Browsed by
Tag: pamięć ojców

Pamięć ojców

Pamięć ojców

Pamięć ojców

31 Październik

Halloween – święto duchów. Ludzie przebrani za potwory i dzieci zbierające cukierki. Zwyczaj który przyszedł do nas z ameryki. Nic niewarte święto, bez żadnej zadumy i celu poza zabawą. Zakazane przez kościół katolicki. Ci katolicy pytają: idziesz się bawić w halloween, a postawiłeś na grobie babci i dziadka znicz?

Chce mi się z nich śmiać, z jednych i drugich. Zapytać: Bawisz się w halloween, walentynki, stawiasz na grobie dziadka znicz. A czy przygotowałeś miód i kaszę na dziady? Ja robię to odkąd pamiętam. Powiecie to pogańska tradycja, może ktoś nazwie mnie tym złym, albo nawet wyznawcą szatana. Nieważne, ja wiem jaki jest tego prawdziwy cel. Mam mocne poczucie obowiązku które przekazał mi ojciec, a ja przekaże je własnym dzieciom.

Gdyby ja i mi podobni zaprzestali składania ofiar na grobach przodków, świat ogarnąłby chaos. Układ jest prosty my karmimy dobre duchy naszych przodków, a one w zamian powstrzymują te złe przed przyjściem do naszego świata. Gdybyśmy przestali, duchy naszych ojców niemiałyby siły do walki z tymi złymi. Proste nie?

Nie żeby tułanie się nocami po cmentarzach sprawiało mi przyjemność, to po prostu mój obowiązek. Dawniej tak zwane „dziady” obchodzili wszyscy ludzie, teraz ta tradycja jest zapomniana, ale dalej żyją nieliczni którzy wiedzą co trzeba robić. Nawet to śmieszne halloween było kiedyś formą dziadów. Celtyccy druidzi dobrze wiedzieli, że w dzień Samhain zacierała się granica między zaświatami, a światem ludzi żyjących. Podobnie było w starożytnym Rzymie. A Indianie w obu amerykach do dziś składają ofiary z żywności swoim przodkom.

Było Halloween. Ludzie świętowali i bawili się w najlepsze, a ja zbierałem się do wyjścia na cmentarz. Potrzebowałem miodu, kaszy, mleka i wódki. Zapytacie jak niby wódka miałaby pomóc dobrym duchom w walce ze złymi, no cóż – nie mam pojęcia. Ale gdy nie zaniesie się wódki, jakimś trafem liczba złych duchów w naszym świecie rośnie. Mięsa nie nosi się już od dawna. Kiedyś składano je w ofierze, ale teraz tego zaprzestaliśmy. Mięso często się psuło, było rozszarpywane przez dzikie psy, albo nie daj Boże ghule.

Byłem gotowy, do północy było jeszcze dwie i pół godziny. Zajście na cmentarz zajmie mi jakąś godzinę, ale lepiej być wcześniej. Bo nigdy nic nie wiadomo, a ja bardzo nie chciałbym się spóźnić, oj bardzo.

Opuściłem granice miasta, dudniącego muzyką i rozświetlonego zniczami poupychanymi w szczerzących kły dyniach – tandeta, ale ludzi to jara. Kiedyś w dziady należało zachować ciszę, powstrzymać się od zabawy i prac. Kobiety wystrzegały się szycia by nie uwiązać nićmi dusz z domem. Znam takie przypadki kiedy coś takiego się wydarzyło, uwierzcie mi to nic przyjemnego. Nawet jeśli uwiążę się najbardziej przyjaznego ducha.

Do cmentarza niebyło już daleko. Szedłem cisową aleją. Gałęzie drzew oświetlane pomarańczowym blaskiem latarni szczerzyły kły i ostre szpony. Nie bałem się tych cieni, choć niejednemu mógłby się wydać przerażające – tyle, że ja przechodziłem tędy tysiące razy.

Kamienny mór otaczający nekropolię był spękany i powoli się wykruszał. Metalowa brama wygięta w esy floresy zaskrzypiała gdy pociągnąłem ją do siebie. Wchodząc na cmentarz poczułem dreszcz na plecach. W taką noc jak ta, powietrze było przesycone mocą. W przeciwieństwie do alei, cmentarz był ciemny i przerażający, zwłaszcza w taką noc jak ta. Tylko gdzieniegdzie na grobach świeciły się wątłe płomienie zniczy.

Rzuciłem okiem na zegarek, doskonale mam czas. Mogę się spokojnie przygotować, a potem już wystarczy tylko czekać.

Nie jest tak, że musisz rozrzucać jedzenie po całym cmentarzu. Wystarczy, że nawiedzisz kilka grobów i tam zostawisz jedzenie. Muszą to być groby ludzi którzy cieszyli się szacunkiem czy byli inteligencką elitą. Duchy takich ludzi mają posłuch również po śmierci. Na Wileńskim cmentarzu na Rossie nie pojawiają się żadne złe duchy, podobno dlatego, że ofiary składa się na grobie gdzie pochowano matkę i serce Józefa Piłsudskiego. Ja składam ofiarę na grobach mojego ojca i dziada oraz na grobie pewnego miejscowego poety.

Zagłębiłem się między groby, na szczęście księżyc wyszedł za chmur i zrobiło się trochę jaśniej. Skręciłem kilka razy podążając moją zwyczajową ścieżką, minąłem rozłożystą lipę i spojrzałem w kierunku grobu ojca. Ktoś na nim siedział. Ruszyłem w jego stronę, zły na dowcipnisia który sobie na to pozwolił. Gdy się zbliżyłem zdałem sobie sprawę, że to nie człowiek siedzi na grobie. To był pusty.

Teraz gdy byłem już plisko jego czarne ciało zaczęło falować i rosnąć, zmieniając prawie ludzką postać w potwora z wielkimi łapami. W jego piersi ziała dziura. Na twarzy miał przerażają śnieżno-białą maskę, przedstawiającą upiorną twarz z ogromnymi zębami. W oczodołach maski żarzyły się zielono-żółte oczy, bez powiek i tęczówek.

Podobno ten kto zobaczy twarz pustego pod maską, już nigdy nie będzie taki sam, jak dawniej. Zapytacie: Kim do diabła jest pusty? Też chciałbym to wiedzieć.

Złe duchy przybierają najróżniejsze postacie. Od zwykłych poliestrów, przez widma, upiory a nawet dziwne anomalie, z tego co wiem puści są najgorsi. To dopiero drugi jakiego widzę. A patrząc na potworne ciało i przerażającą maskę mam ochotę krzyczeć i uciekać jak najdalej. O pustych wiem tyle, że  to złe duchy które przybrały fizyczną postać. Nie każdy może je zobaczyć, trzeba mieć choć odrobinę duchowej mocy. Ja mam, czego w tej chwili niezmiernie żałuję. Dzięki temu, że pusty ma fizyczne ciało może zabić każdego. Wystarczy, że od niechcenia machnie szponiastą łapą i już po tobie. Nawet jeśli go nie widzisz może cię zabić, jeśli będzie miał taką zachciankę. Ja go zobaczyłem, więc na pewno będzie chciał mnie zabić.

Pusty nie poruszał się. Ja stanąłem w miejscu napinając wszystkie mięsnie by w razie czego być gotowym uskoczyć. Mogłem mu się dokładniej przyjrzeć. Ten pierwszy którego widziałem miał ciało jak pies, czert szponiaste łapy i kolczasty ogon, rozdzielony na trzy. Ojciec zabił go wyładowując w niego cały magazynek poświęconych srebrnych kul – że też nie miałem broni, cholera. Ten w porównaniu z tym którego zabił mój ojciec był olbrzymi, ale bardziej przypominał goryla, niż psa. Miał człekokształtną postać ogromne kończyny zakończone pazurami. W piersi ziała dziura – to dlatego nazywamy ich pustymi. Kto wie może to ludzie którzy stracili duszę. Jego maska była biała jak u każdego z nich, ale dostrzegłem na niej również czerwony kolor. To raczej nie wróżyło nic dobrego.

Zastanawiałem się co robić. Miałem nóż, ale nie sądziłem bym zrobił mu nim jakąkolwiek krzywdę. Ani on srebrny, ani poświęcony ot zwykły kozik. Można nim obrać jabłko czy obronić się przed dresem, ale nie zabić istotę z nie tego świata, która wielkością dorównuje pobliskiej krypcie. Istotę której łapska mogą rozszarpać mnie w jednym momencie.

Maska rozwarła szczęki w środku zobaczyłem tylko czerń i drugi rząd zębów – potwór zaryczał i ruszył do ataku. Nie było na co czekać, upuściłem torbę i zacząłem spierdalać. Najpierw chciałem uciec z cmentarza, ale wtedy zrozumiałem. Pusty miał na celu to bym nie złożył ofiary, pewnie chciał zaprosić kupli do tego świata. Nie mogłem do tego dopuścić. Gdyby więcej takich przeszło do naszego świata było by źle, bardzo źle, byłoby wręcz przesrane. Musiałem go jakoś pokonać. Trzeba było coś wymyślić. Tyle, że ucieczka przed bestią nie sprzyjała myśleniu.

Przeskakiwałem po grobach, niezbyt to chwalebne ale to była jedyna nadzieja. Gdybym biegł ścieżką już bym nie żył. Więc przeskakiwałem po grobach, a pusty je miażdżył. Rozbijały się w drobny mak i rozpryskiwały setkami większych i mniejszych kawałków. Płuca paliły mnie ogniem, byłem pewien, że zaraz poślizgnę się i upadnę. Ale biegłem dalej, jakimś cudem bestia jeszcze mnie nie dogoniła. Dobiegłem do murowanej z czerwonej cegły, kaplicy na środku cmentarza. Zatrzymałem się pod drzwiami. No tak zamknięte. No pięknie po prostu, pięknie. Zresztą czego innego mogłem się spodziewać. Kościół jakoś nigdy nie był mi bliski, niby czemu teraz miałby mnie uratować?

Pusty zatrzymał się sto metrów ode mnie, oparty na przednich łapskach. Maska jak z koszmaru ponownie pękła i pusty przemówił, charczącym głosem przypominającym jeżdżenie widelcem po pustym talerzu.

– Zjeem! – Chyba tylko tyle potrafił powiedzieć. Ale to wystarczyło. To jedno słowo wystarczyło bym zaczął trząść się ze strachu i przerażenia, prawie że robił w gacie.

Nikt mi nie wspominał, że puści potrafią mówić. Ale coś czuję, że i ja nikomu o tym nie powiem. Stałem na nogach jak z waty i czułem, że zaraz zginę. Pusty wystrzelił jak z procy. Nie byłem w stanie się ruszyć. Dopiero gdy poczułem grobowy smród jego ciała, otrząsnąłem się z przerażenia. Było już za późno na reakcje. Jedyne co zrobiłem to jak ostatni kretyn, odwróciłem się do niego plecami. Tak, tak to nie było to mądre z mojej strony. Poczułem jego łapsko na moich plecach, a impet uderzenia wyrzucił mnie w stronę drzwi kaplicy. Boleśnie uderzyłem się głową i barkiem w dębową bramę. Padłem na ziemię, a pusty już stał nade mną. W spowolnionym tempie widziałem jak wznosi łapę do ciosu. Dałem radę się odturlać, a potem nie wiem jak wskoczyłem do kaplicy. Przez bramę którą bestia rozwaliła jednym ciosem. Kręciło mi się w głowie, zataczałem się od prawej do lewej. Wydawało mi się, że monstrum nie wejdzie do kaplicy. Myliłem się.

Pusty do reszty rozwalił drzwi i wszedł, rozglądając się na boki. Byłem w pułapce. Okna były zakratowane, a na jedynym wyjściu stał pusty. Istny cerber strzegący wyjścia z królestwa mroku. A ja w tej bajce nie byłem Herkulesem. Bestia ruszyła roztrącając na boki ławy stojące po obu stronach kościółka. Chciałem uskoczyć. Ale oberwałem jakby w locie, ogromną, szponiastą pięścią. Uderzenie wydusiło ze mnie całe powietrze i chyba połamało kilka żeber. W porównaniu z ciosem pustego, zderzenie ze ścianą które nastąpiło po chwili było prawie przyjemne. Starałem się złapać oddech, podparłem się na prawym ramieniu, lewe chyba miałem wybite ze stawu.

Pusty już do mnie podchodził teraz nawet się nie śpieszył. Bo i po co? Szedł nieśpieszny, nieuchronny, jak śmierć. To już po mnie. Podniosłem głowę, w ustach czułem metaliczny smak krwi. Pusty zahaczył o ołtarz wywracając go, jakby to było pudełko zapałek. Z ołtarza spadły świece i jakieś owalne naczynie. Z naczynia chlupnęła woda na nogę stwora. Pusty zawył, ryczał z bólu. Tak, to musiała być woda święcona! Mam szansę.

Ostatkiem sił wstałem. Podbiegłem do wyjścia z kaplicy, ręka majtała się wprzód i w tył. Bark bolał jakbym miał wbity w niego kawałek szkła. Żebra piekły przy każdym oddechu. Przed oczami miałem czarne i białe mroczki. Koło drzwi stała marmurowa misa z wodą święconą. Zanurzyłem w niej nóż i ochlapałem tułów.

Pusty przestał wyć ta odrobina wody święconej która na niego spadła, to było zbyt mało by go zabić. Ruszył w moją stronę. Wręcz czułem emanującą od niego złość, tak jak by była materialną istotą.

Czułem chłód mimo, że żebra paliły mnie żywym ogniem. Bestia była tuż, tuż. Uderzyła łapą na wprost, sam nie wiem jak uniknąłem trafienia. Pusty raczej nie był zbyt inteligentny, bo łapą rozwalił misę ze święconą wodą. Potwór znowu zaryczał, gdy jego ciało zetknęło się z cieczą. A ja odbiłem się od ziemi i wbiłem nóż prosto w środek maski.

Ryk który usłyszałem, był najbardziej przerażającą rzeczą w moim życiu. A widziałem i słyszałem już wiele. Pusty rozpłyną się w nicość. Otworzyłem oczy wszystko wróciło do stanu w jakim było przed moją walką z pustym. Nawet ołtarz na którym miotała się poparzona bestia był cały. Były tylko dwie różnice. Brama kaplicy była otwarta, a ja byłem cały we krwi.

Ledwo trzymałem się na nogach. Oparłem głowę o chłodny mur. Czułem, że zaraz zemdleje. Wtedy mój zegarek zapipczał – za pięć dwunasta. Muszę odprawić rytuał. W innym razie na świat przybędzie więcej takich bestii jak ta. Cholera, mam nadzieję, że zdążę.

KONIEC

Autor: Kamil Bury
Praca na I konkurs opowiadaniowy Słowiański Bestiariusz.