Browsed by
Kategoria: I konkurs opowiadaniowy – Słowiański Bestiariusz

Ku chwale przodkom

Ku chwale przodkom

Ku chwale przodkom


– Synu

– Ojcze, czy to Ty?

– Tak pierwodony.

– Czemu mnie nawiedzasz?

– Nie ma mnie już w świecie żywych. Jestem na łąkach i lasach wiecznego spoczynku i dworach nieustannej biesiady wśród najznamienitszych wojów.

– Więc czemu mnie niepokoisz ojczę?

– Zawitałem w twoim śnie, ponieważ nie mogę zaznać pełni szczęścia. Żmij, z którym odbyłem swą ostatnią walkę przechytrzył mnie i zaklą cząstkę mej duszy w toporze, którym go raniłem. Teraz musisz odnaleźć bestie i zniszczyć mój topór, aby uwolnić mojego ducha.

– Gdzie znajdę tę bestie?

– I tam gdzie słońce schodzi na spoczynek. Dojdz do zatopionego lasu, tam po znakach znajdziesz chatę druida, on wskażę i dalszą drogę.

Zbudził się nagle, lecz wyspany i wypoczety. Słońce wyłaniało się już zza horyzontu. Nie tracąc czasu zebrał wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy pożegnał się z najbliższymi i wyruszył na zachód. Mijając już ostatnie domy wioski usłyszał:

– Hej Ty!

– Witaj, Boromirze. Nie zastałem Cię w domu.

– Bo mnie tam nie było. Gdzie się wybierasz podróżniku?

– Ubić bestie co mi ojca zabiła.

– Twój ojciec wykazał się już w boju. Czemuż to chcesz mścić się na stworzeniu, które go do Wyraju wysłało?

– Bo Bestia magią się para i duszego ojca zakleła, przyjacielu.

– Ah, w  takim razie weź ten amulet na drogę i módl się obyś walczył w burzy.

– Dzięki, Ci Boromirze.

Pożegnał się z przyjacielem i wyruszył w drogę gdy Swarug dopiero zaczynał swą wędrówkę po niebie. Szedł niestrudzony przez spokojne równiny, aż doszedł do lasu, o którym mówił mu ojciec. Wszedł i od razu poczuł na sobie wzrok strażnika lasu, którego sam dostrzec nie mógł. W gęstym już borze, usiadł w suchym miejscu, alby chwilę odpocząć. Zamkną oczy, rozgonił swe mysli, wsłuchał się w głos lasu, w szum drzew, w świst wiatru i szept sztworzeń go zamieszkujący. Leszy był skóry do rozmowy, a że czyny podróżmika były szlachetne duch drzew wskazał mu drogę do chaty druida. Wojownik szedł po znakach, które zostawił mu za sobą strażnik lasu, aż doszedł do domostwa starego opiekuna natury, lecz nie zastał go w nim. Korzystają z okazji aby zregenerować siły, spoczą przy chcie.

Z krótkiego snu zbudziły go kroki.

– O, już jesteś. Nie spodziewałem się Ciebie tak wcześnie.

– Witaj starcze. Mniemam, że wiesz po co przybywam.

– Oczywiście. Właśnie skończyłem zbierać zoła, które przydadzą Ci sie w twojej wyprawie. Wejdzmy do środka.

Druid wyglądał jak zwyczajny starzec. Lekko pochylony pod ciężarem swojego wieki. Wysoki, szczupły z pomarszczona skórą. Twarz w większości zakrywały mu długie prawie śnieżno białe włosy i broda do pasa, którą wiązał w warkocze i spinał biżuterią ze znakami przeciw złośliwym demonom.

Dom w środku wydawał się większy niż z zewnątrz. Był bardzo przestronny, ale też sktomny. Starzec wyposażony go tylko w najpotrzebniejsze rzeczy do życia w lesie, a większość jego przestrzeni wypełniały zbiory roślin, które przechowywał do swoich mikstur i okładów leczniczych.

– Usiądz, przygotuje Ci napar, który wzmocni Cie w drodze do twojego celu.

– Czy to będzie daleka podróż?

– Droga będzie tak daleka i tak bliska jaką być będzie musiała. Odległość to, rzeć indywidualna, dla niektórych blisko to daleko, a dla innych daleko to za daleko, ale myślę, że tobie to bez różnicy i tak się tam udasz.

– Masz rację . Wskaż mi drogę i wyruszę jak najprędzej nie chce żeby mój ojciec musiał długo czekać.

Spokojniej, twój ojciec ma przed sobą wieczność, poczeka. A Ty wyruszysz o świcie. Swarug już układa się do snu, a skoro nawet bogowie muszą spać to Ty tym bardziej.

Młody człowiek przygotował się do odpoczynku jak mądry starzec powiedział i tak spędził wieczór. Zaciekawiony opowieściami starca siedział w oparach przygotowywanych wywarow.

Druid wstawał bardzo wczesnie, ponieważ zbliżało się święto Kupalej Nocy do, którego musiał sie przygotować. Obudził młodzieńca i obdarzył go swoimi miksturami i znakami od ochrony przed zjawiskami przd, którymi sam ochronić by się nie dał rady.

– Na ciebie już czas młody człowiek. Dalej podążaj w stronę gór, bo Żmij żyje w jaskini. Stąd rusz na północny wschód żeby wyjść z lasu. Następnie podążaj na północ, aż dojdziesz do wioski, która Bestia neka. Tam ludzie pokażą ci gdzie stwór ma swoje leżę. Żegnaj i trzymaj sie drogi, bo duchy lasu nie przybędą na każde twoje wezwanie.

Ruszył tak jak mu starzec powiedział. Spotkał po drodze kilka utopców, ale żaden z nich nawet sie nie zbliżył, widocznie amulety od druida działały. Uzupełnił prowiant darami lasu, a gdy staną na jego skraju spojrzał w stronę północy tam w oddali ujrzał wysokie góry gdzie żył Żymj. Wiedzial, że ma przed sobą kilka dni drogi. Szedł w świetle słońca i blasku księżyca ponieważ miesiąc się kończył, a wywar od druida zapewniał mu krótki, ale solidny wypoczynek.

Drugiego dnia podróży po wyjściu z lasu w samo południe zobaczy ogień w wysokiej trawie, a miedzy nim postać ubrana na biało. Podszedł bliżej i ukazał mu się upiór.

– Oh kochany. Czy to Ty? Tyle na Ciebie czekałam. Kiedyż w końcu się że mną ożenisz?

– Nie, to nie twój ukochany.

– To kim, że Ty jesteś? I co żeś zrobił mojemu wybrankowi?

– Jestem podróżnikiem, nie chce Ci wchodzić w drogę daj mi po prostu iść dalej.

– Już żeś wyszedł! Teraz mi nie umkniesz! Ale zanim się tobą zajmę zrobisz coś dla mnie. Jeśli chcesz iść wolno, musisz złożyć mi obietnice. Obiecaj, że odnajdziesz mojego ukochanego i powiesz mu o mnie i o losie jaki mnie spotkał.

– Dobrze, jeśli jakimś cudem kiedyś go spotkam to przypomnę mu o tobie.

– Mam na imię Mojmira, a mój wybranek to Falibor pochodził z wioski na północ stąd.

– Zrobię co w mojej mocy.

Wojownik obarczony obietnicą skierował się dalej na północ.

Niedaleko zaszedł jak zerwał się wiatr, zebrały chmury i ciemność zaczęła na zmianę błyskać ze światłem błyskawic. Burza była potężna. Bez możliwości ukrycia się, leżał tylko przygniatany strumieniem deszczu skazany na wolę bogów, którzy jak uznał nie sprzyjali jego podróży. Porankem gdy niebo już było spokojne, a on już chciał ruszać dalej ujrzał na drodze powóz, który ciągnęły dwa czarne konie. Woźnica zbliżył się do niego i zapytał:

– Gdzie żeś się tak Panie zmoczyli? W pełnym ubraniu się kompiecie?

– Nie, szanowny Panie. Straszna nawałnica tendy przechodziła całkiem niedawno.

– Jak nawałnica przecież ja z niedaleka jadę, nic mnie nie napotkało. A gdzie idziecie podróżniku.

– Do najbliższej wioski na północy stąd.

– Właśnie tam wioze towary. Wejdz na wóz przewiozę cię.

Od woźnicy dowiedział się, że Żmij to straszne utrapienie dla mieszkańców wioski, ale napada ludzi tylko w określonych porach roku. Teraz akurat jest w spoczynku i wychodzi ze swojej groty tylko gdy musi. Do wioski dotarli o zamieszchu. Jeden z miejscowych pokazał mu leżę, lecz na szczyt musiał wejść sam.

Gdy dotarł do jego laskini ujrzał dzuire w ścianie górzy o średnicy ok. czterech metrów. Wydawało się że wszystko co przekroczy próg jaskini pochłonie bezkresna ciemność. Wojownik usiadł, skupił się i wypił mikstury, które polecił mu starzec z lasu. Mentalnie i fizycznie przygotowany do walki podszedł do jamy płonącej cimnoscią i krzyknął:

– Wyłaź bestio! Pokaż swoje oblicze!

I wyszedł, Żmij. Najpierw wyłonił pysk, w którym trzymał ojcowski topór. Następnie całe ciało pokryte łuskami, łapy z pazurami jak sierpy, ogromne skrzydła mencące wiatr i ogon, długi i kolczasty.

– Dobrze, że jesteś, już myślałem, że się nie spotkamy.

– Jeśli nie chcesz mi oddać tego toporu dobrowolnie to nie gadaj tylko walcz.

Beatia, odrzuciła topur na bok i przybrała postawę bojową. Nisko schylila łeb i wysunęła swój wężowy jezor strzelajac z niego jak z bicza. Młody wojownik już z wyciągniętą bronią napią wszystkie mięśnie i ruszył ostro na głowę przeciwnika ciągnąć za sobą swój topur w szerokim wymachu. Bestia zrobiła prosty unik odchylając sie do tyłu, ale człowiek wykonał drugi szybki cios raniąc łapę pokrytą łuskami. Został z lekceważony, Bestia widział, że popełniła błąd. Walka trwała dlugo. Moment kulminacyjny przyszedł nocą. Walczyli w blasku pełni księżyca chodź niebo było zakryte czarnymi chmurami, z których strzelały błyskawice. Stojąc u kresu sił, zalany ciepłą lepką krwią, która jeszcze bardziej wyzwalala w nim szał berserkera, trzymał swoj topór żłobiąc w jego rękojeści bruzdy. Szykował się do nastepnego ciosu, na który zachował ostatki sił. Zrobił zamach z lewej strony by sięgnąć szyji stwora, lecz ten go uprzedził rozszarpujac mu udo pazurami. Wojownik padł na kolana krzycząc z bólu powalony stracił wszelką nadzieję. Nagle poczuł wzmagajacy się wiatr i uderzenia błyskawic. Chwycił broń i uniesiwszy ją kierowany wiatrem skierował w stronę Bestii. Usłyszeli potężny grzmot i oślepiająby blask pioruna, który uderzy w topur wojownika, a następnie w Żmija rażąc go niesamowitą siła, która go powaliła. Widząc konającego przeciwnika młody zwycięzca padł twarz na ziemię. Myślał ojcu i drodze powrotnej do domu. Zanim stracił przytomność już zaczęło się przejasniać.

Autor: Piotr Pawłowski
Praca na I konkurs opowiadaniowy Słowiański Bestiariusz.

Oko

Oko

Oko

Myśliwy poruszał się bezszelestnie. Zdawało się, że niemal nie dotyka stopami runa leśnego, a jedynie prześlizguje się nad nim. Setki, jeśli nie tysiące razy przemierzał te lasy w poszukiwaniu zwierzyny, znał je więc  jak własną kieszeń. Przystanął na chwilę napić się wody z przytroczonego do pasa skórzanego bukłaka, poprawił parę włosów, które wysunęły się spod skórzanej opaski. Powietrze było ciężkie i parne, nie szedł jeszcze nawet godzinę, a jego czoło już całe lepiło się od potu. Spojrzał w górę. Pomiędzy koronami drzew dostrzegł przykryte ciemnymi burzowymi chmurami niebo. Zbierało się na nielichą nawałnicę. Zwierzęta również musiały to wyczuwać, ponieważ w lesie panowała idealna cisza, nie odzywały się ptaki, nie rechotały żaby, nie cykały świerszcze. Nie szeleściły nawet liście na drzewach. Można było odnieść wrażenie, że cały świat wstrzymuje oddech. Nagle dostrzegł, ledwie kilkanaście kroków od siebie, coś bardzo osobliwego. Ostrożnie podszedł bliżej. Ktoś z poskręcanych konarów utworzył coś na kształt bramy. Jej środek przecinały wełniane nici, w które wplątano różnobarwne kamyki, pióra, cienkie gałązki, a nawet koraliki. Myśliwy obejrzał kuriozum ze wszystkich stron, po czym wyciągnął rękę i musnął palcami jeden z wiszących kamieni. Niespodziewanie zerwał się wiatr tak silny, iż mężczyzna ledwo dał radę ustać na nogach. Zatoczył się jak pijany pod wpływem uderzenia podmuchu i wtedy usłyszał ryk. Błyskawicznie ściągnął z pleców łuk, nałożył strzałę na cięciwę i czekał. Do jego uszu dotarł kolejny ryk, jeszcze głośniejszy od poprzedniego, oraz dźwięk łamanych i tratowanych gałęzi. Gdy zobaczył, co biegnie w jego kierunku, w pierwszej chwili sparaliżowało go ze strachu, po chwili jednak lata wyrabiania nawyków dały o sobie znać, i myśliwy wypuścił strzałę. Chybił. Przez ułamek sekundy rozważał wyciągnięcie z kołczanu kolejnej, w końcu jednak odwrócił się i puścił galopem. Niskie gałązki smagały go po twarzy i rękach, krzewy czepiały się ubrań, ale mężczyzna nie zwracał na to żadnej uwagi, pochłonięty swoją paniczną ucieczką. Czuł, jak ziemia trzęsie się pod uderzeniami łap potwora, słyszał jego głośne sapanie, czuł piżmowy odór. Wtem poślizgnął się na jakimś luźnym leżącym na ziemi konarze i potoczył głową w dół po runie. Nie zdążył się nawet podnieść, gdy na jego plecach wylądowała wielka łapa, przygniatając go i uniemożliwiając poruszenie się. Poczuł na karku gorącu oddech i strużki ciepłej lekkiej śliny, gdy bestia pochyliła nad nim swój ogromny łeb. Przed oczami zobaczył jeszcze przez ułamek sekundy obraz swojej żony i dzieci, gdy potwór wbił mu zęby w bok i szarpnął. Krzyki konającego myśliwego długo jeszcze niosły się nad lasem.

****

Nikt nie wiedział, skąd przyszli, ani skąd pochodzili. Pewnego dnia po prostu pojawili się w wiosce i kazali zaprowadzić do wodza. Mieszkańcy wioski byli zazwyczaj bardzo nieufni względem obcych, ale jakoś nikt nie kwapił się, żeby sprzeciwić się przybyszom. Zaprowadzono ich więc do chaty wodza, który bawił się akurat ze swoimi najmłodszymi wnukami. Podrzucał ich na kolanach, a oni śmiali się głośno i udawali, że galopują na koniach. W kącie izby siedziała żona wodza wraz z kilkoma sąsiadkami. Wszystkie kobiety skubały bażanty i kaczki z pierza, przekomarzając się i plotkując. Gdy obcy weszli do chaty wesoły harmider ucichł jak ucięty nożem. Wódz przestał się uśmiechać. Zmarszczył brwi i otaksował przybyszy uważnym spojrzeniem, od stóp do głów. Na pierwszy rzut oka różnili się od siebie zupełnie. Dziewczyna, niziutka i bardzo szczupła, wyglądała jak wiotka brzózka, podczas gdy jej towarzysz, ogromny i barczysty chłop, przypominał postawą potężny dąb. Gdyby jednak przyjrzeć się dokładniej, można było doszukać się między nimi pewnego podobieństwa. Oboje mieli złote włosy, on zebrane w kucyk z tyłu głowy, ona zaplecione w gruby warkocz sięgający niemal pośladów, oraz bystre błękitne oczy.  Wódz uniósł dłoń w geście pozdrowienia.
– Witajcie przybysze. Jak was zwą? I czego szukacie w naszej wiosce? – przez wioskę nie przebiegał żaden szlak handlowy, nie znajdowała się również w pobliżu żadnej większej osady, toteż nieznajomi pojawiali się w niej nadzwyczaj rzadko, a gdy już zdarzyło się tutaj komuś zawędrować, to wzbudzał spore zainteresowanie.
Odpowiedziała mu dziewczyna: – Mnie zwą Nieluba, a mojego brata Falibog. Przybyliśmy tutaj, gdy tylko usłyszeliśmy o klątwie jaka spadła na to miejsce i ludzie je zamieszkujące – miała o wiele mocniejszy i donośniejszy głos, niż sugerowałaby jej filigranowa postać.
– A cóż was, nietutejszych, interesują nasze nieszczęścia, ha? – zapytał, popatrując to na dziewkę, to na chłopa.
Nieluba zmrużyła błękitne oczka. -A to, że możemy was od nich uwolnić. – Uśmiechnęła się nieprzyjemnie. – I to, że umiem Szeptać.
Wódz aż się wzdrygnął na te słowa, szybko jednak odprawił dzieciaki i kazał przynieść sobie oraz gościom miodu pitnego. Zaprosił ich do długiego stołu stojącego przy kominku. Gdy już usiedli, a stojące przed nimi garnce napełniły się przyjemnie słodko pachnącym alkoholem, starzec zaczął mówić.
– Nie wiem, ileście słyszeli, ale licho zabrało już pięć osób. Strach w las chodzić, bo kto pójdzie, choćby i był najznamienitszym myśliwym, i tak życie straci – pociągnął łyk trunku. – Wszyscy na strzępy rozszarpani, góra od dołu oderwana i flaki wybrane – zamyślił się. – No może poza pierwszym przypadkiem. Bo pierwszą tośmy znaleźli córę kowala, brzemienną w tym czasie. Jej potwór jeno gardło rozszarpał. Ale pozostali – na strzęp!
– Potwór? – Nieluba parę razy dopiero umoczyła usta w miodzie, podczas gdy jej towarzyszom zostało mniej niż pół garnczków.
– Ano potwór. Bo człowiek nie byłby w stanie tego zrobić. A i ślady wszędzie pozostawiał. Ziemię rozoraną szponami. I korę z drzew zdartą. I futro gdzieniegdzie na krzakach zostało. A najwięcej tego w okolicach Oka.
– Oka?
– Oka. Takiej bramy jakby z gałęzi. Nikt nie wie, kto to postawił, ani po co, ale od kiedy tu stoi, od tedy potwór atakuje i zabija.
Dziewczyna wymieniła z bratem porozumiewawcze spojrzenia. – Będziemy je musieli dokładnie obejrzeć. Znajdzie się kto chętny, żeby nas zaprowadzić?
– A gdzież tam, ludziom przecie życie miłe! A kto się tam zapuszcza, nie wraca. Chcecie iść, wasza wola. Broń nawet jakąś dać możemy, ale trafić będziecie musieli samemu – pociągnął łyk miodu. – Łatwo tam trafić, ścieżką, o, co tu z okna widać, cały czas prosto, aż na szczyt urwiska. Tam owo Oko przeklęte stoi.

****

Nieluba i Falibog siedzieli przed domem kowala na ławce i wpatrywali się w gwieździste niebo. Oboje myśleli o tym, co zobaczyli w okolicach Oka. O plamach krwi na drzewach i mchu. O strzępach ubrań i porzuconej broni. O tej dziwnej dusznej atmosferze i ciszy, która tam panowała. Dziewczyna westchnęła. Brat spojrzał na nią, po czym delikatnie pogładził jej malutką dłoń swoją własną, wielką jak bochen chleba. Był małomówny od kiedy pamiętał. Nie używał słów, jeśli nie było to absolutnie konieczne, poza tym jego wygadana siostra zawsze mówiła za nich dwoje. Potrafiła idealnie odgadnąć, o czym myśli albo co chce jej przekazać gestami, mimiką. Teraz też uśmiechnęła się z wdzięcznością czując ciepło promieniujące z jego dłoni.
– To nie będzie łatwe – wyszeptała. – Czułam go. Potwor. Cały czas. Jest potężny, bardzo potężny. Nie damy rady pokonać go siłą – westchnęła ponownie. – On się czymś karmi, wiesz? – kiwnął głową, że wie, a ona mówiła dalej. – Póki nie znajdziemy źródła, nie damy rady go zabić.
Podniosła się z ławki, a Falibog poszedł w jej ślady.
– Muszę się przespać i w spokoju nad tym pomyśleć – przeciągnęła się. – Może ranek przyniesie jakieś odpowiedzi. Śpij dobrze.
Pogładziła brata po ramieniu i weszła do chaty kowala. Na polecenie wodza udostępniona jej izbę nieboszczki córki kowala. Jej brat natomiast spać miał na ławie przy kuźni. Noc była ciepła, upalna wręcz, nie miał więc nic przeciwko. Falibogowi nie było potrzeba wielu wygód. Ułożył się wygodniej, poprawił upchniętą pod głową zrolowaną baranicę, i zamyślił się głęboko patrząc w czarne niebo.

Nieluba leżała w ciemnym pokoju i starała się poukładać myśli, nie mogła sie jednak zupełnie na czymkolwiek skupić. Sam fakt nocowania w łóżku zmarłej nie robił na niej specjalnie wrażenia, jednak jako Szepcząca widziała i wyczuwała znacznie więcej od zwykłych ludzi. A w tej izbie ze wszystkich napierały na nią skrajnie silne emocje. Strach. Nienawiść. Ból. Upokorzenie. I zwierzęcy wręcz odór podniecenia. Dziewczyna skrzywiła się. Nagle na jej ustach zacisnęła się ogromna szorstka dłoń. Zaskoczona gwałtowanie wciągnęła powietrze nosem i poczuła smród starego potu, przetrawionego alkoholu i dawno niemytego ciała. Druga dłoń ściągnęła za niej kołdrę i zaczynała podciągać koszulę. Nieluba skręciła głowę, aby spojrzeć na swojego napastnika.
– Nie trzeba było tutaj węszyć, mała suko – wyszeptał w jej ucho kowal przepitym głosem. – Trzeba było wypierdalać stąd póki jeszcze mogłaś. Dziwię się, że potwór nie załatwił sprawy za mnie. Ale co tam – uśmiechnął się obleśnie. – Przynajmniej dzisiaj w nocy nie będę czuł się samotny. – Ścisnął jej pierś. Nie pisnęła jednak jak się spodziewał, jedynie spojrzała na niego z tak jawną nienawiścią, że aż podniosły mu się włoski na karku. Szybko jednak odzyskał rezon. Puścił ją i zaczął rozsznurowywać rzemień trzymający jego spodnie. Drugą ręką nadal ściskał jej usta. – Ty narowista kurewko – wychrypiał jej prosto do ucha. – Zaraz zobaczysz… – urwał w pół słowa. W okolicach podbrzusza poczuła lodowate zimno. Powoli opuścił wzrok. Dziewczyna przyciskała nóż nieco tylko ponad jego najczulszymi częściami ciała.
– Jeszcze jeden ruch, a do końca życia będziesz szczał kucając – wysyczała, gdy wreszcie puścił jej twarz. Spanie z nożem ukrytym pod poduszką wydawało jej się teraz jednym z najlepszych pomysłów na jakie kiedykolwiek wpadła.
Nagle drzwi do izby otworzyły się gwałtownie, a do wnętrza wtargnął niczym huragan Falibog. Z marszu uderzył kowala pięścią, a ten stracił przytomność zanim jeszcze dotknął podłogi. Chłopak, jedynie dla czystej satysfakcji, poprawił jeszcze kopniakiem w nerki. Nieluba w tym czasie szybko poprawiła podciągniętą niemal pod samą szyję koszulę i wstała z łóżka.
-Zaczekaj! – gestem powstrzymała rozwścieczonego brata przed zadaniem nieprzytomnemu kolejnego ciosu. – Martwy do niczego nam się nie przyda. – Kucnęła przy zemdlonym. Jego twarz wyglądała jakby został kopnięty przez konia. Usta zamieniły się w krwawą miazgę, nos powiększył się przynajmniej dwukrotnie i wykrzywił pod nienaturalnym kątem, łuk brwiowy nad lewym okiem pękł, a tryskająca z niego krew zalewała oczy. – To on może być kluczem do tego całego szaleństwo. – Zamyśliła się przez chwilę. – Będę potrzebowała kury. Najlepiej czarnej – spojrzała na brata. Ten kiwnął głową, ale zaraz spojrzał z niepokojem na kowala. Dziewczyna uśmiechnęła się uspokajająco. – Nie wygląda na to, żeby byłby w stanie mi jeszcze cokolwiek zrobić.  A teraz proszę pośpiesz się. Ja muszę się przygotować.

Gdy Falibog wrócił do izby zauważył kilka zmian. Nieluba przeciągnęła nieprzytomnego kowala na środek izby, zdjęła mu kubrak (i podciągnęła spodnie), a na klatce piersiowej nakreśliła węglem jakieś symbole. W powietrzu unosił się silny zapach ziół, co oznaczało, że dziewczyna rozpaliła też kadzidła. Ubrała się też w swoją codzienną sukienkę, na szyi zawiesiła sobie jednak wisior zrobiony z czaszek ptaków, a we włosy wplotła parę kruczych piór. Odebrała od brata pogdakującą cicho kurę, uniosła nad ciałem kowala i jednym szybkim ruchem noża poderżnęła jej gardło. Trzymała pewnie szamoczące się jeszcze, choć martwe już ciało, pozwalając kroplom krwi skapywać na odsłonięty tors i twarz leżącego. Gdy kurze truchło przestało się szamotać ułożyła je na podłodze i otworzyła mu brzuch. Długo oglądała wnętrzności, wyjmowała je i układała w różnej kolejności, aż w końcu wstała, wytarła zakrwawione dłonie w kubrak kowala i powiedziała chrapliwym głosem:
– Już wiem co trzeba zrobić. Wiem już jak zniszczyć źródło i odesłać potwora.

****

Gdy dotarli do Oka słońce zaczynało już wychylać się zza krawędzi ziemi. Falibog rozkrzyżował nieprzytomnemu jeszcze kowalowi ręce i nogi po czym przywiązał go mocno do wskazanego przez siostrę drzewa. Był zły. I bardzo, bardzo smutny. Nie podobał mu się plan Nielubej. Protestował przez całą drogę na miejsce, dziewczyna była jednak nieugięta. „To jedyny sposób” mówiła. „Tu nie chodzi tylko o tych ludzi. Tu chodzi o powstrzymanie chaosu” mówiła. Nie przekonywało go to, ale w głębi duszy wiedział, że jego siostra urodziła się z jasno określonym przeznaczeniem. I jeśli ktokolwiek wiedział, jakie miało ono być, to tylko ona sama. Dlatego teraz stał koło niej i patrzył jak dziewczyna cuci kowala silnym policzkiem wymierzonym w jego zmasakrowaną fizjonomię. Mężczyzna ocknął się, splunął krwi i kawałkami wybitych zębów i zaczął miotać się, próbują uwolnić ręce z krępujących go sznurów. W końcu opadł z sił. Patrzył tylko na Nielubą nienawistnym wzrokiem i klął:
– Głupia wiedźmo. Pierdolona szmato. Zginiesz, rozumiesz? Wszyscy zginiemy!
Po jakimś czasie przestał kląć, a zaczął skamleć i wyć.
–  A więc dobrze, przejrzałaś mnie. Widzę w twojej twarzy, że już wiesz. Tak, to ja wezwałem biesa. Nie wezwałem. Sam przyszedł. Przyszedł, gdy zwęszył krew – z trudem przełknął ślinę. Dziewczyna nadal patrzyła na niego z kamiennym wyrazem twarzy, choć z jej oczy strzelały iskry. – Ta kurwa, moja córka… puściła się z synem młynarza. Z tym zasranym gołowąsem. Z zasranym gołowąsem, który przyprawił jej brzuch. Zeszmaciła się! Należało jej się! Jej i temu jej bękartowi! Wypuść mnie, wiedźmo!
Nieluba podeszła do niego powoli i pochyliła się. Kowal zobaczył błysk ostrza w jej dłoni i poczuł przeraźliwy strach.
– To nie było dziecko młynarczyka – wyszeptała. – To nie było dziecko młynarczyka, tylko twoje. I ty dobrze o tym wiesz – z odrażającą satysfakcją ujrzała jak oczy kowala rozszerzają się w panice. – I dlatego musiała zginąć. I dlatego musisz zginąć ty.
Mężczyzna zacisnął zęby i przygotował się na dźgnięcie. Na próżno. Gdy otworzył oczy zobaczył, że dziewczyna stoi już przy Oku i patrzy przez nie jakby zamyślona. Delikatnie musnęła jeden z wiszących w jego wnętrzu koralików.
– Nie… – wyszeptał kowal. Usłyszał ryk. Usłyszał dochodzący zza jego pleców łoskot tratowanych krzewów i gałęzi. Usłyszał rzężenie i sapania. Był coraz bliżej. Mężczyzna dygotał jak listek brzozy, czuł na udzie ciepło jego własnego moczu, gdy ze strachu puściły mu zwieracze. Bies wypadł spomiędzy drzew w momencie, gdy kowal był już blisko postradania zmysłów. Olbrzymia bestia zatrzymała się na polanie, uniosła łeb węsząc i nagle, bez ostrzeżenia, rzuciła się na przywiązanego mężczyznę. Krzyczał nieludzkim głosem, gdy potwór jednym ruchem niedźwiedziej łapy otworzył mu brzuch. Gdy bies rozpoczął swoją ucztę kowal już nie żył.

Nieluba nie bała się. Jasno i wyraźnie widziała oczyma wyobraźni swoją przyszłość. Dlatego też nie drgnął jej ani jeden mięsień na twarzy, gdy patrzyła na biesa rozrywającego na strzępy swoją ofiarę. Ostatni raz chwyciła dłoń skamieniałego ze strachu brata, po czym mocniej ścisnęła rękojeść noża i powoli ruszyła w stronę potwora, który był zbyt zajęty jedzeniem by zwrócić na nią uwagę. Stanęła za nim na odległość wyciagnięcia ramienia i dotknęła delikatnie futra na jego karku. Zaskoczony potwór odwrócił się, nie zaatakował jednak, przyglądał się tylko ze zdziwieniem malutkiej postaci stojącej przed nim. Nieluba uśmiechnęła się do niego blado, po czym rozcięła skórę wewnątrz swojej lewej dłoni. Poczekała aż zbierze się w niej krew i podsunęła pod sam pysk biesa. Ten rozchylił wargi i bardzo delikatnie, niczym kot zlizujący rozlane mleko, zlizał całą zebraną w dłoni krew.

Falibog raz jeszcze przetarł oczy. Siostra przygotowała go na to, ale i tak nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył. Ona i bies przeszli przez Oko, ramię w ramię, i zniknęli. Powinni wyjść po drugiej stronie, ale nie pojawili się tam. Zniknęli. Chłopak otarł pojedynczą łzę, która spływała mu po zrośniętym policzku. Zamachnął się siekierą. Gdy rąbał konary tworzące Oko właśnie zaczynały śpiewać pierwsze od wielu tygodni ptaki.

Autor: Aleksandra Sieradzka
Praca na I konkurs opowiadaniowy Słowiański Bestiariusz.

I konkurs opowiadaniowy – głosowanie

I konkurs opowiadaniowy – głosowanie

Zwycięzcy konkursu:
Perun Z1 – Jeremiasz Krok
Strzyga była Kotem – Jakub Bielawski
Za nas i za tych, którzy odeszli – Klaudiusz Handerski

Wyróżnienia:
Oko – Aleksandra Sieradzka
Może być i tak – Piotr Turaj
Syrena Warszawska – Jacek Fleiszfreser


Okres nadsyłania prac konkursowych dobiegł końca, a tym samym rozpoczynamy głosowanie na najlepsze prace! Głosowanie trwać będzie od 8 do 14 sierpnia, następnie ogłosimy zwycięzców (2 pierwsze prace wybrane w głosowaniu + 1 wybrana przez administratorów). Poniżej pola głosowania, znajdziesz spis wszystkich prac konkursowych.

This poll is closed! Poll activity:
Start date 08-08-2016 00:00:01
End date 14-08-2016 23:59:59
Poll Results:
Które opowiadanie najbardziej Ci się podobało?

Prace konkursowe:

Chodź do mnie…

Chodź do mnie…

Chodź do mnie…

Nad brzegiem jeziora leżała niewielka, wydarta lasom polanka. W jej rogu przycupnął zaniedbany domek letniskowy. Po drewnianych balach wspinało się dzikie wino, by ostatecznie owinąć się wokół gontu starego dachu. Z pobielanych okien odłaziła farba, a zawiasy w drzwiach każdy ich ruch opiewały głośnym jękiem. Również i ogród, choć niewielki, pamiętał lepsze czasy. Niekoszona od lat trawa, splątana z opadłymi liśćmi i suchymi gałęziami, sama w sobie przypominała miniaturową puszczę. Niegdyś zadbane krzewy, teraz stanowiły gąszcz nie do przebycia. Ostatnim pomnikiem dawnej świetności ogrodu była pochylona nad taflą jeziora wierzba.

Pierwsza połowa sierpnia przyniosła słotę i chłód. Późną porą z okien chatki padało ciepłe światło starych lamp. Przy kominku grzała się czwórka studentów.

– Ej, pasowałoby dorzucić do ognia. – Gaba podniosła głowę znad smartfona.

– Przecież ciepło jest.

– Ale wygasa. Zaraz przyjdzie tu Olka i będzie rzęzić, że zimno.

– Dobra, pójdę. – Jęknął Kuba. – Ktoś mi pomoże?

– Na mnie nie licz. – Anka wychyliła się przez oparcie fotela.

– Ciebie nie pytam. Maciek, idziesz?

– Szczerze? Nie chce mi się.

– Dzięki. – Sarknął.

– Nie ma za co.

Klnąc pod nosem, wyszedł przed chatkę. Mimo iż niebo było chwilowo czyste, wciąż było zimno. Zasunął bluzę i, minąwszy wysłużonego passata, skierował kroki ku szczapom drewna. Ciemna tafla wody połyskiwała w świetle księżyca. Zanim jednak znalazł siekierę, nad brzegiem jeziora, wśród warkoczy wierzby, dostrzegł dziewczęcą postać. Po drobnej posturze i jasnych włosach poznał siostrę. „Przecież miała pójść spać” – pomyślał.

– Olka?! Ej, co tam robisz?! – Ruszył w jej stronę. – Przecież chora jesteś…

Dziewczyna nie poruszyła się. W świetle księżyca odbitym od wody, jej skóra zdawała się mieć delikatny, niebieskawo-zielony odcień. Cienka, biała sukienka, w którą była ubrana, nijak nie chroniła przed chłodem. W miarę, jak się do niej zbliżał, nabierał pewności, że to nie była Olka.

– Kim jesteś? Skąd się tu wzięłaś?

Podskoczyła. Spojrzała na niego, spłoszona.

– Przepraszam, nie chciałem cię wystraszyć.

– Nic nie szkodzi.

– Jak się nazywasz?

– Elena. – Wymienili uścisk dłoni.

– Kuba. Miło mi. Co tu robisz? Nie jest ci zimno?

– Nie. – Odparła beznamiętnie.

– Wybacz, ale skąd się tu wzięłaś?

– Mieszkam tu niedaleko…

– Przecież tu nikt nie mieszka. – Zmarszczył brwi.

– Nikt oprócz mnie i moich sióstr.

– Gdzie mieszkacie? – Rozejrzał się. – Oprócz tej rudery są tu tylko lasy.

– Zadajesz bardzo dużo pytań. – Uśmiechnęła się.

– Wybacz. Nie spodziewaliśmy się tu nikogo spotkać.

– Nie szkodzi. Ale pozwól, że się zrewanżuję. Lubisz zagadki?

– Zależy jakie. – Wzruszył ramionami.

– Ta ci się spodoba. Ale umówmy się – Zbliżyła się do niego. –Jak nie odpowiesz, porwę cię na wieki i będę trzymać pod kluczem.

Parsknął śmiechem.

– Dobra. Ale jak odpowiem, dasz się zaprosić na kawę.

– Kto wie? Może się zgodzę. Zobaczmy, czy odpowiesz.

Koi ból lepiej niż wszelkie zioła,

Rozsiewa ciszę wszędzie dokoła,

Najlepszym druhem jest dla niej czas,

Kiedyś przyjdzie odwiedzić i nas.

– Przecież to proste. Śmierć. Mogłaś wymyślić coś lepszego.

– Może i mogłam. A może nie chciałam. – Nuta tajemnicy w jej głosie przyprawiła go o dreszcze.

– Dobra, dobra. – Otrząsnął się. – Zgodnie z umową, pójdziesz ze mną na kawę.

– Pora trochę późna, nie sądzisz? – Spojrzała na księżyc.

– Dlatego wypijemy ją jutro. – Zerknął na zegarek. Było grubo po północy. – To znaczy dziś. Rano.

Uśmiechnęła się.

– To jak? Jesteśmy umówieni? – Odwróciła się w stronę jeziora. Spoważniała.

– Lepiej wróć już do przyjaciół. – Jej dźwięczny, a jednocześnie chrapliwy głos sprawiał, że nie był w stanie skupić się na słowach.

– Co..?

– Czekają na ciebie.

– Ale przyjdziesz tu jutro?

– Idź już. Pośpiesz się. – Coś w jej oczach sprawiło, że włosy na karku stanęły mu dęba. Posłusznie wycofał się w stronę drzwi. – Ach, – Zatrzymała go. – Nie mów im, że mnie spotkałeś. Dobrze?

– Dobrze, ale czemu?

– Ciii… Po prostu mnie posłuchaj. Dobrej nocy.

Skinął głową. Gdy doszedł do drzwi, za plecami usłyszał łagodne pluśnięcie. Spojrzał przez ramię. Elena zniknęła.

Obudził się, gdy słońce stało w zenicie. Jak przez mgłę pamiętał wydarzenia uprzedniej nocy. Podniósł się z twardego materaca i po skrzypiących schodach, zszedł na dół. W kuchni siedział Maciek.

– Która godzina?

– Stary, czemu mi nie powiedziałeś, że masz zioło? – Wypalił, przy okazji opluwając blat płatkami.

– Co? Przecież nie mam… – Stęknął, rozciągając się.

– Jasne. W nocy wróciłeś tak zjarany, że nie wiem. Nie ogarniałeś, co się dzieje dokoła. Bredziłeś coś o jakiejś lasce. I zapomniałeś przynieść drewno.

– Cholera. – Przypomniał sobie rozmowę z  Eleną. – Była tu dziś dziewczyna? Długie, jasne włosy, biała sukienka?

– Kurna, to niezły towar musiał być, skoro jeszcze cię trzyma.

– Maciek, o czym ty gadasz? Nic nie paliłem.

– Nie tłumacz się. Nie musisz. Ale mogłeś się podzielić. Albo przynajmniej przynieść to drewno. Tak to ja musiałem iść.

Kuba żachnął się i wyszedł przed dom. Po kilku dniach pluchy, w końcu wyjrzało słońce. Dziewczyny skorzystały z okazji i opalały się nad brzegiem. Podszedł do nich.

– O proszę, książę się zbudził i zaszczycił nas swą obecnością. – Anka podniosła wzrok znad książki. – Gdzie zgubiłeś swoją księżniczkę?

– I od kogo wziąłeś zioło? – Gaba podparła się na łokciu. – Kogo jak kogo, ale ciebie nie podejrzewałam o takie znajomości.

– Nic nie brałem. Odczepcie się.

– Dobra. Po prostu w życiu nie widziałam cię tak zjaranego.

– Oj dajcie mu spokój. – Olka zakasłała. – Zaszalał raz w życiu, a wy już zaczęłyście śledztwo.

– Ja się nie czepiam. Po prostu mnie zaskoczył. Tego bym się…

Kuba już ich nie słuchał. Wycofał się w stronę wierzby. Usiadł na jednym z niewielkich, przybrzeżnych głazów. Jego myśli pochłaniała Elena. Kim była? Czy była? Nie, tego drugiego był pewien. Elena istniała. Pozostało pytanie kim była. Nie. Pozostało wiele pytań. Zbyt wiele. Spojrzał przed siebie. Po drugiej stronie jeziora majaczył płomień ogniska. Serce zabiło mu szybciej. Może ona tam była? Po wodzie niósł się niewyraźny dźwięk dziewczęcych śmiechów. Wstał. Zeskoczył z kamienia. Powoli zaczął obchodzić topiel, kierując kroki w tamtą stronę.

– Stary, gdzie idziesz?

Podskoczył na dźwięk głosu Maćka.

– A… tak sobie. – Machnął ręką.

– No to musisz se darować spacer. Olka cię woła.

– Po co?

– Powiedziała że to sprawa rodzinna.

Kuba westchnął. Podążył za Maćkiem w stronę domu. Tego dnia nie miał już okazji sprawdzić drugiego brzegu.

Kolejne dni spędzili nad  brzegiem, chwytając słońce, które zdaje się na dobre zagościło na nieboskłonie. Kuba co wieczór przychodził pod wierzbę, lecz Elena się tam nie pokazała. Również i po ognisku nie było śladu. Pozostała mu jedynie nadzieja. I dwa dni do wyjazdu.

Ostatnie promienie słońca przedzierały się przez gąszcz liści i rozświetlały jezioro złocisto-czerwonymi refleksami. Kuba znów siedział pod wierzbą, z nadzieją, że przyjdzie tam również Elena.

W pewnym momencie usłyszał cichy chlupot. Zakołysały się szuwary. Kuba zerwał się z miejsca. Przycupnął na skale i pochylił się nad taflą. Z wody wychynęła Elena. Mokre włosy przylgnęły do jej nagiego ciała. Odurzony jej pięknem, nie zwrócił uwagi na zielonkawy odcień jej skóry. Przez chwilę nie mógł wydusić z siebie słowa.

– Czemu nie przyszłaś? – Szepnął.

– Nie mogłam. – Wpatrywała się w niego tymi swoimi bezdennymi, zielonymi oczami.

– Tania wymówka. – Mruknął, nie mogąc odwrócić wzroku.

– Ale prawdziwa. Nie powinieneś był tu przychodzić.

– Czemu?

– Bo może się okazać, że już nie wrócisz… – Odparła z westchnieniem.

– Nie wrócę… Czemu nie wrócę?

Nie odpowiedziała. Wciąż wpatrzony w jej oczy, wyciągnął ku niej ręce. Słońce skryło się za lasem. Na moment jego wzrok ześlizgnął się w dół po jej ciele. To, co ujrzał, zmroziło mu krew w żyłach. Pod wodą była martwa. Pomarszczona skóra płatami odłaziła od ciała. Mięśnie gniły. Przebijały się przez nie kości.

– Chodź do mnie… – Drżący szept jej głosu pozbawiał jego umysł wszelkich myśli. Zapomniał o strachu. O siostrze. O rodzinie. O Maćku, Gabie, Ance. O studiach. Była tylko ona. Ześlizgnął się w jej ramiona. Przylgnął do chłodnego ciała rusałki i dał się pociągnąć w ciemną topiel.

 

Autor: jagrom
Praca na I konkurs opowiadaniowy Słowiański Bestiariusz.

Może być i tak

Może być i tak

Może być i tak

Drużyna pięciu zbrojnych – w łuki, topory i włócznie gnała na wierzchowcach. Klapacz, bo tak go od mielenia jęzorem zwali, ciągle poganiał kompanów. Nieco podpity u jednego z kmieci, marzył już tylko, aby gdzieś lgnąć, przespać resztę dnia. Wiedział jednak, że musiał jeszcze przed tym dotrzeć do grodu, by kneziowi zdać co widział.

Droga zawiła się przy rzeczce, krótkim biegiem przechodząc przez gęsty las, dość wąskim przesmykiem, aby po tym już wzdłuż wody niemal prosto pomknąć do grodu. Wpadli tam jeden po drugim, w chwilę już wylatywali z gęstwiny. Klapacz jechał ostatni, a jedyny zobaczył przy ścieżce dwa konie oraz nieznajomego na jednym z nich. Przeklął pod nosem nieostrożnych towarzyszy i wstrzymał konia, w tumanach pyłu.

Inny był, nie tutejszy, postawny, nie wysoki. Na wielkim koniu, z toporem u boku. Odzienie ciężkie, skórzane, z wieloma pasami, niektórymi nawet można powiedzieć na pierwszy rzut oka, kompletnie zbędnymi. Drugi wierzchowiec obładowany  jukami, tam gdzieś tarcza wisiała na boku, gdzieś łuk wystawał. „Nie chybi, woj” – przeleciało przez myśl Klapaczowi. Obcy minę miał poważną, o mocnych rysach, oczy żywe, wodziły po wszystkich, a czupryna ciemna, krótka jak zarost na twarzy.

Klapaczowi od nagłego zatrzymania zakręciło się w żołądku i głowie, chwilę potrzebował, aby skupić się na nieznajomym, jego kompanii potrzebowali wiele więcej czasu. To też zanim do niego dołączyli mierzył się wzrokiem z obcym. Długo jednak jego spojrzenia nie utrzymał, oczy miał zimne, bezwzględne. Chciał już zostawić go w cholerę, aby ruszyć do grodu, wtedy jednak jeden z drużyny podjechał chwiejąc się w siodle i rzucił:
   – Khto wy?
   – Kalenter Feroextium – zaczął spokojnie, niskim głosem, jednak drużyna rozkojarzona nie usłyszała całej odpowiedzi.
   – Fhro jakgh?
   – Może być i tak – odparł krótko.

Klapacz uniesioną dłonią wstrzymał kolejne pytanie kompana, a sam zwrócił się do nieznajomego.
   – Fherojakh. Widzę. Obyty, człek. – składał słowa wolno, jednak w odróżnieniu od poprzedniego mówił wyraźnie – Mów. Kim wy?
   – Jestem wojem w łasce Peruna. Wyruszyłem z Wistowa. Znasz? – potwierdził – A jadę do Góry Dębowej.
  – To pod naszym grodem – wskazał na kierunek w którym podążali – Ale chramu Pierunowego już nie ma, tam został się tylko dąb. Dąb w uroku jakimś złym.
   – Też i dlatego jadę.

Popatrzyli po sobie zdziwieni z drużyny.
   – Nie mnie to ocenić. W grodzie jest kneź, bliżej mu do bogów. Jedź z nami, a gościny ci nie odmówi.

Z prawej rzeczka nieco nabrała szerokości, tracąc na spływie, zaczęła leniwie nieść swoje wody, aż do wałów grodu, dalej za tym zniknąć z zasięgu wzroku. Las dąbrowy tutaj odchodził z lewej strony ustępując dość rozległym łąkom – nieużywanym, co dziwne, w takiej bliskości osady. Naprzeciw grodu widać było wzniesienie, dwukrotnie przewyższające korony drzew, a na nim pośród skał wznosił się pokaźny dąb. Nawet z tej odległości mogli go podziwiać. Na zboczach było widać różne kształty, niewiele wznoszące się od stoków góry. Potęgowało to tylko wielkość głównego drzewa. Kalenter zwrócił się do Klapacza.
   – Ta góra?
   – Ta, zobacz sam. Nikogo już tam nie ma.

– – – – – – – – – – – – – – – – – – – – –

 

Rozmowa księcia z Kalenterem, odbyła się po zdaniu relacji Klapacza o pobliskich kmieciach. Rozmowa włodarza z przybyszem za to była nad wyraz krótka. Po wysłuchaniu zamiarów podróżnego, kneź zgodził się na jego pobyt w grodzie, a następnie skierował wprost do pewnej chatki.

Nie pasowała do uporządkowanej struktury grodu. Nawet nie była to chatka, a właściwie zbita z kilku dech rudera. Otoczona wysokimi po pas krzakami oraz zielskami.

Przedostanie się do budynku jednak wcale nie było takie łatwe, duża gęstwina oraz brak ścieżki spowodował, że Kalenter nieźle się namęczył, aby podejść bliżej. Przed samym wejściem zaczepił się o najeżoną kolcami gałąź krzaka. Nie rozpoznał tej rośliny, a roślina jak pies, który nie rozpoznał gościa powstrzymywała go przed wtargnięciem do chatki. Ostre kolce szybko wybiły mu z głowy próby ręcznego odczepienia się od strażnika wejścia. Po mocnym szarpnięciu, rozszedł się dźwięk dartego materiału. Chciał oprzeć się o jedną z dech pełniących funkcję ściany przy wejściu. Nieszczęściem nie napotkał żadnego oporu i z kawałkiem konstrukcji wylądował w środku, zdążając nawet dotrzeć do drugiego końca pomieszczenia, nie była ona wielka.

Wewnątrz zerwał się kot wyskakując na zewnątrz. Leżąc, Kalenter poczuł ostrą woń wielu zapachów. Całe pomieszczenie wypełnione było najróżniejszymi zbiorami roślin. Pęczki liści, łodyg oraz kwiatów całkowicie przysłaniały sufit chatki. Dużą część rozpoznał, nawet zauważył też kilka rzadkich okazów. Jednak najwięcej jego uwagi pochłonęły talizmany, które mógł zobaczyć jedynie stąd, leżały pod wyrkiem w kącie. Wyglądały jakby wyszły spod niesprawnej ręki, krzywe o trudnych do określenia motywach. Chciał poczekać na właścicielkę tej rudery, jednak zauważył brak świeżych zbiorów, do tego kilka przegniłych okazów, od złego przewiewu. Zielarka widocznie ostatnio tu nie przychodziła.

Gdy zaszedł po swoje rzeczy, natknął się na Klapacza leżącego bez ruchu w stogu siana. Niedaleko leżał dzban. Kalenter zaczął przygotowywać się do wyjścia na Górę Dębową, gdy westchnął Klapacz:

   – Uraczył, nasz kneź, tym co … Co chciałeś? – mówił ochryple, świszcząc przy każdym wdechu.
   – Mówił krótko. Wspomniał o waszej zielarce.
   – A noo, mądra baba … Ona Pierunowy chram prowadziła. Jak te … no te dziwy. Eeee, przed zimą się pojawiły. No! To wiesz, jedyna została z nami.
   – Dziwy?
   – Ano – przewrócił się na plecy by widzieć rozmówcę – W niełaskę popadliśmy. Za małe dary, no to yhm … A! Nie po myśli bogów, nasze drogi. Złe rzeczy-bardzo, się działy. Zamiast łaski w chramie, w chramie! Od bogów! Nic nie było. Ludzie szaleli. Ostatnio to nam nawet bies dach z chaty jednej zdarł – wskazał na budynek niedaleko gdzie właśnie kilku mężczyzn pracowało nad nowym pokryciem, następnie dodał kręcąc głową – Złe to wszystko.
   – A wasza zielarka?
   – Mądra baba, rozumna – zaczął mówić nieco zwięźlej –  Chroni nas, a jedyna umie, zawsze wie jak co się dzieje i pomaga, od razu, a nic w zamian nie chce, jedynie o oddanie bogom.
   – Duże ma łaski u księcia?
   – U nas wszystkich! Mówię, mądra baba, a takich mało.
   – Hmm, szkoda że nie ma mojego kompana. On też zna się na wielu urokach, to i pewnie z tym chramem by sobie poradził. Eqerti go zwą. Niech pomyślę, co on by zrobił … – przy wyczekującym wzroku Klapacza, Kalenter obracał w dłoni mały talizman z chatki zielarki,  w końcu po dłuższym namyśleniu spytał – a ofiary, składacie?
   – Tak! A jakże! Mądra baba, każe co czas jakiś zwierz złożyć na górze, na przebaczenie, na prośby. Działa, spokój wtedy mamy, ale coraz mniej zwierzów.

Kalenter popatrzył na dzbanek obok Klapacza.
   – Mogę?
   – Niech stracę. Bierz, ja dziś już nie mogę, a miód dobry – rzekł podając mu naczynie.

– – – – – – – – – – – – – – – – – – – – –

Wyruszył konno, po zmroku. Przed wyjazdem drugiego wierzchowca jucznego kazał przysposobić na poranek. Uzbroił się w topór, włócznię, młot oraz pół litra, na wypadek jakby przysuszyło. Ścieżka na wzgórze była na tyle szeroka, że nawet po ciemku prowadziła Kalentera bez większych przeszkód.

U podnóża Dębowej droga odbiła, zaczynając powoli się wspinać. W mroku nie był w stanie rozpoznać najróżniejszych kształtów po obu stronach ścieżki, jednak nieregularne linie świadczyły o wielu obiektach niegdyś funkcjonujących na tych stokach.

Wcześniejsze lekkie podmuchy wiatru zamilkły, szmery liści oraz skrzypienie konarów drzew nagle ustało. Gdyby nie bzyczący komar nad uchem i buszujący zwierz w pobliskich krzakach, zaległaby przejmująca cisza. Zatrzymał się.

Z zachodu zaczęły znikać gwizdy, potężna chmura musiała gonić wprost na niego. Wtedy usłyszał też czyjś głos, daleki, niewyraźny. Wytężanie słuchu nic nie dało. Gdy wicher zawył przejmująco, ruszył dalej. Na zachodzie rozbłysło. Uśmiechnął się.

Ścieżka w końcu doprowadziła go do płaskiego szczytu, z stromymi zboczami, oprócz ubitej drogi, którą wjechał. Dąb okazał się mniejszy niż gdy wcześniej go podziwiał, a to co obok wdawało się z daleka budynkami w rzeczywistości stanowiło przewrócone konstrukcje chramu, wraz z ołtarzem. Bele, płachty oraz olbrzymie kamienie leżały w nieładzie niedaleko drzewa. Tutaj słyszał niezrozumiały skrzeczący monolog. Mimo to nadal nie widział postaci która mówiła. Ogólnie to mało mógł dostrzec poza samymi kształtami.

– Przybyłem złożyć ofiarę – powiedział głośno.

Miał wrażenie jakby postać przestała mówić, jednak ciągle świstał mu w uszach wicher, utrudniając wytężenie słuchu. Drzewo całe dygotało zarzucając wokół gałęzie pełne liści, jakby odprawiało zapomniany od dawien taniec. Czuć było napięcie, wraz z niezwykłą mocą. Kalenter dobrze rozumiał istotę tego miejsca, wiedział że nie tylko Perun mógłby chcieć, aby oddawać mu tu pokłon. Obserwował wiec okolicę uważnie, w ciągłej gotowości.

Oczekiwanie przerwał spadek kogoś z dębu. Mała postać zleciała z wysokości nieco ponad metra, po chwili jednak wstała z ociąganiem otrzepując się. Kalenter zszedł z wierzchowca by wyjść jej na spotkanie. Małą postacią wydawała się zgarbiona starucha. Ciągle mamlała pod nosem, przy okazji plując na wszystkie strony.

   – Cioś tytu? – co każde słowo wtrącała mlaskanie – Ni telas ofial.
   – Dlaczego nie teraz? – spytał z wyraźnym zdziwieniem.
   – Noć. Ni wizi? Ni mo Pilula telas.
   – To poczekam do rana – prowadząc konia, ominął babkę kierując się pod dąb.
– Ni telas! Ić stąt!

Mlaskanie przybrało naburmuszony ton, a staruszka okazała się też nad wyraz żywawa. Niemal podskoczyła do niego by go odciągnąć od drzewa, ciągle próbowała krzyczeć „Ić! Ić stąt!”, jej głos jednak niknął w wichrowym wyciu. Kalenter zachowywał przy tym niezwykły spokój, nawet gdy brudnymi i lepkimi rękami ciągle próbowała go złapać by zawrócić go. Wtedy wyciągnął do niej rękę z dziwnym wysokim przedmiotem.
– Masz napij się.

Starucha ostrożnie przyjęła podarek, powąchała, wzięła jeden łyk, pomamliła jęzorem i duszkiem wychyliła całą zawartość.
– Nie miejsce i czas dla ciebie – powiedziała niezwykle wyraźnie, następnie obrzuciła go pełnym złości wzrokiem za swoją wpadkę. Była stara jednak wcale nie taka niedołężna.

Kalenter chciał rozsiąść się pod drzewem, jednak wierzchowiec wtedy w odróżnieniu od niego, stracił spokój, zaczął rwać się i kopać ziemię.
– Idź stąd! Zły czas! – wrzeszczała dalej baba nad uchem.

Wojownik jednak nie zwracał na nią już uwagi, najważniejsze dla niego było teraz nie stracić w głupi sposób konia. Czuł, że zbliża się coś nieprzyjemnego. Zaczęło rzęsiście padać. Deszcz niemal płachtą przykrył całą okolicę. Gdy pojawił się na szczycie wśród burzy, przerażona starucha rzuciła się do ucieczki, wyjąc:
– O Pierunie! Bies!

Nie potrzebował wypowiedzi babki, aby rozpoznać niemile widzianego gościa tej nocnej schadzki. W ciemności nawet same kształty wystarczały. Wielki przerośnięty zając o rogach jelenia i mordzie wilka. Całym szczęściem biesy nie kicały jak zające, bo dopiero wtedy by miał poważne kłopoty.

Wierzchowiec odmówił posłuszeństwa, zerwał się próbując umknąć bestii. Kalenter przed tym jednak zdążył wyciągnąć włócznię z juków. Ruszył tak, aby przeciąć drogę pomiędzy biesem, a swoim rumakiem. Było to jednak dość trudne ze względu, że przeciwnik stał w jedynym miejscu gdzie stok, w tym przypadku ścieżka, schodziła w miarę łagodnie, na tyle aby zdało się nią zejść. Koń jednak ku nieszczęściu biesa, ale też swoim o tym nie wiedział i Kalenter zauważył tylko jak wypadając ze szczytu zjeżdża po stromym zboczu znikając przy tym w ciemności. Bies ruszył w kierunku zdobyczy, którą przed chwilą widział jeszcze niedaleko.

Kalenter wziął zamach włócznią, wtedy rozszedł się grom i błysk na chwilę oświetlił okolicę. Wojownik oprócz możliwości podziwiania tutejszych krajobrazów, a były niezwykle ciekawe, mógł dokładnie przyjrzeć się biesowi. Ten pokryty był grubym futrem, ciemnym, wyglądał też na mocno przerośniętego, widocznie ofiary miejscowych musiały go nieźle przytuczyć. Rozpędzony potwór także go zobaczył, a po chwili nawet poczuł. Kalenter trafił włócznią, wbiła się w prawe ramię bestii, która z rykiem skręciła nagle z  kierunku za swoją ofiarą na wojownika.
– Zabij! Zniszcz go! On chciał mnie skrzywdzić – darła się babka.

Wojownik odskoczył na bok, lądując plackiem na ziemi, niewiele nad nim przefrunęło olbrzymie poroże biesa. Zaraz próbował znów uderzyć w człowieka, który pomimo tego unikał ciosów. Tak wyglądał ich taniec, Kalenter jednocześnie ciągle próbował uderzyć toporem w zwierza. Wiele mu brakowało, nie był w stanie niczego sięgnąć oprócz łopat. To jednak nie robiło szkody biesowi. Rozwścieczona bestia zmieniła ruchy, zamiast wielu szybkich ciosów porożem nastawiła się na długie skoki w kierunku wojownika, w takim przypadku bies mógł chować się w ciemności, by atakować z zaskoczenia.

Kalenter ustawił się przed drzewem, gdzieś w mroku słyszał głośne sapanie biesa, który przygotowywał się do następnego skoku. Wiatr oraz deszcz wyraźnie przeszkadzały w ocenie gdzie się znajdował. Jeśli nie pojaśniało niebo od grzmotu, to Kalenter musiał zdawać się tylko na intuicje, aby w najlepszym przypadku zdążyć jeszcze odskoczyć. Poprzedni atak bestii sprawiał wrażenie prostego. Myślał, że jest przed nim, chciał rzucić się do przodu, by móc przejść pod zwierzem i ranić od tyłu. Wielce się zdziwił gdy wykonał ruch, a usłyszał że bies skoczył na niego zza pleców, dzięki temu szczęściem w nieszczęściu znalazł się poza zasięgiem biesa.

Teraz był pewien, jak wcześniej, pozycji przeciwnika. Miał już w głowie każdy element, kwestią było tylko kiedy.
– Tu jest! – usłyszał z góry.

Chwila dekoncentracji i nagle z ciemności wyłoniła się lecącą sylwetka biesa, która przysłoniła mu niemal cały widok. Odskoczył do tyłu, próbując wyminąć gruby pień dębu. Tak jak zamierzał, bestia chciała go zmiażdżyć naskakując na niego, niskie konary drzewa jednak go osłaniały. Bies wpadł w nie łamiąc i nabijając się na ostre złamania, już z mniejszym pędem wyrżnął łbem w dąb, aż liście się posypały. Mimo to poroże zdążyło go jeszcze obić wyrzucając spod miejsca, w którym zwalił się bies. Kalenter po twardym, bolesnym lądowaniu szybko wyciągnął młot za pasa i rzucił w głowę zwierza, jednocześnie odwracając wzrok.

Rozległ się grzmot. Łupnęło w drzewo.

Dla pewności wojownik podszedł do bestii by ją dobić. Z bliska, pomimo ciemności zauważył też dziwne, lecz znajome mu kształty. Całe poroże biesa obwieszone było talizmanami, takimi samymi co w ruderze znajdującej się w grodzie. Gdy upewnił się, że przeciwnik nie żyje zebrał młot, o zdobionej złotymi wgłębieniami głowni i zatkał za pas. Następnie wyciągnął włócznię, która o dziwo nie roztrzaskała się podczas dzikich harc potwora. W geście zwycięstwa obrócił nad głową kilka razy orężem. Niespodziewanie w pewnym momencie natknął się na utrudnienie, ze stukiem uderzył w coś końcem broni, aż wypadła mu z ręki. Usłyszał zaraz po tym jak coś gruchnęło za nim.

Obrócił się. Na ziemi leżała starucha z rozpołowioną twarzą, ostrze włóczni rozgruchotało jej czaszkę. Przerażony nie wiedział na początku co ma zrobić, wtedy jednak o mały włos nie nadział się na ostrze, które błyszczało w wciąż zaciśniętej dłoni.

– – – – – – – – – – – – – – – – – – – – –

Gdy strażnicy zobaczyli go rano u murów, bez pytań otworzyli bramę, wiele osób zbiegło się zasypując go gradem pytań. Część widziała, bądź słyszała też o grzmocie, który wyrżnął w wzgórze. Chcieli znać przebieg zajścia. Kalenter jednak ograniczył wypowiedź do stwierdzenia, iż pokonał biesa i wzgórze powinno być już wolne od uroków. Odrzucał  też oferty zostania w gościnie, zastał za to wdzięczny oba wierzchowce. Klapacz powiedział, że w nocy przerażona klacz wróciła do grodu, uradowany dodał też, że ich mądra baba będzie mogła znów utworzyć chram Pieruna.
– Nawet już tam jest. Była przy zajściu – odparł Kalenter
– Już coś tam robi, czy odpoczywa?
– Odpoczywa. No. Może być i tak – powiedział i odjechał.

Autor: Piotr Turaj
Praca na I konkurs opowiadaniowy Słowiański Bestiariusz.

Rozdroże

Rozdroże

Dariusz Zajączkowski

Rozdroże

Lestek  ciężko dychając padł na murawę. Wtulił twarz w nagrzane słońcem ździebła i zamknął oczy. Zburzony przezeń gwar tętniącej życiem polany wracał do odwiecznego ładu. Zdawało mu się, że słyszy cichnące zawołania ale otaczał go jeno poszum drzew, przebijający się niestrudzenie poprzez owadzi brzęk. Dobrze wiedział, że żaden z wiejskich wyrostków nie śmie wnijść tak głęboko w leśne ostępy grzęzawiskami i mokradłami znaczone. A już na pewno z czasu, kiedy to Lestek, podszywając się w kniejach pod Leszego, śmiechem i pogwizdywaniem udanym, obudził drzemiącą we wsi strachliwość przed leśnym panem. Toć miał ubaw setny, gdy baby na jagody wychodzące, czy młódź letnich grzybów szukającą, przepłoszyć mu się zdarzyło. Na nic im wywlekanie giezeł na spodnią stronę czy wdziewanie ich tył na przód. Zarzekali się, że żywy Leszy przechadzał się wokół osady, aże starszyzna obiaty z chleba i kaszy miarkowała szykować, nie pomna, że czas ku temu jeszcze nie naszedł.

Pacholęciem był, gdy wraz z macierzą, ubieżając przed drużynnikami Brzetysława, gród w Gnieźnie opuścili. A gdy śmierć oćca zabrała, przybyli do wuja Drzeszta, na mazowiecką ziemię, pod panowanie Mojsława. Wielu spokoju szukało tu, gdzie starzy bogowie wciąż obok nowej żyli wiary. Obcy, naznaczon piętnem Krzyża Krystowego i nawet mową odstający chłopiec przyjaciół we wsi nie nalazł. Aże ciężka ręka wuja, nie w każden czas sprawiedliwa, przy chałupie utrzymać go nie mogła to i nie dziw, że las stał się dlań jako dom. Mać stawała w obronie, aleć ona jakoże u brata na garnku siedząca, nie mogła wiele. Przeto z utęsknieniem oczekiwała zmiany i powrotu na mężowską ziemię, prawowitego prowadząc dziedzica.

Do Starego Lestek trafił przypadkiem, choć słuchy o guślniku nie jeden raz docierały doń czy to w czas po wieczerzowaniu, gdy o zmroku dziadowie opowieści snuli, abo gdy jakowaś doległość  kogo zmogła, lubo, gdy wróży trza komu było. Gadali, że Stary żywie w leśnych ostojach. Wpół drogi między ich Szczytowicami a Kumowem należało z traktu zboczyć i wedle piorunem rozszczepionej sosny wąską ścieżyną dojść do polany, kędy pośród rosochatych, świętych dębów przycupnął szałas. Z dawna musiał być wzniesion, bo część gałęzi korzenie puściła i zieleniem listowia łyskało teraz pośród strzechy z suchych trzcin, szarym mchem przerosłej.

Po kolejnym to starciu z rówieśnikami, Lestek, gnając na oślep przez las, wpadł na Starego, jen w świetle miesiąca zioła w mateczniku zbierał. Nie zdziwił się on widokiem obitego, podrapanego chłystka, co z rozdartym giezłem o ćmie po kniei gonił. Opuchłe oko młokosa nie przesłoniło zapadłej w głębi jego duszy zaciętości, podkreślonej grymasem ściśniętych, wąskich ust. Gdy zoczył Starego stanął jakby na biesa się natkną, ale coś w przygarbionej postawie starca mówiło, by się nie lękał. Nie drgnął, gdy guślniarz szorstką ręką sięgnął po zawieszone na jego szyi nawęzy. Niezdarnie wyciosany w drewnie zarys tura pominął, ledwie opuszkami palców trąciwszy. Drugi, krzyż z rdzawego metalu zaintrygował go bardziej. W milczeniu, jeno głową kiwając, przyglądał się nierównym ramionom delikatnymi kroplami skrzepłego żelaza zakończonym, co w pełnym blasku miesiąca raz srebrem, raz stłumioną czerwienią połyskiwały.

–  Chwałę ci przyniesie… jeno … krwią upojoną… – rzekł cicho Stary ale zarazem tak przenikliwie i z mocą dziwną, że Lestek dałby rękę odjąć, iże wszytko wkoło zamarło. A przez plecy mróz przemknął, ślad chłodu zostawiając, który nie odstąpił chłopca aż do świtania, kiedy to guślnik wywiódł go na trakt i do dom drogę wskazał.

Trzy wiosny minęły od tamtego spotkania. Lestek gościem bywać u Starego począł, co nastroje w osadzie ku niemu życzliwsze wzbudziło, jednakowoż nie kończąc rówieśniczych docinków. Leśne ostępy często stawały się schronieniem. I ninie zalegał pośród traw, gdy z zadumy otrząsła go niezwyczajna w naturze cisza. Stanąwszy na nogi poczuł jak serce wali w piersiach, jakby ptakiem na wolność chciało się wyrwać. Od strony moczarów, głaszcząc grzywy traw, przesuwał się k’niemu słup powietrza. Lestek w pas się zjawisku pokłonił, mniemając, że sam Dobrochoczy go nawiedza. Jednak chaotyczny, rozchwiany taniec wiru wzbudził w chłopcu podświadomy lęk. Szarpany, nerwowy dech bóstwa wsysał w dziki korowód puch ostów i mleczy, z wściekłością wypluwając je później wokół siebie.

I wtedy Lestek dostrzegł na zmierzchającym, wschodnim niebie, pełgającą po brzuchach chmur łunę pożaru, smoloną zawijającym się dymem. Szczytnice gorzały a widok ten sprawił, że we wnętrzu chłopca obawa i niepokój starły się z obcym mu dotąd uczuciem oślizgłej satysfakcji. Czas jednak nie był sposobny, by głowę tym zaprzątać. Bieżąc Lestek ścisnął w garści oba swe talizmany i wsunął za pazuchę, co by w biegu zawadą nie były i wyszeptał jakąś nieskładną ni prośbę, ni modlitwę, sam nie świadom o co i do kogo.

Nim przez leśny podszyt przedarł się do traktu, wpadł w ręce rozstawionych na czatach wojów. Rosłe chłopy rychło ostudziły jego wierzgania i krzyki, krzywdy nijakiej nie robiąc. Z miejsca pociągnęli go na wioskowy plac, gdzie Lestek sam zaprzestał oporu. Z boku płonęła chata Gromosła, teraz przez dwóch jezdnych końmi rozwlekana, by pożoga dalszych zabudowań nie strawiła. Na środku placu zgromadzono mężczyzn i pod nadzorem zbrojnych, pętano wszystkich. Wyrostków i baby spędzono po drugiej stronie. Wystraszone tuliły do siebie dziatki, cichcem szlochając i zerkając ukradkiem na zawodzącą nad zwłokami męża Bożennę. Obok niej, z zaciętym wyrazem twarzy stał Krzesimir. Gdy napotkał wzrok Lestka, ten wiedział już, że dziecięca niechęć przerosła w palącą nienawiść.

-A ot i zguba! – obok matki stał krępy woj. Znaczniejszy być musiał bo i ubiór i oręż na zaszczyty i stanowiska ważkie wskazywały. W ruchach oszczędny, sprężysty i zdecydowany. Wzrok bystry, przenikliwy śmiałość odbierał, choć teraz przebłyskami wesołości powagę przełamywał.

Dziemiła przygarnęła syna do piersi i Lestek poczuł, że cała drży. Po chwili odsunęła go na odległość ramion i spojrzała w oczy.

– Do dom wracamy.

Chłopiec zerknął w bok na stojącego woja i wolno sięgnął po wyciągniętą dłoń.

– Stryk to twój, Zbysław. – głos macierzy był już pewniejszy. Chłopiec spojrzał w twarz przybysza. Przyjazny, szczery uśmiech, nieco blizną na prawym licu skrzywiony, sprawił, że oddał uścisk. Woj z powagą skinął kobiecie.

– Spieszyć się nam trza. Pacierz na spakowanie juków a potem co rychlej ruszamy.

Dziemiła bezwolnie wrzucała rzeczy do sakwy. Jej myśli krążyły zgoła gdzie indziej. Z dawna i z wytęsknieniem czekała tej chwili, aleć gdy nadeszła tłumione obawy wróciły ze wzmożoną siła. Drugi to raz w ciągu pięciu niespełna lat wyruszała w nieznane. Kogo i co zastanie w Gorołowach? Czasy wciąż niespokojne. Niejednej nacji zbrojni przetaczali się przez tamte tereny a i grupy żądnych łupów chąśników do rzadkości nie należały. Znowuż o swoje przydzie walczyć? A jakiż zamiar Zbysław ukrywa w tajnicy, że do rodzinnych rozgrywek bratową z wrogich rąk odbija? Mówi, że Kazimierz z wygnania wrócił i o mieszkową ojcowiznę się upomina. To i niezadługo tu rękę wyciągnie, pożogę wzniecając.

Wychodząc z chaty Lestek zoczył Drzesztę. Siedział pod ścianą z dłońmi spętanymi za plecami i stopami w kunie uchwyconymi. Chmurne oblicze uniósł w momencie, gdy Dziemiła bliżej podeszła.

– Sowitą zapłatę za gościnę ostawiasz. – rzekł gorzko, ruchem głowy wskazując kierunek skąd dobiegały zawodzenia nad ciałem Gromosła.

– Nie jam krwi tej winna, nie od miecza zginął. – Głos kobiety zabrzmiał cicho, miękko jakoś.

– Za dwa pierwsze roki dziękować przyszłam, boście sierdce wdowie i sierocie okazali. I za to głowę przed wami chylę. Aże później jak wroga zakładnikiem na słowo Mojsława uczyniliście, wieś więzieniem czyniąc, na więzy krwi nie bacząc … – tu emocje falą wezbrały, głos w krtani zdławiwszy.

– A i tu  – ciągnęła dalej po głębokim oddechu – dzięki się należą, że on – wskazała syna  – jeno cień zniewolenia odczuł.

– Czas już pani – Zbysław stanął za nimi, a zwracając się do Drzeszta rzekł – Ciężkie roki przyszły, że brat przeciw bratu oręża się ima. Nie chcielim tej śmierci ale może łacniej przed Mojsławem ze sprawy wytłumaczyć się zdołacie. Chorost, wskazał krępego woja, –  z garścią zbrojnych do świtania ostanie, co by nam odwrót ułatwić. O brzasku wolnymi będziecie i uczynicie co sumnienie nakaże.

 

Chałupy ostały za nimi. Oblepione czerwienią zachodu nikły za gęstniejącą ścianą lasu, który z każdym krokiem zbrojnych wyciszał odgłosy osady. Najdłużej wybijało się żałobne zawodzenie Bożenny.

 

Szli prosto w słońce, zapadające za wierzchołkami smętnych buków. Lestek czuł jak serce wyrywa się do nowego świata, ludzi, grodów przez lata malowanych ciepłym słowem matczynych opowieści. Jednak wraz z pierwszym chłodem wieczoru wspomniał ogień i dom Drzeszta, opowieści dziadów i pieśni kobiet, co echem gdzieś w duszy się odzywały. Obrazy migały przed oczyma chłopca, podrygiwały w rytm końskich kopyt, układając się w swojską opowieść. I sam nie wiedział czy las do niego woła, czy raczej umysł wskrzesza odwiecznych bohaterów, wciąż w gawędach i podaniach żyjących. Korowody świąt splatały się z bitewnym zgiełkiem, postacie bogów przenikały z Krzyżem ….

 

  • Czoło i lica ma rozpalone – jakby zza mgły dotarł doń głos Zbysława, jen przed sobą w siodle go podtrzymywał. Lestek poczuł jak zimna woda ze skórzanego worka schładza usta i ciecze po szyi, obmywając nawęzy: miniaturę tura i stalowy krzyż. Odruchowo uchwycił oba i ścisnął do bólu. Przytomniej nieco spojrzał znad końskiej grzywy. W ścianie przeszytego późnym słońcem lasu zarysowało się rozwidlenie dróg. Z pobliskich moczarów snuły się pasma mgły, otulały czarne pnie i lizały zwieszone liście paproci, wypełzając na szlak konturem jeźdźca z młotem w dłoni. Zaś z drugiego traktu cienie drzew wyrzuciły przed się zarys ogromnego krzyża. Lestek nie widział już jak wizje starły się sobą, nęcąc jednako. Znużony zamknął oczy i zapadł w niespokojny sen.

 

Oddział pociągnął dalej nieświadom wyboru.

 

Autor: Dariusz Zajączkowski
Trzebnica 2008 rok
Praca na I konkurs opowiadaniowy Słowiański Bestiariusz.

Legenda o ustanowieniu Nocy Świętojańskiej

Legenda o ustanowieniu Nocy Świętojańskiej

Anno Domini 1543

-Bóg odpuścił ci grzechy. Idź synu, in nomine Patris et Fili et Spiritus Sancti. Amen.
– Amen.
Dźwignął się sprzed konfesjonału. Deski zaskrzypiały, uwolnione od ciężaru pokutnika. Ruszył ku wyjściu. Kroki, zwielokrotnione echem, odbijały się od ścian Kolegiaty Świętego Krzyża. Doszedłszy do poratlu, odwrócił się i uklęknął. Od granitowej posadzki ciągnęło zimno. Przeżegnawszy i ucałowawszy zawieszony na szyi drewniany krzyżyk, wyszedł. Przez witraże wpadało niewiele światła, spowijając Kościół w półmroku. Przy ołtarzu żarzył się świecznik, oświetlając Pietę. Po obliczu Matki Boskiej tańcowały cienie.
I spływały łzy.

***

Sobótka była pierwszym dniem lata. W owym czasie ludzie gromadzili się na łonie przyrody aby wespół z nią i rodziną celebrować odejście wiosny. Nie inaczej było w Cichej Wólce.
Osada emanowała weselem. Wieśniacy opuszczali swoje domostwa, ścieląc polanę kocami. Jęli wypakowywać kosze wypełnione aż po brzegi różnorodnymi dobrami, rozprowadzając tym samym smakowitą woń chleba, świeżego mleka, wędlin i owoców. Drzewa przystrojone w kolorowe wstążki skrzyły się migotliwymi refleksami w promieniach zachodzącego już słońca. Część mieszkańców pomagała w rozłożeniu pawilonów. Jedne z nich w razie dżdżu miały zagwarantować ciągłość zabawy, a jeszcze inne miały to robić niezależnie od pogody. Były więc całkiem puste, a niektóre wręcz przeciwnie, zawalone dębowymi beczkami. Siedząca w cieniu sosen orkiestra stroiła instrumenty. Nie była zbyt bogata, bo złożona jeno z gajgi, fletu i werbla, ale w zupełności starczała na realia Wólki. Uporawszy się z tonami zaczęli przygrywać do tańca. Energicznie.
Na scenie bawili się wszyscy, młodzi i starzy, kobiety i mężczyźni. Muzyka, krzyki dzieci oraz piski emablowanych przez chłopaków dziewcząt wznosiły się ponad dachy sadyb, w bezkres granitowego nieba. Parkiet tonął w kolorach. Ubrani zwykle w szarobure odzienie, dziś promienieli feerią barw, potęgując świąteczną atmosferę.

***

Słońce zniknęło całkowicie za widnokręgiem, ustępując miejsca nocy. Tarcza księżyca, zawieszonego na atramentowym niebie, oświetlała las. Gwiazdy tworzyły skomplikowane konstelacje, a wśród igliwia swój koncert dawały świerszcze.
Na brzegu siedziała para, mocząc nogi w nurcie rzeki. Ciepły wietrzyk targnął kasztanowymi włosami dziewczyny, zarzucając nimi na boki. Wypraktykowanym ruchem zgarnęła niesforne loki na tył głowy, gdzie przez chwilę spływały niewzruszone.
Trzymali się za ręce.
– Mówią, że na księżycu żyją stare panny, kobiety, które zmarnowały wiosny, które pozostały głuche na miłosne względy.
– Bzdura.
– Ja myślę, że coś w tym jest. Może nie w sensie dosłownym, za to w parabolicznym. Samotne, odseparowały się od innych. Choć żyją wśród nas, tak naprawdę nie żyją z nami. Żyją na księżycu, w swoim świecie. Nie chcę tak skończyć – podsunęła się do chłopaka i włożywszy rękę pod ramię przytuliła się doń.
Zapadła cisza. Rzeka śpiewała, szorując w korycie pośród meandrów i gałęzi. Rosnąca nad brzegiem wierzba, na kszałt myjącej kobiety włosy, zanurzyła swe witki w wodzie. Bez huczący pracą pszczół, mamił afrodyzyjnym zapachem.
Trwali tak w milczeniu rozkoszując się chwilą. W końcu młokos przemówił.
– Mówią, że kąpiel po zmroku, podczas Sobótki, leczy dolegliwości. Jestem ciekaw czy to prawda… i o jakie dolegliwości chodzi.
Spojrzał w fiolet jej oczu. Przypominały fiołki. Fiołki, które, lekko zroszone rosą właśnie obudziły się i zaprezentowały swe piękno w świetle poranka.
Odwrócił się. Wyjął spod leżącego na trawie koca bukiet kwiatów i bez słowa wręczył kasztanowłosej piękności.
Ujęła go oburącz. Ostrożnie zanurzyła swą twarz wśród kwiatów akacji i białego bzu, po czym zastanowiwszy sie chwilę, wyjęła i wyrzuciła wszystkie akacjowe gałązki.
– Wolę tak. Akacja ma kolce i…
Nie dokończyła.
Zapadli się w sobie w zmysłowym pocałunku. Przez moment zapomnieli o wszystkim. Czuli się odizolowani od świata. Na swoim księżycu. Ale nie samotni. Ze świadomością spełnienia najwyższego z ludzkich celów. Miłości…
Delikatnie, nieśmiałym ruchem pomógł jej się rozebrać. Nie chcąc puścić partnera weszli do rzeki. Była płytka. Sięgała im do ramion. Choć chłodna o tej porze, ani trochę nie ostudziła ich namiętności. Jak uprzednio, zwarli się ustami. Zarzuciła mu ramiona na szyję. Nie chcąc być dłużnym prawą rękę położył na policzku i objął ją pod włosy. Twardy zarost kłuł, drapał twarz, ale to nie było istotne w tej chwili. Stykali się piersiami, ich ciała stały się jednym, rzekłbyś, dwój duch w jednym ciele. Nie zwrócili uwagi nawet wtedy, gdy silnie zadął wiatr, burząc wodę koloru inkaustu, jak ciężkie od wilgoci i pożądania niebo przeszyła potężna błsykawica oświetlając równie monumentalną co ezoteryczną Ślężę, a ziemia zadrżała w posadach.
Ani na tulącą się do bzu, dziką różę…

***

Zerwało się potężne wietrzysko na tyle, że podwiało pawilony stanowiące do tej pory jeno punkt małej gastronomii. I Mysinoska, wielkiego absztyfikanta tejże, lecz nie była to tylko kwestia wiatru. Targane orkanem wstążki szumiały wśród gałęzi sosny, skutecznie zagłuszając orkiestrę, co wcale nie wstrzymało zabawy. Wręcz przeciwnie. Z rozgrzanych śpiewem przepon, przez rozgrzane alkoholem przełyki, a usta rozgrzane pocałunkami wydobył się okrzyk zadowolenia. Najgłośniej krzyczeli chłopcy, dla których wiatr okazał się być sprzymierzeńcem i podwiał niewiastom sukienki. Choć te wcale nie krzyczały z tej racji ciszej, a ich lic nie zdobiły mniejsze rumieńce. Drugą falę euforii wywołała ulewa, podsycana przez samą Perperunę uderzyła z wielką zajadłością. Krople wielkości grochu biły w plandekę w szaleńczym staccato, zawstydzając orkiestrę. Podjęli rękawicę i wciągnąwszy powietrze uderzyli w instrumentarium. Siła deszczu była znaczna. Jednak ciągle za mała,żeby zepsuć zabawę.
Większości.
Mysinosek kląc małżonkę Peruna wkładał tyle samo wysiłku, żeby wstać co w lżenie. I mimo wirtuozerii erudycyjnych popisów, sprawność fizyczna widocznie cierpiała.
Z początku nie usłyszeli konnicy. Tętent kopyt przegrywał w starciu z bębnem. Ale banda najemników siekących ostrzami mieczy, rohatyn i spis w starciu z pianymi i oszołomionymi wieśniakami już nie. Rzucony z mocą oszczep przyszpilił szkrzypka do pnia sosny. Upadające gajgi wydały swój ostatni dźwięk, akompaniując swemu dławiącemu się krwią mistrzowi. Do pozostałych muzyków dopadło dwóch kawalerzystów, tnąc na odlew przez klatkę piersiową. Wybuchła panika. Mieszkańcy rozbiegli się na różne strony, niestety bez powodzenia. Ginęli od ciosów, a impet uderzeń ciskał nimi w kramy. Beczki wypełnione winem spływały krwią. Złamane, pod przebitym bełtami ciałem kowala słupy pawilonu pogrzebały część zwłok, przykrywając je plandeką kiej żałobnym kocem. Wkrótce cała Wólka, nie tylko ten namiot, miała przypominać nekropolię.
Nad wrzaski mordowanych i rżenie koni wzbijał się śmiech, wyzuty z wszelkiego człowieczeństwa rechot. W kotłującej ciemności nagle buchnął ogień. To domy płonęły, oświetlając polanę pęłną najeźdców. Odzianych w brygantyny żołdaków dowodzonych przez mężczyznę z naszytym złotogłowiem na napierśnik Krzyżem. To on się śmiał, Fuchs von Ehrenberg. Stając w strzemionach sztychem klingi wskazał swoim ludziom, aby ruszyli za uciekającymi do kniei osadnikami. Gdy tamci go minęli, obrócił bułankę w stronę reszty oddziału. Czekali rozkazów. Otaksował land przenikliwie. Widząc pożogę usiadał i kazał rozproszyć się reszcie. Trwał w siodle niewzruszenie, dopóty aż przebrzmiały głosy mordowancyh, wrzaski błagających o litość dziewcząt, gwałconych przez swołocz. Aż ucichnie szloch ostatniej białogłowy, urywany, przechodzący w rozpaczliwą próbę złapania tchu, aż ostatnia klamra została zaciągnięta. Wówczas schował miecz i wyjąwszy nogę ze strzemienia, przechylił się w kulbace i zeskoczył na ziemię.
Tuż koło tkwiącego w głowie kopyta, w resztkach stłuczonego antałka.
Rozglądnął się. Czuł dumę. Dumę wynikającą z pieczołowitości z jaką uświadamiał ludzi w Chrystusie. Nie pragnął tytułów, pieniędzy czy przywilejów. W swoim zdefraudowanym umyśle wierzył, iż wypełnia wolę Bożą, tak proklamując ewangelię. Wierzył w to święcie.
Z dywagacji wyrwała go dwójka żołnierzy, która ciągnąc za sobą starca, bez pardonu pchnęła go w błoto, tuż u stóp mnicha. Nie zganił swych ludzi, nie schylił sie by mu pomóc. Czekał aż dziadek z trudem wespnie się.
– Koniec waszych plugawych rytuałów, dziadzie. Bezeceństwo, okultyzm i herezja, których się tu dopuszczaliście, odejdą furt.
Starzec nie odpowiedział. Patrzył tępo na buty mnicha z cielęcej skóry, inkrustowane złotem.
– Obrzędy urągające chwale Boga, sodomia, bluźnierstwa, którym się oddawaliście z taką lubością przeminą, bo nie zostanie nikt, kto będzie o nich pamiętał, a nawet jeśli takowi się ostaną to zdejmie ich trwoga na wspomnienie takich dni jak ten, ale przede wszystkim oddadzą się miłości Pana, którego im przynosimy.
Starzec milczał. Przeniósł spojrzenie na zatknięte za pas palce i zdobiący jeden z nich sygnet, z solidnych rozmiarów jadeitem.
– Ubodzy w sercu, którzy hołdując plugastwom, oddając się degrengoladzie i ustawicznemu psowaniu, głusi byliście na potrzeby duszy. Za nic mieliście Bożą łaskę. Ergo dopadła was kara. Ale nawet dla takich odszczepieńców i degeneratów jest nadzieja albowiem Pan miłościw…
Tu nie wytrzymał.
– To skąd kara? Toć winno nam być wybaczone. Wybaczone? Niby co? Twoje pojmowanie wiary jest żałosne.
Dominikanin zamrugał oczami i głośno wciągnął powietrze.
– Czy urąganiem Bogu nazwiesz chwalenie tego co stworzył? Wespół w zespół z innymi, z różnymi sobie, ale potrafiącymi patrzeć ponad podziały. Czy pogwałceniem Jego nakazów określisz życie wyzbyte przepychu, egzystencji ponad stan?- to mówiąc wskazał na buty klechy.
– Nasze rytuały nie godziły w Boga, fakt w nich akcesu nie czynił pomiotem belzebuba.- tu zrobił pauzę i rozkładając poły koszuli ukazał prosty, lipowy krzyż, wiszący na rzemyku.- Jeno cementowały nas w sobie i w naturze. Stanowiły hołd dlań i jednoczyły naszą wspólnotę. W radości, miłości, propagując biblijne standardy. Ha! Gdzie twa wiedza, czyż nie miłość jest najlubszą Panu. Toć przykazanie miłości zostało wyciągnięte na piedestał. A czymże ona jest? Wielu się głowiło, a durch brak jednoznaczenj odpowiedzi. Bo i są jej różne przejawy. Każdy przejaw, rządzi się swoimi prawami i ogniskuje sobie ludzi, którzy też są inni. Tolerancja, akcpetacja odmienności aparycji, kultur, zachowań to też rodzaj miłości. Ale pewne ogólne zarysy można nakreślić. To radość z obcowania z kimś, bądź czymś, to chęć dobra dlań. To wynikający spokój z dostarczenia źródła tego afektu, któro nie zawsze jest takie samo. I to jest piękne. Ludzi zawsze to co niewyjaśnione pociągało najbardziej. Nie inaczej jest z miłością, nie ma jednej konkretnej regułki, ścisłego spectrum, poza obszary którego nie sposób wyjść.
Pierwszy list do Koryntian, rozdział trzynasty, ” Wszytsko znosi, wszystkiemu wierzy we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma” tedy nie wierzę w karę przez ciebie zwiastowaną, bo Bóg kocha. Owszem, nie oznacza to, że można się oddać marginalizacji naszego jestestwa poprzez zabijanie człowieczeństwa, gwałcenie zasad moralnych. Człowiek, choć na wzór Boży stworzon, jest odeń różny. Tą różnicą jest ludzka niedoskonałość. W jego naturze leży popełnianie błędów, ważnym jest to, by w porę wyciągać zeń odpowiednie wnioski, konkluzje, które poprowadzą naszym życiem dobrą drogą. Dobra, czyli taka, która zagwarantuje indywidualnie i otoczeniu radość życia doczesnego et prawo dostąpienia życia wiecznego. Albo nie prawo, poczucie zasłużonego zbawienia. Jako brat w Chrystusie, którym wierzę, że jesteś, tuszę, iż mi ufasz.
Mnich z początku biały z niedowierzania, odzyskał barwy. Ale tylko na moment, gdyż zakwitnąwszy czerwienią na policzkach, jęły się rozlewać po całej twarzy jaskrawym rumieńcem. Ciężko oddychał.
– Ty heretyku, jak śmiesz cytować Biblię swemi plugawymi wargami. Jak śmiesz pouczać mnie, tego, który oddał się Bogu, totus Tus Dei, który swym życiem świadczy o…
– …chyba nie o Bogu…
– Milcz kacerski psie!- Dziadek przysiągłby, że w tej ciemności widzi oczy patera, gorejące nienawiścią jak żarem, utkwione w nim i taksujące go. Czuł bijący od niego fanatyzm, chore pojmowanie wiary, zaaplikowane przez zwyrodnialców, którzy pod egidą ad maiorem Dei gloriam dopuszczali się najhaniebniejszych czynów, powodowani tym co oficjalnie potępiali i nawoływali do bojkotu: zachłanność, bogactwo, rozpusta, pijaństwo,władza. Przez lata indoktrynacji przemienili słabe umysły w całkowicie oddane sprawie i zamknięte na wszelki dialog. Tylko takie mogły ślepo zaspokajać ambicje manipulantów, tylko tacy wierzyli w to co robią, a swych przełożonych uważali za nieomylnych. Ludzie ci, wyjąwszy ubiór i koneksje, nie różnili się zbytnio od najgorszej szumowiny.
Tylko przysięgą w obliczu Boga.
– Każde słowo, dziadzie, działa na twoją niekorzyść, świadczy o winie i pogłębia zniszczenie twojej duszy. Jad, który sączysz nie uderza we mnie jeno trawi to co od Boga i Boże. Te herezje…
– Herezje?! Ha! Bacz na słowa, bo stąpasz po grząskim gruncie. Właśnie potępiłeś założenia wielkich doktorów Kościoła. Wszak św. Tomasz z Akwinu nie proklamował poznania Boga przez zgłębianie wiedzy o świecie? Najlepiej poznając człowieka, naturę. Znając prawa nimi rządzące łatwiej będzie nam je pokochać. A jak kochać Boga, niewidzialnego, przez wiele wybitnych person, ateistów, negowanego, przez deistów ograniczających Jego miłosierdzie kiej nie sposób pokochać drugiego człowieka. Mistrz z Asyżu żył w głębokiej symbiozie z naturą, słynął z prostego pojmowania wiary, sercem, służąc innym nie sobie, czerpiąc szczęście z ich obecności. Co innego robiliśmy? Co innego nam zarzucacie? Za co najechaliście nas w dniu, w którym ta radość jest największa? Tego przeca chce Pan.
Spojrzał na żołdaków. Siedzieli przy koszach. Słysząc jak bez skrupułów opowiadają sobie o tym co zrobili dziewkom, odwrócił wzrok i starał się zagłuszyć myśli.
-Ciekawym- podjął po chwili- co na twoje słowa powiedziałby episcopus a Sede Apostolica specialiter deputatus na diecezję wrocławską Baltazar von Promnitz?
– Świątobliwy biskup w ferworze interesów i polityki zdał się zapomnieć o tym co najważniejsze. Zresztą- inkwizytor wyszczerzył się w złym uśmiechu- brewe załatwi sprawę protektora herezji.
Starzec dźwignął się z klęczek, rozmasował krzyże, wyprostował.
I spojrzał w oczy dominikanina.
– Największe bluźnierstwa wychodzą z twoich ust. Ale Bóg jest litościwy, co do tego jednego masz słuszność. Zna naszą słabą naturę, wie jak często zdarza nam się zbłądzić, ale kocha i wybacza.
– Ty już nigdy nie zbłądzisz.
Cios w potylicę ściął dziadka z nóg. Eksplodował promieniującym bólem, odbierającym władze w nogach. Podparł się rękami, leżąc na ziemi. Błoto spływało mu z czubka nosa, sklejało włosy. Nagle jakaś siła targnęła go za siwiznę i powlokła brutalnie. Nie mógł dobyć głosu, zresztą i tak by to nie pomogło.
Wszyscy nie żyli.
– Na stodołę z nim.
Dwóch drabów obdarło go z ubrań i chwyciło pod ręce.
– Ars moriendi- powiedział mnich bawiąc się trzema gwoździami. Schylił się po młotek- Znasz to? Sztuka umierania, ciekawe jak się zaprezentujesz.
-Ars bene moriendi, chłopcze. To nie prezencja w trakcie śmierci. To sztuka umierania determinowana sztuką życia. Ona nie ustala się wraz z ostatnimi oddechami. Swiadczymy o niej naszą całą doczesną egzystencją. Bóg osądzi, ale moja chyba jest richtich bene. A ty… jeszcze wszytko możesz naprawić.
– Nuże,chłopcy, toć wielu innym śpieszno usłyszeć ewnagelię.
Nie ukorzył się w obliczu śmierci.
– To niych tak bydzie, to niych tak jest, skurwysynie.
Młotek uderzył główkę gwoździa, rozbrzmiał metalicznym dźwiękiem, akompaniując jękom starca.
Bezgłośnym.

***

– Ponoć bagienne ogniki są duchami zmarłych, zwiastują nieszczęście.
– Nie prawda.
Spojarzała nań. Uwielbiała kiedy zgrywał twardego niczym korund cynika, zwłaszcza teraz gdy wspomnienia były świeże.
– Jesteś strasznie ckliwa.
– I to mówi ktoś, kto wierzy w lecznicze właściwości kąpieli w Sobótkę i podsuwa mi niejednoznaczny bukiet.
Nie odpowiedział. Patrzył na dogasający ognik. Śmiał się. Pragnął skryć uśmiech, sprawiać wrażenie niezłomnego.
Ale ona i tak wiedziała.
– To po prostu szczątki roślin i zwierząt gniją. Rozkładane przez bakterie do związków organicznych wypływają na powierzchnię i w połączeniu z powietrzem zapalają się. Nikt o tym nie mówi w obawie o egzekucje, ale kiedyś będzie o tym wiadomo coram publico.
Widząc pytające spojrzenie dziewczyny odparł:
– To z pewnością duchy zmarłych.
Szli tak w cieniu dąbrowy, mijając co i rusz pełne bulgoczącej wody bajorka, wokół których tłumnie rechotały żaby.
Szli razem, obejmując się i patrząc sobie w oczy. Cisza zdawała się być czymś nierealnym. Myśli nie były spokojne, ale mogły napawać szczęściem, nadzieją, że chociaż skromnie można żyć szczęśliwie. Sielskość łęgu potęgowała tylko to wrażenie.
Wyszli z lasu. Poruszali się gościńcem wiodącym do Wólki. Po obu stronach traktu rosły brzozy, a księżyc sprawiał wrażenie jakby tańczył wśród ich białych pni. W końcu dotarli do ajnfartu.
I poczuli jak rozpacz uciska im klatkę piersiową.
Dookoła walały się poprzewracane kosze i koce. Instrumenty roztrzaskane na kawałki, płonęły lizane językami ognia. Sadyby otwarte na przestrzał ziały pustkami i zimnem. Na drzwiach obory czerniał naznaczony węglem kontur krzyża.
A na jego planie ukrzyżowany człowiek.
Dziewczyna rzuciła się do przodu i wkrótce znalazła u stóp starca. Po siwej brodzie, meandrując wśród grudek błota spływała karminowa stróżka, kapiąc cicho i zbierając się w kałuże. Był cały nagi.
– Dziadku…
Oczy wezbrały jej łzami. Zasłoniła twarz w rękach i łkała, targana spazmatycznym płaczem.
Siedziała i czuła jak niewidzialna ręka ściska i wykręca jej serce.
Siedziała i nie wiedziała dlaczego. Dlaczego spacyfikowano wieś. Czym sobie zasłużyła, czym się naraziła i komu.
Chłopak wiedział. Wiele widział w podróży. Także i to jak inkwizycja krzewi słowo Boże.
Pobiegł za chałupy zobaczyć czy ktoś się żyw nie ostał. Chociaż zdawał sobie sprawę, to ciągle miał nadzieję, irracjonalnie wierzył.
Najpierw poczuł. Potworny odór skondensowany za węgłem. Potem zobaczył. Kolejną męczeńską scenę. Człowieka usmażonego na cynowej blaszy.
Wstrzymał powietrze. Smród spalonego ciała był tak okropny, że przyprawiał go o mdłości. Podszedł bliżej. Uczuł ścisk w gardle i schyliwszy się zwymiotował. Ciało było tak zwęglone, że jakakolwiek próba identyfikacji nieszczęśnika stała się niemożliwa.
Odwrócił się i złapał podtrzymującego strop ganku drewnianego filara. Kręcioł w głowie, podsycany widokiem i fetorem targał nim na boki, lecz mimo to puścił się biegiem z powrotem. Powoli zaczynał czuć się lepiej. Powietrze, choć ciągle przesiąknięte dymem było znacznie czystsze. Teraz szedł już całkiem prosto, poruszając się udeptaną ścieżką wokół zgliszczy. Patrzył na bezmiar cierpienia jakiego doznali mieszkańcy. Na zniszczoną chudobę, krzętnie gromadzoną nierzadko prze całe pokolenia, na posążki sakralne, porzucone, stłuczone i zbezczeszczone. Na leżące bez ruchu śród stogów siana kobiety, na ludzi, na których twarzach zastygł wyraz bólu. Jedno ciało wyrwało go z pozbawionych myśli deliberacji.
Ciało kasztanowłosej dziewczyny.
Grunt znów osunął mu się spod nóg. Miał wrażenie, że nogi odlane z brązu przylgnęły do podłoża, a klatkę ściska z niewiarygodną mocą imadło.
Oparta plecami o drzwi stodoły, siedziała z obnażonymi nadgarstkami, niknącymi wśród fal czerwieni. Obok leżał mały kozik. Zwykle używany do cięcia tkaniny, tym razem przysłużył się Nornom do przecięcia najcenniejszej nici. Fizys przypominała uformowany z wosku kształt, wyzuty z emocji. Jedynie zastygłe na policzkach łzy stanowiły o braku obojętności.
Spojrzał na jej twarz, jeszcze przed momentem wyrażającą pluralizm emocji, teraz jednostajnie martwą. Ujął ją za ręce, niedawno rumiane i jędrne, nynie blade, skryte plamami karmazynu i sztywne.
Trzymał je. Chciał nie myśleć, oszczędzić sobie splinu, okropnego kontrastu, ale nie mógł przestać. Przez głowę przelatywały wspomnienia. Rozmowy, objęcia, pocałunki. I spokój Wszystko to co działało jak panaceum, zdało się być najgorszą z trucizn.
Podniósł wzrok.Tańcząca na ustach łza błyszczała wśród szalejących płomieni. W końcu, jakby definitywnie świadcząc o odchodzącym życiu, spadła w fałdy bieli.
A za nią następne, w kipiel czarnej bieli.

***

Bagna niknęły w mroku ciężkim jak rtęć. Rozbrzmiewał rechot żab i furkot much, a drzewa mimo wiatru, zdawały się grzęznąć w lepkim powietrzu. Mokradło, poprzetykane małymi wysepkami, rozlewało się po lesie. Na południe od Ślęży matecznik przerzedził się, a woda rozlała w bajoro, koloru smoły i takiej konsystencji. Powierzchnia zbiornika była płaska jak stół. Spokojna, mącona jedynie przez wodniki.
I rozgorzały płomieniem ognik.

***

Mnich podrapał się w tonsurę i zanurzył pióro w kałamarzu. Świeżo wzruszony inkaust zmieszał się z wonią topionego wosku i wypełnił wnętrze alkierza. Razem z nimi pod powałą, wiły się w duchocie niewentylowanego pomieszczenia Hypericum perforatum, Chelidonium majus, Symphytum officinale oraz Berberis vulgaris, uszeregowane w ceramicznych moździerzach, tuż koło pokrytych warstwą kurzu inkunabułów.
Spod ręki duchownego wychodziły barwne iluminacje. Przez lata spędzone w zakonie doszedł do wprawy, a separacja od ludzi w murach kościelnych i restrykcyjne obowiązki sprzyjały jego umartwianiu, dzięki czemu zyskał mnóstwo czasu, który wykorzystał na konferacje esencji ludzkiej egzystencyji oraz ad maiorem Dei gloriam. Eskapizm,którego się podjął był wynikiem słabości, lecz nie pozbawiony altruistycznych pobudek. Studia woluminów, foliałów, przepastnych tomiszczy i traktatów zabijały niechciane myśli.
Odłożył pióro. Tańczący po knocie płomień oświetlił twarz mnicha. Zmarszczoną, zapadniętą i gładką jak kolano. Nie był jednak stary. Doświadczenia ukształtowały jego jestestwo, także aparycję, napiętnowały i uczyniły zeń wyrzutka.
Sięgnął po spoczywający we flakonie Ophioglossum vulgatum. Pachnął wilgocią i świeżością. Świeżością ziół i lasu, młodością i szczęściem.

Nasięźrzale, nasięźrzale,
Rwę cię śmiale,
Pięcią palcy, szóstą, dłonią.

Pater przyglądał się mu, obracał w zgrubiałych palcach. Patrzył na zielone liście. Na wesołą zieleń, symbol harmonii i spełnienia, regeneracji sił fizycznych i zmartwychwstania duchowego. Patrzył i nie wierzył w harmonię, będącą implikacją rezygnacji z życia w społeczeństwie. W spełnienie, jako zakonnik, pozbawion tego do czego ludzkość jest powołana. W siły, patrząc na uciemiężoną przez troski twarz, wysuszone ciało. W zmartwychwstanie ducha w obliczu jego recesji, requiem kompleksji i nieodżałowanej straty…

Niech się chłopcy za mną gonią;
Po stodole, po oborze,
Dopomagaj, Panie Boże.

Usłyszał kołatanie i szczęk zawiasów otwieranych drzwi.
– Ojcze prałacie, już czas.
… nie wierzył.
Włożył kwiat do flakonu, delikatnie odłożył na biurko. Sięgnął po ozdobiony iluminacjami pergamin, z napisem „edictum”.
– Idę bracie.

***

Autor: Adam Mazur
Praca na I konkurs opowiadaniowy Słowiański Bestiariusz.

Polowanie na czarownicę

Polowanie na czarownicę

Polowanie na czarownicę

Słońce chyliło się ku zachodowi. Odległe góry były malowane czerwienią. W lasach otaczających wioskę Zarzecze panowała już całkowita ciemność. Z daleka dochodził szum rzeki Jerma. Ptasie śpiewy umilkły. W ich miejsce weszło granie świerszczy i wycie wilków. Wiatr przestał wiać. Z zachodniej części lasu czuć było nienaturalny chłód. Było tam bardzo cicho, wręcz za cicho. Między pniami drzew przemykała gęsta mgła.

W chatach we wsi powoli gasły światła. Oprócz jednej. W środku chaty z drewna dębowego, pokrytej strzechą, stali dwaj mężczyźni. Jeden z nich opierał się o szafkę, która stała w nogach jednego z dwóch łóżek. Drugi stał koło kominka, w którym hajcował ogień. Oboje mieli na sobie pełne zbroje ze srebrnej blachy. Przy pasach mieli długie, dwuręczne, stalowe miecze. Pierwszy z nich był znacznie wyższy i chudszy. Miał czarne, kędzierzawe włosy sięgające mu do karku. Patrzył z założonymi rękami na swojego towarzysza. Drugi był niższy i bardzo barczysty. Co chwila poprawiał długie, rude włosy spadające mu na niebieskie oczy. Mówił gestykulując. Na jego twarzy malował się upór i zacięcie.

-Chodźmy bracie śmiało!- krzyczał i  machał rękami.

-Chodźmy! Mgła się wznosi!- odkrzyknął pierwszy mężczyzna.

-Niech nas wiedźma popamięta! Niech się stąd wynosi!- krzyczeli razem.

Podnieceni swoimi własnymi okrzykami. Złapali za pochodnie, które podpaliły się w kominku. Wypadli z chaty, zabrali konie ze stajni i ruszyli w kierunku zachodniego lasu. Oświetlali drzwi chat mijanych po drodze. Dom sołtysa, karczma, dom cieśli, kowala, a ostatni należał do emerytowanego rycerza Eustachego. Pierwszy mężczyzna zatrzymał konia na chwilę i spojrzał za siebie na swoją wioskę. Mógł tu już nie wrócić.

-Bracie?- drugi zwrócił się do niego.

-Nic.

Ruszyli w las. Mgła zasłaniała wąską ścieżynkę. Pochodnie niewiele dawały. Dzięki nim jedynie mogli dostrzegać siebie nawzajem i swoje wierzchowce. Nie widzieli, że im bardziej zagłębiali się w las drzewa rosły coraz bliżej siebie i wiszących między nimi wielkich pajęczyn, na kilku z nich siedzieli ich twórcy. Nie mogli dostrzec puchaczy, które zasiadły na gałęziach i wpatrywały się w nich. Tym bardziej nie widzieli czarnych jak noc kruków, które przeskakiwały z drzewa na drzewo za dwójką zbrojnych. Nie mogli dostrzec ich nienaturalnie czerwonych oczu. Oni tylko jechali. Byle głębiej i dalej w las.

 

Klucz zaskrzypiał przekręcony, raz i drugi. Okiennice zamknęły się z hukiem. Rozbłysnęły świece. Z sieni dochodził zapach ziół. Rozpalił się ogień pod kotłem. Czarny kot, do tej pory śpiący na łożu, wstał i przeciągnął się. Nietoperze zawieszone pod belkami rozłożyły skrzydła i zaczęły krążyć po chacie. Kobieta, piękna, młoda, z długimi jasnymi włosami, podeszła do kotła. Uniosła ręce i spojrzała w wodę, która gotowała się i parowała.

-Niech nie przeszkodzi nikt- mówiła- gdy guseł przyjdzie czas!- krzyknęła czarownica.

 

Konie nagle stanęły. Siwek pierwszego mężczyzny wierzgnął i zaparskał przerażony. Kasztanka drugiego zaczęła cofać się. Mężczyźnie udało się ją zatrzymać. Targała łbem niezadowolona. Pierwszy stanął w strzemionach i zaczął się rozglądać. W mgle dostrzegł jakiś ruch. Wielki cień przemknął przez ścieżkę. Mężczyzna zsiadł z konia. Złapał go za wodze i przeszedł, stąpając uważnie, bliżej drzew. Drugi postąpił tak samo. Stali za drzewami i patrzyli we mgłę, w której raz po raz przemykał ten sam wielki cień. Nagle mgła rozrzedziła się, ale nie zwyczajnie. Rozeszła się tworząc krąg. Wielkim cieniem okazał się wyjątkowo potężny bies. Wielki potwór przypominający byka o jelenich rogach ostrych jak miecze. Stwór kręcił się po kręgu utworzonym przez mgłę. Oczy miał dzikie i czarne. Potężnymi pazurami przednich łap i racicami łap tylnych rył ziemię. Machał nerwowo swoim długim ogonem. Odwrócił się. Dostrzegł wreszcie zbrojnych. W jego oczach pojawił się dziwny błysk. Ryknął wściekle i ruszył w stronę mężczyzn. Udało im się uniknąć rogów biesa, które wbiły się w pień drzewa. Konie zarżały i uciekły spłoszone. Drugi mężczyzna zaklął głośno. Potwór targał łbem i ryczał wściekle. Próbował wyciągnąć swoje rogi z drzewa. Mężczyźni wyszarpnęli miecze. Pierwszy doskoczył do biesa i przeciął jego bok. W tym samym momencie stwór wyszarpnął swój ciężki łeb i uderzył pyskiem prosto w pierś mężczyzny, który został odrzucony do tyłu. Plecami uderzył o pień drzewa po drugiej stronie ścieżki.

-Dalibor!- krzyknął drugi. Mężczyzna doskoczył do biesa. Ustawił się tak, żeby zasłonić brata. Pierwszy, Daliborem zwany, próbował wstać, ale tylko zatoczył się i podparł ręką o drzewo. Drugi zrobił półobrót i uchronił się przed ciosem rogów biesa. Stwór parsknął i zwrócił się ponownie w stronę mężczyzny. Był zbyt powolny. Zbrojny doskoczył i szybkim, sprawnym ruchem przeciął gardło potwora. Bies zacharczał. Jego ryk zamarł. Bestia padła na ziemie. Po chwili jego łeb leżał w kałuży krwi. Mężczyzna podbiegł do swojego brata, w biegu schował miecz do pochwy. Dalibor opadł na ziemię. Drugi mężczyzna wziął go pod ramię i uniósł.

-Nie możemy zostać tutaj. Mgła zaś się schodzi- miał rację. Mgła ponownie zeszła się. Zniknęło za nią truchło biesa.- Musimy znaleźć schronienie.

Szli powoli ścieżką. Dalibor zwisał na ramieniu brata. Nagle ich oczom ukazał się otwór w ścianie lasu. Mała leśna polanka znajdowała się tam. Krótka trawa była oświecona blaskiem pełnego księżyca. Były tam też ich wierzchowce, które skubały korę z drzew i co i niżej rosnące liście. Mężczyzna zaprowadził Dalibora na polanę i ułożył na trawie. Stęknął głośno i rozłożył się na ziemi. Jego brat spojrzał zmartwiony.

-Śpij bracie. Jak wydobrzejesz na łów pójdziemy- poklepał go po opancerzonym ramieniu.- Szkoda, że tak droga blacha się pogniotła przez tego czarciego syna. Dwa lata, żem na nią w polu harował- uśmiechnął się do wspomnień.

-Niedamirze jeno ostań przy mnie- ledwo co wystękał Dalibor.

-Ostanę, aż się lepiej poczujesz, a potem razem w las pójdziemy guślarki się pozbyć.

Dalibor nie drgnął ani razu. Zasnął po chwili. Jego brat, zwany Niedamir, czuwał przy nim, nie zamykając oka ni na króciutką chwilkę.

 

Czerwony grzyb w białe plamki zniknął w całości w kotle, w którym gotowała się woda. Bulgotała i syczała. Po chacie rozniósł się zapach wywaru z muchomora. Czarownica uniosła ręce. Nietoperze momentalnie zawiesiły się na belce pod dachem i stuliły skrzydła. Czarny kocur zjeżył się i prychnął na kobietę.

-Zaklinania pora!- krzyknęła i z jej ust popłynął potok słów w nieznanym ludzkości języku.

 

Dalibor przekręcił się na prawy bok i otworzył oczy. Nie dostrzegł swojego brata, a jednak czuł czyjąś obecność. Usiadł. Był obolały, ale już w pełni sprawny i przy zmysłach. Rozejrzał się po polanie i ujrzał go. Niedamir stał parę kroków od niego w towarzystwie trzech uroczych dziewcząt odzianych jedynie w białe, zwiewne suknie. Ich cera była wręcz trupio blada, ale nie to przykuło uwagę Dalibora. Bardziej patrzył na ich włosy w różnych odcieniach zieleni. U jednej miały barwę trawy, u następnej szmaragdu, a u trzeciej liści na początek wiosny. Patrzył bardzo dokładnie na owe trzy istoty, które nagle zbliżyły się do jego brata. Złapały Niedamira za ręce i zaczęły chodzić w kółku. Powoli, spokojnie. Uśmiechały się do mężczyzny. Dalibor zerwał się w jednym podskoku. Zauważył to czego widzieć nie powinien u żadnej, nawet najbardziej zaniedbanej damy.  Owe panny miały kudłate nogi, można by to spokojnie przyjąć, gdyby nie to, że miast stóp miały końskie kopyta. Wiły!

-Niedamir!- krzyknął Dalibor, ale jego głos zanikł w głośnym śmiechu stworów.

Mężczyzna ruszył w sukurs bratu. Wyszarpnął miecz z pochwy i doskoczył do tanecznego kręgu, który znacznie przyśpieszył. Sprawnym cięciem z przeskoku odciął jednemu wiłowi rękę. Panny zatrzymały się i puściły Niedamira. Mężczyzna zatoczył się, dyszał zmęczony. Wiły spojrzały na Dalibora. Ta wściekłość w ich oczach przerażała go, ale starał się utrzymać hardy wyraz twarzy. Nagle wiły rozmyły się w powietrzu została po nich tylko zielonkawa mgiełka, która uciekła w las.

-Dzięki Ci…- Niedamir złapał oddech.- Dzięki Ci wielkie bracie mój.

-Tyś mnie wcześniej ratował. A do tego mój brat rodzony jesteś. Trza nam sobie wzajem pomagać.

-Hejże, trza- potwierdził Niedamir.

-Dasz radę, brateńku, jechać?

-Jedźmy bracie. Zabić wiedźmę za sprowadzenie takich stworów tak blisko naszej wsi.

-Ubić ją! Ruszajmy!

Dosiedli koni i wyjechali z powrotem na ścieżynkę w lesie. Dalibor obejrzał się. Otworu w ścianie lasu już nie było. Zadrżał, ale czuł, że teraz odwagi będzie nade wszystko potrzebował.  

 

Sowy za oknami huczały coraz głośniej i częściej. Czarownica krzątała się po swej chacie. Zamiatała kurz swoją miotłą, która wbrew wioskowym nie służyła do latania. Przy okazji starła nakreślone kredą znaki magiczne, przez ludzi za czarcie uważane. Kot uciekł przed miotłą pod łóżko gdzie nie zdołała sięgnąć. Ciecz w kotle bulgotała i wylewała się małymi strużkami. Czarownica stanęła nad wywarem. Zamyśliła się. Czas nagle zwolnił.

-Czego dziś się dowiem?

 

Konie nie chętnie szły stępa w głąb lasu. Drobne kamyczki osuwały się pod ich kopytami. Dalibor odczuwał dziwny spokój. Spokój, którego tu odczuwać nie powinien. Aksamitna ciemność lasu była dla niego przyjemna. Chłód muskający jego twarz był łagodny. Mężczyzna kołysał się w siodle. Pochylił się nad szyją konia. Policzek wtulił w jego białą grzywę. Westchnął i wpatrywał się w ciemność.

Niedamir zachowywał się zupełnie inaczej. Czerń nocy denerwowała go. Prostował się na każdy szelest, każde skrzypnięcie dochodzące z głębi lasu. Martwił się. Czy coś nie wybiegnie z ciemności? Czy znów coś ich nie zaatakuje?  

Im głębiej wjeżdżali w las tym było mroczniej, zimniej. Mgła stawała się coraz gęstsza. Kruki skakały z gałęzi na gałąź. Błyszczały ich czerwone oczy. Wzrok był wbity w dwójkę zbrojnych. Ale oni tego nie widzieli.

Mgła nagle zaczęła robić się rzadsza. Widać było już przydrożne drzewa i ścieżkę. Niedamir miał przeczucie, że są już blisko. Dalibor nie zwracał uwagi na mgłę. Przysypiał w siodle oparty o końską grzywę.  Koło drogi stał jakiś mężczyzna. Konie zatrzymały się i wpatrywały w tego jegomościa. Dalibor podniósł się. Mężczyzna był on wysoki i wychudzony. Cerę miał nienaturalnie bladą, jak trup. Jego oczy były czarne i podkrążone. Włosy miał czarne, krótko ścięte. Stał oparty o pień drzewa i patrzył na ścieżkę. Bracia zmusili konie, żeby ruszyły z miejsca. Szły niechętnie i opornie, ale podeszły do mężczyzny, który uniósł głowę i przyjrzał się dokładnie zbrojnym.

-Witam- warknął. Głos miał chrapliwy i nieprzyjemny.

-Witajcie panie. Co wy tu robicie na takim odludziu?- zapytał Niedamir.

-Czekam.

-Na co, albo na kogo?

-Na was panowie- odsunął się od drzewa i stanął przed nimi.

-Na nas? Przecie my się nawet nie znamy- Niedamir był wyraźnie zaniepokojony. Dalibor nie potrafił zamaskować zdziwienia.

-Wy nie znacie mnie. Ja znam was.

Bracia popatrzyli po sobie i ponownie spojrzeli na obcego mężczyznę.

-Miło się gawędziło, ale musimy się już żegnać- jego głos już nie był normalny, ludzki. Zrobił się warkliwy. Uśmiechnął się szeroko. Dalibor i Niedamir przerazili się. W jego uzębieniu szczególnie okazale prezentowały się kły. Mężczyzna zbladł jeszcze bardziej. Jego paznokcie wydłużyły się i zaostrzyły. Jego uszy też stały się większe i spiczaste. Sam  mężczyzna urósł. Jego oczy błysnęły złowrogo. Wąpierz warknął i doskoczył do koni, które stanęły dęba. Niedamir spadł z siodła. Dalibor utrzymał się, ale jego koń spanikował i zaczął wierzgać. Mężczyzna przetoczył się przez jego szyję. Uderzył ciężko o ziemię i szybko się przetoczył, żeby uniknąć końskich kopyt. Niedamir zerwał się na nogi i wyciągnął miecz. Dalibor wstał powoli zatoczył się i sięgnął po broń. Wąpierz zniknął. Bracia podeszli bliżej siebie. Miecze unosili wysoko. Oparli się o siebie plecami i rozglądali nerwowo. Cios. Upadek. Dalibor leżał na ziemi i wił się z bólu. W prawej ręce kurczowo ściskał rękojeść miecza. Jego zbroja była rozdarta na ramieniu. Krwawił. Zacisnął zęby i starał się podnieść. Wąpierz pojawił się parę kroków od nich. Szpony jego prawej ręki były szkarłatne od krwi. Syczał wściekle. Skoczył i znalazł się tuż przy Niedamirze mężczyzna zawinął mieczem i przeciął brzuch potwora. Wąpierz zatoczył się jedną ręką trzymał się za ranę. Stanął w miejscu. Uniósł głowę i uśmiechnął się paskudnie. Wyprostował się, odjął rękę od brzucha i zaatakował. Niedamir zrobił unik. Potwór doskoczył do Dalibora. Mężczyzna blokował mieczem ciosy szponów. Męczył się, ale na jego szczęście wąpierz też. Potwór odskoczył. Nagle warknął głośno. Zasyczał, zacharczał i padł. Dalibor patrzył zaskoczony. Wąpierz miał wbity prawie do końca drewniany kołek. Za ciałem potwora stał Niedamir.

-I tyle by było ze święconego kołka- stwierdził Dalibor dysząc szybko.

-Niestety, ale gdyby nie to zabił by nas i pewno też bronilibyśmy wiedźmy.

Dalibor zgodził się ze swoim bratem skinieniem głowy. Niedamir kilkoma uderzeniami miecza odrąbał głowę wąpierza. Odrzucił ją daleko z grymasem obrzydzenia na twarzy.

-Trza nam jechać dalej. Jeśli tu ostaniemy to czart wie co nas jeszcze napadnie- stwierdził Niedamir.

-Prawda to. Ruszajmy tedy!- Dalibor gwizdnął. Konie przybiegły posłusznie. Ruszyli dalej w ciemny las. Mgła już się nie zeszła.

Duża kiść lubczyku zniknęła w wywarze. Tak samo też liść mandragory.

-Za moment, jeszcze dziś, wszystko się okaże!

Wiedźma zamieszała wielką łyżką w prawo. Wypowiedziała śpiewnie kilka tajemnych słów. I zamieszała w lewą stronę. Z kotła buchnęła czerwona para. Kobieta zajrzała do wywaru. Na powierzchni ukazała się leśna ciemność. Wokół drzewa i mgła. Na dworze było słabo słychać ruch.      W mroku widać skryte twarze.

 

Wilk, a w każdym razie coś bardzo do wilka podobnego. Wielki stwór przemieszczający się na zmianę na dwóch, to na czterech łapach. Wyskoczył spomiędzy drzew i zepchnął Niedamira z siodła. Wilkołak wpatrywał się w zbrojnych złotymi oczami. Dalibor zeskoczył z konia. Dwaj bracia stanęli obok siebie i unieśli miecze. Stwór stanął na dwóch łapach. Zamachał chwostem i zawył. Uderzył pazurami prawej łapy o pazury lewej, aż iskry poleciały. Wilkołak doskoczył do zbrojnych. Przejechał pazurami po blachach Dalibora. Mężczyzna zrobił zamach mieczem. Wilkołak odskoczył. Wybił się ze wszystkich łap i przeskoczył nad głowami braci. Jednym silnym uderzeniem zwalił Dalibora z nóg. Mężczyzna odleciał w bok. Upadł ciężko na ziemię. Miecz wyleciał mu z dłoni. Niedamir doskoczył do bestii. Ciął ją w tylną łapę. Wilkołak zawył z bólu i odwrócił się do mężczyzny. Spróbował go uderzyć, ale Niedamir zdążył odskoczyć, raz, drugi. Stwór warknął i znów zaatakował. Mężczyzna uniknął kolejnych ciosów. Wilkołak atakował coraz szybciej. Nagle zaburczał dziwnie. Dalibor zdążył się otrząsnąć i ciął potwora w bok. Wilkołak zatoczył się i odbiegł. Zrobił nawrót i zaatakował mężczyzn. Dalibor zablokował jego ciosy. Bestia zawyła. Odskoczyła i upadła na ziemię targając się z bólu. W błocie i na trawie zostawały ślady krwi. Dalibor otrzepał rękę którą wilkołak drasnął swoim pazurem. Niedamir stał obok niego. Uniósł rękę w której trzymał chwost potwora. Mężczyzna uśmiechał się. Daliborowi chciało się wymiotować, ale powstrzymał się. Bracia podeszli do wilkołaka. Bestia targała się i wyła. Niedamir wzniósł miecz.

-Nie! Czekaj!- z gardła wilkołaka wydarła się ludzki głos. Bardzo warkliwy i nieprzyjemny, ale słowa były zrozumiałe.- Nie zabijaj!- potwór podniósł się, ale już po chwili zamiast wilkołaka stał przed nimi mężczyzna. Był to chudy człowiek wzrostu Niedamira. Miał długą, brązową brodę układającą mu się na piersi. Dalibora słyszał kiedyś o czarnoksiężnikach, którzy mogli przemieniać się w wilkołaki i kiedy chcieli mogli wrócić do ludzkiej postaci.

-Ech… Pokonaliście mnie. Odejdę. Widać nie jestem godny Aliny, skoro nie potrafię jej nawet obronić przed ludźmi- mówił  mężczyzna.

Niedamir rzucił mu wilczy chwost pod nogi. Czarnoksiężnik odwrócił wzrok.

-To twoje.

-Możesz sobie zachować na pamiątkę- burknął mężczyzna. Westchnął ciężko.- Mam prośbę panowie. Nie róbcie krzywdy Alinie. Ona nie jest zła. Tylko ludzie nie potrafią w to wierzyć. Liczę iż wy będziecie mieć bardziej otwarte umysły.

Bracia popatrzyli po sobie.

-Wiedźma zginie- powiedział Dalibor.

-Więc proszę, żeby miała lekką śmierć. W razie czego wam takiej życzę. Bywajcie!- czarnoksiężnik zniknął w mroku lasu.

Niedamir zwrócił się do swojego brata.

-Chodźmy bracie śmiało!

-Chodźmy gdzie szuwary!- odkrzyknął Dalibor.

-Niechaj wiedźma popamięta ogień naszej wiary!- krzyknęli razem i ruszyli dalej w drogę. Widać już było światła z chaty wiedźmy. Kołysały się szuwary rosnące wokół małego jeziorka. Wiatr gwizdał między pniami drzew. Było coraz zimniej.

 

Nie mieli zamiaru bawić się w skradanie. Byli zmęczeni i źli po przeprawie przez las. Pragnęli już tylko wypełnić swój obowiązek i wrócić do domu, a następnego dnia obracać się w blasku chwały, wśród wieśniaków przynoszących im wina i wieśniaczek wdzięcznych za uratowanie wsi. Czekali już na dzień kiedy będą siedzieć przy kuflach z piwem i opowiadać ciekawskim dzieciakom jak pokonali wiedźmę i bestie, które miały ją chronić.

Chata była zbudowana ze ściemniałego, dębowego drewna. Dach był pokryty strzechą, na której siedziały dwa puchacze wpatrujące się w zbrojnych. Mężczyźni podeszli do drzwi. Nie chcieli się podkradać, kulturalnie zapukać też nie mieli zamiaru. Niedamir kopnął w drzwi. Nawet nie drgnęły. Mężczyzna zachwiał się i zatoczył. Dalibor w porę złapał go i pomógł ustać na nogach. Drzwi skrzypnęły i otworzyły się. Same. Nikt za nimi nie stał. Bracia popatrzyli po sobie. Złapali za miecze i podeszli bliżej. W chacie nikogo nie było. W jednym kącie stał kocioł, z którego dochodził przyjemny zapach. Na prawo od drzwi stało łóżko, a na lewo szafka z książkami. Niestety mężczyźni nie umieli odczytać tytułów. Weszli do środka. Dalibor od razu zauważył nietoperze wiszące pod belką podtrzymującą dach. Niedamir dostrzegł czarnego kocura, który siedział na łóżku i wpatrywał się w nich swoimi kocimi oczami. Bracia szli przez pokój drobnymi krokami. Po prawej stronie, obok łoża, były kolejne drzwi. Mężczyźni kierowali się w tamtą stronę. Nagle drzwi się uchyliły i wyszła z nich kobieta. Zbrojni wyszarpnęli miecze. Kobieta szła powoli. Była spokojna, uśmiechała się. Uniosła rękę w pokojowym geście.

-Mamy cię wiedźmo! Żegnaj się ze światem!- krzyczał Niedamir.

Kobieta milczała. Dalej unosiła dłoń i patrzyła na przybyszów. Jej usta poruszały się. Wypowiadała jakieś nieme słowa.

-Dalibora uważaj! Ona pewno jakie zaklęcia rzuca! Dalibor!

Mężczyzna nie reagował. Stał tylko wpatrując się w kobietę. W jej zielone oczy, bladą cerę i kruczoczarne włosy.

-Dalibor!- Niedamir krzyczał, ale jego brat nie słuchał go. Opuścił rękę i wypuścił z niej miecz. Patrzył jak urzeczony na wiedźmę.- Dalibor! Spójrz na mnie! Ona cię zaczarowała! Nie!- Mężczyzna ruszył. Kobieta opuściła dłoń. Dalibor odwrócił się i uderzył pięścią w pierś brata. Niedamir odleciał na dwa kroki w tył i upadł uderzając o stół, którego wcześniej nie zauważył. Zamroczyło go. Otrząsnął się i uniósł głowę. Nad nim stał Dalibor z jego mieczem w ręce. Mężczyzna uniósł broń.

-Nie zabijaj!- krzyknęła kobieta.

Dalibor zatrzymał cios i opuścił miecz. Niedamir wstał. Brat rzucił mu miecz.

-Oddaj mi brata wiedźmo!

-Nie trzymam go. Jeśli będzie chciał może odejść- mówiła spokojnie kobieta.

-Akurat! Zaczarowałaś go!

Kobieta uniosła dłoń. Wypłynęła z niej niebieskawa mgiełka, która otoczyła Dalibora. Mężczyzna zakaszlał. Jego oczy błysnęły. Spojrzał na kobietę i przeniósł wzrok na brata.

-Odejdź.- warknął.

-Co?- Niedamir był zadziwiony.- Ależ bracie…

-Wynoś się!- krzyknął Dalibor i zrobił krok w stronę mężczyzny.

Niedamir złapał swój miecz. Schował go do pochwy. Wyszedł. Zatrzymał się za drzwiami.

-Spróbuj zrobić mu krzywdę, a wrócę i zabiję cię wiedźmo- rzucił i ruszył w stronę lasu.

Dalibor westchnął.

-Niech włos mu z głowy nie spadnie- powiedział patrząc w ślad za bratem, który zniknął we mgle.

-Nie martw się o niego- wiedźma podeszła i wtuliła się ramię Dalibora.- Dotrze do Zarzecza cały i zdrowy.

Mężczyzna wierzył jej.

 

Nad Zarzeczem wstawało słońce. Znad Jermy nadchodziła ranna mgiełka i wciskała się między chaty. Ludzie wychodzili przed drzwi i pozdrawiali się wzajemnie. Stary rycerz Eustachy od razu skierował się do karczmy. Każdego dnia zostawiał tam małą fortunę kupując to gorzałkę, to piwo, albo tanie wino rozcieńczane wodą.

Od zachodu zbliżał się stępem samotny jeździec. Kasztanka miała spuszczony łeb. Była przemęczona. Chwiała się na nogach. Mężczyzna w siodle kołysał się w rytm jej kroków. Głowę miał spuszczoną i oczy zamknięte, ale nie spał. Ludzie dojrzeli go. Niektórzy od razu go poznali. Wybiegli mu na spotkanie. Kilku chłopów złapało konia. Trzech mężczyzn  i pokaźna gospodyni pomogli zsiąść jeźdźcowi z kasztanki. Niedamir zatoczył się, ale wieśniacy go podtrzymali. Jego błędny wzrok nie mógł im nic powiedzieć.

-Urok na niego rzuciła- przeraził się stary, wąsaty mężczyzna w kowalskim fartuchu.

-A naszego Daliborka czarostwem ubiła!- krzyknęła gospodyni.

Niedamir zaprzeczył ruchem głowy. Wieśniacy spojrzeli na niego z zaciekawieniem.

-Do karczmy z nim! Jemu mus się napić!

Gospodyni i kowal złapali go pod ręce i zaprowadzili do karczmy.

 

Niedamir, dalej z błędnym wzrokiem, patrzył na słynny, zarzeczny omlet z grzybami. Ustawiono przed nim kufel najlepszego piwa. Kowal, kilka gospodyń, sołtys, karczmarz, cieśla, rymarz i dwóch gospodarzy otaczali go. Nakłaniali do napicia się, do zjedzenia i do opowiadania. Przy tym ostatnim sołtys zawsze uderzał pięścią w stół i krzyczał, że jeśli Niedamir zechce to opowie. Ale on nie chciał.

Nagle naszła go myśl. On i Dalibor nie dali rady wiedźmie. A do tego jego brat tam został. Trzeba teraz nie tylko ubić wiedźmę, ale i odbić Dalibora z jej objęć. Złapał za kufel i wypił sporą część zawartości. Uderzył naczyniem o stół i wstał.

-Czarownica oczarowała mego brata i uwięziła u siebie. Trza nam go zabrać! Odebrać co nasze!

Po karczmie rozniósł się krzyk. Jakaś butelka rozbiła się o podłogę. Kilka ław z hukiem zostało przewalonych. A rycerz Eustachy zwalił się pod stół.

-Kto żyw! Komu odwagi w drodze nie zbraknie! Ten niech łapie za miecz, siekierę, lub widły! Idziemy ubić czarci pomiot! Idziemy po mojego brata!

Krzyki zostały podchwycone przez tłum. Za broń! Ubić wiedźmę! Po Dalibora! Więcej piwa! Wszyscy krzyczeli co im ślina na język przyniosła. Niedamir w kilku kęsach pochłonął już zimny omlet i zerwał się do wyjścia. Wszyscy poderwali się z ław i w dużej mierze z trunkami i ruszyli za nim.

Tylko Eustachy został. Z miną jakby nic się nie stało wstał i usiadł na ławie. Złapał za kufel i pociągnął porządny łyk. Otarł pianę z długich wąsów i koziej bródki. Rozejrzał się po sali i spojrzał na drzwi.

-Głupi, głupi. Porywają się na wiedźmę jako i ja w młodości na całą hordę barbarzyńców. Jeno ja byłem swego czasu trzeźwy i bez wiary w przyszłość- znów się napił i kontynuował swój monolog.- Głupoty im nie da się odmówić.  Niech staną przed niebezpieczeństwem. Z honorem łatwiej się rozstać, niźli z życiem- po tych słowach oparł głowę o stół i już po chwili donośnie zachrapał.

 

Dalibor patrzył w dal. Na drzewa kołyszące się w rytm powiewów wiatru. Na lekko marszczoną taflę jeziorka. Na szuwary poruszane odlotami i przylotami ptaków, które w nich schowały swoje gniazda. Na policzku czuł przyjemny powiew wiatru. O nogi ocierał mu się czarny kocur uparcie usiłujący zwrócić jego uwagę na zdobycz, którą właśnie mu przyniósł, pokaźnych rozmiarów, tłustą, szarą mysz. Nozdrza drażnił mu słodki, kwiecisty zapach perfum. Na swoim ramieniu czuł ciepło. Ciepło ciała kochanej osoby. Ona też patrzyła w dal. Jej usta poruszały się w niemym monologu. Pewnie mówiła jakieś zaklęcia, które wspomagały tę cudowną chwilę, ale jemu to było obojętne.

Nagle posmutniał. Naszło go zamyślenie. Czy aby na pewno nie jest pod wpływem czaru? Przybył tu by zabić wiedźmę, która usiłowała zabić ich. Był tu ze swym bratem, którego o mało nie pozbawił życia. Uratowała go, ale i naraziła na to Alina. Piękna kobieta, z którą w tej chwili podziwiał krajobraz. Którą pokochał. W jedną chwilę zniknęło wszystko to w co do tej pory wierzył. Ona nie była okrutną wiedźmą. Była urodziwą kobietą znającą arkany magii. Prawdziwe były tak rzadko spotykane. Zazwyczaj na stosach kończyły niewinne kobiety, albo trochę bardziej wykształcone od mężczyzn, albo takie, które z własnej głupoty prezentowały jakieś proste zaklęcia. O tym wszystkim uświadomiła go Alina. Ale czy to jeszcze bardziej nie świadczyło o tym, że jest przez nią oczarowany? A nuż to brat miał rację?

Nie chciał mącić tej chwili. Odegnał ponure myśli i pytania. Liczyło się to że jest tu. I że jest z nią. I tak blisko. Czuje jej ciepło. Jej szczęście. Bo i ona cieszyła się tą chwilą.

Jej jasne włosy łaskotały ją po policzku. Drugi miała przyciśnięty do ramienia Dalibora. Była szczęśliwa. Znalazła wreszcie inne towarzystwo niż kocur, nietoperze, kruki i czarnoksiężnik, którego zaloty ignorowała przez wiele lat. Dalibor był też inny od tłumów, które ją odwiedzały. Tacy goście zazwyczaj wymachiwali pochodniami i krzyczeli: ,,Spalić wiedźmę!”. Mężczyzna był wolny. Mógł odejść. Wszystko zależało od niego. Ale on chciał tu być. Dla niej. Może ją kochał. Nie była pewna jego uczuć, ale ufała mu. Szczerze.

Nie czekali do nocy, bo i po co. W zachodni las ruszył Niedamir, a za nim kowal, rymarz, bednarz, tęga gospodyni, kilku gospodarzy, barczysty karczmarz i cieśla. Szli, krzyczeli płosząc kruki i szaraki, wymachiwali broniami.

-Chodźmy bracia śmiało!- wszyscy razem wznosili okrzyk.

-Chodźmy mgła się wznosi! Niech nas wiedźma popamięta, niech się stąd wynosi!

-Chodźmy bracia śmiało! Chodźmy gdzie szuwary! Niechaj wiedźma popamięta ogień naszej wiary!

Zbliżali się do chaty. Drzwi były zamknięte, a z komina unosił się dym. Niedamir szarpnął klamkę i wpadł do chaty. Wieśniacy poszli za nim. Dalibor stał pośrodku pokoju. Patrzył zaskoczony na brata i jego towarzyszy.

-Spodziewaliśmy się, że nas odwiedzić, ale nie z takim gronem sąsiadów.

-Przybyliśmy cię odbić bracie!- krzyknął Niedamir.

-Odbić? Ale jakże to?

-Ta wiedźma cię tu czarami trzyma, ale my cię zabierzemy.

-Żadne czary mnie tu nie trzymają- po tłumie przeszedł dziwny pomruk.

-Wydaj nam tę czarcią kochanicę- krzyknął karczmarz.

Dalibor spojrzał na niego z gniewem.

-Skoro ona czarcią kochanicą, to ja samym czartem jestem.

Tłum zamruczał. Niedamir spojrzał ze smutkiem na brata. Opuścił miecz i cofnął się, ale wieśniacy blokowali wyjście. Nagle z drugiego pokoju wyszła Alina. Nie była zaskoczona widokiem tłumu ludzi. Stanęła obok Dalibora.

-Witaj Niedamirze!- powiedziała spokojnie.

Mężczyzna spuścił wzrok. Skinął tylko głową.

-Zabić wiedźmę!- krzyknął ktoś z tłumu.

-Tylko spróbujcie!- Dalibor odsunął Alinę i złapał za miecz.

Bednarz odepchnął Niedamira i skoczył ku mężczyźnie. Dalibor sparował jego pierwsze ciosy. Zrobił unik i uderzył go głowicą miecza w głowę. Bednarz upadł nosem prosto w kąt pełen pajęczyn, kurzu i mysich bobków. Za nim skoczyli gospodarze, karczmarz i cieśla. Dalibor robił uniki, parował ciosy i kontrował, ale nie dawali mu czasu na zadanie ciosu. Doskoczyli jeszcze kowal i rymarz. Mężczyzna został odepchnięty pod ścianę. Ktoś uderzył go w brzuch, ktoś inny skaleczył w nogę. Upadł na jedno kolano. Nagle gospodarz i karczmarz wylecieli w tył i wypadli za drzwi przewracając gospodynie. Bednarz próbował się podnieść, ale Niedamir silnym kopnięciem ponownie wsadził jego twarz w kąt. Alina zaklęciem sparaliżowała kolejnego gospodarza, który szykował się do pchnięcia Dalibora widłami w brzuch. Niedamir doskoczył do niego i jednym pchnięciem sprawił, że chłop wylądował pod drzwiami. Dalibor zerwał się i odepchnął pozostałych wieśniaków. Alina wrzuciła jakiś nieznany proszek do kotła z wywarem, który nagle zaczął bulgotać i wydzielać czerwonawą parę.

-Dalibor!

Mężczyzna odwrócił się do niej. Złapała go za ramię i zniknęli.

 

Trzy lata później

 

Minęły trzy lata od wydarzeń w dawnej chacie wiedźmy. Dalibor i Alina mieszkali teraz na końcu świata w wiosce Czarna. Kobieta została miejscową zielarką, a mężczyzna poduczył się i został wioskowym stolarzem, a w razie wypadków chronił chłopów. Dochowali się dwójki dzieci. Córeczki Lubomiły i syna Niedamira. Dzieci bawiły się w pobliżu zapiecka misiami uszytymi przez Alinę. Mrucek pomrukiwał głośno, ale już od dawna nikt na niego nie zwracał uwagi. Zadomowił się u nich parę tygodni po ich wprowadzeniu się do tej chaty. Nawet dzieci przestały się go bać. Następnym domownikiem okazał się chochlik, który bardzo upodobał sobie ich spiżarnie. Na szczęście Alinie udało się go przegnać. Od czasu do czasu w ich chacie pojawiały się różne stwory. Pod krzakiem czarnego bzu zadomowił się bzionek Kiedyś odwiedziły ich krasnoludki i pomieszkiwały przez parę dni. Swego czasu po chacie kręcił się chowaniec. A Alina odkryła, że w ich domu ukrywać musi się trusia, której nikt na razie nie widział.

Dalibor siedział przy stole i czytał list od swojego brata. Niedamir często do nich pisał. Raz nawet ich odwiedził. Proponowali mu nawet aby z nimi został, ale okazało, że on też ułożył sobie życie. Musiał wyprowadzić się z Zarzecza. Osiedlił się w mieście Raszka. Tam przygruchał sobie pewną wdowę i zamieszkał z nią. Oczekiwał dziecka. Służył w miejskiej straży. Wprawdzie jego ukochana miała po swoim byłym mężu taką fortunę, że do końca życia mogliby nic nie robić, ale on chciał pracować.

W listach często przepraszał Dalibora za atak na niego i Alinę w chcie wiedźmy. Przysięgał, że zmienił pogląd na temat ukochanej brata. Przestał wierzyć w chłopskie bajania. Kiedy straż próbowała spalić jakąś biedną dziewczynę on odwiódł ich od tego udowadniając, że ona jest tylko zwykłą zielarką. Życzył Daliborowi szczęścia w miłości i nowym życiu.

Mężczyzna czytał list, w którym Niedamir opisał mu wesele starych znajomych swojej ukochanej. Pisał, że nigdy tak dobrze się nie bawił. ,,Kiedyś ja cię zaproszę na takie wesele, kiedy ja stanę na ślubnym kobiercu”, tak brzmiała końcówka listu. Dalibor otarł łzę, która bez przeszkód spłynęła mu po policzku. Alina podeszła do niego i pocałowała w policzek. Mały Niedamir przytulił się do spódnicy matki, a jego siostrzyczka wskoczyła na kolana ojca. Mogli cieszyć się spokojnym życiem na końcu świata. Nigdy już nie usłyszą słów: ,,Zabić wiedźmę”. Teraz mieli przed sobą tylko sielankę i wspólną przyszłość.

Autor: Ala Jamróz
Praca na I konkurs opowiadaniowy Słowiański Bestiariusz.

Dziecię Żmijów

Dziecię Żmijów

Dziecię Żmijów

 

Nie wiele pamiętał sprzed Przemiany. Tylko nieokreślone obrazy o wodzie i niezmąconej ciszy, od czasu do czasu przerywanej rechotaniem żab. Urywane myśli bez prawa istnienia, czy najmniejszego sensu. Potrzeby związane z jedzeniem, ucieczką czy znalezieniem samicy nie wymagały zaangażowania jaźni. Kierowany instynktem działał niemal machinalnie, ale był szczęśliwy, jeśli mógł użyć tego pojęcia w odniesieniu do czasów, kiedy nawet go nie znał. Zaspokajał swoje potrzeby i robił wszystko żeby przetrwać, chociażby w postaci potomstwa. To były dobre dni. I wszystko wydawało mu się wówczas prostsze.

Potem poczuł Zew i nadszedł czas Przemiany. Nie miał pojęcia, jak wyglądał wcześniej. Nigdy go to interesowało. Któregoś dnia jednak usłyszał Głos, każący mu się zmienić. I posłuchał go. Zdawał sobie sprawę z tego, że dawniej nie miał tak długiej szyi. Dlaczego? Ponieważ obrazy ze wspomnień pokazywały mu świat z innej perspektywy, bardziej przyziemnej. Teraz mógł wznosić głowę ponad liście, pod którymi zwykł się chować. Lecz nie tylko to się zmieniło. Dawnej nie był w stanie spojrzeć w swoje oblicze, a teraz mógł obserwować jeszcze dwa inne łby unoszące się po bokach jego własnego. Wykrzywiały pyski w dziwnym grymasie radości spoglądając na niego. Czy i one miały takie myśli? Czyżby już nie był sam? Czy w momencie kiedy ledwie zdążył zaistnieć jako „ja”, pojawiło się „my”? Znów zatęsknił do swego poprzedniego istnienia. Jakby tego było mało, na grzbiecie wyrosły mu dziwne płetwy, ale zupełnie nie nadawały się do pływania. Potrafił sobie wyobrazić (kolejne nowe słowo), jak sprawiłyby się pod wodą, ale wciąż były zbyt duże, zbyt kanciaste, by właściwie działać. Istniały lepsze rozwiązania, a na płetwach się znał. Pamiętał je z innego życia.

Wraz ze zmianami w ciele i świadomości pojawiło się nienasycone pragnienie. Głos, który wezwał go do zmiany, nakazał mu również pić, zdobywać wodę, a on słuchał  jak zahipnotyzowany. Najpierw był malutki, więc tylko zlizywał rosę z liści i chłeptał życiodajny płyn z kałuż, ale z czasem przestało mu to wystarczać. To uczucie było niemal nie do zniesienia. Nie ważne co zrobił, ile wypił, Pragnienia nie dało się ugasić. Wkrótce przyszedł czas na stawy, jeziora, a nawet rzeki. Pił tak łapczywie, że nawet nie zwracał uwagi, czy w nieprzerwanym strumieniu wody nie zaplątała się jakaś zwierzyna. Mało go to obchodziło. Musiał zaspokoić pragnienie, musiał usłuchać Głosu. Jeśli tego nie robił, cierpiał. Więc pił jeszcze więcej, a jego zmienione ciało zdawało się rozrastać z każdym łykiem wody.

W krótkich chwilach wytchnienia, kiedy musiał znaleźć miejsce nowych, wodnych żerów, zastanawiał się jaka istota, jaka nieziemska siła sprowadziła na niego to przekleństwo. Chciał znów osunąć się w błogą nieświadomość instynktów, ale nie mógł. Nie dane mu było nawet zginąć. „Jeszcze nie teraz” podpowiadał głos. Więc wędrował poszukując coraz to nowych źródeł, za jedyny cel swego istnienia mając pochłanianie olbrzymich ilości wody.

Któregoś dnia znalazł się w miejscu zamieszkanym przez dziwne, dwunożne istoty, którym Mokosz poskąpiła futer, kłów i pazurów. Nie wiedzieć jednak czemu, bał się ich. Z początku niepokoił się, że w końcu go dostrzegą. Dlatego też z początku starał się ukrywać przed nimi, mimo że szuwary i wysokie trawy już dawno przestały go zasłaniać. Wówczas to zorientował się, że mimo swych rozmiarów, udaje mu się przemykać niezauważenie wśród ich legowisk. Zupełnie jakby go nie dostrzegały. Ba, nawet nie wyczuwały! Czasem pozwalał sobie na wypijanie ich zapasów wody, zwłaszcza jeśli Pragnienie boleśnie dawało o sobie znać. Kilka razy został nawet „nakryty” i stanął oko w oko z jednym z nich, ale jego istota pozostawała dla nich niezauważalna. Dopiero wówczas poczuł się bezkarny.

 

***

– Niech to Perun trzaśnie! Gdzież ten dzieciak znów się podział? – Znamir po raz kolejny obchodził tereny wokół grodu. Niemal żałował, że zgodził się przygarnąć znajdę pod swoją opiekę. Drogowid był już za duży, by kobiety się nim zajmowały, a inni mężczyźni mieli własne problemy. Kiedy myślał, że dzięki temu znajdzie pomoc na stare lata, wydawało mu się to dobrym pomysłem. Zapomniał tylko o jednym. Zupełnie nie znał się na wychowaniu młodych.

Zniechęcony przysiadł na brzegu jeziora. Niepokoiło go jak bardzo obniżył się poziom jego wód. Już teraz dostrzegał zbyt wiele miejsc pozwalających na niebezpiecznie bliskie podejście do grodu, a gdyby jeszcze ściął je mróz, mieliby problem z obroną. Westchnął ciężko. Będzie musiał wspomnieć o tym Naczelnikowi. Trzeba będzie przygotować się na najgorsze. Jednak najpierw musiał znaleźć Drogowida.

Z tego miejsca aż za dobrze widział drewnianą palisadę grodu i groblę prowadzącą do bramy. Wraz z zachodem słońca zostanie zamknięta, a wówczas chłopak będzie musiał spędzić noc pod gwiazdami. Dlaczego w ogóle się tym przejmował? Może gdyby przyszło mu spać poza domem, w końcu doceniłby ciepło paleniska i wygodę posłania.

Znamir niechętnie pokręcił głową. Za nim smark trafił do ich osady, wiele dni błąkał się samotnie. Sen na gołej ziemi nie był mu obcy, a sam fakt, że dzieciak przeżył dowodził jego zaradności i błogosławieństwa bogów. Albo ich przekleństwa.

Niespokojnie masował nogę. Znów zaczynała go boleć, choć dziś zrzucił to na przepracowanie. Dawno się tyle nie nachodził. Od czasu, gdy maczuga strzaskała mu ją w trakcie obrony grodu, nie nadawał się do walki. Aż dziw, że mu jej nie odjęli, choć jeszcze większym niepokojem napawało wszystkich to, że przeżył. Bogowie tak chcieli. Akceptował ich wolę, pomimo niepewności, czy chcieli go przekląć czy pobłogosławić. Nawet Żerca tego nie wiedział, a ponoć sam z nimi rozmawiał. Znamir cicho parsknął śmiechem i pogładził swoje jasne wąsy. Wbrew pozorom pasowali do siebie z Drogowidem, choć na pierwszy rzut oka różniło ich wszystko.

Mężczyzna był człowiekiem spokojnym, słusznej postury. Mimo że od dawana już nie walczył i musiał wspierać się na lasce, nie oszczędzał się i zachował wiele ze swej młodzieńczej siły. Jego jasne włosy wydawały się niemal białe, szczególnie w pełnym słońcu, a potężnych wąsisk niejeden mu zazdrościł. Znamir cenił sobie swoją samotność przez co, a może i przez swoistą niechęć do niewiast, nigdy nie założył rodziny. Jednak nie uczyniło to z niego pustelnika. Zawsze chętnie porozmawiał, pośmiał się i miodu z sąsiadami też nie odmawiał, szczególnie gdy przychodzili podziękować mu za pomoc. Nie wypadało inaczej.

Drogowid natomiast był zbyt poważny jak na swój wiek, żeby nie rzec ponury. Stronił od ludzi, akceptując jedynie obecność swojego obecnego opiekuna. Z resztą, gdzie się nie pojawił jego smoliście czarne, kręcone włosy i równie ciemne oczy wywoływały szereg szeptów. Młodemu nie było łatwo, a w gruncie rzeczy dobry był z niego chłopak. Nie marudził, nie skarżył się, nie wymigiwał się od roboty, tylko nieraz znikał na całe dnie, dodając niepokojów spokojnemu życiu Znamira. Ten zaś przywiązał się młokosa bardziej, niż chciał się przyznać.

Niespokojny szelest spłoszył kaczki do lotu. Wśród szuwarów zamajaczyła ciemna czupryna.

– Długo tam siedzisz? – spytał jak gdyby nigdy nic.

– Cały czas – odparł Drogowid. – Widziałem jak wychodziłeś z grodu. – Usiadł obok niego wpatrując się w jezioro.

– To dlaczego się nie pokazałeś? – sapnął gniewnie, przeszywając chłopaka jasnym, błękitnym spojrzeniem. – Myślisz że nie mam nic lepszego do roboty jak szukanie ciebie?

– Gdy częściej chodzisz, mniej utykasz – odparł poważnie, nie odrywając oczu od wody. – Miałem wyjść jak tylko zaczniesz zbytnio kuleć. Poza tym nigdy nie oddalam się zbytnio od grodu. Zawsze na tyle, by zdążyć wrócić przed zmierzchem. – Spuścił głowę i zerwał pobliski liść, który natychmiast zaczął drzeć w placach. – Zbytnio się boję – westchnął. – Poza tym miałem coś do zrobienia – wyszeptał.

– Ech, czasem jak ze mną rozmawiasz zastanawiam się, który z nas jest starszy. – Podniósł z ziemi płaski kamień i rzucił go w stronę jeziora tak, że ten odbił się od jego tafli jeszcze kilka razy.

Milczeli wsłuchując się w odgłosy życia wokół nich. Jakoś nigdy im to nie przeszkadzało. Nie potrzebowali wiele rozmawiać, by dobrze się rozumieć. Tak jakby nie żadne klątwy ich połączyły, czy ludzka głupota, tylko ta cisza, którą można dzielić wyłącznie z kimś, kto ją docenia.

– Wiesz, że nie możesz mi tak znikać – stwierdził Znamir po dłuższej chwili.

– Ale to co robię jest ważne… – złapał jakiś patyk i zaczął grzebać nim w ziemi.

– A co może być ważniejsze od opieki nad kaleką takim jak ja – chciał, żeby zabrzmiało to żartobliwie, ale nie bardzo mu to wyszło. Znów masował swoją nogę.

– Łapię żaby… – spuścił głowę jeszcze niżej, jakby się tego wstydził.

– Co?

– Łapię żaby i węże i zabijam je – odparł z chłodną determinacją.

Znamir pobladł ze wściekłości.

– Wszystkiego się mogłem po tobie spodziewać – zaczął gniewnie szykując się na wściekłą tyradę, ale wtedy dostrzegł smutek w oczach chłopaka. Nie było w nich dumy i tej odrobiny szaleństwa, jakimi zwykli pałać dręczyciele zwierząt. Więc zamiast przylać mu laską zapytał:

– Dlaczego?

– Żeby już nikogo nie skrzywdziły – odparł cicho jeszcze bardziej kurcząc się w sobie.

– A kogóż miałyby skrzywdzić te biedne żabki? – nie był w stanie ukryć rozbawienia.

– Nie one. Smoki.

 

***

Jego nowe istnienie było kierowane Pragnieniem. Pojawiał się wszędzie tam, gdzie jeszcze była woda, a gdy odchodził, wokół następowała susza. Rozrósł się przy tym niepomiernie i już w niczym nie przypominał tej małej istotki, potrafiącej skryć się w cieniu liści. Teraz był tak ogromny, że nic nie mogło mu zagrozić. Nawet gdyby był widoczny. Tak mu się przynajmniej wydawało, bo nikt nigdy nie stawił mu wyzwania. Nawet Mamuny, Licha i Wodniki, czy też inne istoty nocy schodziły mu z drogi. Tak, widziały go i to od zawsze, choć on dopiero niedawno nauczył się je dostrzegać, a raczej słyszeć w ich wnętrzu echo Głosu. Jakby stworzyła je ta sama moc, która i jego powołała do życia. Ale on był doskonalszy, potężniejszy od nich wszystkich.

Nieustanne pragnienie wody popychało go do dalszego działania, poszukiwania nowych źródeł, które niemal ginęły w jego olbrzymich paszczach. Nieraz słyszał jęki istnień, które pochłaniał wraz z wodą, ale one nie syciły go wcale. Nie robiło mu różnicy, czy były tam czy nie. Może jedynie złościło, że zabierają mu miejsce na cenną wodę. Poza tym nie poświęcał im większej uwagi. Kiedyś spróbował je omijać, pijąc wodę tak ostrożnie jak tylko się dało, ale wówczas pragnienie omal nie doprowadziło go do szaleństwa. A może już był szalony? W każdym razie drugi raz tego nie zrobił. Jeśli nie zdołały uciec, to była wyłącznie ich wina. Nie polował na nie. Chciał tylko ugasić pragnienie.

Aż nadszedł wschód słońca, który wszystko zmienił. Głos w jego wnętrzu nagle zamilkł, a wraz z nim przepadł sens jego istnienia. Bo jeśli nie gromadził wody, to co miał zrobić z nowo nabytym jestestwem. Nie widział innych istot mu podobnych. Czyżby był jedyny? Brak Głosu – jedynej siły zmuszającej go do życia – niemal poraził go zupełnie.

Jednak zagubienie i pustka były tylko chwilowe. Jak mógł pomyśleć, że został sam? Nagle poczuł, że doskonale wie do czego służą dziwne „płetwy” wyrastające mu z grzbietu, więc rozłożył je jak szeroko się dało. „Skrzydła” coś szeptało w jego wnętrzu. Wówczas Głos w nim odezwał się z jeszcze większą siłą niż dotychczas. „Leć” powtarzał i nie można mu było się sprzeciwić. Wówczas poczuł na sobie spojrzenia setek istot, z trwogą czmychających na widok bestii, która w końcu ujawniła swoje istnienie. Duma rozpierająca jego ciało wydobyła z jego wnętrza głos zadowolenia. Dźwięk ten, niczym pomruk nadchodzącej burzy, rozległ się po okolicy. Nie wiedział, że obudził w ten sposób siłę, która tylko na to czekała i zaalarmowana nadchodzącym niebezpieczeństwem, natychmiast ruszyła w stronę nowo objawionego smoka.

Zamachnął skrzydłami, a woda w jego wnętrzu poruszyła się niespokojnie. W końcu wzbił się w powietrze i zaczął lecieć. W przebłyskach poprzedniego istnienia, przypominał sobie swoje własne, zazdrosne spojrzenie towarzyszące ptakom, do których niepodzielnie należało niebo. Teraz, dzięki nieznanemu Stwórcy, to on był Władcą Przestworzy. I jego istnienie miało cel. Prawdziwy cel! Głos mu wyjaśnił. Wszystkimi trzema łbami spojrzał na południe. Gdzieś tam kryło się miejsce, na które miał spuścić strugi wody gromadzone przez te wszystkie miesiące.

 

***

– Smoki? – spyta z niedowierzaniem Znamir.

Chłopak raz po raz dźgał patykiem ziemie. Na jego zaciętej twarzy pojawił się smutek. Mężczyzna zrozumiał jak niewiele wiedział o swoim podopiecznym. Ten nigdy nie opowiadał o sobie, ani o tym co przeszedł, a Znamir nie pytał, sądząc że prędzej czy później dowie się wszystkiego. Z resztą brak gadatliwości było czymś, za co polubił chłopka, więc teraz nie przeszkadzał mu, nie pognębiał dalszymi pytaniami. Zdołał poznać go na tyle by wiedzieć, że gdy ten poczuje się na siłach, wszystko mu powie.

Północny wiatr przyniósł powiew chłodu. Poczerwieniałe liście porzuciły swoje stałe miejsca na gałęziach i postanowiły z nim zatańczyć ten ostatni raz, nim na dobre wylądują na ziemi. Niespokojne ptactwo poderwało się do lotu. Znamir nie był pewny, co też je spłoszyło, ale być może jakiś drapieżnik skrył się w lasku na drugim brzegu. W końcu każdy radził sobie jak umiał. Nagle zrobiło się bardzo cicho, a on wciąż, niemal nieświadomie masował prawą nogę.

– Nadchodziła burza – zaczął cicho młodzian. – Ale nie jedna z tych, które zwykle tkają Pałetnicy. – Spojrzenie miał zupełnie puste, jakby jego duch na tę chwilę opuścił ciało, by nie wspominać znów tragedii, która tak bardzo nim wstrząsnęła. – Już z dala widzieliśmy błyski, ale tak silne, że nawet najstarsi wyglądali na przestraszonych. Szeptali coś o Żmijach walczących ze smokiem. O piorunach będących ich jedyną bronią przeciwko bestii Welesa. Z resztą nie bardzo ich słuchałem. Dla niego istniały ciekawsze rzeczy do zrobienia niż siedzenie i słuchanie jak jakieś stare próchno skrzeczy o bogach i magii, choć inne dzieciaki z oczami błyszczącymi podnieceniem słuchały uważnie. Chciałem zostać wojownikiem. Uważałem, że nie potrzebuję tego, że z wszystkim poradzę sobie sam, byleby dali mi włócznie do ręki i pozwolili zrobić z niej użytek. – zamilkł wpatrując się w przestrzeń. Niebo ciemniało coraz bardziej zwiastujący rychłe nadejście nocy.

– Miałem się schować, zająć siostrą, która niespokojnie kwiliła na posłaniu, ale byłem zbyt ciekawy – kontynuował po chwili. – Wszyscy starali się jakoś chronić wioskę, mimo że nie bardzo wiedzieli przed czym. Ich starania bardziej przypominały chaotyczną bieganinę, a nie skoordynowane działanie. Starszych też nikt już nie słuchał. Jakaś dziwa panika zaczęła się wkradać w serca naszych mężczyzn, ale nie w moje. Byłem gotowy stawić czoła wszystkiemu, ale wówczas coś zauważyłem. Na chwilę przed tym za nim rozpętał się chaos. Zobaczyłem…

– Chłopcze… – zaczął Znamir, ale tak naprawdę nie wiedziała co powiedzieć. Jeszcze nie teraz. Z resztą Drogowid zdawał się go nie dostrzegać zbytnio pochłonięty swoimi wspomnieniami. Może nadszedł dla niego czas oczyszczenia, każdy czasem tego potrzebował.

– Z wielkiej, ciemnej chmury tuż nad horyzontem wyłonił się koszmarny, wężowy łeb, którego ryk brzmiał jak najgłośniejsze z burzowych gromów. Chwilę później oślepił mnie błysk i usłyszałem uderzenie pioruna. Głośne i strasznie bliskie. – Znów się zamyślił – Spudłowali. – W jego oczach pojawiły się łzy, a w głosie pojawiła się gniewna nuta. – Zamiast trafić w ten durny łeb, trafili w naszą chatę – mówił przez zaciśnięte zęby. – To nie były zwykłe pioruny. Ogień nigdy nie rozprzestrzeniał się tak szybko. – Łzy spływały po jego policzkach coraz większym strumieniem. – Gdybym został w środku, może zdołałbym ją wynieść. Ojciec próbował. Myślał, że oboje jesteśmy tam uwięzieni, ale ja stałem z boku i nie mogłem się ruszyć. Ojciec strasznie się poparzył, ale nie mógł nic zrobić, a ona płakała tak głośno… – zamilkł próbując się uspokoić. – Potem z nieba runęła ściana gradu tak gęsta, jakby faktycznie sam Weles zesłał na nas karę. Żmijowie ciskali piorunami jeden za drugim, wiatr zrywał dachy i wyrywał drzewa z korzeniami, ludzie krzyczeli… Aż nagle wszystko zgasło. W jednej chwili widziałem spanikowanych sąsiadów, a w drugiej była już tylko ciemność. I wtedy powinienem umrzeć – stwierdził z goryczą. – Kiedy się obudziłem, w wiosce nie było nikogo, choć tak naprawdę samej wioski też nie było. Ledwie ruiny, po których nie poznałbyś ludzkiej siedziby. Zostałem sam i tylko bogowie raczą wiedzieć dlaczego – skrzywił się. – Resztę o błąkaniu się i trafieniu do was już znasz.

Znamir pokiwał głową. Powoli zaczynał się domyślać, o co  tym wszystkim chodzi, co nie znaczy, że podobało mu się zachowanie chłopaka. Zupełnie jakby nie rozumiał…

– Długo zastanawiałem się nad swoim losem – przerwał mu rozmyślania. – Czego jak czego, ale czasu miałem aż nad to. Wiesz, że nawet rozmawiałem z waszym Żercą? – mężczyzna skinął na potwierdzenie – To mądry człowiek. Nie tylko bogobojny, ale mądry. Rozumie ludzi. Jego opowieści słucha się inaczej… Może gdyby u nas mieszkał ktoś taki, wszyscy wciąż by żyli – jego głos stwardniał, a łzy zaczęły wysychać. – Opowiadał, że smoki powstają na rozkaz Welesa z żaby lub węża z żółtymi zausznicami i wtedy zrozumiałem. Rozwiązanie okazało się śmiesznie proste. Walcząc z przepoczwarzoną bestią nie miałbym szans, skoro czasem i Żmijowie nie dają rady, ale mógłbym zrobić wszystko, by te nigdy więcej się nie rodziły – jego zdeterminowane słowa przerwało mocne pacnięcie w tył głowy – Ała! – spojrzał gniewnie na Znamira.

– Tępe dziecię! – zawołał mężczyzna, a widząc buntowniczy wzrok młodziaka, podniósł groźnie laskę – Uspokój się! – zagrzmiał srogo. – Nie spiorę cię na kwaśne jabłko za twą głupotę, tylko dlatego, że cierpienie zatruło ci umysł. – Podniósł palec, żeby podkreślić swe słowa. – Po pierwsze żaby tak jak my są dziećmi bogów i mają swoją rolę do spełnienia na ziemi, chociażby przez zjadanie owadów, które, gdyby nie one, dokuczałyby człowiekowi niemiłosiernie. – Uniósł kolejny palec. – Po drugie, i za to właśnie oberwałeś, trzeba było słuchać Żercy uważnie i do końca, ponieważ smoki powstają na rozkaz Welesa, ale tylko z żab czy węży, które przez pięć lat nie widziały, nie słyszały ani nie czuły człowieka. Jak myślisz, czy te, które mieszkały w naszym jeziorze miały szansę stać się smokami?

Zawstydzony Drogowid pokiwał przecząco głową. Powoli dochodził do niego ogrom błędu, który popełnił.

– A po trzecie – wsparł się obiema dłońmi na lasce – smoki też są pożyteczne. – dostrzegł zdziwienie w ciemnych oczach chłopaka. – Weles w swej mądrości każe im przenosić wodę w miejsca, w których ciężko o nią, lecz one są jak dzieci – spojrzał wymownie na młodzika – chciałyby zbyt szybko i zbyt wiele na raz, więc Żmijowie muszą ich pilnować, upuszczając z nich wodę i tępiąc, gdy zajdzie potrzeba, bo gdy smok dożyje drugiej wiosny, zamiast deszczu niesie grad i to właśnie spotkało twoją wioskę. – popatrzył uważnie na Drogowida, sprawdzając czy rozumie. – Żmijowie musieli być wyjątkowo zajadli, bo gdyby bestia dożyła trzeciej wiosny, strach pomyśleć co mogłaby ze sobą nieść. – zamyślił się. – Nie wiem czemu przeżyłeś. Nie mnie ingerować w boskie decyzje, lecz Weles na pewno nie ocalił cię po to, byś niszczył jedne z jego dzieci. Uwierz mi chłopcze, swojego przeznaczenia będziesz musiał jeszcze poszukać…– wpatrzył się niespokojnie w horyzont.

– Dlaczego ciągle masujesz nogę? – spytał Drgowid jakby chcąc odciągnąć myśli od nieprzyjemnego tematu – Mówiłeś przecież, że mało co w niej czujesz… – ale Znamir nie zwracał na niego uwagi patrząc z niepokojem na północ.

Nagle wstał, krzywiąc się niemiłosiernie.

– Na Peruna, że też wcześniej o tym nie pomyślałem! – zawołał niby do siebie. – Wstawaj! Wracamy do grodu i to już!

– Ale co się dzieje?

– Na bogów, patrzysz na to samo co ja i nie widzisz?

Drogowid zmrużył oczy, jakby miało mu to pomóc w dostrzeżeniu niewidocznego. Niebo na północy było pociemniałe od chmur, które niepokojąco zbliżały się w ich stronę.

– Idzie burza – stwierdził Znamir – a po łupaniu tego starego gnata sądząc – klepnął się w prawą nogę – jedna z tych potężnych.

Złapał chłopaka za ramię i pociągnął w stronę grodu.

 

***

Leciał. Machał skrzydłami i leciał! Dla istoty, która całe swoje życie spędziła nisko przy ziemi, było to niesamowite uczucie, upajające mocniej z każdą chwilą. Czy to naprawdę było jego życie? Jego nowe życie? Po bólu Pragnienia nie mógł uwierzyć w tę wolność, w tę szybkość i niesamowitą siłę. Był przecież olbrzymem, a unosił się w powietrzu płynniej niż szybkozwrotne jaskółki, dumniej niż majestatyczne orły. Przepełniała go radość w czystej postaci. Nawet nakaz lotu w konkretnym kierunku nie wydawał się tak uciążliwy jak ten związany z piciem wody. Wiedział, że coś nim steruje, a mimo to czuł się bardziej wolny niż dotychczas.

Wszystkie przeszłe dni, ograniczone do brudnego gruntu i zimnej wody, wydawały mu się marną imitacją prawdziwego istnienia. Dopiero teraz wykorzystywał pełnie swoich możliwości. Każde machnięcie jego skrzydeł wywoływało na ziemi wiatr targający gałęziami drzew, a miotnięcie ogonem potrafiło powalić nawet najstarsze dęby. Czuł się niezniszczalny. Czy cokolwiek mogło się z nim równać? Szczególnie teraz, gdy był przekonany, że to nieziemska siła w postaci boga wód i podziemi dała mu tę niesamowitą moc. Zmieniła go nie do poznania, prosząc w zamian tylko o jedno… Przeniesienie wody było dla niego niczym w porównaniu z możnością lotu, poczuciem potęgi i swoistą wolnością jakiej nie zaznał nigdy wcześniej.

„Weles” wraz z tą świadomością przyszło imię jego ojca. Teraz miał już pewność, że został powołany do wyższych celów. „Smok”. Tak, tym właśnie był. Jego bóg mógł być pewny, że wykona swoje zadanie z największą starannością i gorliwością jakiej nie spotkałby u innych swoich dzieci. Bogów się nie zawodzi.

Wtem jeden z jego łbów dostrzegł ognistą smugę z niesamowitą szybkością sunącą po niebie w jego stronę. Chwilę później zauważył błysk, a przez jego ciało przetoczyła się fala bólu, ale tego bardziej namacalnego. Fizycznego. W niczym nie podobnego do cierpień Pragnienia czy Samotności jakich do tej pory doznawał. Choć krótkie, odczucie to było tak intensywne, że krzyk gromu wyrwał się z jego paszczy. Spostrzegawcza głowa zwisała smętnie bez życia, a on sam nie mógł nią już poruszyć. Nie czuł jej. Zupełnie jakby nigdy nie istniała, choć pozostawiła po sobie ćmienie bólu.

Smug pojawiało się coraz więcej. Powoli dostrzegał szczegóły ich wężowych sylwetek. Ptasie głowy, sokole skrzydła i ludzkie ręce, w których dzierżyli wiązki świetlistych błyskawic. Przy każdym ruchu ich długie, płonące ogony pozostawiały na niebie ognisty ślad ich bytności. Istoty dostrzegły jego uwagę, więc zaczęły podlatywać ostrożniej, z większą rozwagą obserwując każdy jego ruch. W ich na wpoły człowieczych twarzach widział cień respektu, ale i niezłomne życzenie śmierci. Polowali na niego.

„To Żmijowie!” zrozumiał „Słudzy gromowładnego Peruna próbują mnie zatrzymać, bym nie wypełnił woli swego Pana!” Nowe poczucie głębszej świadomości powoli ogarniało jego istotę. Zupełnie jakby mądrość i doświadczenie jego ojca powoli wypełniała jego ciało. Potęga, jaką dawało celowe wykorzystywanie sowich mocy, była odurzająca. „Nie pozwolę by mi przeszkodzili. Nie teraz, gdy był tak blisko celu”. Jego dalekowzroczne oczy przesunęły się po polach i lasach, do grodu nad jeziorem, gdzie wodniki i nimfy potrzebowały nowej wody przed nastaniem mrozów. Musiał tam dotrzeć.

Kolejny błysk i ryk gromu rozdarły niebo. Sięgnął do swej wewnętrznej mocy i otoczył swe ciało kłębami ciemnych chmur, licząc, że w ten sposób utrudni Żmijom wykonanie swojego zadania. Wciąż czuł ukłucia piorunów, ale te nie robiły już na nim większego wrażenia. Nie trafiały w czułe punkty. Zrozumiał, że przede wszystkimi musi chronić dwie ocalałe głowy. Nagle odkrył, że z małych ale niezwykle licznych dziur w jego ciele, powoli traci wodę, którą tak długo gromadził. Wydał z siebie kolejny ryk wściekłości i postanowił jeszcze bardziej przyspieszyć. Jego olbrzymie skrzydła wywołały wiatr przyginający drzewa do ziemi, a ogon smagał z niezwykłą zaciętością licząc, że w ten sposób trafi choć jednego ze Żmijów. On sam musiał lawirować wśród ognistych smug, unikając ciosów jak tylko się dało. Nie mógł przecież zawieść. Nie po tym co otrzymał od swojego boga. Musi mu się udać. Po prostu musi!

 

***

Wpadli do grodu jakby goniło ich stado strzyg. Drogowid nie po raz pierwszy dziwił się Znamirowi, że ten, mimo wieku i chromej nogi, potrafił się poruszać równie szybko jak on. Co prawda później będzie to odchorowywał przez kilka dni, ale teraz nikt o tym nie myślał. Niemal czuli na plecach zimny oddech burzy. Wiatr się wzmógł, a pierwsze krople deszczu powoli ich doganiały. Kiedy wpadali do grodu, towarzyszyły im jasne błyski i nadchodzące po nich grzmoty, brzmiące jak ryk rannego zwierzęcia. Nawałnica była coraz bliżej.

– Smocza burza nadchodzi! – zawołali tuż za bramą, wywołując niepokój na twarzach strażników. Jeden z przytomniejszych, natychmiast ruszył po dowódcę. Czuł w kościach, że sprawa jest poważniejsza niż mogłoby się wydawać.

– Żercę też sprowadź – krzyknął za nim Znamir. – Ryglujcie wrota! – zwrócił się do pozostałych.

Drogowid z zaskoczeniem obserwował jak ci po chwili wahania, postanowili posłuchać kaleki. Wiedział, że jego opiekun kiedyś należał do obrońców grodu, ale nie spodziewał się, że mogło kryć się za tym coś więcej. Coś, co wywoływało aż taki posłuch wśród innych, ale widać nie poznał staruszka tak dobrze, jak mu się zdawało.

Wkrótce dołączył do nich Ostrymił – woj o wiecznie zagniewanej twarzy, przypominających jedno z oblicz Świętowida. Z płuc zgromadzonych wydało się ciche sapnięcie. Znając nieprzejednany charakter człowieka, który na ten dzień został wyznaczony do dowodzenia obroną grodu, spodziewali się problemów, na które nie mieli czasu.

Znamir aż westchnął przeciągle. Dlaczego w chwilach, kiedy trzeba działać szybko i bez wdawania się w zbędne spory, Licho zawsze przywieje kogoś z przerostem ambicji. Który będzie udowadniał, że niezależnie od sytuacji, jego racja jest najważniejsza. A niech by sobie istniał gdzieś na uboczu, sarkał pod nosem, a nie wykorzystywał władzy do rozwiązywania własnych animozji. Ostrymił był naprawdę dobrym wojownikiem, jednym z tych, którego chciało mieć się po swojej stronie podczas walki. Ale nie, kiedy dowodził tobą w czasie pokoju.

– Co się dzieje? – spytał rzeczowo i zmierzył Znamira nomen omen ostrym spojrzeniem.

– To co się zbliża, to nie jest zwykła ulewa – wydyszał. – Czuję w kościach, że to coś więcej. – Skrzywił się na wspomnienie bólu, który wciąż odczuwał

– Ten twój przetrącony kulas ci to mówi? – warknął dowódca straży uznając, że ktoś próbuje podkopać jego autorytet. Nie wierzył w przeczucia, szczęście ani inne, podobne gusła. Bogowie, jeśli istnieli, na pewno nie mieszali by się do spraw ludzi, bo i po co.

– Co ci szkodzi dodatkowo zabezpieczyć gród? – zapytał pojednawczo Znamir. Naprawdę nie chciał się z nim sprzeczać. A już na pewno nie w trakcie burzy, która niechybnie nadchodziła.

– Kaleka nie będzie mi rozkazywał! – mocniej zacisnął dłoń na włóczni, jakby szykował się do jej użycia. – Chyba będę musiał ci przypomnieć, kto tu dowodzi…

– Czasem i kaleka może mieć rację, a szczególnie ten pobłogosławiony przez bogów – to Żerca wtrącił się do dyskusji. Już dawno przyzwyczaili się do faktu, że posiadał niezwykłe wyczucie czasu. Zupełnie jakby zawczasu wiedział, gdzie i kiedy będzie potrzebny. Podszedł do nich wspierając się na kiju ozdobionym drobnymi wotami: plecionkami, kościanymi wisiorkami czy rzeźbionymi w drewnie koralikami. Jasna, długa szata zdawała mu się plątać wokół nóg, a sięgające piersi, siwe wąsy, niespokojnie stroszyć.

– Znamir ma rację – jego łysa czaszka lśniła od kropel deszczu – to nie jest zwykła burza. – Niespokojnie zapatrzył się w kłęby chmur wiszące niebezpiecznie nisko nad ziemią. Bogowie raczyli wiedzieć, co tam widział, jednak nikomu nie spodobał się wyraz jego twarzy. Nawet Ostrymił nie zamierzał poddawać pod wątpliwość słów kapłana. W gusła niby nie wierzył, ale Żerca przyprawiał go o dreszcze.

Deszcz tymczasem się wzmagał, jednak oni dalej trwali na swoich miejscach w milczeniu, oczekując na słowa kapłana.

– Palić ogniska! – Zawyrokował kapłan. – Kiedy się zacznie, wrzućcie w nie wiązki izapu. Może to go uspokoi – dodał ciszej. – Szykujcie pogrzebacze i łopaty chlebowe! – krzyknął do ludzi. – Kto nie musi, niech lepiej wszystko przeczeka w chacie – trzy razy uderzył w ziemię laską i odszedł.

Ludzie zaczęli rozchodzić się w pośpiechu. Tylko Drogowid dalej stał nieruchomo i jak w transie wpatrywał się w chmury. Wzrok miał szklisty, niewidzący, zupełnie jakby bogowie do niego szeptali. Zwrócił się twarzą w stronę burzy w niemym pragnieniu wyjścia jej na przeciw. „Dziecię Żmijów” pomyślał Znamir, z trwogą patrząc jak dłonie chłopaka pewnie łapią powietrze i splatają je w coś długiego, skrzącego i niepokojąco jasnego. Co dziwniejsze, krople deszczu zdawały się go omijać, a wokół zaczął unosić się specyficzny zapach jakiego nabiera powietrze po burzy. Wówczas mężczyzna zrozumiał, co tak naprawdę targało duszą chłopka, nawet w utajeniu przed nim samym. Dzieciak chciał włączyć się do powietrznej walki nie ze względu na zemstę, ale przez krew przodków.

„Nie pozwolę na to!” pomyślał „Jeszcze nie teraz” i uderzył chłopaka laską w zgięcie kolana. Drogowid wylądował kolanami w błocie, ale ocknął się z transu. Spojrzał ze zdziwieniem na opiekuna, gdy ten szarpnął go za ramię i pociągnął do swojej chaty.

 

***

Jakże dzielnie walczył! Żeby tylko Weles mógł go widzieć. Ogonem strącał całe zastępy żmijów, łapami wyrywał pióra z ich ognistych ogonów, porażał ich grzmotem swojego ryku. Był jedną, wielką, dziką furią! Burzą niosącą zniszczenie wrogów i zbawienie dla tych, którzy respektowali jej moc. Wody wciąż z niego ubywało, ale nadal miał jej na tyle by zasilić jezioro. Zaśmiał się szaleńczo wyciem upiornego wiatru. Teraz dostrzegał sens Pragnienia. Jego stwórca wszystko dokładnie sobie zaplanował. Nie mógł wyjść z podziwu dla jego zmyślności.

Machnął ogonem raz jeszcze, odganiając Żmijów niczym natrętne much, którymi kiedyś się żywił. Już dolatywał nad cel i miał triumfalnie pozbyć się resztek wody, gdy poczuł nagłe odpychanie. Z początku delikatne, ledwie zauważalne, ale z czasem coraz mocniejsze. Zaryczał ze zdziwienia. Był tak blisko, ale równie dobrze mógł być na początku swej drogi. Coś powstrzymywało go przed dotarciem nad jezioro. Wysunął drugi ze swoich łbów z kłębów chmur by móc się lepiej rozejrzeć, poczuć moc tego miejsca, ale wówczas jeden z pozostałych Żmijów trafił go celnie piorunem. Niebo rozdarła błyskawica i towarzyszący jej okrutny grzmot. Smok cierpiał i był wściekły. Teraz została mu już tylko jedna głowa, ale za to ta najbardziej żywotna. Najgroźniejsza.

Poświęcenie jednak się opłaciło. Źródłem opornej mocy był gród stojący nad jeziorem i ci głupi, nic nierozumiejący ludzie. Czuł, że przywołali na pomoc ogień, ale nie tylko ten żywy, który mógłby zgasić strugami niesionej przez siebie wody, ale i ten związany. Zamknięty w metalu i drewnie. Och jakże ich wówczas nienawidził. Te głupie istoty nie dostrzegały planu Welesa, myślały jedynie o sobie i o swoim bezpieczeństwie. A co z innymi stworzeniami? Jak oni mogli? Jak oni śmieli?

Już miał wyładować na nich swoją furię, pokazać czym jest gniew lekceważonego smoka, gdy nagle do jego nozdrzy dotarł ten niebiański zapach. Był jak staw o świcie i lot w pełnym słońcu. Był jak życiodajna woda, którą niósł w sobie. Błogosławiony. I nagle cały jego gniew zniknął, a jego ciało przepełniło zrozumienie. Niósł w sobie świętą wodę, pobłogosławioną przez samego Welesa. Był już tak blisko, że sama mogła trafić w wyznaczone miejsce. Jego misja była skończona. W końcu pozwolił jej wypłynąć z siebie. W miarę jak jej ubywało czuł niewysłowioną ulgę, a jego zmęczone ciało kurczyło się, coraz bardziej zbliżając do dawnych rozmiarów. Szukało wytchnienia po grozie walki. Nie był już zagrożeniem dla Żmijów. Te widząc jego słabość znów zaczęły nadlatywać, okrążać go niespokojnie, gotować pioruny do ostatecznego ciosu.

Czy to miało jeszcze jakieś znaczenie? Wykonał swoje zadanie i czuł, że spada. Powoli i nieubłaganie zbliżał się do ziemi, która go zrodziła. Z westchnieniem ulgi niemal cieszył się na to spotkanie. Jego rola wypełniła się. Żmij było coraz więcej.

Niebo przeszyła ostatnia błyskawica.

 

***

Burza powoli przechodziła. Na palenisku w chacie Znamira wesoło płonął ogień, kąpiąc wnętrze w przytulnym, czerwonym poblasku. Prosty i praktyczny, żeby nie powiedzieć wręcz surowy wystrój nikogo nie dziwił. Wszelkie meble i sprzęty ograniczono do niezbędnego minimum: drewniany stół, dwa krzesła i dwa sienniki służące za posłania. Do tego kilka naczyń, pęki ziół pod powałą i gąsiorki, niekiedy już opróżnione z miodu. Widać było brak kobiecej ręki, która wymiotłaby naniesione przez wiatr liście, uszyła makatki na gołe posłania czy wymieniła wyszczerbione misy. Mężczyznom takie drobiazgi niemal nigdy nie przeszkadzały.

Obaj siedzieli przy ogniu, dzierżąc miski gorącej potrawki z baraniny, która zdawała się rozgrzewać nie tylko ciała, ale i dusze. Znamir co jakiś czas wrzucał do ognia pęczki suchego ziela, o małych, drobnych kwiatach, niegdyś barwy niebieskiej, teraz wyblakłej, szarofioletowej. Drogowid znał je. Gdy jego matka żyła, licznie rosły przed ich chatą. W tajemnicy przed mężem nazywała je „świętym zielem”. Miały ich chronić przed złem, ale o tym wspomniała tylko synowi. Jej mąż nie lubił takiego gadania. Jednak, gdy umarła, jego ojciec, a właściwie mężczyzna, którego uważał za swojego ojca, wszystko wyrwał i spalił, jakby nie chciał by przypominały mu o tej tragedii. A może ze wściekłości, że nie potrafiły jej ocalić? Nie wiedział. Zbyt często go nie rozumiał. Nie potrafili się dogadać, nawet gdy matka żyła, a po jej śmierci… No cóż… Obaj musieli dbać o małą i to ich łączyło.

Mężczyzna i chłopiec siedzieli w ciszy, wsłuchując się w szum spokojnego deszczu. Tym razem byli pewni, że stworzyli go Pałetnicy, chcąc oczyścić ziemię po wieczornej walce. Przynieść jej odrobinę ulgi i wytchnienia. Bogowie świadkami, że nie tylko ona tego potrzebowała.

– Dlaczego mnie uderzyłeś? – spytał wciąż naburmuszony Drogowid.

– Bo jak głupi chciałeś biec prosto w burzę walczyć ze smokami – parsknął Znamir – nie wiem, co w ciebie wstąpiło – skłamał. Dobrze wiedział, co działo się z chłopakiem, a przynajmniej wielu rzeczy się domyślał.

– Nie pamiętam – zmarszczył czoło. – Czułem się jak wtedy – ciągnął cicho, pochylając się nad glinianą miską. – W jednej chwili widziałem was, a w drugiej usłyszałem grom i wszystko zgasło – sposępniał. Powoli dopadało go znużenie.

– Pewnie przez to gadanie nad stawem ci się przypomniało – siorbnął z miski. – Ci wojowie, którzy zbyt dużo walczyli też tak czasem mają. Wystarczy mała rzecz, przypomnienie i z powrotem są na polu bitwy. Wciąż walczą mimo braku przeciwników.

– Dużo wiesz – stwierdził z podziwem, ukrywając przy tym ziewnięcie.

– I ty też sporo się dowiesz, jak jeszcze ze mną pomieszkasz – patrzył uważnie na chłopaka, którego sen coraz mocniej morzył. – Może powinieneś się położyć? – sięgnął po derkę

– Masz rację – ziewną po raz kolejny – to był ciężki dzień. – Z wdzięcznością przyjął okrycie i zawinął się na sienniku.

Znamir dalej siedział przy ogniu, wpatrując się w liżące drewno płomienie. Powiadali, że istnieją ludzie potrafiący wyczytać z nich zarówno wydarzenia przeszłe jak i przyszłe. Kiedy patrzył na cienie przez nie wywołane, wydawało mu się, iż jest w tym ziarno prawdy. W jakiś niewytłumaczalny sposób układały mu się w obrazy minionego dnia. Ech bogowie, w co wy ze mną igracie? Nie jestem już aby za stary na wasze przygody?

Spojrzał na śpiącego chłopaka, który w końcu zaczął równo oddychać pochrapując z lekka. Dobrze, że miał pod ręką nieco pszczelnika i biedrzanu, by sprowadziły na młodego kojący sen. Odczekał jeszcze trochę i gdy posłyszał miarowe pochrapywanie, cicho zebrał się do wyjścia. Musiał porozmawiać z Żercą.

 

***

Dzień po burzy był tak ciepły i spokojny. Znów słyszał trel ptaków wypełniający powietrze. On zaś leżał cichutko zwinięty w ciemnościach i czuł jak wypełnia go ociężała błogość. Wypełnił zadanie, dostarczył wodę i na dodatek przeżył. Spadał tak szybko, że ostatnia błyskawica nie zdążyła go dosięgnąć. Kiedy tylko znalazł się na ziemi, ostatkiem sił zagrzebał się we wciąż błotnistej glebie, tak głęboko, jak tylko pozwoliły mu na to jego drobne łapki. Znów był mały, znów mógł kryć się pod liśćmi. Jak dobrze być niewielkich rozmiarów, szczególnie gdy ścigają cię Żmijowie. Ale jemu się udało. Przeżył i teraz szykował się do snu. Czuł się niesamowicie znużony. Nie miał siły na nic, nawet na istnienie.

Gdzieś w jego wnętrzu znów brzmiał Głos. Tym razem bez słów nakazywał mu sen, nucąc delikatną, kojącą melodię, która brzmiała jak tęsknota za nocą i tuliła lepiej niż woda. Mały smok ziewną lekko i zasnął bezpieczny. Już nic mu nie groziło. Tymczasem w jego wnętrzu powoli pojawiał się chłód – zwiastun przyszłej grozy.

 

***

– Myślałeś, że wymkniesz się bez słowa – rzucił siedzący na grobli Znamir – ładnie to tak znikać bez pożegnania? – swoim jasnym wzrokiem świdrował Drogowida na wylot.

– Wybaczcie ojczulku – zaczął wstydliwie, poprawiając węzełek na plecach – ale muszę odejść. – Smętnie zwiesił głowę – Te smoki… One nie dają mi spokoju

– I co? Dalej zamierzasz żaby bić? Wbrew naturze występować?

– Ależ nie – zaperzył się – Tu mieliście świętą rację. To był durny pomysł.

– Dobrze żeś chociaż tyle zmądrzał – podniósł się ciężko wspierając o lasce. – To co planujesz?

– Ja… – speszył się – Samiście mówili, że aby smok z żaby powstał ona nie może człowieka przez pięć lat zobaczyć, usłyszeć ani wyczuć – wyliczał.

– Mówiłem – kiwnął głową.

– Dlatego będę wędrować po świecie, żeby mnie jak najwięcej żab zobaczyło!

– I poczuło tym bardziej – Znamir wybuchł gromkim śmiechem – Toś sobie to chwacko wymyślił – uśmiechnął się szeroko. – W takim razie ruszajmy – sięgnął po ukryty w krzakach tobołek i ruszył przed siebie.

– Ale jak to? – zdziwił się chłopak – A wasza noga? – pobiegł za swoim opiekunem

– Sam mówiłeś, że im więcej chodzę ty mniej utykam – mrugnął do niego – Z resztą znużyło mnie to siedzenie w chałupie, a poza tym obiecałem nauczyć cię kilku rzeczy.

Zadowolony młodzik ruszył raźnie przodem, pogwizdując cicho. Dzień zapowiadał się naprawdę piękny. Słońce przygrzewało, powoli wymazując wszelkie ślady zeszło nocnej burzy. Ptaki ćwierkały radośnie i każde stworzenie zdawało cieszyć się z nowego dnia.

Znamir odwrócił się w stronę grodu i dostrzegł postać Żercy. Ten uniósł rękę w geście pożegnania, na co mąż odpowiedział skinieniem. Nie mógł zapomnieć o ich nocnej rozmowie.

Jakie były szanse, że naprawdę Drgowid był synem żmija? Czy zdaje sobie sprawę ze swojej mocy? Czy kiedykolwiek nauczy się z niej korzystać? Jak ją spożytkuje? Znamir musiał się tego dowiedzieć, za nim podejmie ostateczną decyzję. Ostrożnie wymacał zawiniątko za pazuchą. Na przyszłość będzie musiał znaleźć dla niego lepszą skrytkę, jednak miał nadzieję, że nigdy nie będzie musiał go użyć.

– Pospiesz się staruszku – zawołał chłopak – żaby całego świata na nas czekają! Nie możemy ich zawieść  – wołał wesoło, a Znamirowi wydawał się bardziej szczęśliwy niż kiedykolwiek wcześniej.

– Ech młodości szumna i dumna – powiedział jakby do siebie – Komu w drogę, temu czas – poprawił tobołek na plecach i ruszył raźno za swoim podopiecznym. Czuł w kościach kolejną przygodę i bardzo był z tego rad.

 

Autor: Beata Mróz
Łódź/Kielce październik 2015
Praca na I konkurs opowiadaniowy Słowiański Bestiariusz.

Za nas i za tych, którzy odeszli

Za nas i za tych, którzy odeszli

Za nas i za tych, którzy odeszli

 

Nadchodził zmierzch, słońce powoli chowało się za górami wznoszącymi się dumnie na północnym widnokręgu. Ostatnie promienie słońca oświetlały Targanice, średniej wielkości, mało znaną wioskę. Wioskę, która do końca normalna nie była. Niejednokrotnie mieszkańców tego miejsca spotykały dziwne zdarzenia. Caryl młody niezbyt wysoki, dobrze zbudowany, młodzian o przydługich blond włosach i szarych oczach był jednym z jej mieszkańców. Znali go wszyscy w wiosce, głównie z bycia leniem unikającym pracy, nie martwiący się niczym i nie zwracającym uwagi na nikogo. Pomimo swej opinii był bardzo bystry i niejednokrotnie pokazywał, że potrafi ciężko harować i przejmować się nie tylko rzeczami dotyczącymi tylko jego. Właśnie dziś kończył piętnaście lat. Biegł on prędko niczym strzała do domu myśląc jedynie o pysznej kolacji, którą miała przygotować jego matka z tej okazji. Wbiegł z hałasem do sieni i krzycząc oznajmił swój powrót. Nikt jednak nie odpowiedział. Młodzieniec myśląc, że może rodzice już śpią lub odpoczywają entuzjastycznie pobiegł sprawdzić gdzie są i wypytać ich o upragniony posiłek. Nie trwało to długo, gdy tylko wszedł do pomieszczenia, które zajmował jego dziadek, znalazł rodziców, ale nie towarzyszył już temu wcześniejszy entuzjazm. Rodziciele siedzieli przy łóżku chorego staruszka z przygnębionymi minami.

-Z dziadkiem jest coraz gorzej. Dziś już nawet nie wstał z łóżka. – Szepnęła cicho matka.

-Dziadku. Dziadku Bolemirze. Jak się czujesz? – Rzekł wnuczek a po jego ubrudzonej twarzy wprost na poszarpane ubranie spłynęły łzy.

-Zostawcie nas samych. – Wykrztusił z siebie staruszek

Rodzice opuścili pokój niechętnie, dziad Bolemir był postacią tajemniczą nawet dla bliskiej rodziny. Gdy tylko wychował dzieci na tyle by mogły sobie same poradzić, spakował tobołek i wyruszył w podróż, nikt nie wie gdzie i nikt nie wie po co. Wrócił do rodzinnej wsi gdy jego wnuk miał już 9 lat. Był stary, chudy, z długą brodą, błędnym spojrzeniem i bez niczego, więc matka Caryla przyjęła go do domu. Wielu ludzi uważało go za człowieka szalonego i niespełna umysłu. Tak jednak nie było. Dziadek Caryla w podróży zdobył nie małą wiedzę, którą w tajemnicy przekazywał wnukowi z którym spędzał wiele czasu.

-Co chcesz dziadku? Co jest tak poufne, że kazałeś rodzicom wyjść? – Spytał Caryl.

-Czuje, że już niedługo umrę. Dlatego chciałbym przekazać ci mój największy sekret, to właśnie dla tej chwili uczyłem cię wszystkiego co sam umiem. – Wyszeptał dziadek

-Cóż to za sekret? – Na twarzy Caryla pojawiło się zdumienie.

-Pod moim łóżkiem są luźne deski, pod nimi schowana jest księga, którą poznać możesz tylko ty i tylko ty możesz wiedzieć o jej istnieniu. Wyciągniesz ją dopiero po mojej śmierci.

-Co? Co to za księga, czemu ona jest taka ważna?

-Jest w niej spisane wszystko na temat otaczających nas sił. Znajdziesz w niej opisy wszelkich stworzeń, o których istnieniu nawet nie myślałeś, ale także arkany zapomnianych już sztuk.

-Nic z tego nie rozumiem. Po co mi to i dlaczego tylko ja mogę o niej wiedzieć, a reszta rodziny nie? Nawet mama. Dlaczego?

-Wszystkiego dowiesz się, gdy już dostaniesz księgę w swoje ręce. A teraz daj mi odpocząć, ta rozmowa kosztowała mnie dużo zdrowia.

-No dobrze. Zdrowiej. -Ciągnął Caryl – Ale mam jeszcze wiele pytań, jutro porozmawiamy. – Skończył i wyszedł z pokoju.

Była już późna noc, gdy chłopiec położył się spać. Miał w głowie wiele pytań i obaw, ale wiedział, że jego życie już niedługo się zmieni.

Nadszedł ranek. Promienie słońca wejrzały do chat, a kogut swym donośnym pianiem obudził wszystkich. Matka chłopaka, Matylda, zajrzała do dziadka sprawdzić czy czegoś nie potrzebuję.

-Potrzebujesz teraz czegoś? -Spytała ojca.

Nie odpowiedział. Leżał tylko z pustym spojrzeniem skierowanym w sufit. Podeszła do niego i poklepała go lekko po ramieniu. Nie drgnął. Nie oddychał.  Nie żył.

Kobieta głośno krzyknęła, a reszta rodziny pośpiesznie wbiegła do pokoju. Młodzieniec widząc ten widok przeżył szok, mimo to nie uronił ni jednej łzy, tylko zgryzł zęby najsilniej jak potrafił. Stwierdził, że dziadek nie chciałby by ten płakał, a do tego przeczuwał już wczoraj po rozmowie, że dziś jego dziadka już nie będzie na tym łez padole.

Kilka dni później pochowali go na wiejskim cmentarzu i postawili mu kurhan. Podopieczny starca nie odezwał się w ten dzień do nikogo. Wszyscy myśleli, że tak bardzo przeżywa stratę bliskiego. On jednak był zamyślony i niecierpliwy momentu, w którym w końcu dostanie książkę, o której mówił dziad.

 

Minęło już kilka tygodni od rodzinnej tragedii, Caryl nie był już taki sam. Kiedyś, rozgadany i ożywiony, teraz zaś cichy i spokojny. Dawniej w jego oczach widniała młodzieńcza radość, teraz zaś zamyślenie. Przez ten czas poznał część tego co skrywała księga. To i śmierć dziadka tak go zmieniły.

Mijał kolejny spokojny dzień w Targanicach, popołudniowe słońce rzucało swoje ciepłe promienie na całą okolicę. Ludzie pracowali od rana, jak co dzień nie myśląc o niczym innym niż tym czym właśnie się zajmowali. Psy co chwila radośnie szczekały przerywając piękny śpiew ptaków.  Caryl powoli przechadzał się przez wioskę gościńcem, gdy usłyszał nagły krzyk jakiegoś mężczyzny. Głos dobiegał z podwórka miejscowego stolarza, który przez ostatni czas remontował dom. Młodzieniec pobiegł zobaczyć co się stało. Na miejscu zastał leżącego na ziemi mężczyznę trzymającego się za nogę i zaciskającego z bólu zęby.

-Co się stało panie Mietku? – Spytał z ciekawości chłopak.

-Jak co kurwa?! Nie widać? Szczeble w drabinie mi pękły i spadłem, a co się miało stać?! – Wrzeszczał rozwścieczony chłop.

-Spokojnie. Po pierwsze nie zauważyłem drabiny, a po drugie to nie ja panu te szczeble połamałem więc z łaski swojej niech pan się tak nie rzuca.

-Wiem, wiem, ale tak boli, że zaraz nie wytrzymam. Chyba ją złamałem.

-A to już chyba nie moje zmartwienie, ale mogę pomóc panu wstać i dojść do domu jeśli pan chce.

-Chce. – Powiedział i podał rękę. Następnie wstał i przy pomocy rozmówcy ruszył do domu ciągnąc dalej. – Mówię ci to wszystko sprawka tej kulawej mendy Cześka co tu mieszka za płotem.

-Pan dalej to samo? Ile to już się wadzicie i zwalacie nawzajem na siebie wszystko co złe?

-Od zeszłej zimy i ja się nie wadzę, tylko ta menda Czesław ciągle mi na złość robi, ja nie wiem czemu on taki podły jest.

-Nie wiem może dla tego, że pan też taki święty nie jest. Kto zabił mu psa i ukradł kurczaka?

-A bo łaziły po moim podwórku, a zresztą co ja się będę tłumaczył. Zostaw mnie tu i idź już sobie.

-Jak pan sobie życzy. – Powiedział i puścił mężczyznę, którego cały czas podtrzymywał.

Stolarz runął na ziemie wprost na twarz i zaklął wściekle. Caryl zignorował go i ruszył do lasu, w końcu przypomniał sobie, że matka rano wysłała go na grzyby, choć dobrze wiedziała, że przez ostatni upał szanse na znalezienie jakiegokolwiek grzyba były nikłe, ale młody miał jakieś zajęcie a nie włóczyć się koło chaty nic nie robiąc i jeszcze denerwując nieraz ludzi. Jako, że wtedy nie miał chęci, olał słowa matki i dopiero teraz zdecydował się iść. Podążając przez zieloną puszcze poczuł wielką ulgę. Potężne drzewa o długich, liściastych konarach dawały upragniony w lecie cień, chroniący przed okropnym skwarem. Nie starał się nawet szukać przedmiotu swojej misji, za to położył się pod rozłożystym drzewem i zapatrzył  w gęstwinę. Nagle jego oczom ukazało się małe kudłate zwierzę wyglądające jak połączenie kuny i szczura. Zwierz miał z stopę wysokości w kłębie, wielkie żółte oczy, drobne łapy zakończone pazurkami oraz długi łysy ogon. Cóż nie był to zachwycający widok, ale stwór zaciekawił młodziana. Niestety nie było mu dane przyjrzeć mu się z bliska, gdyż gdy tylko się poruszył, pokraka uciekła w gęste krzaki. Leżąc tak po chwili zasnął, a gdy się zbudził był już zmrok. Rozespany otrzepał się z brudu i powoli ruszył do domu. Droga minęła mu spokojnie, a duży, z racji nadchodzącej pełni, księżyc oświetlał mu gościniec swym srebrnym blaskiem. W wsi panowała cisza, pewnie wszyscy już spali, a jedyne co było słychać to pohukiwanie sowy oraz szelest krzaków i koron drzew. Nawet psy, które miały w zwyczaju, szczekać jak nie na siebie, to na cokolwiek o tej porze. Wszedł cichaczem do domu nie chcąc nikogo obudzić, ponieważ wiedział, że rodzice dawno śpią, bo co dzień wczas rano wstają, dlatego też widok jego matki w kuchni przy piecyku zdziwił go niemiłosiernie.

-Jeszcze nie śpisz? Chyba nie martwiłaś się o mnie?

-Nie. Czekam, aż twój ojciec wróci. Wziął syna Cześka do znachorki już dłuższy czas temu.

-Co się stało? – Spytał chłopiec wyraźnie zmartwiony sytuacją, w końcu znał się z Bogdaszem od dzieciństwa.

-Pomagał ojcu przy drewnie. Czesiek rąbał, a Bogdasz zbierał rozrąbane drewno. Niestety, nie zauważyli, że ostrze siekiery było obluzowane i zamachując się, ostrze odleciało i nieszczęśliwie trafiło syna w ramię, wbijając się.

-Uuu. Szkoda go, ale nic mu nie będzie takie coś nie zabija, a znachorka to mądra baba, da mu jakieś maści na tą ranę i zaraz się zagoi.

-Wiem. Idź już spać, a nie, ja tu sama posiedzę.

-Jak sobie życzysz. – Powiedział z uśmiechem i poszedł się położyć.

Zasnął szybko. Obudził się jak co ranek przy pianiu koguta. Nienawidził tego. Nie samo wstawanie wcześnie go denerwowało, bo to było normalne, a nieludzkie pianie koguta ciągnące się przez dłuższy czas. Nie raz już chciał go ukatrupić, ale matka by chyba jego ukatrupiła, gdyby to zrobił. Gdy tylko zjadł skromne śniadanie, wyszedł z domu, wziął część kurzych jaj, które mieli i poszedł wymienić je na mały bochenek. Piekarz mieszkał na drugim końcu wsi, a chciał załatwić to jak najszybciej wybrał najkrótszą drogę przez wioskę. Nie zwracając uwagi na nic, mijał kolejne domy, a jego uwagę przyciągnął dopiero wszystkim znany i przez wszystkich lubiany Leszek, wysoki samotny staruszek z długą siwą brodą o ciepłym spojrzeniu. Pan Lech, mimo że był stąd, jego ubranie zawsze było czyste i schludne. Widok, który przykuł uwagę chłopca nie był normalny albowiem prowadził on krowę przez wioskę a zawsze pasł ją na łące koło swojej chaty.

-Dzień dobry. – Powiedział z uśmiechem Caryl.

-Dobry, dobry, ale nie dla wszystkich.

-A cóż to się panu stało?

-A tam, mnie nic ale Bądźsławowi tak.

-Co?

-Całe bydło mu powyzdychało w nocy. Normalnie nie żeby mu coś je zabiło czy coś tylko po prostu powyzdychały jakby otrute.

-Może najadły się czego.

-Oj nie, nie. Co jak co, ale on to o swoje dbał jak diabli. Nie pasł by ich gdzieś, gdzie mogły by zjeść co trującego.

-No dobrze, dobrze ale po co panu ta krowa?

-Idę mu ją dać.

-Co? – Powiedział pełen zdziwienia. -Przecież to jest pana jedyna krowa.

-No i? Ja tam przeżyję, a szkoda mi chłopa.

Można było się tego spodziewać po Lechu. Był on znany we wiosce głównie z swej życzliwości, która nie raz mu szkodziła.

-To do pana pasuję, ja się już będę… – Tu urwał i zamyślił się. – A wie pan co? Niech mu pan da te jaja, chociaż tyle, a też mi go trochę szkoda. – Rzekł i oddał mu jajka, które miał wymienić.

-Ooo. Wiedziałem, że z ciebie dobry chłopak. Dam mu je i pozdrowię go od ciebie. Na pewno się ucieszy. Ja będę ruszał, bywaj i niech dobrze ci się powodzi. – Powiedział z szczerym uśmiechem.

-Dziękuje, panu też.

Pan Leszek ruszył w stronę domu poszkodowanego, a młodziak odwrócił się i powędrował do chaty. Idąc naszła go myśl, albowiem w tak krótkim czasie miały miejsce trzy niecodzienne i złe wydarzenia. Wpierw wypadek stolarza, później incydent z siekierą, a gdyby tego było mało jeszcze ten pomór bydła. To nie mógł być przypadek, najpewniej albo coś albo ktoś za tym stał. Na razie najlepszą opcją było czekanie na dalszy rozwój wypadków, dlatego też chwilowo porzucił tą myśl i wrócił do domu. Czekało go dziś dość pracy więc wolał nie zaprzątać sobie tym głowy.

Dzień minął mu na rąbaniu drewna i sprzątaniu piwniczki pod ziemianką z różnych, niepotrzebnych gratów, naznoszonych ,,bo mogą się kiedyś przydać”. Nie licząc tragedii Bądźsława dzień mijał spokojnie bez żadnych incydentów. Nadchodził zmierzch, Caryl był już prawie wolny od pracy. Ostatnią rzeczą, którą musiał dzisiaj zrobić było zaniesienie młotka sąsiadowi, bo temu się gdzieś zapodział. Wziął młotek i szczęśliwy, myśląc że to już na dzisiaj koniec, pobiegł dwa domy dalej by zanieś go sąsiadowi. Banalna czynność, przy której nie mogło się nic wydarzyć, przynajmniej w domyśle. Zaraz po wręczeniu tego jakże skomplikowanego narzędzia znajomemu i wyjściu z jego domu spostrzegł coś co już wcześniej widział. Był to ten sam zwierz, którego widział wczoraj w lesie, i tym razem sytuacja wyglądała podobnie, bo i teraz gdy przystąpił krok w jego kierunku, zwierz uciekł. Nic nie robiąc sobie z tego spotkania, młodziak odwrócił się i pobiegł do domu. Nie pobiegł za daleko bo za kilka kroków nieszczęśliwie stanął na grabiach i dostał trzonkiem prosto w twarz.

-Niech to licho! – Syknął wściekle.

W momencie, gdy dochodził do siebie po uderzeniu do głowy wpadła mu myśl, uderzając go tak potężnie, że można było to porównać do spotkania z grabiami. Po raz drugi po spotkaniu z dziwnym zwierzem wydarzył się wypadek. W końcu księga na coś się przydała, zorientował się, że było tam coś o demonie, który sprowadzał nieszczęścia na ludzi i przybierał zwierzęcą postać.

-Tym razem ukazało się to incydentem z siekierą czy drabiną nie mówiąc już o pomoże bydła. Kolejnym elementem układanki był dziwny zwierz, który można było uznać, zwiastował nieszczęście. – Ciągnął dalej w myślach. – Demon niszczący ludzkie szczęście i ukazujący się pod postacią małego włochatego zwierza, co by to mogło być? – Pytał sam siebie w myślach.

Główkując nadal nad tym wrócił do domu lecz zanim wszedł do chaty usłyszał rozmowę rodziców, której wolał nie przerywać, bo mogła przynieść mu jakieś informację.

-Zaczynam sądzić, że stara Jadźka zwariowała. – Zaczęła matka.

-Niby czemu? – Spytał ojciec.

-A no bo słyszałam jak mówiła, że na skraju wioski tam do chaty po starym rzeźniku, wprowadziła się jakaś ohydna, jak ona to ujęła starucha.

-I czemu niby miała, by być szurnięta?

-Bo ludzie poszli to sprawdzić i jak coś przywitać nowego mieszkańca i jak się okazało jak chałupa stała pusta od dawna, tak dalej stoi i żadnych śladów żeby ktoś tam mieszkał nie ma, a oprócz starej babci nikt nie widział i nie słyszał o żadnej staruszce, która miała by tam mieszkać.

-A Jadźka ma już swoje lata i może jej się coś po prostu przewidziało.

-Może, zresztą kto by się nią przejmował.

I ta rozmowa uzupełniała coraz bardziej układankę. Ludzkie nieszczęścia, dziwny stworek i pojawienie się jakiejś staruchy. Caryl nie wiedział co to może być ale wiedział, że w księdze już się z czymś takim spotkał, dlatego też wszedł ukradkiem do chaty, wziął odpaloną świeczkę i zeszedł do piwnicy wertować księgę szukając jakichś informacji o demonie który mógł to być i o tym jak je wypędzić.

Piwnica była wilgotna, ciemna i zagracona. Z samego tyłu leżał stół z świecami, a przy nim krzesło. Tam właśnie czytał księgę i to właśnie pod tym stołem, pod kamieniami ukrył swój skarb. Podbiegł tam pośpiesznie i wyciągnął ją. Była to bardzo gruba książka oprawiona skórą i zapisana drobnym drukiem. Na jej okładce widniał wypalony tytuł: ,,ہمارے لئے اور ان کے ساتھ آخر کے لئے „. Zaraz po tym jak ją wyciągnął i odpalił świece zaczął szukać części, która opisywała demony i czytać z grubsza ich opisy. Z czytaniem nie miał problemów, dziadek przez te wszystkie lata nauczył go tego, do takiego stopnia, że czytanie tajemniczej książki nie sprawiało mu specjalnej trudności.

Czas leciał a on nadal nie mógł znaleźć demona, którego opis zgadzałby się z tym co się działo i gdy już miał się poddać, przewrócił kolejną stronę i ujrzał dwa szkice. Jeden z nich przedstawiał wysoką staruszkę o jednym oku, a drugi pokrakę przypominającą zwierza, którego spotkał, a opis wszystko zatwierdził. Demon nazywał się Licho, okazało się też, że demon, z którym mają do czynienia jest wyjątkowo wredny, ponieważ normalnie licho wędruje przez świat, a gdy przechodzi przez wioskę sprowadza jakiś wypadek i idzie dalej, a to jak można się było domyślić najpewniej osiadło w wiosce. Było też coś co ucieszyło chłopca, albowiem licho pod postacią staruszki z jednym okiem,  wzrokiem potrafiło zniszczyć wioskę i sprowadzić na okolicę nieurodzaj, a to tego nie uczyniło. Resztę nocy spędził czytając rozdział księgi opisujący licho i rozmyślając nad tym jak mógłby je wypędzić. Budził się nowy dzień. Pierwsze promienie słońca wpadły do domu, ale to znienawidzony przez chłopca kogut oznajmił mu nadejście poranka. Był to chyba pierwszy moment w jego życiu, kiedy uradował się jego pianiem, a nie miał ochotę go zabić. Wyszedł z piwnicy, a światło dzienne, po tak długim czasie spędzonym w ciemnej piwnicy przy świetle świecy, raziło jego oczy jakby patrzył się wprost na słońce, a spoglądał po prostu na wnętrze oświetlonej kuchni. Ukroił sobie kromkę chleba, zjadł ją, wypił trochę wody i ruszył na dwór twierdząc, że przy świeżym powietrzu i słońcu myśli się lepiej. Doszedł na plac znajdujący się na środku wioski, usiadł pod nim i zamyślił się głęboko. Z tego stanu wyrwały go dopiero słowa:

-Widzę, że wieści szybko się roznoszą.
Poznał rozmówce już po samym miłym brzmieniu słów, był to nikt inny jak pan Leszek.

-Dzień dobry. Jakie wieści, co się stało?

-Czyli jednak nie wiesz. Chata starej Jadźki w nocy spłonęła razem z nią. Najdziwniejsze, że płonący dom powinien obudzić ludzi, a tak się nie stało. I dziś, jakby nigdy nic, zamiast chaty stoi spalona ruina.

-Bardzo dziwne faktycznie. – Rzucił chłopak i znów ze zmartwioną miną zamyślił się.

-Skoro nie wiedziałeś o wypadku, to co cię tak martwi? – Zapytał starzec przejęty miną młodziaka.

-Chyba wiem co stoi za wszystkimi tymi wypadkami, ale to nie ważne.

-Ważne. Co to jeśli można wiedzieć?

-I tak pan nie uwierzy.

-Skąd wiesz? Jeśli nawet, to nie szkoda powiedzieć to takiemu staremu dziadowi jak ja.

-No niby. Według mnie to licho, taki demon. Z nieważnych źródeł się tego dowiedziałem.

-Skoro tak mówisz, tak może być, ale skoro wiemy co to, to czemu, tego jak to nazwałeś, licha nie wypędzimy.

-A no właśnie, bo nie da się.

-W ogóle? Na pewno jest jakiś sposób.

-Jest, ale ryzykowny i niepewny.

-Jaki? Nawet niepewny sposób jest warty próby.

-Licho musi uwziąć się na kogoś, o tak silnej woli i tak szlachetnemu sercu, że nie posłucha wrednych podszeptów demona. Niestety nie dość, że ciężko znaleźć kogoś takiego, to taka osoba może nie wyjść cało po takim dłuższym spotkaniu.

-Ale jak zrobić by się na kogoś jak to powiedziałeś uwzięło?

-Nic, wystarczy być uczynnym. Nie życząc źle, nie wiem dlaczego nie uwzięło się na pana.

-Nie wiem. Ale mam podejrzenia.

-Jakie?

-Może to przez to? – Powiedział dziad i wyciągnął spod koszuli medalion.

Na lnianym sznurku wisiał krzyż z grzebieniami na końcu każdego z ramion. Symbolizował on ręce boga. Medalion świecił się w słońcu, najpewniej był srebrny.

-Dostałem go od twojego dziadka lata temu w podzięce za drobną pomoc, nie chciałem go wziąć, ale nalegał mówiąc, że ten wisior będzie mnie chronił. – Skończył dziad.

-Nie wiem, nie wiem, ale nie wykluczyłbym tego.

-No to spróbujmy.

-Jak to? Zaryzykuje pan zdrowie jak nie życie i to słysząc od mnie niepotwierdzoną informację?

-A czemu miałbym ci nie ufać? Zresztą kimże ja jestem dla mieszkańców? Miłym panem, jednym z wielu mieszkańców, po prostu częścią całości. Dlaczego by więc nie spróbować.

-Chciałbym zaprzeczyć, ale nie mogę.

-Czy jest coś do zrobienia, by na pewno przekonać licho by na mnie przeszło?

-Z tego co się dowiedziałem licho osiedliło się w domu dawnego rzeźnika więc może gdyby pan tam…

-Mogę się tam przenieść na ten czas, nie ma problemu. – Wtrącił staruszek.

-Ja, ja nie wiem co powiedzieć. A właśnie jest jeszcze jeden haczyk.

-Jaki?

-Licho może zrezygnować po kilku dniach, a może po kilku miesiącach.

-Nie problem. Słuchaj, ja wezmę sobie jedzenie, wodę i zdejmę naszyjnik a o zmierzchu spotkamy się w tym domu.

-Dobrze, skoro pan tego chce.

-Więc do zobaczenia. – Powiedział dziad znów się uśmiechając i ruszył w stronę swojego domu.

Carylowi nie podobał się ten pomysł, zwłaszcza, że polubił pana Leszka. Od razu gdy wrócił do domu chciał zejść do piwnicy ale zatrzymali go rodzice. Mieli wyraźnie złe miny i byli bardzo zdenerwowani na syna. Chłopiec obstawiał, że znów zarzucą mu lenistwo i zagrożą, że jak nie zacznie czegoś robić to wyrzucą go z domu. Jak myślał tak się stało. Krzyczeli po nim tak długo, że twarz jego ojca przybrała kolor buraka. Ten jednak nie przejął się nimi i skwitował ich wywody ironiczną smutną miną i poszedł do siebie. Poczekał aż rodziciele pójdą do kuchni, skąd nie widać zejścia do piwnicy, a gdzie zwykle przebywają i zeszedł na dół. Poczytał o demonie jeszcze trochę, ale nie dowiadując się niczego przydatnego wyszedł z podziemia wiedząc, że stąd nie zorientuje się kiedy nadejdzie zmierzch. Resztę dnia spędził leżąc na łóżku ,myśląc o tym jakby to było mieszkać w wielkim zamku i być księciem, by się odstresować i na chwilę zapomnieć o poświęceniu Lecha.

Nadszedł zmierzch, promienie słońca niknęły, a na niebiesko czerwonym niebie pokazał się piękny księżyc. Dziś była pełnia. Z księgi dowiedział się, że takie okoliczności tylko sprzyjały spotkaniu demonów, co utwierdzało chłopaka w myśli, że nie tylko ściągną działanie licha na siebie, a nawet je zobaczą. Wyszedł z domu i podążył gościńcem w kierunku opuszczonego domu. Ta noc nie była taka cicha. Nie opuszczał go dźwięk świerszczy czy pohukiwanie sowy, wydawało mu się także, że słyszy przeraźliwe jęki. Przyśpieszył kroku. Nie mógł sobie wybaczyć, że wybrał drogę na około wioski koło lasu, a nie przez środek. Mroczna knieja straszyła swym wyglądem, a przerażenia dodawał szelest wytwarzany przez biegające pośród mroku zwierzęta. Zawiał wiatr, ta noc była zimniejsza niż inne letnie noce. Nagle usłyszał dźwięk stukania o siebie zębów. Zatrzymał się lekko przerażony i szybko rozglądnął się wokół siebie. Nikogo nie było. Wyciszył się i dopiero teraz zauważył, że ten dziwny dźwięk nie wydaje nikt inny jak on sam. Trochę go to uspokoiło. W końcu dotarł na miejsce, gdzie czekał już na niego pan Leszek.

-Jestem. Na pewno chce pan to zrobić? Nadal mnie dziwi, że pan mi tak po prostu wierzy. Jak już mówiłem, nie wiem czy to zadziała. – Powiedział lekko zdyszany.

-Nawet nie wiedząc, że sposób działa i czy mówisz prawdę zgodziłbym się, a w tej sytuacji wiem, że tak jest, bo wiem skąd to wiesz. – Rzekł spokojnie staruszek.

-A skąd to wiem? – Spytał lekko poddenerwowany.

-Z księgi. – wyszeptał z uśmiechem.

-Co? Jaka księga? – Rzucił szybko zdziwiony, że ktoś wie o jego sekrecie.

-Wiem, że ją masz. Znałem twojego dziadka bardzo dobrze i sam mi o niej powiedział. Więcej nie powiem, bo nie musisz więcej wiedzieć

-Dziwne, myślałem, że wiem o niej tylko ja. Nie będę pytał, myślę, że wole nie wiedzieć więcej.

-I dobrze. A, bym zapomniał. – Powiedział zdejmując naszyjnik. – Daje ci go ale tylko na przechowanie, chciałbym ci go oddać, ale twój dziadek powiedział, że nikomu oprócz mnie nie wolno go nosić, dlatego jeśli przeżyje oddasz mi go a jeśli nie zniszczysz go, dobrze? – Dokończył i wręczył go chłopcu.

-Dobrze, schowam go. Jest pan gotów?

-Jestem. A nie, jest jeszcze jedno.

-Co?

-Jak rozpoznać, że licho odpuściło?

-Przestanie cię namawiać do złego a po prostu będzie krzyczeć lub siedzieć cicho dłuższy czas. A na ile dni starczy panu prowiantu?

-Nawet na dwa tygodnie. Dobrze tyle chciałem wiedzieć. Wchodźmy.

-Dobrze, a więc gdyby coś się stało za dwa tygodnie sprawdzę co z panem.

Staruszek tylko pokiwał głową.

Weszli do środka i pierwsze co zobaczyli, to stojąca pod ścianą osoba. Zbliżyli się i ujrzeli wysoką oszpeconą staruchę z jednym okiem nad nosem. Na szczęście oko było zamknięte. Nagle usłyszeli głos w swoich głowach:

-Chłopiec, taki młody, taki niewinny, świetnie. To nie koniec jeszcze jeden. Stary, ale o szlachetnym sercu. Szkoda by było gdyby się zmienił prawda?

Po tych słowach usłyszeli cichy, szyderczy śmiech

-Boicie się mnie, a sami do mnie przychodzicie. Jesteście albo głupi albo niemiłe jest wam wasze dotychczasowe życie. – Ciągnął brzmiący w ich głowach głos, a staruszka zaczęła zbliżać się do nich. – Ty uciekaj chłopcze, ciebie nie chcę, uciekaj zanim cię nie zabiłam. A ty starcze ty tu zostaniesz na jakiś czas.

-Idź. – Powiedział dziad.

Chłopiec przełknął ślinę i obrócił się ku wyjściu ale nie wyszedł lecz stanął w miejscu. Licho wyciągnęło stare wychudzone ręce w stronę Lecha i zniknęło. Staruszek drgnął z bólu i usiadł na podłodze.

-Teraz mnie posłuchaj. Zabij go. Zabij, a nie będziesz cierpiał. – Zabrzmiał głos w głowie ofiary i poczuł ból, w każdym miejscu swojego ciała.

Dziad zaczął spazmować mówiąc ciągle, jak sam do siebie, ,,nie”.

-Słuchaj się a nie tylko nie będziesz cierpiał a nagrodzę cię. – Mącił nadal głos licha.

Dziad znów zwinął się z bólu i krzyknął:

-Nie! Nie! Nie! Caryl… – Tu znów ogarnął go jeszcze większy ból. – Caryl uciekaj.

Młodziak słysząc to z trudem, jakby miał nogi z waty ruszył ku drzwiom.

-Ty stary głupcze. Zobaczymy jak długo wytrzymasz. – Roześmiał się głos.

Chłopiec wybiegł z chaty i jak najszybciej tylko potrafił pobiegł do domu. Nie zauważył nawet kiedy wbiegł do siebie, legł na łóżku i zamknął oczy z strachu.

Długo nie mógł zasnąć lecz w końcu mu się udało. Nawet sen nie przyniósł mu ukojenia.

Rankiem obudził się i pierwsze co zrobił to pobiegł do rodziców zapytać o pracę. Rodzice byli bardzo zdziwieni ale gdy zobaczyli przygnębioną minę syna woleli nie pytać. Przez kolejne dwa tygodnie Caryl pomagał przy wycince drzew i w tartaku. Prace zajmowała go na tyle, że nie myślał o niedawnych wydarzeniach. Po prostu chciał zapomnieć. Wieczorami myślał o pięknej Ciesławie, którą widywał co dzień, gdy pracował w tartaku. Nie był zakochany, ale pomagało to zapomnieć i zająć myśli czymś innym. Nawet noce, które z początku przynosiły koszmary po kilku dniach wróciły do normy. Dopiero, gdy minęły umówione dwa tygodnie chłopiec zamiast do pracy wpierw czmychnął do piwnicy, aby przypomnieć sobie co teraz zrobić by odpędzić licho, następnie zebrał medalion i inne potrzebne przedmioty i ruszył do opuszczonego domu. Widok, który go zastał na miejscu drgnął nim. Na środku dawnej sypialni, gdzie leżał Lech. Był wychudzony, brudny a w jego oczach widać było tylko szaleństwo i strach.

-Przyszedłem, tak jak się umówiliśmy. Czy mnie pan słyszy? – Wykrztusił z siebie chłopiec.

-Kto to? Kto tu jest? – Rzucił staruszek i zaczął nerwowo rozglądać się po pokoju.

-Ja, Caryl. Widzi mnie pan? Pamięta mnie pan? – Z zaniepokojeniem powiedział.

Starzec zatrzymał na nim wzrok i już spokojniej powiedział:

-Caryl, tak widzę cię. Jak dobrze, że przyszedłeś.

-I jak licho? Nadal szepczę?

-Nie, nie odezwało się od paru dni.

-To dobrze. Mogę więc zaczynać.

Caryl rozłożył na ziemi, wokół staruszka, głóg formując okrąg. Następnie wyciągnął cztery świece, odpalił je i położył ustawiając je na kole tak by połączone dały kwadrat. Wziął trzy głębokie wdechy i wyskandował słowa: ,,Licho, licho nieszczęśliwe, on cię nie słucha, więc opuść to ciało co serce ma ckliwe i idź dalej niech cię wiatr wywieję, a czart ci się w twarz zaśmieje. Ma cię tu nie być, gdy zadnieje”. A następnie zawiesił mu na szyi jego medali z Rekami Boga.

Staruszek zaczął zwijać się z bólu a w głowach oby dwóch zabrzmiało potępieńcze wycie. Po chwili wszystko ustało. Dziad przestał się zwijać. Przestał się ruszać. Wydał ostatni wydech i umarł. Caryl widząc leżące ciało Lecha, drgnął. Chciał powstrzymać się od łez ale nie mógł, dobrowolnie, powoli spływały po jego policzkach. Stał w ciszy kilka minut zanim zebrał się do kupy. Zebrał wcześniej ułożone na podłodze rzeczy i wyrzucił je z domu, ściągnął Leszkowi z szyi medalion i schował sobie do przyszytej do jego koszuli kieszeni. Popatrzył jeszcze raz na niego i pobiegł do wioski powiedzieć ludziom, że stary, poczciwy Leszek zmarł, i że znalazł go w opuszczonym domu. Ludzie słysząc tą wieść od razu rzucali pracę i biegli na miejsce. Nikt nie spodziewał się takiej reakcji, nawet Lech nie spodziewałby się, że jego śmierć nie będzie dla ludzi obojętna.

Kilka dni później pochowano go wśród innych na cmentarzu, a rzeźbiarz, który znał nieboszczyka na wieść o jego śmierci wyrzeźbił mu piękny kamienny nagrobek z jego imieniem. Pomimo, że nikt nie znał prawdy, każdy poszedł na cmentarz go pożegnać. Caryl tego samego dnia wziął naszyjnik i rozbił go młotem na drobne kawałki, które potem rozsypał w leśnej gęstwinie. Szybko pogodził się z śmiercią Leszka i już po kilku dniach nie zaprzątał sobie głowy poprzednimi wydarzeniami, podjął za to ważną decyzję, otóż zadecydował, że odchodzi z domu. Późnym wieczorem spakował księgę oraz swoje najpotrzebniejsze rzeczy i pożegnał rodziców. Mimo tego, że nie raz grozili mu wyrzuceniem z domu, popłakali się i próbowali go zatrzymać, ale on był nieugięty co do swojej decyzji. Wspominał z nimi najlepsze chwile i dziękował im za wszystko, aż nadszedł poranek i wyruszył w drogę. Sam nie wiedział gdzie konkretnie chce iść. Za kurs wybrał sobie północ, tam gdzie znajdowały się wielkie miasta i zamki, a na horyzoncie wznosiły się góry. Szedł cały dzień pustym traktem, a jedyne co mu towarzyszyło to śpiew ptaków. Idąc rozmyślał jak to dalej będzie i czym się będzie zajmował. Wtedy jeszcze nie wiedział, że czeka go wiele przygód. Niedługo po tym jak zapadł zmierzch, spotkał obóz wędrownych kupców, którzy ugościli go jak swojego. Późną nocą gdy wszyscy siedzieli podchmieleni przy ognisku, Caryl opowiedział im swoją historie zamieniając ją w legendę o Cyrylu, który miałby mieszkać w tych okolicach.. Na koniec jeden z kupców wstał, klasnął, podniósł swój trunek w górę i zapytał:

-To za co pijemy.

Caryl wstał, również wzniósł swój trunek i powiedział:

-Za nas i za tych, którzy odeszli.

Na te słowa wszyscy wstali jak jeden mąż i wznieśli gromki toast.

Autor: Klaudiusz Handerski
Praca na I konkurs opowiadaniowy Słowiański Bestiariusz.