Wojownik Welesa

Wojownik Welesa

Wojownik Welesa

 

Rozdział I

Pomiędzy dwoma jeziorami stała osada, w przepięknej krainie. Okalały ją lasy, a jej mieszkańcom, żyło się dostatnie.  Pomagali sobie, a także cześć wojów z wioski dbała o bezpieczeństwo na szlaku handlowym, który ciągnął się nieopodal wioski. Często do wioski, zajeżdżali strudzeni podróżnic, kupcy, a także wojowie. Mieszkańcy Ithlu byli szanowani przez inne plemiona żyjące w okolicy, lecz rysą na tym wzorowym obrazie stała się zmiana wiary, czego reszta plemion nie pochwalała.

O poranku wszyscy mieszkańcy Ithlu wstali jak zwykle do swoich codziennych zajęć, a wyznaczenie wojowie ruszyli, strzec szlaku handlowego. Nad osadą pięknie świeciło słońce odbijając się w tafli pobliskich jezior. Dzieci bawiły się gwarnie przed chatami, ganiając się ze szczerymi uśmiechami. Strażnik na wale zauważył rycerza na koniu, w pełnym bojowym rynsztunku zbliżającego się do wioski. Zauważył z daleka, że rycerzowi coś doskwiera trzymał się on mocno lewego boku i praktycznie ledwo siedzi na koniu. Mieszkańcy Ithlu nie obawiali się przyjezdnych, lecz rycerze mieli obowiązek informować kapitana o każdym zbrojnym zmierzającym do wioski. Kapitan zgodnie ze ustaleniami na taki wypadek, zebrał pozostałą w wiosce dziesiątkę wojów i czekali na wjazd rycerza. Wojska Ithlu nie były potężnie uzbrojone, ochraniały ich proste skurzane ochraniacze, a ich miecze i topory nie były najlepszej jakości. Rycerz przejechał przez bramę i zatrzymał się przed kapitanem, który jednocześnie był władcą osady. Spojrzał on na przybysza. Wyglądał on młodo, lecz było widać, że stoczył wiele bitew i pokonał wielu wrogów. Był on okryty płaszczem, kapitan zauważył zbroję dobrej jakości, a także miecz przy pasie, którego rękojeść przypominała żmiję. Połączyły się ich spojrzenia i w tym momencie dowódca wojsk poczuł strach bijący od przybysza, zignorował, lecz w tym momencie przemówił przybysz.

-Mam rozumieć, że jesteś kapitanem tej drużyny, skoro stoisz na jej czele?

-Tak dokładnie. Witaj przybyszu w Ithel. Jestem dowódcą wojsk, a także władcą tej osady. Nasze drzwi są szeroko otwarte dla gości. Widzę, że coś Ci doskwiera, także temu zaradzimy. – Uśmiechnął się kapitan, lecz nie wiedział, że już niedługo Ithel zostanie jedynie wspominane w pieśniach bardów. – Jedyny warunek dotyczy twojego uzbrojenia musisz je nam oddać na czas przebywania tutaj. Tym razem na zarośniętej twarzy jeźdźca pojawił się uśmiech. Kapitan znów poczuł to uczucie strachu, które przeszyło go wcześniej.

-Przybyłem tu z jedną misją. Zdradziliście swoją religię, układacie się z tymi spod znaku krzyżyka. Weles nie wybacza takiej zdrady.

Kapitan pojął od razu co się wydarzy, krzyknął do mieszkańców wioski.

– Uciekajcie jak najszybciej!

Lecz oni jak również rycerze, którzy ruszyli na przybysza nie mogli wykonać więcej ruchów, zamarli w miejscu, a ich ciała stały się jakby figury lodowe. Jeździec bez pospiechu zsiadł z wierzchowca wyciągnął swój miecz. Ciął nim bez większego wysiłku odcinając głowy rycerzy. Cała reszta wioski stała unieruchomiona zaklęciem. Radgon podszedł do kapitana, zauważył pot spływający z jego czoła.

-Zeszczałeś się! Czułeś ten strach, gdy przybyłem? O tak, na pewno go czułeś, a teraz stoisz tu i wiesz, że Ty i twój lud jesteście martwi. Każdy zdrajca tak będzie kończył, nie będzie litości.

Kapitan modlił się, zamknął oczy i już nic nie zrobił, świadomość umarła. Jego głowa przeleciała dalej niż innych.

Rycerz zmierzał by wrócić na szlak, za jego plecami płonęła osada. Przy pomocy ognia i mocy jaką dostał od Welesa, odesłał je do Nawii, gdzie już sam Weles zajmie się zdrajcami. Radgost wiedział co robić, to był pierwszy cel misji. Zostawił znak, aby inni zdrajcy się bali. Zaś jego główny cel postawiony mu poprzez Welesa był o wiele trudniejszy do wykonania.

 

Paweł Niedziałkowski

Podobne posty:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *