd uświadomił sobie przy tym, że młoda kobieta jest dla towarzysza ważniejsza niż jakakolwiek inna kobieta. Traktował ją jak córkę, pomimo tego, że dla niej musiał przez wiele lat się ograniczać.

– Mira, pogadamy na osobności? Damskie sprawy. – Yona puściła do kobiety oczko.

– Jasne! Słyszeliście Panowie? Do widzenia. – czarodziejka wygoniła mężczyzn. Gdy tylko sobie poszła zbliżyła się do dziewczyny, a ta wyszeptała jej o co chodzi.

  Chwilę później obie kobiety były już w drodze do jaskini Derwena. Ostrożnie zeszły na dół gdzie wilkołak parzył już dla nich zioła. Mira nawet nie zwróciła na niego uwagi. Od razu przystąpiła do sparaliżowanego i zaczęła go oglądać.

– Kto mu to zrobił?

– Jakiś mag. Nie wiem. Nie znam się. Ja tu tylko sprzątam. Mówił coś, że przybywa od Walesa i takie tam, a ten stał w środku kręgu jak pal.

– Zaraz, zaraz. W jakim kręgu?

– W okrągłym – odpowiedział z ironią Derwen. Wystarczyło jednak krótkie spojrzenie Miry, żeby poszerzył swój opis o detale. – W środku znajdowało się siedem metalowych słupków wbitych w ziemię…

– Jak wbitych? W jakim układzie? – przerwała mu kobieta.

– Jakaś nieznana energia wytyczyła z nich trójkąt i klamrę.

  Mira zaczęła grzebać w swojej torbie. Denerwowała się przy tym bardzo, czego dowodem były krągłe, czerwone wypieki na twarzy. Była przekonana, że to czego szuka musi tam być. Nie pomyliła się. Rozłożyła małe, papierowe zawiniątko. W środku znajdował się wisiorek z jakimś znakiem.

– Szybko! Rozstaw słupki na wzór tych kropek.

  Czarodziejka wraz z Yoną zaniosły sparaliżowanego do powstałego kręgu. Gdy wilkołak dokończył wbijanie magicznych akcesoriów na ziemi zaczął rysować się znak Peruna. Nieopisana energia wytoczyła szlak na podłożu jego jaskini.

– A teraz się odsuńcie. Nie wiemy jak zareaguje. – zaczęła odprawiać rytuał podobny do tego, który dwa dni wcześniej zastosował mnich z runami na twarzy.

Perunie, gromowładny nieba panie

Zejrzyj na moje wołanie

Zażegnaj ludzkie męczarnie

Co zsyła podziemi pan nieustannie

Syn tu Twój, nazwany bękartem

W kręgu Twym stoi i czeka bezwładnie

Ześlijże proszę, odrobinę łaski

Bo jego życie jest kluczem do waśni

  Grom poruszył oczyma. Chwilę później mimikę twarzy i sprawność kręgu szyjnego. Nadal nie był w stanie mówić, lecz odzyskiwał kontrolę nad kolejnymi partiami ciała. Nadal nie opuszczał kręgu. Czarodziejka podała mu koc, szepcząc nadal jakieś modły. Trzydziesto-siedmiolatek okrył się i przysiadł. Doskonale rozumiał, że musi odczekać w kręgu do końca rytuału, gdyż w innym wypadku paraliż powróci. Wraz z końcem modlitwy struny głosowe mężczyzny odzyskały zdolność do wydawania dźwięków.

– Jak się czujesz? – spytała Mira.

– Dobrze. Czy ja dobrze rozumiem? Jestem synem boga? Synem Peruna? – pytał zszokowany.

– Perperuna raczej nie jest z tego faktu zadowolona. – wtrącił Derwen.

– Tak, jesteś boskim bękartem. Naprawdę o tym nie wiedziałeś? – zapytała łuczniczka.

– Moja matka, zwana Chmurką, umarła gdy miałem zaledwie kilka lat.

– Skąd ja to znam… – Yona wypowiedziała to zdanie jakby do siebie, patrząc w przestrzeń.

– Od tego czasu żyję w podróży – dokończył. – Jestem Grom.

– Perun powinien się wstydzić. – bąknęła Mira, po czym wzięła się za sprzątnie kręgu.

  Wszyscy zasiedli przy stole a młody mężczyzna zaparzył ziół, na których punkcie zauważalnie miał bzika. I talent. To co dawał do picia za każdym razem miało inny smak lecz równie dobrze smakowało. Gdyby ktoś zajrzał wtedy do jaskini wewnątrz zobaczyłby Wilkołaka, bękarta Peruna, młodą kelnerkę z łukiem i uroczą czarodziejkę siedzących przy jednym stole. Obstawa nie tyle nietypowa co niesamowita. Naradzali się co zrobić dalej i jak pomóc Gromowi w skontaktowaniu się z ojcem.

 


  1. SCHODY DO NIEBA

 


  Dragota nie mógł usiedzieć w miejscu. Widział jak Yona prowadzi Mirę do lasu i nie dawało mu to spokoju. Rozumiał, że kobiety niechętnie rozmawiają o damskich sprawach w obecności mężczyzn, ale jego bratanica nigdy się tak nie zachowywała. Owszem, nie miał z nią kontaktu od kilku lat, ale nie powinno to nic zmienić. Nie wytrzymał i pobiegł za nimi. Minął już pole bitwy, a kobiet nadal nie widział. Jakież było jego zdziwienie, gdy zobaczył je wychodzące z leśnej jamy w towarzystwie dwóch mężczyzn.

– Wujku! – krzyknęła dziewczyna.

– No pięknie… – pomyślał wilkołak. Dbał o niewykrywalność jaskini, a w przeciągu jednego dnia dowiedziały się o niej już cztery osoby.

– Nie widziałeś tej jaskini. Prawda? – Powiedziała z narzucającym odpowiedź tonem, nakierowując wzrok wuja na młodego mężczyznę.

– Hmm… Jaką jaskinię? – zapytał ironicznie rozradowany z odnalezienia kobiet. – A panowie kim są?

– Derwen Tradyjski, waszmość pozwoli, że przedstawię tegoż pana…

– Potrafię mówić – rzucił mężczyzna. – Jestem Grom. A pan?

– Dragota, wojownik w służbie Peruna.

– Chyba się dogadamy – rzucił obcesowo bękart.

  W drodze do obozu ustalili, że lepiej nie mówić ocalałym kim są przybyli mężczyźni. Ktoś mógłby podszywać się za wyznawcę Peruna, czekając na odpowiedni moment by uderzyć. Najmniejsze zagrożenie powstaje wtedy, gdy wszyscy milczą. To również jedna z zasad, którą wpoił Yonie generał Edward. Starość chyba jednak z nim wygrała, gdyż od przeszło roku nie pojawił się w karczmie.

– Wiecie co? Ja może lepiej wrócę do jaskini. Nie chcę, by ktoś potem mnie śledził.

– Rób jak uważasz! – odparł Dragota.

– Z naszej strony nikt nic się nie dowie – zapewniła Derwena młoda kobieta, po czym rzuciła mu się na szyję.

– Miło było Cię poznać łuczniczko. Gdybyś kiedyś zabłądziła w tym lesie to krzycz głośno. Na pewno usłyszę. – przytulił ją i czym prędzej zawrócił do swojego małego świata, którym było laboratorium w jaskini.

  W obozie panowała dobra atmosfera. Po wygranej bitwie ocalali dzielili łupy wojenne. Zwłoki z lasu zebrano i zakopano w wspólnym grobie. Zajęli się tym najsilniejsi nerwowo, gdyż nie każdy chciał oglądać wnętrzności rozsmarowane na kilka metrów przy użyciu stalowego obucha. Kobiety szykowały posiłek, w czasie gdy mężczyźni naprawiali uszkodzone pancerze. Pomimo strat w ludziach obóz nadal był zatłoczony i pełen życia. Ludzie żyjący z wojaczki przyzwyczajeni są do śmierci. Tym razem walczyli w imię boga, innym razem przyjdzie im walczyć ku uciesze innych, nie mogą mieć żalu do życia, za to że tracą bliskich. Olgierd dobrze to rozumiał. Stracił w życiu niezliczoną ilość kamratów. W tym własnego syna, tylko dlatego, że ten nie usłuchał jego rozkazów. Stąd też wziął się w nim agresywny styl nauki młodzików rygoru. Widząc Dragotę ucieszył się.

– Gdzieżeś polaz łajzo? – krzyczał już z daleka. – Nawet kobitkom spokoju dać nie możesz? Masz! Baby rosołu nagotowały, to żryj bo po co ma się marnować! Dla Ciebie bez pietruchy, wiem, że nie lubisz!

– Przyjemniaczek – szepnął Mirze do ucha Grom.

– A ten co za jeden? – Olgierd skierował pytanie do syna Peruna. – Chybam Cię tu wcześniej nie widział.

– Spokojnie druhu, to jeden z naszych. Poprzestawiało Ci się w głowie po bitwie czy jak? – W głębi duszy Dragota walczył z sobą, gdyż brzydził się kłamstwem. A zwłaszcza kłamstwem wobec wieloletniego przyjaciela.

  W ciszy zjedli przygotowany posiłek. Tylko Olgierd co rusz rzucał dowcipami rozbawiając pozostałych. Robił przy tym dużo hałasu, parskał i rozlewał, lecz nikt nie miał mu tego za złe. Stracił tej nocy sporo ludzi, więc wszyscy przymrużali oko, wiedząc, że jakoś musi odreagować. Po obiedzie wszyscy wzięli się za pakowanie swoich rzeczy na powozy. Szczęk żelaza znów przybrał przyjemny wydźwięk. Tylko mała grupa osób zamiast przebrać się i wrócić do domu zebrałą się szybko i ruszyła dalej bez pożegnania. Dragota wiedział, że wojacy nie lubią długich pożegnań, w ogóle nie lubią pożegnań.

  Brodaty wuj powoził, reszta zaś siedziała w bryczce, obserwując czy nikt ich nie śledzi. Kierowali się na południe. Wśród Gór Błyskawicznych znajdowała się stara świątynia oddana Perunowi. Dragota dawniej zmuszony był spędzić tam kilka nocy, gdyż śnieżna lawina odcięła mu drogę. Powodem obsunięcia się śniegu był nikt inny tylko stary chmurnik. Mężczyzna był jedyną osobą w całych górach, więc ten postanowił uprzykrzyć mu życie jak na demona przystało.   Czekała ich długa podróż. Co kilka dni przystawali w przydrożnych karczmach, uzupełniali zapasy, wymieniali konie i czym prędzej ruszali dalej.

  Wiedzieli, że Wales po znalezieniu bękarta Gromowładnego nie odpuści i poruszy całe podziemie aby go wytropić. Była to dla niego szansa na przejęcie tronu Peruna. Mógłby zostać Panem Świata i Zaświata, Królem Nieba i Ziemi, Władcą Żywych i Zmarłych. Nie w smak było mu, że Perun mógł przelać część swojej mocy na kogoś ziemskiego pochodzenia, co uczyniłoby go silniejszym. Walesowi czarownicy okazali się nieskuteczni w poszukiwaniu jedynego zagrożenia, które groziło mu ze strony Peruna – Groma. Uwolnił z piekielnych czeluści wiele demonów, po to tylko, by chaos na świecie odciągnął boga piorunów od poszukiwań syna.

  W ciągu kilku tygodni pokonali większość trasy. U podnóża gór zmuszeni byli zostawić wóz i konie. Jak to powiedziałby Olgierd „Gra warta świeczki. Do diabła! Całego świecznika i stołu!”, tak więc dalej ruszyli pieszo.

– Konie przywiążemy do drzewa na długim sznurze. Jeśli nam się poszczęści nikt ich nie ukradnie. Jeśli weźmiemy je wyżej to na pewno zdechną. – tłumaczył Yonie wujek.

– Rozumiem doskonale.

– No to w drogę, jesteśmy już blisko.

  Szli w górę wąską, skalną ścieżką. Na noc szukali wnęk w skałach, rozpalali ogień i trzymali się blisko aby nie zamarznąć. Wysokie ciśnienie źle wpływało na Mirę. Uśmiech, który towarzyszył jej odkąd Yona ujrzała ją po raz pierwszy, teraz przeminął. Góry nie były odpowiednim miejscem dla czarodziejek. Powszechnie wiadomo, że czerpią one moc z natury. W Górach Błyskawicznych nic tylko skały i śnieg. Na pewnej wysokości dołączył do tego wiatr. O ile dla niej było to chwilową ulgą, to dla pozostałych oznaczało nic więcej, tylko jeszcze większy ziąb. Zmęczeni, niewyspani, głodni i przemarznięci kroczyli wśród skał.

  Przełomowym momentem podróży było dostrzeżenie murów świątyni w oddali.

– Widzicie? – Krzyknęła Yona.

– Brrr… Zimno – marudził najskromniej ubrany Grom.

– Widzimy, widzimy! – odezwał się Dragota. – Już niedaleko. Powinniśmy dojść tam jutro przed południem.

– O ile do rana nie zamarzniemy.

– Ciesz się, że nie trafiliśmy na chmurnika.

– Może skierowałby na nas jakiś ciepły powiew i…

– I roztop – zakończył rozmowę brodacz.

  Tak jak przewidywał Dragota, dotarli do bramy świątyni nim słońce zaczęło górować na niebie. Snieżne stoki, z tej perspektywy wyglądały piękniej niż wyobrażała to sobie dziewczyna. Skalne szczyty pokryte lodem, tworzyły olbrzymi kocioł. Zbliżające się od strony południa, ciemne chmury przyniosły nie tylko ochłodzenie, ale również nasilający się opad. Lodowe kryształki pomimo hipnotyzującego piękna miały niestety nieprzyjemną właściwość – były nienaturalnie zimne. Zbliżała się burza. Dragota wraz z Gromem wyważyli boczne drzwi do kaplicy. Drużyna wkroczyła do środka.

 

  1. BURZE, GROMY I PIORUNY

 

  Wewnątrz panowała grobowa cisza. Wszystko spowiła ciemność, więc czym prędzej opuścili boczną kapliczkę. Główna sala była przeciwieństwem tego co mogli „oglądać” przez ostatnie kilkadziesiąt sekund. Piękna, jasna, rozświetlona kolorowymi witrażami. Co prawda zaniedbana i pełna pajęczyn, ale jej monumentalność przemawiała w doraźny sposób. Gigantyczne malowidła na ścianach przedstrawiające Peruna i Perperunę wprowadzały w zachwyt. Bóg poskramiający Żmija toporem, namalowany nad ołtarzem mierzył kilkanaście metrów. Dzieła były doskonale zachowane.

  Świątynia w całości wykonana została z kamienia. Ławki dla wiernych, ołtarz, przegrody, dosłownie wszystko wykonane zostało z jasnej skały. Cudem wydawał się jeden fakt – temperatura. W górskiej twierdzy od lat nikt nie mieszkał, a mimo wszystko wewnątrz murów dało się czuć ciepłe powietrze. Mira jednym ruchem ręki rozpaliła wszystkie świece w budynku. Klimat jaki tym osiągnęła powaliłby na kolana innowierców. Twarz Peruna patrząca z obrazu sprawiała wrażenie, jakby miała zaraz ożyć. Grom zastygł w bezruchu.

– Wszystko w porządku? – zapytała Yona.

– Tak… Po prostu… Nie wiem co mam powiedzieć. To niby mój ojciec, lecz czemu mnie zostawił?

– Ech… Bogowie tacy już są. Widziałeś Derwena. Też jest boskim bękartem.

– Rozumiem – odpowiedział w głębokim zamyśleniu.

– Ciesz się, że nie jesteś w połowie wilkiem – zażartował Dragota.

– Nie śmieszne! – Mira ugasiła jego chęć do śmieszkowania. – Lepiej poszukaj potrzebnych ksiąg.

  Grom przysiadł na skalnej ławie i zaczął rozmyślać. O tym jak ciężkie miał życie. Ile razy próbował je jakoś unormować. I dlaczego moc się w nim nie objawiła. Popadł w zadumę tak głęboką, że zdawał się spać. Towarzysze zdecydowali się poczekać aż wstanie. Tymczasem burza przybierała na sile. Nieznośny huk wybudził bękarta. Piorun musiał uderzyć tuż obok świątyni.

– Już pora! – zawołał resztę.

  Przystąpili do rytuału podobnego do tego z jaskini. Znak Peruna wytyczony na ziemi, tym razem jednak usypany z drobnych kamieni na wprost ołtarza, znajdującego się tuż za strzelistym łukiem. Mira przystąpiła do modlitwy.

Świętość Twoja, Światło Nasze

Burza Pańska, Błyski Wasze

Wzywam na rozmowę Władco

Serce Świata, Niebios Zbawco

Niechaj zstąpi łaska Twoja

Wiernych krąg do Ciebie woła

Przybądź Wielki! Gromowładny

Twarzą w twarz porozmawiajmy

  Łuk przed ołtarzem zaczął iskrzyć i dymić. Błyski raziły po oczach wszystkich zebranych. Coś huknęło z siłą, jakby piorun uderzył już nie obok a w samą świątynię. Oślepieni przez chwilę dochodzili do siebie. Gdy wzrok Yony wrócił do normy dostrzegła ona przed ołtarzem nową postać. Wysokiego, sędziwego mężczyznę o gęstym, siwym zaroście. Dobrze zbudowanego i w bogato zdobionej szacie. Na skroniach opierała mu się złota korona wysadzana błyszczącymi kamieniami. Peleryna sprawiała wrażenie, że wyglądał niczym niebiański generał. W ręku dzierżył wielki, srebrzysty topór. Wyglądał niemal identycznie jak postać z malowideł.

– Kto mnie wezwał? – grubym, donośnym głosem spytał obecnych

– Ojcze… – jęknął Grom.

– Co!? Kto śmie nazywać mnie ojcem!? – Gromowładny uniósł głos.

– Ja! Twój syn! – w kłosie bękarta dokonała się przemiana. Mówił powoli i stanowczo, robiąc długie przerwy na oddech. – Rad jestem Cię widzieć. Pierwszy raz oko w oko jak sądzę.

– Kimżeś jest!? – Dłoń Peruna zacisnęła się na toporze.

– Już mówiłem. Twoim synem. Bękartem. Podobno mnie szukasz.

– Co!? To Ty? – Bóg ochłonął. – No tak… Te oczy, w których zaklęta jest burza.

– Co to ma znaczyć?

– Jak to? Nie odkryłeś swojej mocy? Jesteś zdolny do wywoływania burz, kiedy tylko zehcesz.

– Ale… Jak? – zszokowany mężczyzna nie mógł uwierzyć.

– Wystarczy chcieć… – starzec wyciągnął ku niemu dłoń. – Chodź. Wales na pewno już Cię wytropił.

– Dlaczego jestem taki ważny? Przecież wychodzi na to, że umiem tylko wywoływać burze. Jakie to ma znaczenie?

– Walesowi zależy tylko na Twojej krwii. Jeśli przeleje ją w odpowiednich okolicznościach zyska nieograniczoną potęgę. Wraz z Światowidem, Chorsem i Swarogiem nie będziemy w stanie go wtedy powstrzymać. Udzielił się w Tobie mój boski pierwiastek. Zasiądź ze mną na tronie, a nic nie będzie Ci grozić.

– Ja… – mężczyzna zawahał się. Spojrzał na towarzyszy. Dragota patrzył na Peruna z niedowierzaniem, Yona wtulała się w wuja, Mira zaś zachowując zdrowe zmysły uśmiechnęła się do Groma.

– Idź. Tam jest Twoje miejsce.- powiedziała z pożegnalną nutką w głosie.

  Grom odwrócił się do ojca i podał mu rękę. Łuk ponownie zaczął żarzyć się i błyskać. Huk towarzyszył temu tak jak poprzednio. Yona rozejrzała się po sali. Perun i Grom zniknęli. Zniknął również krąg usypany z kamieni. Długo pozostali w ciszy. Do rozmowy o tym co zaszło wrócili dopiero podczas schodzenia z góry. Dragota spłacił swój dług wobec władcy piorunów, więc mógł wrócić do życia z bratanicą. Dziewczyna żartowała, że nie wie czy dom jeszcze stoi, gdyż zostawiła Wita samego, a ma on dużą skłonność do wyprawiania hucznych zabaw.

  Yona dożyła późnej starości, nigdy więcej nie słysząc o niejakim Gromie. Myślała o nim jednak podczas każdej burzy, która nadciągała nad miasto. Doskonale wiedziała, że nie jest to dzieło przypadku. Znała przecież Syna Burzy.

 

…KONIEC?