Bajka o Ćmoku i trzech cnotliwych księżniczkach

Bajka o Ćmoku i trzech cnotliwych księżniczkach

Bajka o Ćmoku i trzech cnotliwych księżniczkach

 

Uszy nadstaw kumie mój dobry, bo bajkę ci zaraz opowiem. Historię krótką, acz ciekawą, co na naszych terenach ponoć kiedyś miejsce miała i od tamtej pory słuch o niej trwa.

Dawno temu, za siedmioma dolinami, rzekami i górami, pośród żyznych, porośniętych makami i koniczyną błoniach, stał gród wspaniały, co chroniony był przez ostre zęby drewnianej palisady, oraz głębokie gardziele fosy zaś mieszczanie wiedli żywot prosty, acz szczęśliwy do granic. W samym środku grodu stał zamek, co choć skromny to jednak górujący nad resztą domostw swymi strzelistymi wieżyczkami i kamienną fasadą. W zamku tym zaś mieszkał król stary, z imienia jako Gościwid znany, siwy i brodaty, ale jeszcze nie u grobu progu. Król ten miał trzy córki urodziwe, najpiękniejsze w całym królestwie bezsprzecznie, a cnotliwe były co niemiara niewątpliwie. Każdy w okolicy znał piękno oraz czystość córek Gościwida, bajarze układali o nich zacne pieśni, a kobiety nieraz darły koce z zazdrości. Tak właśnie mieszkali w tym wspaniałym grodzie, pośród maków i koniczyny, bez zmartwień i trwóg.

Pewnego dnia jednak stała się rzecz okropna. Ktoś, jakiś chłystek bez honoru, wykradł królowi jego drogocenny skarb. Medalion z bałtyckiej muszli wykonany, do zmarłej żony króla zaś dawniej należący. Choć w pogoń za kradziejem wysłał setkę ludzi, licząc lekko, żadnemu nie udało się odzyskać ważnej pamiątki. Gościwida ogarnęła rozpacz, co uczynić nie wiedział. W końcu, po dniach trzech podjął ciężki krok. Wydał list gończy, który rozesłany został po wszystkich grodach, lasach i wioskach, w nim zaś obiecał, iż temu, komu uda się odzyskać naszyjnik i bez uszkodzeń zwróci go w prawowite ręce, temu odda rękę jednej ze swych przepięknych córek. Mężczyźni zachęceni tak kuszącą nagrodą ruszyli tłumnie na bezdroża i w knieję, w poszukiwaniu skarbu. Szukali po grotach ciemnych i po karczmach zatęchłych, i po przybytkach niezliczonych, jednak nikt ów skarbu nie był w stanie odzyskać.

Minęło nocy kilka bądź kilkanaście, do grodu na żyznych błoniach zawitał nieznajomy pan. Zażądał widzenia z królem, twierdząc, że ma to, czego król szuka. Przed obliczem Gościwida stanął młodzieniec, około 20 wiosen żyjący, o bujnych czarnych włosach, nastroszonych jak u jeża, o sylwetce nie otyłej, ale też nieatletycznej. Ubrany był w szatę koloru śliwy w promieniach słońca skąpanej. Przykląkł przed obliczem Gościwida i tak oto rzekł.

— Sława ci, królu! Zwę się Dragomir. Jestem prostym wędrowcem, bez domu ni celu. W mej sakwie mam zaś coś, czego poszukujesz zapewne.

I wyjął z sakwy medalion z muszli wykonany, identyczny jak ten, który nosiła zacnej pamięci żona króla. Radości nie było końca. Gościwid ucztę wydał huczną, bo takie ogarnęło go szczęście. Miód lał się strumieniami, poddany nie nadążał zaś ukrajać pieczonej na ruszcie świni. Hulanka trwała aż do momentu, gdy słońce znikając na zachodzie, wyjrzało nieśpiesznie zza horyzontu na wschodzie.

Rankiem król zaprosił Dragomira do swej prywatnej komnaty, gdzie czekały na niego trzy, przepiękne niczym rusałki, dziewczęta. Ojciec przysiadł w rogu na dębowym siedzisku, obok kominka rozpalonego, i tak oto przemówił.

— Jak obiecałem, tak słowa dotrzymam. Oto moje córki i jedną z nich ci oddam, dobry człowieku… Ale tylko jedną. Nie dwie, nie pół, lecz tylko jedną. Zatem wybierz mądrze, panie, gdyż tylko jedna jest ci dana.

Dragomir spojrzał na stojące przed nim niewiasty. Podszedł wolno do pierwszej z nich, ich spojrzenia się spotkały, po czym takie oto pytanie zadał.

— Kim jesteś?

— Jestem Lubomiła, najmłodsza z trójki.

— Co lubisz?

— Lubię długie spacery po lasach, świergot ptaków i szum strumyków.

— A czego nienawidzisz?

— Nienawidzę ludzi, którzy ścinają drzewa i niszczą lasy, które są naszym skarbem i powinniśmy je chronić.

— Zatem, czy gdybym wyrządził wielką szkodę drzewom prastarym, znienawidziłabyś mnie?

— Tak, panie.

Dragomir uprzejmie podziękował panience za rozmowę, po czym podszedł do następnej piękności i zaczął tak samo, jak przedtem.

— Kim jesteś?

— Jestem Zbysława, jestem średnią z córek naszego ojca.

— Co lubisz?

— Kocham wszystkie zwierzęta. Jeżdżę konno, bawię się z psami i dokarmiam trzodę.

— A czego nienawidzisz?

— Nienawidzę ludzi, którzy krzywdzą zwierzęta. Nie ważne czy to mała rybka, czy wielki żubr, każde zwierzę zasługuje na spokojne i szczęśliwe życie.

— Zatem, czy gdybym zrobił krzywdę zwierzęciu, nieważne jakiemu, znienawidziłabyś mnie?

— Tak, panie.

Tym sposobem zakończyła się rozmowa z drugą dziewczyną i podobnie jak w dwóch poprzednich razach, mężczyzna rozpoczął rozmowę z ostatnią córką.

— Kim jesteś?

— Jestem Darosława, najstarsza z rodzeństwa.

— Co lubisz?

— Uwielbiam tańczyć, gram na lutni, piszę wiersze i tkam piękne suknie.

— A czego nienawidzisz?

— Nienawidzę wojen, bezsensownego zabijania się i śmierci. Każda istota zasługuje na życie, bez względu na to, co zrobiła albo kim jest.

— Zatem, czy gdybym pokonał kogoś w walce i nie okazał mu żadnej litości, znienawidziłabyś mnie?

— Tak, panie.

Król, choć wielce zdumiony tymi nietypowymi dociekaniami, siedział cierpliwie w oczekiwaniu na decyzję. Nasz młodzik jednak oznajmił stanowczo, iż potrzebuje trochę czasu na przemyślenie wszystkiego i podjęcie najlepszej dlań decyzji. Spotkanie zatem końca dobiegło i wszyscy rozeszli się do swoich komnat, w oczekiwaniu na zapadnięcie decyzji.

Przeminął dzień cały i nastała noc. Mieszkańcy grodu udali się już na spoczynek. Ciemność osmoliła niebo. Trzy piękne niewiasty spały snem głębokim w swych ogromnych łożach. Nic nie zapowiadało nieszczęścia.

Wtem huk donośny rozległ się i pobudził drzemiących mieszczan. Gościwid wraz z Dragomirem, gdyż po sąsiedzkich sypialniach spoczywali, wybiegli razem na plac. Spotkali tam tłum w górę patrzący nieprzerwanie, a ich miny emanowały czystym strachem. Spojrzeli w górę wraz z nimi i ujrzeli przerażający cień… Lecz nie był to cień zwykły, a żywy był niewątpliwie. Potężne skrzydła jak u kruka, zębiska wykrzywione jak u starego szczura i te oczy, puste jak u trupa…

— Ćmok!

Tak krzyczeli ludzie tłumnie na dworze zebrani, ale to nie wszystko. Bestia w swych szponach trzymała… trzy dziewczęta w nocne koszule tylko odziane. Córki króla! Gościwid zalał się łzami. Ojcu córki porwał demon i zabrał daleko stąd. Nie było sił go łapać.

— Nie martw się, mój panie, na ratunek wyruszę czym prędzej. Ćmoka się nie boję!

Tak oznajmił Dragomir, niedoszły pan młody.

Król wielce się uradował z tych słów. Uściskał mocno śmiałka dzielnego ponad dzielnymi i pomodlił się o jak najrychlejszy powrót. Bohater bez zwłoki ruszył za potworem. Choć nie był w stanie go dogonić, wiedział, dokąd ten się kieruje. Pogłoski o starej jaskini, do której nikt nie śmiał się zapuszczać, albowiem wielu co tam się udało, już nie powróciło, były mu dobrze znane. Bajarze mówili o niebezpiecznych potworach, dla których ów grota była domem. Jeśli Ćmok gdzieś uciekł to tam najpewniej.

Nie minęło wiele czasu. Będąc już bardzo blisko, śmiałek ujrzał na własne oczy cel swej wędrówki. Grota na szczycie niewielkiej, stromej góry, otoczona gęstą knieją, ponad szczytem góry zaś w powietrzu kręgi zataczał Ćmok wielki i potężny. Dragomir ruszył bez krzty strachu w głąb otaczającej wzniesienie puszczy. Nie dane mu było jednak łatwo jej przejść. Las był nie tylko gęsty i mroczny, ale też pełen grzęzawisk, zwodniczych duszków i ślepych ścieżek.

— Zaiste, wielce długo zajmie mi przejście przez knieję — rzekł. — O ile w ogóle kiedyś uda mi się znaleźć właściwą drogę. Niewiasty do tego czasu mogą być już martwe.

I wtem z jaskini tajemnej wychyliła się Lubomiła, najmłodsza z rodzeństwa, wielce przerażona, i tak oto wrzasnęła.

— Ratuj nas, och ratuj panie! Weź miecz i zetnij ten las! Sam sobie utoruj ścieżkę do nas prędko!

I tak też Dragomir uczynił. Wyjął z pochwy miecz jak żmija ząb ostry i zaczął nim wymachiwać zamaszyście. Wszelkie liście, krzaki, paprocie i gałęzie ugięły się pod ciosami zabójczego oręża.

Gdy udało mu się już przedrzeć przez chaszcze i zarośla, znalazł się pod szczytem góry. Wtem, nie wiadomo skąd, wyskoczył na niego zwierz przeolbrzymi, co łapy miał niedźwiedzia i pysk żubra, i ryczał jak ryś jaki przeraźliwie, blokując dalszą drogę.

I wtedy z jaskini wyłoniła się Zbysława, średnia z rodzeństwa, w koszuli podartej i o skórze przetartej, i tak oto krzyknęła.

— Ratuj nas, och ratuj panie! Weź miecz i zabij tę bestię, co drogę twą blokuje uparcie! Uratuj nas prędko!

I tak też Dragomir uczynił. Dobył broń i ciął nim zwierza, malując go fontanną karmazynowej krwi. Gdy zwierz padł, jego zwycięzca zaczął wspinać się na szczyt stromizny. Był już kilka stóp od paszczy groty, gdy jego drogę przeciął Ćmok. Wywiązała się potyczka długa i wyrównana, jednak w końcu ostrze dosięgło ciała demona wystarczająco, aby ten zwalił się na skałę, jęcząc i wyjąc w bolesnych skurczach. Dragomir stanął nad nim, zastanawiając się przez chwilę co uczynić z rannym czortem. I wtedy z jaskini wybiegły trzy siostry, na czele zaś biegła Darosława, najstarsza z rodzeństwa, we włosach potarganych, ze łzami w oczach i zadrapaniach na piersi, i na widok demona złego tak oto wrzasnęła.

— Dobij go, och dobij go panie! By już nigdy więcej mnie, moich sióstr i nikogo innego już nigdy nie mógł skrzywdzić.

Lecz Dragomir tego nie uczynił. Uśmiechnął się tylko lekko i schował miecz. Ćmok zaś… zniknął, wyparował niczym dym z kominka.

Cała czwórka wróciła niezwłocznie do grodu. Tam uradowany ojciec mocno przytulił swoje jeszcze trzęsące się ze strachu pociechy. Gościwid następnie podbiegł do ich wybawcy i uściskał najmocniej jak tylko druh mógł swego druha. Bohater po chwili wyzwolił się z uścisku i rzekł.

— Wygrałem.

I wtedy właśnie cała prawda wyszła na jaw. Wyszła na światło dzienne rozmowa, którą dwie noce temu odbył król i Dragomir. Miało to miejsce podczas biesiady, przy miodzie i mięsiwie. Król nad wyraz zachwalał cnotę, szczerość i ideały swych córek. Wtedy to Dragomir zaproponował zakład swemu gospodarzowi, niezwykle poważny zakład.

Jeśli w przeciągu dwóch dni cnotliwe niewiasty pozostaną twardo przy swych ideałach i nie złamią ich w żadnym razie, niegodny przybysz porzuci chęć poślubienia jednej z nich, odejdzie i już nigdy nie wróci, panny zaś będą mogły zostać w swym ukochanym grodzie, ile tylko będą chciały. Jeśli jednak w przeciągu tych dwóch dób wszystkie trzy panny sprzeciwią się otwarcie swym przekonaniom, wtedy przybysz poślubi nie jedną, nie dwie, lecz wszystkie trzy piękności. Król, tak bardzo wierzący w swe córeczki i w ich prawość, że bez większego zawahania zakład ten pokrętny podjął.

Pan młody okazał się natomiast nie byle włóczęgą, nie pustelnikiem jak przedstawił się ongiś, lecz wspaniałym i wszechmocnym magiem, wołchem, co szczególnie w sztukach iluzji gustował i w niej równych sobie nie miał. Ćmok nie był zatem prawdziwy, był narzędziem próby dla dziewcząt, której to zaiste nie przeszły.

I tak Dragomir triumfalnie odjechał, opuścił gród, pośród porośniętych makiem i koniczyną błoniach stojący, a wraz z nim jego trzy najwspanialsze żony, które zdobył, oraz niesamowicie pokaźny posag, który od teścia otrzymał. Odjechali w siną dal, ku nowemu i długiemu życiu pełnego spokoju i szczęścia.

Koniec.

Autor: Arkadiusz Jacyszyn

Podobne posty:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *