Pod powiekami

Pod powiekami

Pod powiekami

 

Dominika Zagórska

 

– Dużo zostało tej kroplówki, Morela? Bo już nas na następną wizytę wysyłają.

Niewielka blondynka oderwała wzrok od plastikowej butli, trzymanej w górze na wyciągniętych rękach. Wzdychając, zogniskowała spojrzenie na kierowniku i wydęła usta, prezentując swoje obruszenie. Nie zjeżdżali na bazę od dziesiątej rano, nic zatem dziwnego, że kiszki grały jej marsza na myśl o wizycie u kolejnego pacjenta. Ignorując wściekły głód, starała się trzymać na wodzy nerwy, zwłaszcza w stosunku do pacjentów.

– Jeszcze minutka, Daniel. Lepiej pani? – Zwróciła się w stronę staruszki, której pomarszczone lico rozpromieniło się od dobrotliwego uśmiechu.

Mimo wszystko lubiła to robić. Grymas zadowolenia uzmysławiał jej, że nie robi tego po nic, że w jakiś sposób ułatwia ludziom życie – o to zaś jej chodziło. Chciała pomagać, ratować i ścigać się momentami ze śmiercią.

Choć nie przeczyła, że był to wyścig wielce nieuczciwy i rzadko kiedy udawało im się wygrać.

Schodząc po schodach poprawiła pasek torby na ramieniu i zerknęła na zwlekającego się ze schodów kierowcę karetki. Patryk z niezadowoleniem klepał się po brzuchu, sygnalizując wszystkim wokół, że najważniejszy organ jego ciała domaga się natychmiastowego wypełnienia. Nic nie mogła poradzić na chichot, który wydobył się spomiędzy jej warg, gdy tak teatralnie spoglądał na pokaźnych rozmiarów brzuszek.

– A ciebie co tak bawi, Marlenko? – spytał Patryk, wygrzebując z kamizelki kluczyki i otwierając karetkę. Zgrabnie wskoczyła do środka, odkładając na miejsce torbę i odkładając stetoskop na półkę. – Daniel, jedźmy może wolno, to kogo innego wyślą, co? No weź, może się uda, przecież ja zaraz buta zjem z głodu – zamarudził, wciskając się przed kierownicę i odpalając ogrzewanie. Mimo wiosennego słońca, temperatura wciąż pozostawiała wiele do życzenia, wobec czego Marlena zapinała polar aż pod samą szyję.

– Wiesz, że to nic nie da. Dzisiaj wszyscy jeżdżą jak szaleni.

– Bo te dyspozytorki nas wysyłają do czego się da. „Halo, 999, co mogę podać na ból palca u dziecka?” – sparodiował damski głos Patryk, zapinając pas. Nim zdążył otworzyć usta, Marlena z Danielem jednogłośnie wyrzucili z siebie:

– Adres.

Patryk prychnął.

– Ale co, mylę się? Biegunka, wymioty, skręcona od trzech dni kostka. A w lodówce mi kotlety czekają – kontynuował Patryk, wycofując wolno karetkę z podjazdu i cmokając z dezaprobatą na źle ustawione samochody. – W ogóle do czego my jedziemy?

– Kobieta nieprzytomna, oddychająca. Strażacy musieli przez okna wchodzić – powiadomił krótko Daniel, wpatrując się w ekran tabletu. Marlena ze swojego miejsca widziała doskonale kartę i uśmiechnęła się cierpko, uświadamiając sobie, że Daniel celowo pominął informację o tym, że pacjentka leczona była psychiatrycznie. Doskonale wiedziała, że na tę wieść Patryk rozpocząłby nową tyradę – pełną barwnych epitetów i złorzeczeń na „świrów”. Lubiła gadatliwego kierowcę, choć niewątpliwie należał do niewąskiego grona wypalonych ratowników. Starał się, okazywał cierpliwość w towarzystwie obcych ludzi, ale wśród znajomych ściągał maskę troski i bezustannie narzekał, wylewając morze goryczy i jadu. Potrafił godzinami doszukiwać się wad, czym nierzadko wprowadzał Marlenę w dość przygnębiający nastrój.

„Honorowy członek Gwardii Malkonentów”, mawiał Daniel, przewracając pobłażliwie oczami.

Dość szybko spostrzegli strażacki wóz; kręcący się wokół niego strażacy odwrócili na moment głowy, gdy zatrzymali się tuż obok. Wysiadając, Marlena znów chwyciła za torbę i stetoskop, ruszając za Danielem i ignorując pełen zaintrygowania wzrok mężczyzn w mundurach Państwowej Straży Pożarnej. Nie potrafiła przyzwyczaić się do stania w centrum uwagi, ale samo bycie kobietą skutkowało powstawaniem wokół niej szumu. Na domiar złego gwoździem do trumny był młody wiek. Poniekąd rozumiała ciekawość – wszak niewiele wolontariuszek widziano na karetkach – ale wciąż czuła się niekomfortowo. Przyspieszyła zatem kroku, mijając kolejnych strażaków i zbliżając się do zdezelowanego, jednopiętrowego szeregowca, od którego tynk odłaził płatami większymi od jej głowy.

– W końcu ją zabiorą, ile można było czekać.

– Skończy się to opętane wycie po północy.

Unosząc brew, zerknęła szybko po twarzach zbitych w grupkę ludzi. Sąsiedzi, przeszło jej przez myśl i szybko obejrzała się na Daniela. Jego mina sugerowała, że również usłyszał komentarze i nijak nie podniosły go na duchu. Również Patryk, który nareszcie zrównał z nimi kroku, niosąc defibrylator, wzniósł z ubolewaniem oczy ku niebu. Marlena była przekonana, że nieme słowo, w które ułożył usta, znajdowało się na liście najgorszych wulgaryzmów w języku polskim. Naciągnęła płynnym ruchem rękawiczki na dłonie, by odwrócić swoją uwagę od skupionych przy drzwiach mężczyznach w mundurach.

Po przekroczeniu progu odpowiedniego mieszkania uderzyła w nich woń taniego tytoniu i kotów. Marlena, mająca już doświadczenie w postaci praktyk na urologii, rozpoznała również zapach moczu i bezradnie wstrzymała dech, zbliżając się do łóżka. Leżąca na nim wychudła kobieta miała otwarte oczy; twarz jej zastygła w beznamiętnym grymasie sprawiała, że Marlena poczuła się dziwnie nieswojo.

– Morelko, zbierz parametry – polecił Daniel, wdając się w rozmowę ze strażakiem i jedną z sąsiadek, odpowiedzialnych za wezwanie służb. Z ukosa dostrzegła, że Patryk począł przerzucać pudełka po lekach ze stołu, więc ustawiła torbę na porysowanej podłodze i kucnęła przy kobiecie, dotykając lekko jej ręki.

– Pani Antonino? – spytała, przypominając sobie wyczytane z karty informacyjnej dane. – Zbadam panią, dobrze?

Nie spodziewała się, że coś pójdzie nie po jej myśli. Jak dotąd spotykała się u pacjentów albo z przyzwoleniem, albo przynajmniej postawą zupełnie pasywną. Nikomu nie przeszkadzało to, że musiała zmierzyć ciśnienie i zbadać temperaturę. Czasem wzbraniali się przed pobraniem krwi do badania glukozy, ale zwykli współpracować. Marlena słyszała na zajęciach, że należy być ostrożnym, że nigdy nic nie wiadomo. Że nie przewidzi działań swoich pacjentów.

Może jej beztroska była nazbyt naiwna.

Leżąca kobieta przeniosła na nią jasnobłękitne tęczówki, dzieląc się wyszczerbionym uśmiechem. Nim Marlena zdążyłaby chociaż unieść kąciki ust, Antonina poderwała się do siadu i ścisnęła nadgarstek dziewczyny, wbijając obgryzione paznokcie w materiał czerwonego polaru.

Potem zaś splunęła.

Upadając na podłogę, Marlena porzuciła ciśnieniomierz i chwyciła się za oczy, czując w nich pieczenie. Szok mieszał się ze strachem, wywołanym nagłą reakcją starszej kobiety; nie zdołała nawet wydać z siebie pisku, tak sparaliżował ją atak.

Obecni w pomieszczeniu mężczyźni zareagowali jednak momentalnie. Nie minęła sekunda, gdy Daniel wraz z jakimś strażakiem przycisnęli pacjentkę do łóżka, a Patryk poderwał jednym ruchem Marlenę z ziemi, przekręcając jej głowę w swoją stronę. Siłą odrywając jej dłonie od twarzy, zmusił do spojrzenia w swoją stronę.

Zamrugała, wciąż czując tę nieprzyjemną wilgoć na całej twarzy.

– Nosz do cholery, gdzie dostałaś? Weszło ci do oka? Musisz to pilnie przepłukać – spanikował mężczyzna, wyciągając z kieszeni kamizelki opakowanie z gazikiem i wręczając jej suchy materiał. Przetarła nim twarz; mijające sekundy potęgowały uczucie wstrętu, zbierające się gdzieś na dnie pustego żołądka. Obrzydliwe. Chciała czym prędzej przepłukać lico, więc wyrywając się z uścisku Patryka, kucnęła przy torbie, wygrzebując stamtąd sól fizjologiczną i obficie oblewając nią oczy. Nie obchodziło ją to, co mówili tamci i jakie decyzje podejmowali – chciała tylko pozbyć się ze skóry tej lepkiej wydzieliny, która niemalże wżerała jej się w skórę, wgryzała w spojówki.

Opluła ją. Nie mogła uwierzyć, że pacjentka ją opluła.

Wzdrygnęła się, gdy Antonina roześmiała się głośno i chrapliwie, przerywając rechot jedynie na krótkie ataki kaszlu.

– Teraz zobaczysz! Dopiero teraz zobaczysz! – wydzierała się, nie przejmując zupełnie tym, że została ubezwłasnowolniona. Marlena nie chciała nawet tego słuchać, przejęta nagle wizją tego, co ją czeka. Szpital zakaźny. Badania, uciążliwie wyczekiwanie wyników. Przecież jeśli Antonina była na coś chora, mogła bez trudu ją teraz zarazić! Jak mogła być tak głupia i bezmyślna, jak mogła do tego dopuścić?

Wcale nie poczuła ulgi, gdy kobieta nareszcie się uspokoiła, pozwalając przenieść do karetki. Wiedziała doskonale, że muszą ją zawieść na oddział psychiatryczny, ale sam obraz siedzenia w jednej karetce z tą świruską zupełnie ją przerażał. Musiała mieć to wymalowane na twarzy (którą wciąż przecierała kolejnymi gazikami), bo nim weszła do karetki, Daniel klepnął ją w plecy.

– Usiądź obok kierowcy, ja zostanę z tyłu. – Uśmiechnęła się z wdzięcznością, ale szybko zgasił jej entuzjazm. – Odstawimy ją i odwozimy cię od razu na badania, Morela.

– Naprawdę? Ale nie wystarczy, jeśli zrobimy jej badania? – zaskamlała, wyginając usta w podkówkę. Pokręcił przecząco głową.

– Z tym nie ma żartów, mała. Odpowiadamy tutaj za ciebie, więc bez dyskusji.

Chciało jej się płakać. Nie tylko dlatego, że przetarte oczy szczypały i piekły; nienawidziła bezsilności. Nienawidziła też myśli o tym, że miałaby teraz zejść z dyżuru i siedzieć w szpitalu. O ile odwiedzanie go przy okazji zawożenia pacjentów nie było jej niemiłe, to zamiana ról powodowała bolesny ucisk w klatce piersiowej. Denerwowała się, ale ciężko było mieć o to do niej żal.

– Co za stuknięta wiedźma – warknął Patryk, odpalając karetkę i zerkając w ekran od kamerki, na którym widać było leżącą na noszach Antoninę. Jakby wyczuwając, że o niej mowa, znów zarechotała głośno. Śmiech szybko zmienił się w kaszel, a gdy i ten w końcu ucichł, znów zawyła głośno i entuzjastycznie.

– Będzie widziała! Zobaczy! To już mnie nie dotyczy, oddałam, to mnie nie dotyczy!

– Uciszże tę wariatkę, Daniel.

– Choruje pani na coś? – spytał Daniel, uciskając palcami ramię kobiety i irytując wycedzoną przez zęby prośbę Patryka. Marlena wbiła się mocniej w fotel, przyciskając gaziki do oczu i błagając niebiosa, żeby odpowiedź okazała się przecząca.

– Antonina nie miała jednak zamiaru współpracować.

– Przekazałam to! Niech inna widzi, niech inna patrzy! Kto inny zobaczy!

Cała trójka wiedziała, że nie ma sensu dalej dyskutować.

 

– To dawaj nam znać co i jak – powtórzył po raz tysięczny Daniel, układając dłoń na ramieniu Moreli. Ciepło jego dłoni przeniknęło przez polar do jej wyziębionego ze stresu ciała. – Zadzwonię do Tadka, żeby podwiózł ci rzeczy z bazy. Albo w sumie ty sama do niego zadzwoń, to odbierze cię stąd i przywiezie do nas, co? – ciągnął, rozglądając się na boki i uważnym wzrokiem oceniając każdą osobą z personelu. Doceniała jego zmartwienie, było jej miło, że obydwoje tak strasznie się przejęli. Może nawet pomyślałaby o tym, by podziękować za troskę, ale przerażenie ściskało jej gardło i pozbawiało możliwości racjonalnego myślenia. Głowa pulsowała, zaczerwienione oczy promieniowały tępym bólem, a w paliczkach u dłoni czuła mrowienie.

Wydawało jej się, że umiera. Wiedziała, jak bzdurna była ta myśl – po trzech latach zajęć na uczelni medycznej powinna pozbyć się równie irracjonalnych lęków, ale w świetle ostatnich wydarzeń nie mogła. Nie potrafiła wyeliminować z głowy tworzących się czarnych scenariuszy. Pozwoliła wewnętrznej hipochondryczce przejąć nad sobą kontrolę i wprowadzać zamęt w myślach.

– To nie powinno potrwać tak długo, no – pokrzepił ją Patryk. Widziała jednak w jego oczach, że nie był zbyt przekonany słuszności swoich słów, ale nie zdobyła się na żaden komentarz. Opadła jedynie bezwiednie na kozetkę, odprowadzając swoich kolegów wzrokiem do drzwi.

Coraz mniej miała w sobie energii. Zdawało jej się, że siła wycieka przez uszy i nos, że wydostaje się na zewnątrz przez końcówki włosów. Robiło się Marlenie słabo, gdy zerkała na tkwiący w zgięciu łokciowym wenflon, z którego niedawno pobrali jej krew do badań. Czekała na lekarza z niecierpliwością, choć ostrzegali, że minie paręnaście minut, nim się pojawi. Marlena nie potrafiła jednak przestać wpatrywać się wyczekująco w drzwi pokoju, choć z sekundy na sekundę zwężał się jej zakres widzenia.

Ślepła, na pewno ślepła. Bóg raczył wiedzieć, kiedy Antonina po raz ostatni dostąpiła zaszczytu skorzystania z bieżącej wody; kiedy zdarzyło jej się użyć szczoteczki do zębów. Niewykluczonym było, że zdążyła przez ten czas wytworzyć własny jad, który teraz rozchodził się Marlenie po organizmie, trując ją i zabijając.

Klaustrofobicznie ciasne pomieszczenie nie sprzyjało uspokojeniu wzburzonych myśli. Skupiła się na rozczytywaniu nazw leków z pudełek, ukrytych za szybą w zakluczonej szafce po drugiej stronie pokoju – rozszyfrowywała właśnie napis pod jednym z nich, zdaje się w łacinie, gdy do środka wślizgnął się niewysoki, łysiejący lekarz.

Marlena posłała mu niepewny uśmiech, usiłując rozczytać ze zmarszczek na czole mężczyzny, jak głęboko w bagnie się znajdowała. Jakby wyczuwając jej przerażenie, doktor uśmiechnął się i pokręcił głową.

– Wyniki będą w przeciągu godziny, spokojnie. Nazywam się Eryk Kędzierski.  Czujesz się jakoś gorzej, Marleno?

– Po prawdzie naprawdę pieką mnie oczy – przyznała Marlena, krzywiąc się delikatnie.

– Pozwolisz, że zerknę.

Skinęła głową, więc zbliżył się i wyciągnął z kieszeni latarkę, oświetlając nią źrenice dziewczyny. Wytrzymała zaledwie parę sekund, gdy pulsowanie w okolicach skroni nasiliło się i automatycznie zacisnęła powieki, przygryzając nerwowo wargę.

– Poza tym strasznie kręci mi się w głowie. To powinno tak wyglądać?

Zmartwił ją swoim milczeniem. Ostrożnie otworzyła oczy, zawieszając spojrzenie na drobnych zmarszczkach, tworzących pajęczynę w kącikach oczu mężczyzny. Przez krótką chwilę z namysłem obracał w palcach latarkę, by w końcu uśmiechnąć się.

Marlena bez trudu przejrzała ten pełen sztuczności grymas.

– Wygląda na to, że więcej dowiemy się, kiedy już przyjdą wyniki – orzekł w końcu, sięgając po kartę i kreśląc na niej niewyraźne szlaczki, z których Marlena z pewnością niczego nie zdołałaby wyczytać. Czasem miała wrażenie, że lekarze specjalnie starają się pisać nieczytelnie, by utrudnić innym życie. – Wystąpiły jeszcze jakieś niepokojące cię obja…

– Panie doktorze? – Głos zza drzwi odwrócił ich uwagę, więc zerknęli w tamtym kierunku, ogniskując wzrok na twarzy niewysokiej, pulchnej kobiety. Rude włosy związane miała w luźny warkocz, obijający się bezradnie i wychudłe biodro, odciskające się pod materiałem szpitalnego, zielonego uniformu pielęgniarki. Marlenę znów zapiekły oczy, więc bez namysłu przetarła powieki dłońmi, usiłując pozbyć się nieprzyjemnego odczucia.

– Och, pani Kamilo, coś nie tak? – zainteresował się Kędzierski, odrywając od zapisywania rubryki na wywiad drobnym jak mak pismem. Marlena znów spojrzała w stronę starszej pielęgniarki, ledwie powstrzymując cisnący się na usta okrzyk zgrozy; twarz kobiety usiana była taką ilością zmarszczek, że wyglądała niemal upiornie. Wydawało jej się, że przed paroma sekundami dostrzegała zupełnie inny obraz i teraz oczy płatały jej figle. Kształt pielęgniarki rozmazywał się – wykrzywiona w grymasie twarz w okamgnieniu rozpogadzała się i zyskiwała na urodzie. Spłoszona dwudziestolatka spuściła głowę, spod rzęs przyglądając tej dziwnej, budzącej grozę postaci. Im dłużej zaś błądziła wzrokiem po twarzy tamtej, tym więcej niepokojących szczegółów rejestrowała. Nadmierne owłosienie na twarzy, przeraźliwą bladość, spod której przebijały fioletowe żyły.

– Jest doktor potrzebny pilnie w dwójce, Strzygowska prosiła o rzucenie okiem na wyniki – wyjaśniła cierpliwie tamta, odsłaniając czarne, zepsute zęby. Zesztywniała ze strachu, Marlena utkwiła błędny wzrok w Kędzierskim, mając nadzieję, że nie zostawi jej tu samej. Że nie pójdzie, nie odejdzie. Nie pozwoli tamtej tutaj zostać.

Mężczyzna pokiwał jednak wyłysiałą głową.

– Rozumiem. Gdyby mogła pani mnie tutaj zastąpić na moment.

– Ależ doktor wie, że to nie problem. Zostanę z naszą małą ratowniczką – przyznała chętnie pielęgniarka, trzepocząc rzęsami. Przez którą chwilę znów wyglądała niczym bezbronna, przemiła staruszka z przesadnie długim warkoczem; Marlena nie wiedziała, czy ufać własnym oczom.

Może właśnie miała omamy?

Kędzierski wyszedł, posyłając Marlenie jeszcze jeden krótki uśmiech i zamykając za sobą drzwi od gabinetu. Starsza pielęgniarka przysiadła na krześle, ledwie parę metrów od Marleny – prezentowała się ludzko, zwyczajnie, potulnie.

W porządku, pomyślała Marlena, próbując zebrać myśli. To był tylko wytwór wyobraźni.

– Smierzk guślarki nadszedł. Jawia bez Jagi – wycedziła Kamila, kręcąc z politowaniem głową. Czarne oczy pielęgniarki zabłysły złowróżbnie, paznokciem przejechała po blacie biurka, zostawiając niewielkie wyżłobienie. Dźwięk temu towarzyszący sprawił, że Marlenie ciarki przebiegły wzdłuż kręgosłupa; mocniej naparła plecami na zimną ścianę za sobą, próbując oddalić się od emanującej złem kobiety.

Choć czy to jeszcze była kobieta?

Ciężka kurtyna opadła z oczu Marleny, ujawniając w pielęgniarce oblicze dzikie i wygłodniałe. Wściekłość odbijała się w sieci zmarszczek na twarzy, niezadowolony grymas szpecił i tak już brzydką twarz. Zielony strój był podarty i wygnieciony, jakby kobieta nigdy go z siebie nie zdejmowała. Kiedy na chwiejnych, patykowatych nogach podniosła się ze swojego krzesła, obwisły biust prawie wydostał się spod koszulki.

Marlena chciała krzyknąć. Wrzasnąć, zawołać o pomoc, załkać i zaszlochać ze strachu – gardło miała jednak zupełnie skurczone i niezdolna była do wydania z siebie nawet pojedynczego dźwięku. Mogła tylko podciągnąć do siebie kolana, by objąć je bezsilnie ramionami. Choć demoniczna postać stawiała koślawe kroki coraz bliżej, szurając po wytartej szpitalnej podłodze, Marlena nawet nie ruszyła się z miejsca; głowa zaś bolała ją coraz bardziej, zupełnie odbierając możliwość wymyślenia czegokolwiek, co pomogłoby jej uciec. Czuła piekielne gorąco, wędrujące od powiek aż po kości policzkowe i kąty żuchwy, sunące w dół po szyi niczym języczki wewnętrznego ognia. Pielęgniarka wyciągnęła w jej stronę szponiastą dłoń, w uśmiechu ukazując przegniłe uzębienie.

Wtedy Marlena poczuła uścisk w żołądku. Zanim zdążyła przemyśleć swoje zachowanie, sięgnęła do kieszeni ratowniczych spodni, wyciągając z jednej dębową gałązkę. Upiorna kobieta zastygła w bezruchu, a spomiędzy wąskich, popękanych warg dobył się przeraźliwy skowyt.

– Zanim błyśnie słońca łuna, sczeźniesz w niełasce Peruna – wydusiła z siebie Marlena, nie kontrolując tego, co wydobywało się z jej ust. Pielęgniarka zawyła głucho, kuląc się i na oślep uciekając przed dębową gałązką, z której począł sypać się żar. W końcu otworzyła drzwi, wyślizgując się na zewnątrz z taką prędkością, że przypominała jedynie cień, wizję zmęczonego umysłu, ułudę, zwid i przywidzenie. Marlena z opóźnieniem syknęła, upuszczając palącą w dłoń gałązkę i spoglądając na nią szeroko otwartymi oczyma.

Nie ukrywała dezorientacji. Rozglądała się po pomieszczeniu, szczypiąc przezornie w ramię, jakby lada moment miała obudzić się ze złego snu.

Co tutaj zaszło? Kim był ten potwór, ukrywający się pod postacią pielęgniarki? Skąd w jej spodniach znalazła się dębowa gałązka i jakim cudem powoływała się na Peruna, nie mając bladego pojęcia, kto kryję się pod tym imieniem?

– Co, do licha ciężkiego? – spytała na głos, wplątując palce we włosy, jakby gest ten miał pomóc w wyrwaniu się ze szponów ogłupiającego szaleństwa. Tonęła w morzu absurdu, topiła się w chaosie tych kilkunastu minut zgrozy, które właśnie przeżyła.

– Niemądrym wzywać licho. Raz wezwane, nie odchodzi zbyt prędko – usłyszała zza siebie i czym prędzej, jak rażona piorunem, odwróciła się na pięcie, lokalizując źródło głosu. Oczy znów poczęły pulsować tępym bólem, jakby gwałtowny ruch wybudził je ze snu. – Prawdziwe nieszczęście, żeś natknęła się tutaj na Dziwożonę.

– Dziwoco? – powtórzyła Marlena, wpatrując głupkowato w brodatego staruszka, opierającego się na swojej lasce.

– Dziwożonę. Mamunę – wytłumaczył zwięźle. Marlena pokiwała bezradnie głową, rozkładając ręce i wyginając usta. Zupełnie nie rozumiała, o czym ten mężczyzna do niej mówił. – Zupełnie nic ci nie wyjaśniła, prawda?

– Kto? Co tu się dzieje? – wybełkotała trwożliwie, obserwując, jak staruszek podchodzi bliżej i nachyla się po gałązkę. W jego dłoniach przestała płonąć i z jakiegoś powodu widok ten nieco Marlenę uspokoił.

Choć może była już tak ogłupiała, że nie miała siły się dalej bać.

– Mówią mi Laskowiec, choć twoja poprzedniczka zwykła zwracać się do mnie mianem Leszego.

– Poprzedniczka? – Przysiadła, wykończona nadmiarem pytań, buzujących się nieskładnie pod czaszką. Laskowiec uśmiechnął się dobrotliwie, wciskając gałązkę do kieszeni zniszczonego płaszcza. Dopiero teraz dostrzegła, że cały był w liściach.

– Z pewnością pamiętasz swoje dzisiejsze spotkanie z Antoniną.

– Ciężko byłoby zapomnieć – odparła momentalnie, wkładając w swój ton znacznie więcej niezadowolenia, niż zamierzała. Od tego wszystko się zaczęło, od tamtej chwili jej życie przypominało jakiś fantazyjny film fantastyczny. Martwiła się, że nie będzie mogła wrócić na wolontariat – i och, jakże dziecięce były to troski! Jakże nieistotne zdawały się wobec tego, że prawie zabił ją jakiś upiór!

– Antonina była poprzednią Babą Jagą, zaś w świetle ostatnich okoliczności…

– Przepraszam. – Marlena podniosła rękę, czując, jak opuszczają ją wszystkie siły. Oczy zapiekły, zawrzały, zakłuły, jakby ktoś wbił w nie szpilki. Przymknęła powieki, czując jak zbierają się pod nimi łzy. – Kim była?

– Babą Jagą.

– Babą Jagą, tak – powtórzyła kobieta. – Babą Jagą. Taką z bajek. Tą, którą Jaś i Małgosia spalili w piecu. Oczywiście. Babą Jagą.

– Nie wydajesz się przekonana.

– Cóż mogłabym panu powiedzieć, brzmi to dość idiotycznie – przyznała, pozwalając cierpieniu odbić się w swoim głosie. Laskowiec podszedł bliżej i choć wzdrygnęła się, w odruchu zdrowego rozsądku usiłując uciec, ułożył jej dłoń na głowie. Tak lekko, że natychmiast w myślach porównała dotyk szorstkiej ręki z muśnięciem motyla. Poczuła, jak skóra mężczyzny emanuje chłodem, przenikającym wprost na nią. Zimno rozeszło się, odnajdując ognisko bólu i przynosząc nieoczekiwane ukojenie. Rozpaczliwie przysunęła się bliżej, ujmując przemarzniętą dłoń staruszka i przyciskając ją mocniej do swoich włosów, jakby w ten sposób mógł odebrać wszystkie nieznośne dolegliwości. Zapach lasu wypełnił jej nozdrza, omamiając zmysły.

– Antonina wybrała sobie bardzo kłopotliwy moment – podjął rozmowę Laskowiec, wzdychając ciężko. – Jako nowa Baba Jaga będziesz miała wiele obowiązków.

– Ale ja nie chcę – zaoponowała Marlena, tylko na moment rezygnując z łagodzącego dotyku dłoni mężczyzny. Zanim zdążył znów się odezwać, ponownie wcisnęła głowę pod jego palce. Pogłaskał ją delikatnie, wzdychając.

– Już za późno, Marleno. Stało się, urok rozszedł się po twoim ciele. Jeśli byłaś w stanie przejrzeć przebranie Dziwożony, stałaś się częścią naszego świata.

Marlena  ostrożnie otworzyła oczy, spoglądając znów w srogą twarz starca. Dojrzała wychodzące z siwych włosów gałązki, błyszczące świeżą zielenią trawy tęczówki i pokrzepiający uśmiech. Nie było w nim zbyt wiele człowieczeństwa i czuła to teraz całą sobą, choć jeszcze nie do końca rozumiała, na czym miało to instynktowne ocenianie polegać.

Wiedziała jednak, że miał rację. Podświadomie wyczuwała również jakąś wewnętrzną przemianę w samej sobie, choć ten fakt zamierzała dość uparcie ignorować.

– Co teraz ze mną będzie? – spytała płaczliwie. Pomyślała o wszystkich swoich bliskich; o rodzinie, przyjaciołach. O Patryku i Danielu, z którymi tak lubiła jeździć. O swoich pasjach, planach na przyszłość, o całym życiu, które teraz wywracało się do góry nogami.  Nie chciała rezygnować z marzeń i możliwości pomagania ludziom. Nie chciała tego odrzucać.

Laskowiec pieszczotliwym ruchem przesunął dłonią po jej głowie, aż ból pod powiekami odszedł w zapomnienie.

– Będziesz dalej żyć. Nie oczekuj jednak, że nie odczujesz zmian, bo odtąd przekraczasz granice ludzkiego pojmowania. Sama zobaczysz.

– Ale chyba mnie tak nie zostawisz? Bo ja nawet nie znam się na tym, ktoś musi mi wszystko wyjaśnić – zauważyła, pociągając nosem i wczepiając się palcami w płaszcz Laskowca. W dotyku przypominał jej mech; miejscami wilgotny, jakby natrafił na poranną mżawkę. – Skąd wzięła się ta dębowa gałązka w mojej kieszeni?

– Pozdrowienie od Peruna. Okaż wdzięczność – upomniał ją, zerkając w stronę okna. Wyglądał, jakby zbierał się już do drogi. Mocniej zacisnął palce na drewnianej lasce, odrywając wolną rękę od włosów Marleny.

– Kim jest Perun?

Nie doczekała się odpowiedzi. Zerknął na nią intensywnie zielonymi oczami i pstryknął tuż przed nosem. Gdy ocknęła się z dziwnego otępienia i potrząsnęła głową, aż pisnęła na widok twarzy Kędzierskiego, nachylającego się ku niej z zatroskanym wyrazem twarzy.

– Och, Marleno, ocknęłaś się? Pani Kamila cię zostawiła?

Nie zwracając większej uwagi na jego pytania, rozejrzała się prędko po sali, szukając wzrokiem postaci Laskowca. Nie było jednak po nim śladu – zniknęły gałązki i liście, zniknął specyficzny zapach lasu, który przywędrował tu za staruszkiem. Nie spostrzegła nawet wyżłobienia w biurku po pazurach Dziwożony, wobec czego wysnuła nieśmiałą tezę, jakoby wszystko jej się przyśniło.

Wtedy jednak spostrzegła gałązkę dębu, wystającą z dolnej kieszonki spodni.

To nie był sen. To się działo naprawdę.

Rzeczywiście została nawiedzona przez Laskowca.

Była nową Babą Jagą.

– Marleno?

– Tak? – spytała nieprzytomnie, próbując skupić się na twarzy lekarza. Pokręcił głową z pobłażaniem, wyciągając przed siebie zwitek papieru, który bezmyślnie pochwyciła.

– To wyniki. Wszystko jest w porządku. Jesteś zdrowa jak ryba, nie musisz się martwić.

Nawet nie podejrzewał, jak bardzo się mylił. Nic już nie było w porządku.

Podobne posty:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *