Polowanie na czarownicę

Polowanie na czarownicę

Polowanie na czarownicę

Słońce chyliło się ku zachodowi. Odległe góry były malowane czerwienią. W lasach otaczających wioskę Zarzecze panowała już całkowita ciemność. Z daleka dochodził szum rzeki Jerma. Ptasie śpiewy umilkły. W ich miejsce weszło granie świerszczy i wycie wilków. Wiatr przestał wiać. Z zachodniej części lasu czuć było nienaturalny chłód. Było tam bardzo cicho, wręcz za cicho. Między pniami drzew przemykała gęsta mgła.

W chatach we wsi powoli gasły światła. Oprócz jednej. W środku chaty z drewna dębowego, pokrytej strzechą, stali dwaj mężczyźni. Jeden z nich opierał się o szafkę, która stała w nogach jednego z dwóch łóżek. Drugi stał koło kominka, w którym hajcował ogień. Oboje mieli na sobie pełne zbroje ze srebrnej blachy. Przy pasach mieli długie, dwuręczne, stalowe miecze. Pierwszy z nich był znacznie wyższy i chudszy. Miał czarne, kędzierzawe włosy sięgające mu do karku. Patrzył z założonymi rękami na swojego towarzysza. Drugi był niższy i bardzo barczysty. Co chwila poprawiał długie, rude włosy spadające mu na niebieskie oczy. Mówił gestykulując. Na jego twarzy malował się upór i zacięcie.

-Chodźmy bracie śmiało!- krzyczał i  machał rękami.

-Chodźmy! Mgła się wznosi!- odkrzyknął pierwszy mężczyzna.

-Niech nas wiedźma popamięta! Niech się stąd wynosi!- krzyczeli razem.

Podnieceni swoimi własnymi okrzykami. Złapali za pochodnie, które podpaliły się w kominku. Wypadli z chaty, zabrali konie ze stajni i ruszyli w kierunku zachodniego lasu. Oświetlali drzwi chat mijanych po drodze. Dom sołtysa, karczma, dom cieśli, kowala, a ostatni należał do emerytowanego rycerza Eustachego. Pierwszy mężczyzna zatrzymał konia na chwilę i spojrzał za siebie na swoją wioskę. Mógł tu już nie wrócić.

-Bracie?- drugi zwrócił się do niego.

-Nic.

Ruszyli w las. Mgła zasłaniała wąską ścieżynkę. Pochodnie niewiele dawały. Dzięki nim jedynie mogli dostrzegać siebie nawzajem i swoje wierzchowce. Nie widzieli, że im bardziej zagłębiali się w las drzewa rosły coraz bliżej siebie i wiszących między nimi wielkich pajęczyn, na kilku z nich siedzieli ich twórcy. Nie mogli dostrzec puchaczy, które zasiadły na gałęziach i wpatrywały się w nich. Tym bardziej nie widzieli czarnych jak noc kruków, które przeskakiwały z drzewa na drzewo za dwójką zbrojnych. Nie mogli dostrzec ich nienaturalnie czerwonych oczu. Oni tylko jechali. Byle głębiej i dalej w las.

 

Klucz zaskrzypiał przekręcony, raz i drugi. Okiennice zamknęły się z hukiem. Rozbłysnęły świece. Z sieni dochodził zapach ziół. Rozpalił się ogień pod kotłem. Czarny kot, do tej pory śpiący na łożu, wstał i przeciągnął się. Nietoperze zawieszone pod belkami rozłożyły skrzydła i zaczęły krążyć po chacie. Kobieta, piękna, młoda, z długimi jasnymi włosami, podeszła do kotła. Uniosła ręce i spojrzała w wodę, która gotowała się i parowała.

-Niech nie przeszkodzi nikt- mówiła- gdy guseł przyjdzie czas!- krzyknęła czarownica.

 

Konie nagle stanęły. Siwek pierwszego mężczyzny wierzgnął i zaparskał przerażony. Kasztanka drugiego zaczęła cofać się. Mężczyźnie udało się ją zatrzymać. Targała łbem niezadowolona. Pierwszy stanął w strzemionach i zaczął się rozglądać. W mgle dostrzegł jakiś ruch. Wielki cień przemknął przez ścieżkę. Mężczyzna zsiadł z konia. Złapał go za wodze i przeszedł, stąpając uważnie, bliżej drzew. Drugi postąpił tak samo. Stali za drzewami i patrzyli we mgłę, w której raz po raz przemykał ten sam wielki cień. Nagle mgła rozrzedziła się, ale nie zwyczajnie. Rozeszła się tworząc krąg. Wielkim cieniem okazał się wyjątkowo potężny bies. Wielki potwór przypominający byka o jelenich rogach ostrych jak miecze. Stwór kręcił się po kręgu utworzonym przez mgłę. Oczy miał dzikie i czarne. Potężnymi pazurami przednich łap i racicami łap tylnych rył ziemię. Machał nerwowo swoim długim ogonem. Odwrócił się. Dostrzegł wreszcie zbrojnych. W jego oczach pojawił się dziwny błysk. Ryknął wściekle i ruszył w stronę mężczyzn. Udało im się uniknąć rogów biesa, które wbiły się w pień drzewa. Konie zarżały i uciekły spłoszone. Drugi mężczyzna zaklął głośno. Potwór targał łbem i ryczał wściekle. Próbował wyciągnąć swoje rogi z drzewa. Mężczyźni wyszarpnęli miecze. Pierwszy doskoczył do biesa i przeciął jego bok. W tym samym momencie stwór wyszarpnął swój ciężki łeb i uderzył pyskiem prosto w pierś mężczyzny, który został odrzucony do tyłu. Plecami uderzył o pień drzewa po drugiej stronie ścieżki.

-Dalibor!- krzyknął drugi. Mężczyzna doskoczył do biesa. Ustawił się tak, żeby zasłonić brata. Pierwszy, Daliborem zwany, próbował wstać, ale tylko zatoczył się i podparł ręką o drzewo. Drugi zrobił półobrót i uchronił się przed ciosem rogów biesa. Stwór parsknął i zwrócił się ponownie w stronę mężczyzny. Był zbyt powolny. Zbrojny doskoczył i szybkim, sprawnym ruchem przeciął gardło potwora. Bies zacharczał. Jego ryk zamarł. Bestia padła na ziemie. Po chwili jego łeb leżał w kałuży krwi. Mężczyzna podbiegł do swojego brata, w biegu schował miecz do pochwy. Dalibor opadł na ziemię. Drugi mężczyzna wziął go pod ramię i uniósł.

-Nie możemy zostać tutaj. Mgła zaś się schodzi- miał rację. Mgła ponownie zeszła się. Zniknęło za nią truchło biesa.- Musimy znaleźć schronienie.

Szli powoli ścieżką. Dalibor zwisał na ramieniu brata. Nagle ich oczom ukazał się otwór w ścianie lasu. Mała leśna polanka znajdowała się tam. Krótka trawa była oświecona blaskiem pełnego księżyca. Były tam też ich wierzchowce, które skubały korę z drzew i co i niżej rosnące liście. Mężczyzna zaprowadził Dalibora na polanę i ułożył na trawie. Stęknął głośno i rozłożył się na ziemi. Jego brat spojrzał zmartwiony.

-Śpij bracie. Jak wydobrzejesz na łów pójdziemy- poklepał go po opancerzonym ramieniu.- Szkoda, że tak droga blacha się pogniotła przez tego czarciego syna. Dwa lata, żem na nią w polu harował- uśmiechnął się do wspomnień.

-Niedamirze jeno ostań przy mnie- ledwo co wystękał Dalibor.

-Ostanę, aż się lepiej poczujesz, a potem razem w las pójdziemy guślarki się pozbyć.

Dalibor nie drgnął ani razu. Zasnął po chwili. Jego brat, zwany Niedamir, czuwał przy nim, nie zamykając oka ni na króciutką chwilkę.

 

Czerwony grzyb w białe plamki zniknął w całości w kotle, w którym gotowała się woda. Bulgotała i syczała. Po chacie rozniósł się zapach wywaru z muchomora. Czarownica uniosła ręce. Nietoperze momentalnie zawiesiły się na belce pod dachem i stuliły skrzydła. Czarny kocur zjeżył się i prychnął na kobietę.

-Zaklinania pora!- krzyknęła i z jej ust popłynął potok słów w nieznanym ludzkości języku.

 

Dalibor przekręcił się na prawy bok i otworzył oczy. Nie dostrzegł swojego brata, a jednak czuł czyjąś obecność. Usiadł. Był obolały, ale już w pełni sprawny i przy zmysłach. Rozejrzał się po polanie i ujrzał go. Niedamir stał parę kroków od niego w towarzystwie trzech uroczych dziewcząt odzianych jedynie w białe, zwiewne suknie. Ich cera była wręcz trupio blada, ale nie to przykuło uwagę Dalibora. Bardziej patrzył na ich włosy w różnych odcieniach zieleni. U jednej miały barwę trawy, u następnej szmaragdu, a u trzeciej liści na początek wiosny. Patrzył bardzo dokładnie na owe trzy istoty, które nagle zbliżyły się do jego brata. Złapały Niedamira za ręce i zaczęły chodzić w kółku. Powoli, spokojnie. Uśmiechały się do mężczyzny. Dalibor zerwał się w jednym podskoku. Zauważył to czego widzieć nie powinien u żadnej, nawet najbardziej zaniedbanej damy.  Owe panny miały kudłate nogi, można by to spokojnie przyjąć, gdyby nie to, że miast stóp miały końskie kopyta. Wiły!

-Niedamir!- krzyknął Dalibor, ale jego głos zanikł w głośnym śmiechu stworów.

Mężczyzna ruszył w sukurs bratu. Wyszarpnął miecz z pochwy i doskoczył do tanecznego kręgu, który znacznie przyśpieszył. Sprawnym cięciem z przeskoku odciął jednemu wiłowi rękę. Panny zatrzymały się i puściły Niedamira. Mężczyzna zatoczył się, dyszał zmęczony. Wiły spojrzały na Dalibora. Ta wściekłość w ich oczach przerażała go, ale starał się utrzymać hardy wyraz twarzy. Nagle wiły rozmyły się w powietrzu została po nich tylko zielonkawa mgiełka, która uciekła w las.

-Dzięki Ci…- Niedamir złapał oddech.- Dzięki Ci wielkie bracie mój.

-Tyś mnie wcześniej ratował. A do tego mój brat rodzony jesteś. Trza nam sobie wzajem pomagać.

-Hejże, trza- potwierdził Niedamir.

-Dasz radę, brateńku, jechać?

-Jedźmy bracie. Zabić wiedźmę za sprowadzenie takich stworów tak blisko naszej wsi.

-Ubić ją! Ruszajmy!

Dosiedli koni i wyjechali z powrotem na ścieżynkę w lesie. Dalibor obejrzał się. Otworu w ścianie lasu już nie było. Zadrżał, ale czuł, że teraz odwagi będzie nade wszystko potrzebował.  

 

Sowy za oknami huczały coraz głośniej i częściej. Czarownica krzątała się po swej chacie. Zamiatała kurz swoją miotłą, która wbrew wioskowym nie służyła do latania. Przy okazji starła nakreślone kredą znaki magiczne, przez ludzi za czarcie uważane. Kot uciekł przed miotłą pod łóżko gdzie nie zdołała sięgnąć. Ciecz w kotle bulgotała i wylewała się małymi strużkami. Czarownica stanęła nad wywarem. Zamyśliła się. Czas nagle zwolnił.

-Czego dziś się dowiem?

 

Konie nie chętnie szły stępa w głąb lasu. Drobne kamyczki osuwały się pod ich kopytami. Dalibor odczuwał dziwny spokój. Spokój, którego tu odczuwać nie powinien. Aksamitna ciemność lasu była dla niego przyjemna. Chłód muskający jego twarz był łagodny. Mężczyzna kołysał się w siodle. Pochylił się nad szyją konia. Policzek wtulił w jego białą grzywę. Westchnął i wpatrywał się w ciemność.

Niedamir zachowywał się zupełnie inaczej. Czerń nocy denerwowała go. Prostował się na każdy szelest, każde skrzypnięcie dochodzące z głębi lasu. Martwił się. Czy coś nie wybiegnie z ciemności? Czy znów coś ich nie zaatakuje?  

Im głębiej wjeżdżali w las tym było mroczniej, zimniej. Mgła stawała się coraz gęstsza. Kruki skakały z gałęzi na gałąź. Błyszczały ich czerwone oczy. Wzrok był wbity w dwójkę zbrojnych. Ale oni tego nie widzieli.

Mgła nagle zaczęła robić się rzadsza. Widać było już przydrożne drzewa i ścieżkę. Niedamir miał przeczucie, że są już blisko. Dalibor nie zwracał uwagi na mgłę. Przysypiał w siodle oparty o końską grzywę.  Koło drogi stał jakiś mężczyzna. Konie zatrzymały się i wpatrywały w tego jegomościa. Dalibor podniósł się. Mężczyzna był on wysoki i wychudzony. Cerę miał nienaturalnie bladą, jak trup. Jego oczy były czarne i podkrążone. Włosy miał czarne, krótko ścięte. Stał oparty o pień drzewa i patrzył na ścieżkę. Bracia zmusili konie, żeby ruszyły z miejsca. Szły niechętnie i opornie, ale podeszły do mężczyzny, który uniósł głowę i przyjrzał się dokładnie zbrojnym.

-Witam- warknął. Głos miał chrapliwy i nieprzyjemny.

-Witajcie panie. Co wy tu robicie na takim odludziu?- zapytał Niedamir.

-Czekam.

-Na co, albo na kogo?

-Na was panowie- odsunął się od drzewa i stanął przed nimi.

-Na nas? Przecie my się nawet nie znamy- Niedamir był wyraźnie zaniepokojony. Dalibor nie potrafił zamaskować zdziwienia.

-Wy nie znacie mnie. Ja znam was.

Bracia popatrzyli po sobie i ponownie spojrzeli na obcego mężczyznę.

-Miło się gawędziło, ale musimy się już żegnać- jego głos już nie był normalny, ludzki. Zrobił się warkliwy. Uśmiechnął się szeroko. Dalibor i Niedamir przerazili się. W jego uzębieniu szczególnie okazale prezentowały się kły. Mężczyzna zbladł jeszcze bardziej. Jego paznokcie wydłużyły się i zaostrzyły. Jego uszy też stały się większe i spiczaste. Sam  mężczyzna urósł. Jego oczy błysnęły złowrogo. Wąpierz warknął i doskoczył do koni, które stanęły dęba. Niedamir spadł z siodła. Dalibor utrzymał się, ale jego koń spanikował i zaczął wierzgać. Mężczyzna przetoczył się przez jego szyję. Uderzył ciężko o ziemię i szybko się przetoczył, żeby uniknąć końskich kopyt. Niedamir zerwał się na nogi i wyciągnął miecz. Dalibor wstał powoli zatoczył się i sięgnął po broń. Wąpierz zniknął. Bracia podeszli bliżej siebie. Miecze unosili wysoko. Oparli się o siebie plecami i rozglądali nerwowo. Cios. Upadek. Dalibor leżał na ziemi i wił się z bólu. W prawej ręce kurczowo ściskał rękojeść miecza. Jego zbroja była rozdarta na ramieniu. Krwawił. Zacisnął zęby i starał się podnieść. Wąpierz pojawił się parę kroków od nich. Szpony jego prawej ręki były szkarłatne od krwi. Syczał wściekle. Skoczył i znalazł się tuż przy Niedamirze mężczyzna zawinął mieczem i przeciął brzuch potwora. Wąpierz zatoczył się jedną ręką trzymał się za ranę. Stanął w miejscu. Uniósł głowę i uśmiechnął się paskudnie. Wyprostował się, odjął rękę od brzucha i zaatakował. Niedamir zrobił unik. Potwór doskoczył do Dalibora. Mężczyzna blokował mieczem ciosy szponów. Męczył się, ale na jego szczęście wąpierz też. Potwór odskoczył. Nagle warknął głośno. Zasyczał, zacharczał i padł. Dalibor patrzył zaskoczony. Wąpierz miał wbity prawie do końca drewniany kołek. Za ciałem potwora stał Niedamir.

-I tyle by było ze święconego kołka- stwierdził Dalibor dysząc szybko.

-Niestety, ale gdyby nie to zabił by nas i pewno też bronilibyśmy wiedźmy.

Dalibor zgodził się ze swoim bratem skinieniem głowy. Niedamir kilkoma uderzeniami miecza odrąbał głowę wąpierza. Odrzucił ją daleko z grymasem obrzydzenia na twarzy.

-Trza nam jechać dalej. Jeśli tu ostaniemy to czart wie co nas jeszcze napadnie- stwierdził Niedamir.

-Prawda to. Ruszajmy tedy!- Dalibor gwizdnął. Konie przybiegły posłusznie. Ruszyli dalej w ciemny las. Mgła już się nie zeszła.

Duża kiść lubczyku zniknęła w wywarze. Tak samo też liść mandragory.

-Za moment, jeszcze dziś, wszystko się okaże!

Wiedźma zamieszała wielką łyżką w prawo. Wypowiedziała śpiewnie kilka tajemnych słów. I zamieszała w lewą stronę. Z kotła buchnęła czerwona para. Kobieta zajrzała do wywaru. Na powierzchni ukazała się leśna ciemność. Wokół drzewa i mgła. Na dworze było słabo słychać ruch.      W mroku widać skryte twarze.

 

Wilk, a w każdym razie coś bardzo do wilka podobnego. Wielki stwór przemieszczający się na zmianę na dwóch, to na czterech łapach. Wyskoczył spomiędzy drzew i zepchnął Niedamira z siodła. Wilkołak wpatrywał się w zbrojnych złotymi oczami. Dalibor zeskoczył z konia. Dwaj bracia stanęli obok siebie i unieśli miecze. Stwór stanął na dwóch łapach. Zamachał chwostem i zawył. Uderzył pazurami prawej łapy o pazury lewej, aż iskry poleciały. Wilkołak doskoczył do zbrojnych. Przejechał pazurami po blachach Dalibora. Mężczyzna zrobił zamach mieczem. Wilkołak odskoczył. Wybił się ze wszystkich łap i przeskoczył nad głowami braci. Jednym silnym uderzeniem zwalił Dalibora z nóg. Mężczyzna odleciał w bok. Upadł ciężko na ziemię. Miecz wyleciał mu z dłoni. Niedamir doskoczył do bestii. Ciął ją w tylną łapę. Wilkołak zawył z bólu i odwrócił się do mężczyzny. Spróbował go uderzyć, ale Niedamir zdążył odskoczyć, raz, drugi. Stwór warknął i znów zaatakował. Mężczyzna uniknął kolejnych ciosów. Wilkołak atakował coraz szybciej. Nagle zaburczał dziwnie. Dalibor zdążył się otrząsnąć i ciął potwora w bok. Wilkołak zatoczył się i odbiegł. Zrobił nawrót i zaatakował mężczyzn. Dalibor zablokował jego ciosy. Bestia zawyła. Odskoczyła i upadła na ziemię targając się z bólu. W błocie i na trawie zostawały ślady krwi. Dalibor otrzepał rękę którą wilkołak drasnął swoim pazurem. Niedamir stał obok niego. Uniósł rękę w której trzymał chwost potwora. Mężczyzna uśmiechał się. Daliborowi chciało się wymiotować, ale powstrzymał się. Bracia podeszli do wilkołaka. Bestia targała się i wyła. Niedamir wzniósł miecz.

-Nie! Czekaj!- z gardła wilkołaka wydarła się ludzki głos. Bardzo warkliwy i nieprzyjemny, ale słowa były zrozumiałe.- Nie zabijaj!- potwór podniósł się, ale już po chwili zamiast wilkołaka stał przed nimi mężczyzna. Był to chudy człowiek wzrostu Niedamira. Miał długą, brązową brodę układającą mu się na piersi. Dalibora słyszał kiedyś o czarnoksiężnikach, którzy mogli przemieniać się w wilkołaki i kiedy chcieli mogli wrócić do ludzkiej postaci.

-Ech… Pokonaliście mnie. Odejdę. Widać nie jestem godny Aliny, skoro nie potrafię jej nawet obronić przed ludźmi- mówił  mężczyzna.

Niedamir rzucił mu wilczy chwost pod nogi. Czarnoksiężnik odwrócił wzrok.

-To twoje.

-Możesz sobie zachować na pamiątkę- burknął mężczyzna. Westchnął ciężko.- Mam prośbę panowie. Nie róbcie krzywdy Alinie. Ona nie jest zła. Tylko ludzie nie potrafią w to wierzyć. Liczę iż wy będziecie mieć bardziej otwarte umysły.

Bracia popatrzyli po sobie.

-Wiedźma zginie- powiedział Dalibor.

-Więc proszę, żeby miała lekką śmierć. W razie czego wam takiej życzę. Bywajcie!- czarnoksiężnik zniknął w mroku lasu.

Niedamir zwrócił się do swojego brata.

-Chodźmy bracie śmiało!

-Chodźmy gdzie szuwary!- odkrzyknął Dalibor.

-Niechaj wiedźma popamięta ogień naszej wiary!- krzyknęli razem i ruszyli dalej w drogę. Widać już było światła z chaty wiedźmy. Kołysały się szuwary rosnące wokół małego jeziorka. Wiatr gwizdał między pniami drzew. Było coraz zimniej.

 

Nie mieli zamiaru bawić się w skradanie. Byli zmęczeni i źli po przeprawie przez las. Pragnęli już tylko wypełnić swój obowiązek i wrócić do domu, a następnego dnia obracać się w blasku chwały, wśród wieśniaków przynoszących im wina i wieśniaczek wdzięcznych za uratowanie wsi. Czekali już na dzień kiedy będą siedzieć przy kuflach z piwem i opowiadać ciekawskim dzieciakom jak pokonali wiedźmę i bestie, które miały ją chronić.

Chata była zbudowana ze ściemniałego, dębowego drewna. Dach był pokryty strzechą, na której siedziały dwa puchacze wpatrujące się w zbrojnych. Mężczyźni podeszli do drzwi. Nie chcieli się podkradać, kulturalnie zapukać też nie mieli zamiaru. Niedamir kopnął w drzwi. Nawet nie drgnęły. Mężczyzna zachwiał się i zatoczył. Dalibor w porę złapał go i pomógł ustać na nogach. Drzwi skrzypnęły i otworzyły się. Same. Nikt za nimi nie stał. Bracia popatrzyli po sobie. Złapali za miecze i podeszli bliżej. W chacie nikogo nie było. W jednym kącie stał kocioł, z którego dochodził przyjemny zapach. Na prawo od drzwi stało łóżko, a na lewo szafka z książkami. Niestety mężczyźni nie umieli odczytać tytułów. Weszli do środka. Dalibor od razu zauważył nietoperze wiszące pod belką podtrzymującą dach. Niedamir dostrzegł czarnego kocura, który siedział na łóżku i wpatrywał się w nich swoimi kocimi oczami. Bracia szli przez pokój drobnymi krokami. Po prawej stronie, obok łoża, były kolejne drzwi. Mężczyźni kierowali się w tamtą stronę. Nagle drzwi się uchyliły i wyszła z nich kobieta. Zbrojni wyszarpnęli miecze. Kobieta szła powoli. Była spokojna, uśmiechała się. Uniosła rękę w pokojowym geście.

-Mamy cię wiedźmo! Żegnaj się ze światem!- krzyczał Niedamir.

Kobieta milczała. Dalej unosiła dłoń i patrzyła na przybyszów. Jej usta poruszały się. Wypowiadała jakieś nieme słowa.

-Dalibora uważaj! Ona pewno jakie zaklęcia rzuca! Dalibor!

Mężczyzna nie reagował. Stał tylko wpatrując się w kobietę. W jej zielone oczy, bladą cerę i kruczoczarne włosy.

-Dalibor!- Niedamir krzyczał, ale jego brat nie słuchał go. Opuścił rękę i wypuścił z niej miecz. Patrzył jak urzeczony na wiedźmę.- Dalibor! Spójrz na mnie! Ona cię zaczarowała! Nie!- Mężczyzna ruszył. Kobieta opuściła dłoń. Dalibor odwrócił się i uderzył pięścią w pierś brata. Niedamir odleciał na dwa kroki w tył i upadł uderzając o stół, którego wcześniej nie zauważył. Zamroczyło go. Otrząsnął się i uniósł głowę. Nad nim stał Dalibor z jego mieczem w ręce. Mężczyzna uniósł broń.

-Nie zabijaj!- krzyknęła kobieta.

Dalibor zatrzymał cios i opuścił miecz. Niedamir wstał. Brat rzucił mu miecz.

-Oddaj mi brata wiedźmo!

-Nie trzymam go. Jeśli będzie chciał może odejść- mówiła spokojnie kobieta.

-Akurat! Zaczarowałaś go!

Kobieta uniosła dłoń. Wypłynęła z niej niebieskawa mgiełka, która otoczyła Dalibora. Mężczyzna zakaszlał. Jego oczy błysnęły. Spojrzał na kobietę i przeniósł wzrok na brata.

-Odejdź.- warknął.

-Co?- Niedamir był zadziwiony.- Ależ bracie…

-Wynoś się!- krzyknął Dalibor i zrobił krok w stronę mężczyzny.

Niedamir złapał swój miecz. Schował go do pochwy. Wyszedł. Zatrzymał się za drzwiami.

-Spróbuj zrobić mu krzywdę, a wrócę i zabiję cię wiedźmo- rzucił i ruszył w stronę lasu.

Dalibor westchnął.

-Niech włos mu z głowy nie spadnie- powiedział patrząc w ślad za bratem, który zniknął we mgle.

-Nie martw się o niego- wiedźma podeszła i wtuliła się ramię Dalibora.- Dotrze do Zarzecza cały i zdrowy.

Mężczyzna wierzył jej.

 

Nad Zarzeczem wstawało słońce. Znad Jermy nadchodziła ranna mgiełka i wciskała się między chaty. Ludzie wychodzili przed drzwi i pozdrawiali się wzajemnie. Stary rycerz Eustachy od razu skierował się do karczmy. Każdego dnia zostawiał tam małą fortunę kupując to gorzałkę, to piwo, albo tanie wino rozcieńczane wodą.

Od zachodu zbliżał się stępem samotny jeździec. Kasztanka miała spuszczony łeb. Była przemęczona. Chwiała się na nogach. Mężczyzna w siodle kołysał się w rytm jej kroków. Głowę miał spuszczoną i oczy zamknięte, ale nie spał. Ludzie dojrzeli go. Niektórzy od razu go poznali. Wybiegli mu na spotkanie. Kilku chłopów złapało konia. Trzech mężczyzn  i pokaźna gospodyni pomogli zsiąść jeźdźcowi z kasztanki. Niedamir zatoczył się, ale wieśniacy go podtrzymali. Jego błędny wzrok nie mógł im nic powiedzieć.

-Urok na niego rzuciła- przeraził się stary, wąsaty mężczyzna w kowalskim fartuchu.

-A naszego Daliborka czarostwem ubiła!- krzyknęła gospodyni.

Niedamir zaprzeczył ruchem głowy. Wieśniacy spojrzeli na niego z zaciekawieniem.

-Do karczmy z nim! Jemu mus się napić!

Gospodyni i kowal złapali go pod ręce i zaprowadzili do karczmy.

 

Niedamir, dalej z błędnym wzrokiem, patrzył na słynny, zarzeczny omlet z grzybami. Ustawiono przed nim kufel najlepszego piwa. Kowal, kilka gospodyń, sołtys, karczmarz, cieśla, rymarz i dwóch gospodarzy otaczali go. Nakłaniali do napicia się, do zjedzenia i do opowiadania. Przy tym ostatnim sołtys zawsze uderzał pięścią w stół i krzyczał, że jeśli Niedamir zechce to opowie. Ale on nie chciał.

Nagle naszła go myśl. On i Dalibor nie dali rady wiedźmie. A do tego jego brat tam został. Trzeba teraz nie tylko ubić wiedźmę, ale i odbić Dalibora z jej objęć. Złapał za kufel i wypił sporą część zawartości. Uderzył naczyniem o stół i wstał.

-Czarownica oczarowała mego brata i uwięziła u siebie. Trza nam go zabrać! Odebrać co nasze!

Po karczmie rozniósł się krzyk. Jakaś butelka rozbiła się o podłogę. Kilka ław z hukiem zostało przewalonych. A rycerz Eustachy zwalił się pod stół.

-Kto żyw! Komu odwagi w drodze nie zbraknie! Ten niech łapie za miecz, siekierę, lub widły! Idziemy ubić czarci pomiot! Idziemy po mojego brata!

Krzyki zostały podchwycone przez tłum. Za broń! Ubić wiedźmę! Po Dalibora! Więcej piwa! Wszyscy krzyczeli co im ślina na język przyniosła. Niedamir w kilku kęsach pochłonął już zimny omlet i zerwał się do wyjścia. Wszyscy poderwali się z ław i w dużej mierze z trunkami i ruszyli za nim.

Tylko Eustachy został. Z miną jakby nic się nie stało wstał i usiadł na ławie. Złapał za kufel i pociągnął porządny łyk. Otarł pianę z długich wąsów i koziej bródki. Rozejrzał się po sali i spojrzał na drzwi.

-Głupi, głupi. Porywają się na wiedźmę jako i ja w młodości na całą hordę barbarzyńców. Jeno ja byłem swego czasu trzeźwy i bez wiary w przyszłość- znów się napił i kontynuował swój monolog.- Głupoty im nie da się odmówić.  Niech staną przed niebezpieczeństwem. Z honorem łatwiej się rozstać, niźli z życiem- po tych słowach oparł głowę o stół i już po chwili donośnie zachrapał.

 

Dalibor patrzył w dal. Na drzewa kołyszące się w rytm powiewów wiatru. Na lekko marszczoną taflę jeziorka. Na szuwary poruszane odlotami i przylotami ptaków, które w nich schowały swoje gniazda. Na policzku czuł przyjemny powiew wiatru. O nogi ocierał mu się czarny kocur uparcie usiłujący zwrócić jego uwagę na zdobycz, którą właśnie mu przyniósł, pokaźnych rozmiarów, tłustą, szarą mysz. Nozdrza drażnił mu słodki, kwiecisty zapach perfum. Na swoim ramieniu czuł ciepło. Ciepło ciała kochanej osoby. Ona też patrzyła w dal. Jej usta poruszały się w niemym monologu. Pewnie mówiła jakieś zaklęcia, które wspomagały tę cudowną chwilę, ale jemu to było obojętne.

Nagle posmutniał. Naszło go zamyślenie. Czy aby na pewno nie jest pod wpływem czaru? Przybył tu by zabić wiedźmę, która usiłowała zabić ich. Był tu ze swym bratem, którego o mało nie pozbawił życia. Uratowała go, ale i naraziła na to Alina. Piękna kobieta, z którą w tej chwili podziwiał krajobraz. Którą pokochał. W jedną chwilę zniknęło wszystko to w co do tej pory wierzył. Ona nie była okrutną wiedźmą. Była urodziwą kobietą znającą arkany magii. Prawdziwe były tak rzadko spotykane. Zazwyczaj na stosach kończyły niewinne kobiety, albo trochę bardziej wykształcone od mężczyzn, albo takie, które z własnej głupoty prezentowały jakieś proste zaklęcia. O tym wszystkim uświadomiła go Alina. Ale czy to jeszcze bardziej nie świadczyło o tym, że jest przez nią oczarowany? A nuż to brat miał rację?

Nie chciał mącić tej chwili. Odegnał ponure myśli i pytania. Liczyło się to że jest tu. I że jest z nią. I tak blisko. Czuje jej ciepło. Jej szczęście. Bo i ona cieszyła się tą chwilą.

Jej jasne włosy łaskotały ją po policzku. Drugi miała przyciśnięty do ramienia Dalibora. Była szczęśliwa. Znalazła wreszcie inne towarzystwo niż kocur, nietoperze, kruki i czarnoksiężnik, którego zaloty ignorowała przez wiele lat. Dalibor był też inny od tłumów, które ją odwiedzały. Tacy goście zazwyczaj wymachiwali pochodniami i krzyczeli: ,,Spalić wiedźmę!”. Mężczyzna był wolny. Mógł odejść. Wszystko zależało od niego. Ale on chciał tu być. Dla niej. Może ją kochał. Nie była pewna jego uczuć, ale ufała mu. Szczerze.

Nie czekali do nocy, bo i po co. W zachodni las ruszył Niedamir, a za nim kowal, rymarz, bednarz, tęga gospodyni, kilku gospodarzy, barczysty karczmarz i cieśla. Szli, krzyczeli płosząc kruki i szaraki, wymachiwali broniami.

-Chodźmy bracia śmiało!- wszyscy razem wznosili okrzyk.

-Chodźmy mgła się wznosi! Niech nas wiedźma popamięta, niech się stąd wynosi!

-Chodźmy bracia śmiało! Chodźmy gdzie szuwary! Niechaj wiedźma popamięta ogień naszej wiary!

Zbliżali się do chaty. Drzwi były zamknięte, a z komina unosił się dym. Niedamir szarpnął klamkę i wpadł do chaty. Wieśniacy poszli za nim. Dalibor stał pośrodku pokoju. Patrzył zaskoczony na brata i jego towarzyszy.

-Spodziewaliśmy się, że nas odwiedzić, ale nie z takim gronem sąsiadów.

-Przybyliśmy cię odbić bracie!- krzyknął Niedamir.

-Odbić? Ale jakże to?

-Ta wiedźma cię tu czarami trzyma, ale my cię zabierzemy.

-Żadne czary mnie tu nie trzymają- po tłumie przeszedł dziwny pomruk.

-Wydaj nam tę czarcią kochanicę- krzyknął karczmarz.

Dalibor spojrzał na niego z gniewem.

-Skoro ona czarcią kochanicą, to ja samym czartem jestem.

Tłum zamruczał. Niedamir spojrzał ze smutkiem na brata. Opuścił miecz i cofnął się, ale wieśniacy blokowali wyjście. Nagle z drugiego pokoju wyszła Alina. Nie była zaskoczona widokiem tłumu ludzi. Stanęła obok Dalibora.

-Witaj Niedamirze!- powiedziała spokojnie.

Mężczyzna spuścił wzrok. Skinął tylko głową.

-Zabić wiedźmę!- krzyknął ktoś z tłumu.

-Tylko spróbujcie!- Dalibor odsunął Alinę i złapał za miecz.

Bednarz odepchnął Niedamira i skoczył ku mężczyźnie. Dalibor sparował jego pierwsze ciosy. Zrobił unik i uderzył go głowicą miecza w głowę. Bednarz upadł nosem prosto w kąt pełen pajęczyn, kurzu i mysich bobków. Za nim skoczyli gospodarze, karczmarz i cieśla. Dalibor robił uniki, parował ciosy i kontrował, ale nie dawali mu czasu na zadanie ciosu. Doskoczyli jeszcze kowal i rymarz. Mężczyzna został odepchnięty pod ścianę. Ktoś uderzył go w brzuch, ktoś inny skaleczył w nogę. Upadł na jedno kolano. Nagle gospodarz i karczmarz wylecieli w tył i wypadli za drzwi przewracając gospodynie. Bednarz próbował się podnieść, ale Niedamir silnym kopnięciem ponownie wsadził jego twarz w kąt. Alina zaklęciem sparaliżowała kolejnego gospodarza, który szykował się do pchnięcia Dalibora widłami w brzuch. Niedamir doskoczył do niego i jednym pchnięciem sprawił, że chłop wylądował pod drzwiami. Dalibor zerwał się i odepchnął pozostałych wieśniaków. Alina wrzuciła jakiś nieznany proszek do kotła z wywarem, który nagle zaczął bulgotać i wydzielać czerwonawą parę.

-Dalibor!

Mężczyzna odwrócił się do niej. Złapała go za ramię i zniknęli.

 

Trzy lata później

 

Minęły trzy lata od wydarzeń w dawnej chacie wiedźmy. Dalibor i Alina mieszkali teraz na końcu świata w wiosce Czarna. Kobieta została miejscową zielarką, a mężczyzna poduczył się i został wioskowym stolarzem, a w razie wypadków chronił chłopów. Dochowali się dwójki dzieci. Córeczki Lubomiły i syna Niedamira. Dzieci bawiły się w pobliżu zapiecka misiami uszytymi przez Alinę. Mrucek pomrukiwał głośno, ale już od dawna nikt na niego nie zwracał uwagi. Zadomowił się u nich parę tygodni po ich wprowadzeniu się do tej chaty. Nawet dzieci przestały się go bać. Następnym domownikiem okazał się chochlik, który bardzo upodobał sobie ich spiżarnie. Na szczęście Alinie udało się go przegnać. Od czasu do czasu w ich chacie pojawiały się różne stwory. Pod krzakiem czarnego bzu zadomowił się bzionek Kiedyś odwiedziły ich krasnoludki i pomieszkiwały przez parę dni. Swego czasu po chacie kręcił się chowaniec. A Alina odkryła, że w ich domu ukrywać musi się trusia, której nikt na razie nie widział.

Dalibor siedział przy stole i czytał list od swojego brata. Niedamir często do nich pisał. Raz nawet ich odwiedził. Proponowali mu nawet aby z nimi został, ale okazało, że on też ułożył sobie życie. Musiał wyprowadzić się z Zarzecza. Osiedlił się w mieście Raszka. Tam przygruchał sobie pewną wdowę i zamieszkał z nią. Oczekiwał dziecka. Służył w miejskiej straży. Wprawdzie jego ukochana miała po swoim byłym mężu taką fortunę, że do końca życia mogliby nic nie robić, ale on chciał pracować.

W listach często przepraszał Dalibora za atak na niego i Alinę w chcie wiedźmy. Przysięgał, że zmienił pogląd na temat ukochanej brata. Przestał wierzyć w chłopskie bajania. Kiedy straż próbowała spalić jakąś biedną dziewczynę on odwiódł ich od tego udowadniając, że ona jest tylko zwykłą zielarką. Życzył Daliborowi szczęścia w miłości i nowym życiu.

Mężczyzna czytał list, w którym Niedamir opisał mu wesele starych znajomych swojej ukochanej. Pisał, że nigdy tak dobrze się nie bawił. ,,Kiedyś ja cię zaproszę na takie wesele, kiedy ja stanę na ślubnym kobiercu”, tak brzmiała końcówka listu. Dalibor otarł łzę, która bez przeszkód spłynęła mu po policzku. Alina podeszła do niego i pocałowała w policzek. Mały Niedamir przytulił się do spódnicy matki, a jego siostrzyczka wskoczyła na kolana ojca. Mogli cieszyć się spokojnym życiem na końcu świata. Nigdy już nie usłyszą słów: ,,Zabić wiedźmę”. Teraz mieli przed sobą tylko sielankę i wspólną przyszłość.

Autor: Ala Jamróz
Praca na I konkurs opowiadaniowy Słowiański Bestiariusz.

Podobne posty:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *